soova
16.12.09, 19:32
Cóż, tym razem recenzja będzie krótka, bo książka w sumie tyle warta. Otóż jak dla mnie, stanowi ona zgrabne powtórzenie treści KK, tyle że tym razem w roli głównej jest Ida. Trudny czas okresu dojrzewania przedstawiony całkiem fajnie, przepoczwarzenie się rudego podlotka w ładną pannę ukazane w miarę prawdopodobnie. Co natomiast było dla mnie niezby prawdopodobne? Otóż niesamowicie denerwował mnie wątek Frakcji Szwungszajba. I to i teraz, po latach, i x lat wcześniej, gdy tę książkę po raz pierwszy czytałam. O ile całe ESD pachnie takim idealizmem i troszkę trąci nawet moralizatorstwem, że porządna młodzież takie właśnie powinna uprawiać gry i zabawy (zamiast, jak to zwykle z młodzieża bywa, oddawać się rzeczom przez starych zakazanym :)), o tyle Frakcja Szwungszajba była dla mnie czymś tak jakoś na siłę doczepionym, jakby autorka już nie miała pomysłu, jak by tu tę krewką skądinąd Idę jakoś... uwznioślić? Pomalowanie w ataku pasji Lisieckich przez wściekłą rudą małpę jest OK, bo jest prawdziwe, jęki Idy w stronę Krzysia, że trzeba i warto być dobrym itd. - już niekoniecznie. Szkoda, że w tamtych czasach nie było ta zorganizowanego wolontariatu jak dziś. Spokojnie jestem sobie w stanie wyobrazić Idę, jak wciąga się w pracę jakiejś prężnie działającej organizacji i tworzy tę świetlicę dla dzieci "moralnie zaniedbanych" (swoją drogą, idea błysnęła i jakoś umarła...).
O Borejkach nie napiszę, bo szkoda czasu. Wzmianka o tym, że przetworów jako źródła witamin jesienią i zimą nie mająca co do garnka włożyć Ida nie śmiała tknąć, zrobiła na mnie jak najgorsze wrażenie. Poza tym nie wierzę, że agresja pani Lisieckiej tak łatwo w rzeczywistości poległaby w starciu z kulturą i obyciem rodziny Borejków, jak to opisano w scenie spotkania i skargi na malarski wyczyn Idy.