Dodaj do ulubionych

Obiad u ciotki Feli w Kwiecie Kalafiora?

22.01.11, 16:06
Pamiętacie scenę w KK, w której szanowna rodzinka Borejków w liczbie 5 osob zjawia sie znienacka na obiedzie u Feli ( zatelefonowali zaledwie godzinę przed) i zostają ugoszczeni wystawnym, obfitym wręcz królewskim obiadem? Ciotka Fela w dobie kryzysu podała m.in mięsko komercyjne, pyzy na parze, makowiec a Borejkówny zarły bez opamiętania i bez jakiegokolwiek wychowania. Ja sie pytam wobec tego- skąd nagle ciotka i jej dwuosobowa rodzinka były przygotowana na niespodziewany obiad dla wygłodzonych Borejków ( jeszcze w ciężkich czasach) i czy dlaczego Borejkowie tacy kulturalni, ę, ą nie nauczyli dzieci, że w gościach nie rzuca sie łapczywie na jedzenie?
PS. U mnie niespodziewana 5-osobowa rodzina mogłaby liczyc co najwyżej na spaghetti ( a i też nie wiadomo).
Obserwuj wątek
    • melmire Re: Obiad u ciotki Feli w Kwiecie Kalafiora? 22.01.11, 16:10
      Tez mnie to zastanawialo.
      Jak do nas (mamy i mnie) zwalili sie kiedys ciotka z rodzina, czyli cztery osoby, zezarli nam obiad na dwa dni, a i tak kotlety trzeba bylo dzielic, a zupy starczylo na pol talerza dla kazdego.
      • soova Re: Obiad u ciotki Feli w Kwiecie Kalafiora? 22.01.11, 16:40
        A może Fela nie miała borejkowskich oporów moralnych i kupowanie mięsa od cielęciary nie mierziło jej tak, żeby nie mieć zamrażarki, a w niej zapasów mięsiwa na najbliższy miesiąc? Tak mi sie jakoś z tą zamrażarką skojarzyło, bo moja mama nie miała i pamiętam, że mięso "z uboju gospodarczego" ;) rozparcelowywała po zamrażarkach koleżanek. Może więc Fela miała akurat jakieś poporcjowane kotlety, które sie jej w godzinę udało rozmrozić i podać je głodnym Borejkom?
        • kkokos Re: Obiad u ciotki Feli w Kwiecie Kalafiora? 22.01.11, 17:19
          > A może Fela nie miała borejkowskich oporów moralnych i kupowanie mięsa od cielę
          > ciary nie mierziło jej tak, żeby nie mieć zamrażarki, a w niej zapasów mięsiwa
          > na najbliższy miesiąc?

          ja myślę, że to bardzo prawdopodobne ;)
          • czekolada72 Re: Obiad u ciotki Feli w Kwiecie Kalafiora? 22.01.11, 17:59
            Oj tak, też mi to zawsze tak sie układało :)
    • nessie-jp Re: Obiad u ciotki Feli w Kwiecie Kalafiora? 22.01.11, 18:30
      > i czy dlacz
      > ego Borejkowie tacy kulturalni, ę, ą nie nauczyli dzieci, że w gościach nie rz
      > uca sie łapczywie na jedzenie?

      Bo Borejkowski minimalizm i antymaterializm na tym polegał, żeby gości karmić herbatką i suchym chlebem, natomiast samemu poszedłszy z wizytą
    • minerwamcg Re: Obiad u ciotki Feli w Kwiecie Kalafiora? 22.01.11, 18:44
      Iiii tam. Wygłodzone dzieciaki były, to i żarły, normalka. Gaba usiłowała zachować jakie takie maniery, ale w końcu machła rencom i też żarła. Ostatnimi czasy u Borejków nie jadało się zbyt obficie, a dzieci jak to dzieci... rosną :)
      • minerwamcg P.S. 22.01.11, 18:50
        Przypomniała mi się moja własna świętej już pamięci ciotka, która wręcz uwielbiała wszystkich karmić i wiadomo było (nawet w stanie wojennym), że popołudniowa herbatka oznacza obfitą kolację z popisem kunsztu kulinarnego cioteczki. Nie, nie była to osoba samotna i bezdzietna.
        Po prostu była zapobiegliwa, utalentowana kulinarnie i gościnna. Które to cechy widzę też u Felicji, zwłaszcza po tym, jak sama dała dokładkę wstydzącej się obżarstwa Gabrysi.
        • verdana Re: P.S. 22.01.11, 19:21
          Miesko u cioci Feli było komercyjne, a nie prywatne:)
          Dla mnie to raczej normalna scena - w dwie godziny mozna dogotować obiad, a że dzieci "biednego Ignaca" będą wyglodzone, to się rozumie samo przez się. I dobre wychowanie dobrym wychowaniem, ale jak wynika z dzieła MM dziewczynki Borejkow nie tylko nie mialy frykasów, ale nawet w domu musiały jeść szybko, bo baly się,z ę nie starczy.
          I to jest dla mnie niewytłumaczalne, a nie obiad u Feli. Jak dzieciom nie starcza jedzenia, to się idzie do pracy, a nie celebruje doowe ciepełko.
          • dakota77 Re: P.S. 22.01.11, 19:23
            Otoz to. Ja rozumiem, ze w kryzysowych czasach dziecko moze sie cieszyc z pomaranczy czy czekoladki, sama te czasy pamietam. Ale zeby tak sie rzucac na jedzenie jak glodujace dziecko z Etopii? No ale rodzice woleli n-te wydanie tej samej ksiazki zamiast jedzenia.
            • karolina.delila Re: P.S. 22.01.11, 20:08
              Bo jedzenie nadaje sie tylko do szybkiego strawienia- jak mawiał Ignacy Borejko, a pieprznięta Mila przyznawała mu rację, niestety.
            • kadanka Re: P.S. 22.01.11, 21:15
              w kwiecie kalafiora jest bezposrednio i wyraznie napisane ze u borejkow nie jadlo sie duzo. a poza tym bylo to jedzenie dosyc kiepskie bo wszystko szlo na ksiazki. kanapka z pasta twarogowa i plasterkiem kielbasy(brrr co za polaczenie swoja droga). borejkowny nie grymasily przy stole tylko jadly na wyscigi a jak ktos by cos zostawil to siostrzyczka by sprzatnela sprzed nosa. flegmatyczny jozeczek i ciotka felicja po pierwsze byli zamozniejsi po drugie mieli jedna corke a nie 4...(joanna miala modne ciuchy, gaba - nie)
              • nessie-jp Re: P.S. 22.01.11, 22:42
                > flegmatyczny joze
                > czek i ciotka felicja po pierwsze byli zamozniejsi

                Po pierwsze, to pracowali, a nie robili męczeńskie minki nad szorowaniem wanny :)
                • dakota77 Re: P.S. 22.01.11, 22:45
                  Mila jakos nie pomyslala, ze wanny mozna myc tez u innych, za pieniadze:)))
                  • kadanka Re: P.S. 22.01.11, 23:25
                    alez jezdzicie po tej mili okrutnie;) za to panny borejko mialy wszystko podsuniete pod nos, w piecu napalone jedzenie przygotowane, ciuchy wyprasowane, skarpety pocerowane:D mila miala co robic przez caly dzien skoro panny nawet ida i gaba 17letnia nie robily nic, podobnie jak szanowny malzonek.
                    • nessie-jp Re: P.S. 22.01.11, 23:59
                      kadanka napisała:

                      > alez jezdzicie po tej mili okrutnie;) za to panny borejko mialy wszystko podsun
                      > iete pod nos, w piecu napalone jedzenie przygotowane, ciuchy wyprasowane, skarp
                      > ety pocerowane:D mila miala co robic przez caly dzien skoro panny nawet ida i g
                      > aba 17letnia nie robily nic, podobnie jak szanowny malzonek.

                      No oczywiście, ale coś za coś. Musierowicz napisała rodzinę XIX wieczną, z ojcem-baronetem pastorem żyjącym z niewielkiej pensyjki i utrzymującej stadko przymierających głodem, ale uroczych i artystycznie wyrobionych panienek :)

                      Ja sobie rzecz jasna żartuję, Borejkowie nie są przedstawiani przecież w tak straszliwym świetle (Lisieckich przecież karmią), ale jednak nie podoba mi się podejście Musierowicz do Feli, Nowackich i tej znajomej Mili Borejko, która załamała ręce, że ona wannę szoruje, zamiast pogonić kota córkom, a samej się wziąć do czegoś pożytecznego.

                      • maryboo Re: P.S. 23.01.11, 10:42
                        nessie-jp napisała:

                        > No oczywiście, ale coś za coś. Musierowicz napisała rodzinę XIX wieczną, z ojce
                        > m-baronetem pastorem żyjącym z niewielkiej pensyjki i utrzymującej stadko przym
                        > ierających głodem, ale uroczych i artystycznie wyrobionych panienek :)


                        Oczami wyobraźni ujrzałam właśnie Milę, wzorem Mrs. Bennet dyszącą nad karkiem Ignacowi: "Panie Borejko! Musisz koniecznie nakłonić tego Pyziaka, aby odwiedził nas i nasze urocze córki, z Gabusią na czele!"
                        • nchyb Re: P.S. 23.01.11, 11:58
                          a kto za Darcyego robił w Twojej wyobraźni? bo przecież nie Mareczek...
                          • maryboo Re: P.S. 23.01.11, 14:32
                            nchyb napisała:

                            > a kto za Darcyego robił w Twojej wyobraźni? bo przecież nie Mareczek...

                            Nie posuwałam się tak daleko w swoich przemyśleniach, ale kiedy o tym wspominasz...Dlaczego by nie? Marek to wszak przystojny facet i podobnie jak Darcy wycofany ze społeczeństwa - choć nie tyle przez dumę, co wszechogarniające pragnienie snu...
                            • nessie-jp Re: P.S. 23.01.11, 16:17
                              Jednakowoż Darcym zdecydowanie powinien być Grzegorz! Początkowo niechętnie nastawiony do rodziny ewentualnej ukochanej, rozważający, czy warto wikłać się w znajomość z TYMI LUDZMI, źle oceniający ich maniery (na odległość), zdystansowany i wycofany...

                              Tylko z wyglądu nie pasuje z tymi kłaczkami jasnymi.
                              • maryboo Re: P.S. 23.01.11, 20:03
                                nessie-jp napisała:

                                > Jednakowoż Darcym zdecydowanie powinien być Grzegorz! Początkowo niechętnie nas
                                > tawiony do rodziny ewentualnej ukochanej, rozważający, czy warto wikłać się w z
                                > najomość z TYMI LUDZMI, źle oceniający ich maniery (na odległość), zdystansowan
                                > y i wycofany...

                                Tyż prawda.

                                Za to Robroj i Nutria to dla mnie wykapani pan Bingley i Jane - jednego i drugiego miałam ochotę kopnąć w rzyć za ten brak zdecydowania i miałkliwość, jedna i druga to delikatny kwiatuszek, co myśli o wszystkich i wszystkich uwielbia. No i jak pięknie pasuje tu cytat pana Benneta:

                                "Oboje jesteście tak ustępliwi, że nigdy nie podejmiecie żadnej decyzji, tak łatwowierni, że cała służba będzie was oszukiwać i tak hojni, że zawsze będziecie żyć ponad stan"
                      • czekolada72 Re: P.S. 12.01.12, 14:25
                        Wiem, wiem - stary watek, ale anginuje i zaczynam sie nieco nudzic ;)

                        Zawsze jak cztam o Felicji to mam przed slepiami moja sp Babcie.
                        Przychodzacy do niej nawet niezapowiedziani goscie, rodzinka, niewazne - 1 czy 5 osob - nie miały prawa wyjsc nienakarmione!
                        Pamietam jak babcia z wczorajszego obiadu, ktory mial wystarczyc dla niej i Dziadka - dorabiala obiadek dla np w sumie 4 osob, w tym dwojki nieco grymasnych dzieci, ktore np flakow nie rusza, ba - nawet nie powachaja.
                        To dogotowała jajka na twardo, to zrobiła lane ciasto, w najgorszej sytuacji - popedzila pozyczyc cos do sasiadki lub wysłała kogos galopem po zakupy.
                        I nic to, ze sie tlumaczylo: ze przelotem, ze w poblizu, ze po obiedzie, ze obiad w domu - nic to!
                        Podobnie zachowywała sie potem tesciowa i ciocia.
                        W sumie - wszystkie te panie to roczniki przedwojenne, wiec moze COŚ w tym wlasnie?
                        Bo mam tez druga ciotke, kuzynke mamy, do ktorej wpadniecie bez uprzedzenia min 1 dnia - to obraza boska na lata, a o szklance wody to nawet nie smiejmy pomarzyc ;)
                        • moleslaw Re: P.S. 12.01.12, 15:57
                          Nie zwróciłam uwagi czy ktoś o tym przypomniał.Ignacy z dziećmi nie zwalił się wcale bez pytania, najpierw zadzwonili, zapewne po to by uprzedzić o wizycie co jednak daje trochę czasu Felicji na zrobienie tegoż obiadu.A nie wierzę w to że tak doskonała gospodyni nie miała zapasowego mięska w lodówce.
                          Też uwazam że Mila wcale nie zasługuje na takie negatywne oceney, dzieci miały zawsze ciepło, były nakarmione, zadbane czysto ubrane i na dodatek co już nie wszyscy rodzice uwazają za oczywistosć były oczytane.
                          • soova Re: P.S. 12.01.12, 16:02
                            Co do tego karmienia, to przy każdej okazji, gdy ktoś wspomina scenę kolacji z "Kwiatu kalafiora", wywołuje to dyskusję co do tego, na ile łapczywość Borejkówien w pochłanianiu jedzenia, bo istnieje zagrożenie, że zbyt gadającej kanapkę zgarnie sprzed nosa siostra, jest celową przesadą czy dowodem, że Borejkówny nie dojadają.
                          • ding_yun Re: P.S. 12.01.12, 16:03
                            Dla mnie rozważania z cyklu jak Borejkowie mogliby polepszyć swój status materialne są trochę bezsensowne. Taka była konwencja pierwszych tomów Jeżycjady: niezamożna rodzina intelektualistów, którzy wolą w spokoju ducha i sumienia posiedzieć wieczorem w domu i zagłębiać się w lekturze Plutarcha oraz oddawać rozważaniom o cnocie niż polepszać swój status i nabywać mięsko komercyjne. Co innego rozważania, czy mieli prawo objadać Felicję, ale wszak nie robili tego regularnie - sytuacja była wyjątkowa, a brak obiadu spowodowany raczej kompletnym brakiem umiejętności kuchennych niż brakiem pieniędzy na jedzenia.
                            • pi.asia Re: P.S. 12.01.12, 19:26
                              Siedemnastoletnia Gabriela:
                              -nie odróżnia soli od kwasku cytrynowego.
                              -marchewkę uciera razem ze skórą z palców,
                              -kartofle obiera kalecząc sobie palce
                              -nie odkurza
                              -nie myje wanny

                              Jednym słowem, oprócz czytania i odrabiania lekcji nie robi nic. Nie ma żadnych obowiązków domowych. W kuchni jest kompletną niemotą. Matce nie pomaga w niczym.
                              Jakim cudem Mili udało się wychować takiego pasożyta?
                              I jak Mila wyobraża sobie Gabę w roli przyszłej pani domu? Chyba że zależało jej na tym, aby nikt nie zechciał żony Mam-dwie-lewe-ręce.
                              • zla.m Re: P.S. 12.01.12, 21:49
                                Książka zaczyna się od tego, że Gaba i Ida wracają z zakupów, co wtedy nie było łatwym i szybkim przejściem się do marketu. I jakimś cudem Gaba po pierwszych nerwowych ruchach dość szybko opanowuje dom, co pozwala mi podejrzewać, że jednak jakieś pojęcie o robotach gospodarskich miała.

                                Poza tym, akurat w KK autorka mówi otwartym tekstem, że Mila była "miłym domowym tyranem", co wszystko wiedział lepiej. A gdzieś dalej pojawia się taki opis, że Mila lubiła robić po swojemu. I goniła z kuchni dziewczynki, które siłą rzeczy robiły wolniej i mniej sprawnie.

                                Ergo: w KK rodzina Borejków nie jest wzorcem i autorka tego nie ukrywa. Ale mimo tych wad dają się lubić. A Fela dokarmianiem zajmowała się z przyjemnością. I z przyjemnością przyjmowała hołdy dziękczynne Ignacego (Felu, jesteś aniołem), który może zaradny nie był, ale bezczelny i niewdzięczny też nie.
                              • sta-fraszka Re: P.S. 16.01.12, 00:42
                                pi.asia napisała:

                                > Siedemnastoletnia Gabriela:
                                > -nie odróżnia soli od kwasku cytrynowego.
                                > -marchewkę uciera razem ze skórą z palców,
                                > -kartofle obiera kalecząc sobie palce
                                > -nie odkurza
                                > -nie myje wanny
                                >

                                W wieku lat siedemnastu kwasek od soli odroznialam probujac, marchewke ucieralam ze skora (albo niezdarnie), kartofle obieralam grubo. Odkurzalam i wanne mylam, ale, zdaniem mojej mamy, niedokladnie i niestarannie.

                                > Jednym słowem, oprócz czytania i odrabiania lekcji nie robi nic. Nie ma żadn
                                > ych
                                obowiązków domowych.

                                Ja tez oficjalnie nie mialam. Ale np. wlasnie chodzilam po zakupy. Dostawalam liste i prosze bardzo, w sobote rano, wczesnie.

                                >W kuchni jest kompletną niemotą.

                                Tez bylam. Przerastalo mnie gotowanie makaronu.

                                > Jakim cudem Mili udało się wychować takiego pasożyta?
                                > I jak Mila wyobraża sobie Gabę w roli przyszłej pani domu? Chyba że zależało je
                                > j na tym, aby nikt nie zechciał żony Mam-dwie-lewe-ręce.

                                Bardzo prosto - tak jak ktos pisze nizej - Mila uwazala, ze robi wszystko szybciej i staranniej, lepiej uzywajac srodkow czystosci i prad.

                                Moja mama np. uwazala ze nikt nie potrafi tak jak ona posortowac prania, rozwiesic go, umyc naczyn. Wszelkie proby konczyly sie takim wytykaniem tego, co zostalo zrobione zle (krzywo powieszone, niedokladnie umyte, zle oplukane, niedokonczone), ze po jakims czasie ja sobie dalam spokoj z probowaniem.

                                Moja mama, mimo ze narzekala, ze nikt jej nie pomaga, nadal nikomu nie pozwalala zmyc tych piekielnych garow, rozwiesic prania czy zrobic obiadu (bo nie umiem). A ja zazdroscilam kolezankom, ktore wlasnie gotowaly obiady (metoda prob i bledow czesto), robily pranie czy musialy po obiedzie pozmywac. BO SIE UCZYLY JAK!

                                Z czasem, gdy mamie zaczelo sie robic za ciezko (!) pozwolila pomoc sobie umyc podlogi czy poodkurzac (nadal gderajac, ze niedoklanie).

                                Wiec czytajac Kwiat Kalafiora doskonale rozumialam Gabe, ktora nic nie umie i wyobrazalam sobie, ze radzilabym sobie rownie tragicznie, gdyby mi nagle przyszlo przejac dom.
                                • klymenystra Re: P.S. 16.01.12, 00:56
                                  Ja tez długo byłam niemotą - w domu miałam główny obowiązek: uczyc się. I tyle. No i utrzymywac względny porządek w pokoju, ale akurat jestem bałaganiarą i sensu sprzątania codziennie nie widzę, więc dochodziło do utarczek. Gotowac się nauczyłam mając lat 19 - ale do tej pory są dania, ktorych nie zrobię bez przepisu. Gotuję po swojemu całkiem. Dom umiem ogarnąc itp., na szczescie. Ale mając 18 lat, będąc maturzystką, umiałam jedynie zrobic sobie kanapki, herbatę i jajecznice, zaś mycie naczyń było dla mnie wręcz rozrywką, bo nieczęste. Też więc rozumiałam Gabę.
                                • the_dzidka Re: P.S. 16.01.12, 13:05
                                  > Moja mama np. uwazala ze nikt nie potrafi tak jak ona posortowac prania, rozwie
                                  > sic go, umyc naczyn. Wszelkie proby konczyly sie takim wytykaniem tego, co zost
                                  > alo zrobione zle (krzywo powieszone, niedokladnie umyte, zle oplukane, niedokon
                                  > czone), ze po jakims czasie ja sobie dalam spokoj z probowaniem.
                                  >
                                  > Moja mama, mimo ze narzekala, ze nikt jej nie pomaga, nadal nikomu nie pozwalal
                                  > a zmyc tych piekielnych garow, rozwiesic prania czy zrobic obiadu

                                  Podajmy sobie dłonie. Identico. Ja miałam jeszcze dramę w trzech zdaniach:

                                  "- Mamo, pomogę ci.
                                  - Nie trzeba.
                                  (po dwóch godzinach, trzech dniach, tygodniu): - Bo mnie nikt w tym domu nie pomaga!"

                                  Jak dorosłam na tyle, żeby przestać uważać każde słowo spływające z ust rodzicielskich za perłę bez skazy, to ryknęłam: - Nie chcesz, to nie, ale nie miej potem pretensji, że nikt ci nie pomaga!!!
                                  • paszczakowna1 Re: P.S. 16.01.12, 15:35
                                    > Podajmy sobie dłonie. Identico. Ja miałam jeszcze dramę w trzech zdaniach:
                                    >
                                    > "- Mamo, pomogę ci.
                                    > - Nie trzeba.
                                    > (po dwóch godzinach, trzech dniach, tygodniu): - Bo mnie nikt w tym domu nie po
                                    > maga!"
                                    >
                                    > Jak dorosłam na tyle, żeby przestać uważać każde słowo spływające z ust rodzici
                                    > elskich za perłę bez skazy, to ryknęłam: - Nie chcesz, to nie, ale nie miej pot
                                    > em pretensji, że nikt ci nie pomaga!!!

                                    To i tak nie najgorzej. Może się jeszcze zdarzyć egzemplarz, który pomocy nie chce i żadnych pretensji nie ma, skądże znowu, tylko niewerbalnie i aluzjami daje do zrozumienia, że jest zmęczona, a wszyscy to mają w d... I na to już nie ma skutecznej strategii.
                                    • emae Re: P.S. 16.01.12, 16:50
                                      paszczakowna1 napisała:

                                      > > Podajmy sobie dłonie. Identico. Ja miałam jeszcze dramę w trzech zdaniach
                                      > :
                                      > >
                                      > > "- Mamo, pomogę ci.
                                      > > - Nie trzeba.
                                      > > (po dwóch godzinach, trzech dniach, tygodniu): - Bo mnie nikt w tym domu
                                      > nie po
                                      > > maga!"
                                      > >
                                      >
                                      > To i tak nie najgorzej. Może się jeszcze zdarzyć egzemplarz, który pomocy nie c
                                      > hce i żadnych pretensji nie ma, skądże znowu, tylko niewerbalnie i aluzjami daj
                                      > e do zrozumienia, że jest zmęczona, a wszyscy to mają w d... I na to już nie ma
                                      > skutecznej strategii.

                                      Moja mama: przykład 1
                                      Moja siostra: przykład 2
                                      ...
                                      Mam nadzieję, że ja, jako najbardziej rozpieszczona, będę się jednak nieco inaczej zachowywać w tego typu sytuacjach ;)
                                  • sta-fraszka Re: P.S. 18.01.12, 15:35
                                    the_dzidka napisała:


                                    > Podajmy sobie dłonie. Identico. Ja miałam jeszcze dramę w trzech zdaniach:
                                    >
                                    > "- Mamo, pomogę ci.
                                    > - Nie trzeba.
                                    > (po dwóch godzinach, trzech dniach, tygodniu): - Bo mnie nikt w tym domu nie po
                                    > maga!"
                                    >
                                    > Jak dorosłam na tyle, żeby przestać uważać każde słowo spływające z ust rodzici
                                    > elskich za perłę bez skazy, to ryknęłam: - Nie chcesz, to nie, ale nie miej pot
                                    > em pretensji, że nikt ci nie pomaga!!!

                                    Hm.
                                    Daj druga lape.
                            • nessie-jp Re: P.S. 12.01.12, 19:33
                              Taka była konwencja pierwszych tomów Jeżycjady: nie
                              > zamożna rodzina intelektualistów, którzy wolą w spokoju ducha i sumienia posied
                              > zieć wieczorem w domu i zagłębiać się w lekturze Plutarcha oraz oddawać rozważa
                              > niom o cnocie niż polepszać swój status i nabywać mięsko komercyjne.

                              Ale o to przecież chodzi, o ten zgrzytliwy kontrast między deklaracjami cnoty a cwanym wpychaniem się w sklepie bez kolejki, między częstowaniem gości cienką herbatką i elaboratami o cnocie, aby u nich obżerać się makowczykami, plackami z kruszonką, torcikami makowymi...

                              Gaba decyduje się iść na Sylwestra nie na imprezę, tylko na darmową wyżerkę. Jest to napisane w książce otwartym tekstem. A ma to miejsce w czasie, gdy Mila jest jeszcze w domu i zapyla z odkurzaczem (a córunie leżą do góry brzuchem i się kłócą). Nieprawdą jest więc, że Borejkowie byli amatorami wyżerki na cudzy koszt tylko dlatego, że akurat awaryjnie zabrakło Mili. Nie, to była dla tych cnotliwych filozofów normalna sprawa.

                              Wszystko to by tak nie raziło, gdyby autorka nie robiła z nieróbstwa cnoty, a jednocześnie nie szydziła z ludzi, którzy jednak są w stanie nakarmić swoje dzieci.
                              • pi.asia Re: P.S. 12.01.12, 19:50
                                nessie_jp napisała:
                                Wszystko to by tak nie raziło, gdyby autorka nie robiła z nieróbstwa cnoty, a j
                                > ednocześnie nie szydziła z ludzi, którzy jednak są w stanie nakarmić swoje dzie
                                > ci

                                I nie tylko swoje, ale także dzieci głównych bohaterów.
                                W ogóle Fela jest dla Borejków wielokrotnie pogotowiem ratunkowym - odwiedza przecież ciężarną, bliską omdlenia Milę i ogarnia cały ten domowy bajzel.
                                Ciekawe, że Gizela (osoba praktyczna i zaradna) potrafiła Felę docenić, a matka Ignaca wręcz przeciwnie.
                                • moleslaw Re: P.S. 12.01.12, 21:03
                                  No cóż poznał swój ,swego.
                              • paszczakowna1 Re: P.S. 12.01.12, 22:54
                                > Gaba decyduje się iść na Sylwestra nie na imprezę, tylko na [u]darmową wyżerkę[
                                > /u]. Jest to napisane w książce otwartym tekstem. A ma to miejsce w czasie, gdy
                                > Mila jest jeszcze w domu i zapyla z odkurzaczem (a córunie leżą do góry brzuch
                                > em i się kłócą). Nieprawdą jest więc, że Borejkowie byli amatorami wyżerki na c
                                > udzy koszt tylko dlatego, że akurat awaryjnie zabrakło Mili. Nie, to była dla t
                                > ych cnotliwych filozofów normalna sprawa.

                                A co, sądzisz, że inni przyszli na tego Sylwestra z własnym wiktem, czy płacili za wstęp? A jeśli nie, to w czym niby Gaba była gorsza od pozostałych "amatorów wyżerki na cudzy koszt"? Gaba poszła, bo była nadzieja na fajne jedzenie, kto inny może poszedl, bo byla nadzieja na fajne tańce. Jakoś nie widzę moralnej wyższości jednej motywacji nad drugą.
                                • iwoniaw Re: P.S. 12.01.12, 23:05
                                  Ależ oczywiście, że z własnym wiktem, impreza była składkowa - wszak Ida podejrzała ni mniej ni więcej tylko placek z kruszonką który taszczył do Joanny sąsiad Pawełek. I Gaba, która nie wybierała się na tę imprezę (i podejrzewała, że towarzystwo ze szkoły kuzynki to alkoholizujące się nadmiernie prymitywy) natychmiast zmieniła optykę, gdy posłyszała o wyrobie cukierniczym.
                                  • nessie-jp Re: P.S. 12.01.12, 23:10
                                    iwoniaw napisała:

                                    > Ależ oczywiście, że z własnym wiktem, impreza była składkowa - wszak Ida podejr
                                    > zała ni mniej ni więcej tylko placek z kruszonką który taszczył do Joanny sąsia
                                    > d Pawełek. I Gaba, która nie wybierała się na tę imprezę (i podejrzewała, że to
                                    > warzystwo ze szkoły kuzynki to alkoholizujące się nadmiernie prymitywy) natychm
                                    > iast zmieniła optykę, gdy posłyszała o wyrobie cukierniczym.

                                    Otóż właśnie. I pal sześć, czy to wypada, czy nie wypada iść na imprezę składkową z pustymi łapami i głodnym żołądkiem ;) bo argument dotyczył raczej tego, że Borejczęta były wygłodzone na słodycze (niekartkowe) i wielce żarte na długo przed chorobą Mili.

                                    To samo widać na przykładzie Idy, która a) autentycznie głodując, nie odważa się zjeść w domu przetworów; b) umiera z zachwytu nad deserami Basi i rozpływa się nad konfiturami Feli; c) gościowi w dom patrzy w zęby (jak u, nieprawda, rekina).


                                  • paszczakowna1 Re: P.S. 13.01.12, 15:00
                                    > Ależ oczywiście, że z własnym wiktem, impreza była składkowa - wszak Ida podejr
                                    > zała ni mniej ni więcej tylko placek z kruszonką który taszczył do Joanny sąsia
                                    > d Pawełek. I Gaba, która nie wybierała się na tę imprezę (i podejrzewała, że to
                                    > warzystwo ze szkoły kuzynki to alkoholizujące się nadmiernie prymitywy) natychm
                                    > iast zmieniła optykę, gdy posłyszała o wyrobie cukierniczym.

                                    Pawełek przynosił, ale wątpię, by przynosili coś wszyscy (a tam sporo ludzi było), a jedna Gaba się wyłamała. Zaprosili ją, to przyszła, nie było mowy, że ma coś przynosić. A później dożywiała towarzystwo u siebie (o ile mnie pamięć nie myli, część wypieków Gaby przeznaczona była dla grupy ESD), więc można założyć, że w stosunku do grupy rówieśniczej w aspekcie materialnym była OK.

                                    Gaba zresztą nie miała skłonności do sępienia, u ciotki też była mocno skrępowana. Tak naprawdę na sępa wychodzi Ignacy, bo do dzieci ciężko mieć pretensje.
                                    • nessie-jp Re: P.S. 13.01.12, 15:57
                                      > Gaba zresztą nie miała skłonności do sępienia, u ciotki też była mocno skrępowa
                                      > na. Tak naprawdę na sępa wychodzi Ignacy, bo do dzieci ciężko mieć pretensje.

                                      No i przecież o Ignacym jest mowa w wątku...

                                      A grupa ESD przynosiła składkowe wiktuały na zebrania u Gabrieli. Babka z kremem z margaryny okazała się fuj, pamiętasz?

                                      • pi.asia Re: P.S. 13.01.12, 17:14
                                        Pamiętam składkowe pączki z cukierni "Hanusia".
                                      • paszczakowna1 Re: P.S. 13.01.12, 23:41
                                        > No i przecież o Ignacym jest mowa w wątku...

                                        Żeby było o Ignacym, nie protestowałabym. Ale mowa jest o Borejkach en masse ("Nieprawdą jest więc, że Borejkowie byli amatorami wyżerki na cudzy koszt tylko dlatego, że akurat awaryjnie zabrakło Mili. Nie, to była dla tych cnotliwych filozofów normalna sprawa.
                                        "). A nie widzę skłonności ścierwojedczych u Mili czy Gaby. W KK raczej widać, że Gaba ambitnie stara się nie korzystać z pomocy innych. A w OwR, zauważ, właśnie ona i Mila występują w roli karmicielek.

                                        > A grupa ESD przynosiła składkowe wiktuały na zebrania u Gabrieli. Babka z kreme
                                        > m z margaryny okazała się fuj, pamiętasz?

                                        Fakt. Ale i Gabriela (o ile mnie pamięć nie myli, nie chce mi się dociekać, czy KK jest w domu u mnie, u mamy czy u siostry...) wywiązywała się za pomocą jakichś babek-puchatek czy czegoś.
                                        • sowca Re: P.S. 14.01.12, 00:36
                                          Babki puchatki robiła na imieniny Ignaca, to się nie liczy. Ale wydaje mi się, że to właśnie ta cienka herbata i chleb z dżemem dla gości to była sytuacja awaryjna, a nie reguła, bo jednak Gaba nauczona jest przyjmować gości i nawet w chwili kryzysu serwuje mi kawę i biszkopty :P

                                          Co do sylwestra, to ja też często chodzę na imprezy wyłącznie z powodu dobrej wyżerki. Jeśli jest impreza domowa, składkowa czy organizowana przez gospodarza wyłącznie, to wiadomo, że będą dobre rzeczy. Do klubu, gdzie mogę sobie ewentualnie nabyć drinka za oszałamiającą cenę albo paczkę chipsów dwukrotnie droższą niż w sklepie, żadna ludzka siła mnie nie wyciągnie. A w domu nie głoduję, nawet wprost przeciwnie :P

                                          Uderza mnie o wiele bardziej sytuacja Idy, która będąc głodną, oblizuje pokrywki od słoików z przetworami.
                                        • nessie-jp Re: P.S. 14.01.12, 02:23
                                          > Żeby było o Ignacym, nie protestowałabym. Ale mowa jest o Borejkach en masse

                                          To może ja uściślę: WINA za to, że dziewczynki rzucają się w gościach na jedzenie, spoczywa na Ignacym i Mili. Dorosła już Gaba (17 lat) zdaje sobie sprawę, że to nie halo, ale młodsze po prostu pędzą jeść. Ojciec ich ani nie nakarmi, ani nie upomni. Woli kupić Plutarcha.

                                          Ta rodzina jest potem wprost przeciwwstawiona Lisieckim, którzy dzieci karmią i odziewają, ale nie dbają o ich rozwój duchowy i intelektualny. Borejkowie Seniorowie odwrotnie: dbają intelektualnie, ale nie karmią i nie ubierają.

                                          Dwie skrajności.

                                          Twierdzę, że każda z tych skrajności jest zła.



                                          • moleslaw Re: P.S. 14.01.12, 09:53
                                            Protestuję, Borejkowe córki nie chodzą głodne, nie chodzą też gołe. Pewnie ze apetyty ma się różne, a je się to co jest na stole. Nasze czasy trochę (żeby tylko) wywróciły to do góry nogami i każde ddziecko sobie coś tam wybiera, grymasi itp. wystarczy poczytać forum oszczędzamy żeby natknąć się na uwagi: "Mój syn tego nie ruszy" , "Moje dzieci jak nie dostaną tego i tego to nie zjedzą" i alej w ten deseń.Sama p[amiętam z dzieciństwa że babcia stawiała obiad i nie było że ktoś czegoś nie lubi albo nie chce, siadało się i jadło bez dyskusji. Kanapki na kolacje były normą również z dżemem, nawet jesli byli goście. To teraz nam się wydaje że jak nie podamy tego czy tamtego to znaczy że gości nie szanujemy. Powtarzam wszystko stoi na głowie. Zresztą jakoś nikt specjalnie Joannie Chmielewskiej nie zarzuca podawania serka w kostkach li i jedynie gościom, a podawała o czym otwarcie pisała. I z tego naszego "zastaw się..." dworowała.

                                            Jeszcze jedna mała uwaga, może tak delikatniej z tą krytyką, te opisane sytuacje z karieniem mam na myśli kanapki czy chleb z dżemem przy gościach to rzeczywiście srewowane w trudnych finansowo czasach posiłki w domu u państwa Musierowicz.
                                            • onion68 Re: P.S. 14.01.12, 11:56
                                              > Protestuję, Borejkowe córki nie chodzą głodne, nie chodzą też gołe. Pewnie ze
                                              > apetyty ma się różne, a je się to co jest na stole. Nasze czasy trochę (że

                                              Racja, w tym zdaniu i pozostałych także. IMO.
                                            • czekolada72 Re: P.S. 14.01.12, 12:49
                                              Dokladnie!
                                              Ja mam takie subiektywne wrazenie, ze moje 19-letnie dziecko jest ostatnim jakie znam, ktore nie znało opcji jedzeniowej "nie lubie" - jadło wszystko co dostało pod tzw nos.
                                              Ale w sumie... juz jej starszy o rok kuzyn - jadal w wieku lat kilku wylacznie prawie schabowe, na sniadanie, obiad, kolacje.
                                              Znajome goralskie dzieci - nie braly do ust mleka (ha, dziewuszke rownolatke nauczyla pic kakao wlasnie moja corka);
                                              a dalsze mlodsze rodzinno-znajome dzieci juz glownie jada na "to lubie, tego nie, to trucizna, zjem wylacznie to"
                                              Nie, moja nie jest ideałem, o nie!, ale dopiero gdzies 3-4 lata temu uznała, ze istnieja jednak 2 trucizny - rosół i atrobka cieleca (drobiowa raz na ruski miesiac przełknie).
                                              • dakota77 Re: P.S. 14.01.12, 13:53
                                                Moim zdaniem i pozwolenie dzieciakowi na takie grymaszenie, ze niczego nie lubi i co chwile czegos tam nie tknie, jak i wpychanie dziecku na sile zarcia i zupelne nieprzejmowanie sie jego upodobaniami to dwie rownie zle skrajnosci.
                                            • dakota77 Re: P.S. 14.01.12, 13:52
                                              Apetyty ma sie rozne, no ale o Borejkownach wyraznie jest napisane, ze rzucaja sie na jedzenie i jedza szybko, bo boja sie, ze zabraknie. Tego czasami ani sytuacja rodzinna calkiem wytlumaczyc sie nie da.

                                              Mnie sie nie wydaje, ze jak tego czy tamtego gsociom nie podam, to ich nie szanuje:). Jak zamierzam gosci nakarmic, wyraznie zapraszam na obiad. W innym przypadkach goscie wiedza, ze podajemy cos alkoholowego do picia i bardzo drobne przekaski. No, chyba zeby gosc poprosil o nakarmienie go:)

                                              Moje wspomnienia z dziecinstwa sa zupelnie inne niz twoje. Oczywiscie mniejszy wybor produktow spozywczych dotyczyl mnie tak samo, ale jedzenia we mnie nigdy nie wmuszano, a jak tylko byl jakis wybor, starano mi sie przygotowywac cos, co lubilam. Nie kazdemu poddawano terrorowi kulinarnemu;-P
                                              • moleslaw Re: P.S. 14.01.12, 14:19
                                                dakota77 napisała:

                                                > Apetyty ma sie rozne, no ale o Borejkownach wyraznie jest napisane, ze rzucaja
                                                > sie na jedzenie i jedza szybko, bo boja sie, ze zabraknie. Tego czasami ani syt
                                                > uacja rodzinna calkiem wytlumaczyc sie nie da.
                                                >
                                                > Mnie sie nie wydaje, ze jak tego czy tamtego gsociom nie podam, to ich nie szan
                                                > uje:). Jak zamierzam gosci nakarmic, wyraznie zapraszam na obiad. W innym przyp
                                                > adkach goscie wiedza, ze podajemy cos alkoholowego do picia i bardzo drobne prz
                                                > ekaski. No, chyba zeby gosc poprosil o nakarmienie go:)
                                                >
                                                > Moje wspomnienia z dziecinstwa sa zupelnie inne niz twoje. Oczywiscie mniejszy
                                                > wybor produktow spozywczych dotyczyl mnie tak samo, ale jedzenia we mnie nigdy
                                                > nie wmuszano, a jak tylko byl jakis wybor, starano mi sie przygotowywac cos, co
                                                > lubilam. Nie kazdemu poddawano terrorowi kulinarnemu;-P
                                                >
                                                >
                                                >

                                                Jaki tam terror, nrmalne podejście. Od tego się zaczyna że jak jest to się dziecku podaje coś co lubi aż w końcu zaczyna grymasić. A że zjadały z apetytem ( nic nie było o tym że ze wstrętem) to normalne, jak i to że znikało wszystko. Nie było tak i nie powinno być i dziś że dziecko czy Ty nawet lub mąż stwierdzacie że to co na talerzu wam nie odpowiada, a jednoczesnie idziecie do lodówki i zajdacie co innego( a nagminnie się z tym spotykam, co więcej walczę z tym w domu z mężem) . Wtedy można faktycznie dojść do absurdu. Zresztą odczepiając się od KK w innych tomach mamy całą masę sytuacji kiedy to Borejkowie kogoś karmią.
                                                • moleslaw Re: P.S. 14.01.12, 14:29
                                                  Ostatnie już twierdzenie w tym temacie. Dla mnie sytuacja że dziewczęta zjadają wszystko i szybko by inna siostra nie zajęła się porcją grymaśnicy, jest jak najbardzie wywołana jako przykład jak p[owinno być. Wiedziały że jak nie zjedzą śniadania to następny będzie dopiero obiad, podobnie z obiadem będzie dopiero kolacja a nie pewnosć że jak teraz nie zjem to najwyżej potem sobie coś przekąszę, zwykle nie ukrywajmy słodkiego czy coś na szybko. Nie popadajmy w przesadę bo zaczynamy czepiać się czegoś co jest normalne i nie powinno budzić zdziwienia.
                                                  Nie chcesz na sniadanie płatków? To nie jak zgłodniejesz to zjesz ewentualnie zjesz dopiero kanapkę w szkole. To jest prawidłowe podejście. A nie łażenie za dzieckiem i wymyslanie : to może budyń, a może serek nie? To może mamusia usmaży naleśniki? Itd. itp.
                                                  Od razu uprzedzę ewentualne pretensje, przypominajać że jednak miewają i paluszki i ciasta jakieś, czyli nie mamy doczynienia ze skrajnym egoizmem rodziców.
                                                  • dakota77 Re: P.S. 14.01.12, 14:33
                                                    moleslaw napisała:

                                                    >> Nie chcesz na sniadanie płatków? To nie jak zgłodniejesz to zjesz ewentualnie
                                                    > zjesz dopiero kanapkę w szkole. To jest prawidłowe podejście. A nie łażenie za
                                                    > dzieckiem i wymyslanie : to może budyń, a może serek nie? To może mamusia usma
                                                    > ży naleśniki? Itd. itp.


                                                    No z tym spokojnie sie zgodze.
                                                • nessie-jp Re: P.S. 14.01.12, 15:12
                                                  > Jaki tam terror, nrmalne podejście. Od tego się zaczyna że jak jest to się d
                                                  > ziecku podaje coś co lubi aż w końcu zaczyna grymasić.

                                                  Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak naładowanego pogardą do drugiego człowieka (tak, dziecko to człowiek!) zdania.

                                                  Dziecko to nie jest pojemnik na odpadki, który ma psi obowiązek zjeść znienawidzoną potrawę i jeszcze udawać, że smakowało.

                                                  Ja flaków nie zjem, podobnie jak krewetek, wątróbki, żeberek, wodorostów w sushi, pietruszki w rosole i miliona innych rzeczy. Nie zjem, bo nie lubię. A nie jestem (ani nigdy nie byłam) tak zabiedzona, żeby zmuszać się z głodu do jedzenia rzeczy, które są dla mnie wstrętne. Nigdy by też moim rodzicom do głowy nie przyszło tresować mnie do jedzenia nielubianych potraw szantażem głodu.


                                                  • czekolada72 Re: P.S. 14.01.12, 15:21
                                                    nessie-jp napisała:

                                                    > > Jaki tam terror, nrmalne podejście. Od tego się zaczyna że jak jest to się dziecku podaje coś co lubi aż w końcu zaczyna grymasić.
                                                    >
                                                    > Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak naładowanego pogardą do drugiego czło
                                                    > wieka (tak, dziecko to człowiek!) zdania.
                                                    >
                                                    > Dziecko to nie jest pojemnik na odpadki, który ma psi obowiązek zjeść znienawid
                                                    > zoną potrawę i jeszcze udawać, że smakowało.
                                                    > O matko jedyna - a mozesz konkretnie zacytowac, bo przy drzewku ciezxko trafic w odpowiedzi na co to pisane.

                                                    Ja wychodzilam i wychodze z podstawowego zalozenia - dziecko nie moze twierdzic ze np parowki/watrobka/szpinak/krewetki/schabowy/mandarynka mu nie smakuja, skoro ich jeszcze w zyciu nie spozylo.
                                                    Skosztuje, uzna ze to niejadalna trucizna - ok.
                                                    Ja osobiscie z wlasnego lenistwa i wygody nie czulam sie dobrze w roli nadzorcy i wpychacza.
                                                    Jakos udalo mi sie osiagnac optymalna sytuacje, ze na stole pojawialy sie potrawy , rozmaitych smakow i kolorow, ktore sie jadlo, a dziecko jadlo z nami.
                                                    W sumie to podobnie jak ze spaniem - w sumie tez mozna powiedziec, ze chec rodzica, co by dziecko sypialo tak za dnia (małe) jak i w nocy - to pogarda dla drugiego czl;owieka.
                                                    No a jakaz to pogarda, gdy sie domaga od drugiego czlowieka, by np chodzilo do szkoly i jeszcze przechodzilo z klasy do klasy - o ho ho ho!
                                                  • dakota77 Re: P.S. 14.01.12, 16:22
                                                    Naprawde uwazasz, ze wysylanie dziecka do szkoly i wmuszanie w niego jedzenia, ktorego nie znosi, to dokladnie takie same sytuacje? W pierwszej sytuacji rodzic nie ma wyjscia bo jest zobligowany prawem ( i troska o wyksztalcenie potomstwa tez). Musi dziecko przekonac, ze do szkoly trzeba chodzic. W przypadku jedzenia moze jednak i powinien wziac pod uwage fakt, ze dziecko tez czlowiek i ma prawo do swoich upodoban.
                                                  • czekolada72 Re: P.S. 14.01.12, 18:20
                                                    dakota77 napisała:

                                                    > Naprawde uwazasz, ze wysylanie dziecka do szkoly i wmuszanie w niego jedzenia,
                                                    > ktorego nie znosi, to dokladnie takie same sytuacje? W pierwszej sytuacji rodzi
                                                    > c nie ma wyjscia bo jest zobligowany prawem ( i troska o wyksztalcenie potomst
                                                    > wa tez). Musi dziecko przekonac, ze do szkoly trzeba chodzic. W przypadku jedze
                                                    > nia moze jednak i powinien wziac pod uwage fakt, ze dziecko tez czlowiek i ma p
                                                    > rawo do swoich upodoban.

                                                    Tiaaaaa zwlaszcza jak dziecko npma ochote spozywac wylacznie cole i schabowe - jak najbardziej brac pod uwage i dostarczac kolejna porcje!
                                                    Rodzic ma takze swoisty obowiazek zadbania o zdrowie dziecka, no ale skoro nie ma na to odpowiednich przepisow karnych to fakt - dziecko niech rzadzi ;)

                                                    Czyli - kryminal mi sie jednak nalezalby, gdyby nie to, ze moje dziecko do 16 roku zycia bylo zerne, wszech-zerne, i sytuacja przymusu niezachodziła.
                                                    Dla wyjasnienia - chowanie (=karmienia) innych dzieci szczerze mowiac mi latało i lata i traktuje raczej jako ciekawostke ornitologiczna.
                                                  • dakota77 Re: P.S. 14.01.12, 19:16
                                                    Nie, niczego takiego nie napisalam. Ale jesli dziecko woli ser zolty od wedlin, nie widze powodu, zeby wmuszac w dziecko kielbase. Jesli nie cierpi mleka, nie ma co zmuszac go do spozycia, tylko wymyslic, jak inaczej dostarczyc bialko. Proste chyba?
                                                  • dakota77 Re: P.S. 14.01.12, 16:18
                                                    Uff, Nessie, bo juz sie zaczelam zastanawiac, jak strasznie rozpuszczonym bachorem musialam byc, skoro nie wmuszano we mnie jedzenia, na ktore nie mialam ochoty. W ogole zreszta nie zmuszano mnie do jedzenia.
                                                  • jottka Re: P.S. 14.01.12, 17:44
                                                    się zgadzam - przez koleżankę molesław jednakowoż przemawia wyidealizowana wizja dawnych czasów oraz dziwne lekceważenie małego człowieka, który niekoniecznie z definicji jest rozwydrzony i trzeba go pacyfikować.

                                                    tyż jestem dziecko peerelu i w sytuacji ostrego niedoboru jadłam, nieletnią będąc, to, co mi smakowało (parę rzeczy jednak było), a nie to, co na przykład ubóstwia mamusia, czyli mleko i jego przetwory. i tu wykazałam się nie grymaśnictwem do entej, tylko nadludzką wprost mądrością organizmu, bo źle toleruję laktozę. przerobiła to ze mną babunia, zwolenniczka szkoły molesławowej, ale jak obejrzała okiem własnym dziecko wymiotujące po mleku jak kot, to zmuszona była zrewidować poglądy o rozpuszczonym bachorze. nb. babcia też stosowała argument, jak to teraz jest mi dobrze, a jak za jej czasów niczego nie było i dzieci wszystko jadły, wszystko!

                                                    a tak apropo twierdzenia, że najpierw spróbuj, potem będziesz kaprysić, to chciałam nadmienić, że jest jeszcze coś takiego, jak zapach i to on często najsilniej odrzuca od konkretnego dania czy produktu. a ludzie mają różne kubki smakowe i węchowe, w różny sposób im te zmysły działają i winna temu ewolucja, a nie kapitalistyczne luksusy.

                                                    przypomniał mi się zresztą tekst piotra bikonta sprzed lat, jak to któraś z jego córek, maluchem będąc, budziła w nim i jego żonie żywy niepokój, bo jadła dosłownie dwa czy trzy produkty. nie pamiętam dokładnie, ale to było jakoś tak - ryż z masłem, kasza manna z masłem, coś tam i oliwki:) reszty odmawiała i siły nie było, żeby w nią wmusić. po czym lekarz przeanalizował osobliwy jadłospis i uspokoił rodziców, że mała ekscentryczka dostarcza sobie jednak wszystkich niezbędnych składników odżywczych, więc żeby ją zostawić w spokoju, bo widać tak lubi. i zdrowo wyrosła, jadłospis sam jej się rozszerzył z latami.
                                                  • czekolada72 Re: P.S. 14.01.12, 18:22
                                                    jottka napisała:

                                                    Coz, u mnie w domu nigdy nie stosowano argumentu pt "ZA MOICH CZASOW"
                                                    >
                                                    > a tak apropo twierdzenia, że najpierw spróbuj, potem będziesz kaprysić, to chci
                                                    > ałam nadmienić, że jest jeszcze coś takiego, jak zapach i to on często najsilni
                                                    > ej odrzuca od konkretnego dania czy produktu. a ludzie mają różne kubki smakowe
                                                    > i węchowe, w różny sposób im te zmysły działają i winna temu ewolucja, a nie k
                                                    > apitalistyczne luksusy.
                                                    >
                                                    Mnie nie przekonalas, nadal podtrzymuje teze, takze do siebie - najpierw sprobuj, potem kaprys.
                                                  • onion68 Re: P.S. 14.01.12, 18:24
                                                    Nie odniosłam wrażenia, że Moleslaw propaguje tu jako idealny model rodziny, gdzie w dzieci wmusza się złośliwie nielubiane przez nie produkty. Zwykle jest tak, że z biegiem lat w rodzinie wypracowuje się pewien konsensus, co jadamy, a czego jeden lub kilku członków rodziny jeść nie będzie.
                                                    I prawdą jest, że raczej normą było nie grymaszenie przy jedzeniu w opisywanych czasach. Przeczytajcie wywiad z prof. Hanną Świdą-Ziembą w dzisiejszej GW.
                                                    Bez wątpienia u Borejków nie grymasiło się, bez wątpienia dziewczyny były łakome na niektóre potrawy czy łakocie, ale bez przesady - nie wygłodzone. Jakoś w dzisiejszych o wiele zasobniejszych czasach też jest coś, co każdy z nas chętnie, a nawet z zapałem zje, choćby nie wiem co, nie?
                                                  • czekolada72 Re: P.S. 14.01.12, 19:12
                                                    jottka napisała:

                                                    > przypomniał mi się zresztą tekst piotra bikonta sprzed lat, jak to któraś z jeg
                                                    > o córek, maluchem będąc, budziła w nim i jego żonie żywy niepokój, bo jadła dos
                                                    > łownie dwa czy trzy produkty. nie pamiętam dokładnie, ale to było jakoś tak - r
                                                    > yż z masłem, kasza manna z masłem, coś tam i oliwki:) reszty odmawiała i siły n
                                                    > ie było, żeby w nią wmusić. po czym lekarz przeanalizował osobliwy jadłospis i
                                                    > uspokoił rodziców, że mała ekscentryczka dostarcza sobie jednak wszystkich niez
                                                    > będnych składników odżywczych, więc żeby ją zostawić w spokoju, bo widać tak lu
                                                    > bi. i zdrowo wyrosła, jadłospis sam jej się rozszerzył z latami.

                                                    A no widzisz - jego corce nic nie bylo, a nasze znajome dzieci nie lubiace trujacego nabiału doznały takich braków w stosunku do uzebienia, ze jestem pewna - gdyby mialy swiadomosc bolu jaki musialy potem dzieki wlasnym grymasom przejsc w gabinecie stomatologicznym - spozywalyby to mleczko/serek/jogurcik/kakaoko pod kazda postacia i w kazdej ilosci.
                                                    Ale - nie lubialy - rodzice machli reka - mieli na co potem wydawac duuuuzo kasy, co by dzieciaczki nie straszyly czarnymi kikutami zabkow.

                                                    Wiec bywa roznie i uogolniac sie nie da. Bywa tak i tak....
                                                  • nessie-jp Re: P.S. 14.01.12, 19:23
                                                    > Ale - nie lubialy - rodzice machli reka - mieli na co potem wydawac duuuuzo kas
                                                    > y, co by dzieciaczki nie straszyly czarnymi kikutami zabkow.

                                                    O, tak, jasne, jeszcze pewnie dostały krzywicy, trądu i zapalenia ogona!

                                                    Zastanów się nad dziećmi-weganami. Jakoś wszystkie zęby mają i nic im nie wypada, na trąd nie cierpią. A mleka nie piją!

                                                    Bardzo proszę, nie wykręcajcie kota ogonem i nie udawajcie, że tresowanie dziecka do jedzenia czegoś, co wywołuje u niego odrazę, to "dla jego dobra".
                                                  • czekolada72 Re: P.S. 14.01.12, 19:30
                                                    nessie-jp napisała:

                                                    > > Ale - nie lubialy - rodzice machli reka - mieli na co potem wydawac duuuu
                                                    > zo kas
                                                    > > y, co by dzieciaczki nie straszyly czarnymi kikutami zabkow.
                                                    >
                                                    > O, tak, jasne, jeszcze pewnie dostały krzywicy, trądu i zapalenia ogona!
                                                    >
                                                    Nie nie mialy tradu, nie wiem jak bylo z krzywica, ale znam bezposrednio opinie lekarza stomatologa, wspolnego znajomego.
                                                    IFakty, fakty!


                                                    > Zastanów się nad dziećmi-weganami. Jakoś wszystkie zęby mają i nic im nie wypad
                                                    > a, na trąd nie cierpią. A mleka nie piją!

                                                    Cizeko by mi bylo sie zastanawiac, gdyz nie znam nie tylko takowych dzieci, ale nawet doroslych, wiec tym bardziej na temat nie znany wypowiadac sie nie beda.
                                                    Wszystko mozliwe, ze tryskaja zdrowiem i energia i wrecz powinno sie wprowadzic nakaz takowego odzywiania.
                                                    (Coz ja sie na to nie pisze, bo nabial uwielbiam na rowni z zielenina)

                                                    >
                                                    > Bardzo proszę, nie wykręcajcie kota ogonem i nie udawajcie, że tresowanie dziec
                                                    > ka do jedzenia czegoś, co wywołuje u niego odrazę, to "dla jego dobra".
                                                    O Kochana! Ja NIGDZIE do czegos takiego nie namawiam!
                                                    Powtorze - FAKTY!
                                                  • nessie-jp Fakty? 14.01.12, 19:53
                                                    Ależ proszę bardzo, fakty:

                                                    Calcium amount in foods, 100 g:

                                                    parmesan (cheese) = 1140 mg
                                                    milk powder = 909 mg
                                                    Cheddar (cheese) = 720 mg
                                                    tahini paste = 427 mg
                                                    molasses = 273 mg
                                                    hazelnuts = 250 mg
                                                    almonds = 234 mg
                                                    sesame seeds (unhulled) = 125 mg
                                                    nonfat cow milk = 122 mg

                                                    Jak widać, dziecko, które nie lubi mleka, z powodzeniem może zjeść plasterek sera albo garść orzechów laskowych. Albo sezamki. Albo chałwę. Ale nie
                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 14.01.12, 20:02
                                                    nessie-jp napisała:


                                                    > Jak widać, dziecko, które nie lubi mleka, z powodzeniem może zjeść plasterek se
                                                    > ra

                                                    Hahahaha serek to tez nabial, nieprawdaz?
                                                    A dziecko zywiace sie wylacznie cola i schabowym, no ewentualnie bułka hamburgerowa i paczka chipsow - to w ktorym to produkcie ma ten wapn??

                                                    albo garść orzechów laskowych. Albo sezamki. Albo chałwę. Ale nie
                                                  • dakota77 Re: Fakty? 14.01.12, 20:30
                                                    Nikt oprocz ciebie nie mowil o zywieniu dzieci wylacznie cola i schabowym. Wyraznie widze, ze w zaden sposob nie mozna ci wytlumaczyc, ze ty wciaz mowisz o uleganiu najglupszym zachciankom dziecka, a my o tym, ze dziecko tez czlowiek i ma prawo pewne rzeczy lubic, innych nie.
                                                  • jottka Re: Fakty? 14.01.12, 20:35
                                                    czekolada, ale ty jakoś dziwnie podchodzisz do dyskusji..

                                                    ani dakota, nessie czy ja nie roztaczałyśmy wizji, że dziecko "ma jeść tylko to, co chce, choćby to była cola ze schabowym". ustawianie sobie przeciwnika na dowolnie wybranej pozycji to słaby numer.

                                                    pisałyśmy, ja na bazie wspomnień własnych, że CZĘSTO bywa tak, że pozornie grymaszące dziecko w rzeczywistości opiera się przed jedzeniem rzeczy dla niego z jakichś powodów niedobrych. nietolerancja laktozy jest w tej chwili szeroko znaną przypadłością, ale w iks pokoleń dziatek plujących mlekiem wmuszano je, bo dziecko z pewnością grymasi, a mleko jest szalenie zdrowe i już. a nie jest, nie dla każdego podrośniętego ssaka.

                                                    argument z dentystą vs. niepicie mleka/ niejedzenie nabiału jest cienki, bo akurat mleko i biały ser, najpopularniejsze u nas przetwory, niewiele tego wapnia dostarczają. ja na ten przykład z niewiadomych powodów od zawsze żarłam maniacko kiszoną kapustę z własnej nieprzymuszonej woli, po latach się okazało, że to dobre źródło wapnia właśnie i że zdrowy organizm wiedział, co robi. mleko nie, kapusta i inne kiszonki tak, skutek dobry.

                                                    argument, że bikontowi z żoną akurat się trafiło, że dzieciak na dziwnej diecie zdrowy wyrósł, ale inni tego szczęścia mogą nie mieć, też od czapy, bo wyraźnie napisałam, że LEKARZ skontrolował ten jadłospis i uznał, że zawiera wszystko, co dziecku potrzebne. czyli państwo bikontowie zachowali się jak istoty rozumne i nie sięgnęli po środki przemocy pod hasłem "głupi dzieciak", tylko spytali siły fachowej, co ona na to. i w rezultacie uszanowali "fanaberie" potomka, który widać na tamtym etapie życia takie miał potrzeby.

                                                    argument o zapachu też jest z dziedziny znanych faktów, to ewolucyjnie typowy środek obrony przed potencjalną trucizną (typu kwaśny zapach = nieświeże, nie jedz, gorzki smak = trucizna, nie jedz), a niektórzy ludzie mają silniejsze odczuwanie pewnych bodźców, co też jest znane i zbadane. bodaj połowa populacji reaguje odruchem wymiotnym na liście kolendry, które są pyszne, zdrowe i druga połowa populacji je uwielbia. tylko że tej pierwszej połowie pachną one jak świeże, eee, wymiociny i siły nie ma, żeby je zjeść, choćby oburzona mama tajka krzyczała, że masz natychmiast zjeść całą zieleninę, bo dobra, zdrowa i się nie znasz!
                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 14.01.12, 20:54
                                                    Ja dziwnie podchodze? Ja?
                                                    Bo napisałam, ze SUBIEKTYWNIE mam podobne odczucia co Molesław:
                                                    cyt:
                                                    Nasze czasy trochę (żeby tylko) wywróciły to do góry nogami i każde ddziecko sobie coś tam wybiera, grymasi itp. wystarczy poczytać forum oszczędzamy żeby natknąć się na uwagi: "Mój syn tego nie ruszy" , "Moje dzieci jak nie dostaną tego i tego to nie zjedzą" i alej w ten deseń.Sama p[amiętam z dzieciństwa że babcia stawiała obiad i nie było że ktoś czegoś nie lubi albo nie chce, siadało się i jadło bez dyskusji.

                                                    i ze na przestrzeni 19 ostatnich lat spotykam sie z coraz wieksza iloscia coraz mlodszych dzieci niejadajacych "bo nie lubia" tego lub owego, a rodzice im grzecznie przytakuja, podstawiaja coraz bardziej wymyslne (a niekoniecznie zdrowe) zamienniki i wrecz "chwala sie" ze ich dzieci tego nie jadaja, tego nie lubia, tego nie wachaja, a od tego na sam widok trupem padaja.

                                                    Ja stwierdzilam taki a nie inny fakt. Mam do tego prawo? Mam. Mam takie a nie inne obserwacje i tyle.
                                                    Natomiast kolejne panie usiluja wmowic, ze ja gdziestam twierdze, ze dziecku trza wpychac zarcie, ktorego nie znosi (coz, mnie nikt nie przekona, ze mozna nie znosic czegos czego sie nie zna, na wszelkim polu) ; nigdzie nie pisałam, ze nalezy na sile karmic dziecko czyms co jest dla niego niewskazane ze wzgledow zdrowotnych - nota bene ten temat wyplynal dopiero w ostatnim poscie jottki;
                                                    ciekawe, ze lekarz, ktory skontrolowal jadlospis dzieciecia Bikonta jest cacy, a ten, ktory skrytykowal jadlospis dzieci naszych znajomych - nie ma pojecia o dietetyce, no, bardzo ciekawe czemu?
                                                    po kolejne - o ile sie orientuje - rozmawiamy o realiach polskich, a przynajmniej srodkowoeuropejskich, wiec argument tajsko-kolendrowy jest z czapy, natomiast wiekszosc rodzicow raczej nie podaje maluchom potraw eweidentnie smierdzacych, i z reguly przy odruchu wymiotnym na konkretna potrawe - zaangazowana matka/babka/opiekunka raczej przemoca potrawy w gardziołko nie wpycha.

                                                    Wiec jeszcze raz poprosze - jezeli dyskusja sprowadza sie do konkretnych osob - to prosze o fakty z konkretnych postow, a nie z tzw czapy.

                                                    Finito!
                                                  • jottka Re: Fakty? 14.01.12, 21:18
                                                    czekolada72 napisała:

                                                    > Ja dziwnie podchodze? Ja?

                                                    mais oui:)


                                                    > Bo napisałam, ze SUBIEKTYWNIE

                                                    zaraz, to miały być fakty czy subiektywizm?:)


                                                    > Ja stwierdzilam taki a nie inny fakt. Mam do tego prawo? Mam. Mam takie a nie inne obserwacje i tyle.

                                                    a ja mam wrażenie, że ty mylisz pojęcie "fakt" z pojęciem "znany mi przykład". przykład to nie dowód, dlatego właśnie na twoje przykłady odpowiadamy sobie znanymi a zupełnie innymi w wymowie przykładami, żeby ci unaocznić, że nie masz racji, uznając za obowiązującą regułę te doświadczenia. bo one wyraźnie są ograniczone do takich, które potwierdzają tezę "każde dziecko, które nie chce jeść tego, co mu dam, grymasi". no nieprawda.


                                                    > coz, mnie nikt nie przekona

                                                    i ta fraza zasadniczo starczy do udowodnienia postawionej przeze mnie śmiało tezy, że dziwnie podchodzisz do dyskusji:)


                                                    > ze mozna nie znosic czegos czego sie nie zna, na wszelkim polu

                                                    a jednak będę straceńczo usiłowała powtarzać, że nie trzeba próbować potrawy, żeby nie chcieć jej jeść, czasem wystarczy zapach, dla innych upojny. uzasadnienia wyżej.


                                                    > nigdzie nie pisałam, ze nalezy na sile karmic dziecko czyms co jest dla niego niewskazane ze wzgledow zdrowotnych

                                                    ale mnie właśnie szło o to, że czasem dziecko, jak i każda istota żywa, wie "nie wiedząc", że coś dla niego jest niedobre czy niezdrowe. te parę dekad temu mleko uchodziło za cudowny środek odżywczy dobry dla każdego, a dzieci z definicji grymasiły, nie chcąc go pić. to dzisiaj nietolerancja laktozy nie budzi zdziwienia, ale kiedyś moja babcia reagowała dokładnie tak jak ty, twierdząc, że jej nikt nie przekona, żeby mleko mogło komuś zaszkodzić..


                                                    > ciekawe, ze lekarz, ktory skontrolowal jadlospis dzieciecia Bikonta jest cacy - a ten, ktory skrytykowal jadlospis dzieci naszych znajomych - nie ma pojecia o dietetyce, no, bardzo ciekawe czemu?

                                                    ratunku. w moim poście pisałam o pp. bikontach jako ludziach, którzy z szacunkiem podeszli do "fanaberii" swego dziecka, czyli w sposób niekoniecznie typowy. i poszli do lekarza, którego nazwiska nie znam i nie wiem, na ile jest cacy, ale po efekcie (zdrowa córka pp. bikontów) mogę wnosić, że znał się na pediatrii.

                                                    wspomnianego przez ciebie dentysty też nie znam, ale jeśli powiedział, że niepicie mleka = słabe zęby to, i tu się zgadza, nie budzi on mojego zaufania, bo wiedzę ma mocno ograniczoną, a raczej ciut niedzisiejszą. więc niezależnie od tego, czyim jest znajomym, z usług raczej nie skorzystam.


                                                    > po kolejne - o ile sie orientuje - rozmawiamy o realiach polskich, a przynajmniej srodkowoeuropejskich, wiec argument tajsko-kolendrowy jest z czapy

                                                    mama tajka została specjalnie przywołana na potrzeby tej rozmowy, ponieważ czyniłaś uogólnienia na skalę nieomal globalną:) wszystkie dzieci mają tak a nie inaczej. nie mają i to niezależnie od szerokości geograficznej.


                                                    > natomiast wiekszosc rodzicow raczej nie podaje maluchom potraw eweidentnie smierdzacych

                                                    IM nie śmierdzących, nie dzieciom. mnie - że się własnym przykładem posłużę - odrzucało od zapachu mleka, dla mojej matki to zapach niebiański. to o tę różnicę idzie.


                                                    > , i z reguly przy odruchu wymiotnym na konkretna potrawe - zaangazowana matka/babka/opiekunka raczej przemoca potrawy w gardziołko nie wpycha.

                                                    no ale właśnie cały czas idzie o to, żeby zawczasu uszanować dziecięce preferencje, żeby nie musiało ono aż takich argumentów stosować! nolens volens, że tak ujmę.

                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 14.01.12, 22:48
                                                    jottka napisała:

                                                    > czekolada72 napisała:
                                                    >
                                                    > > Ja dziwnie podchodze? Ja?
                                                    >
                                                    > mais oui:)
                                                    >
                                                    Bo jezeli ktos ma nieco inne zdanie niz kilka osob na F to jest dziwny - OK

                                                    > > Bo napisałam, ze SUBIEKTYWNIE
                                                    >
                                                    > zaraz, to miały być fakty czy subiektywizm?:)
                                                    >
                                                    Odroznij prosze fakty od subiektywnych odczuc - to naprawde nie jest trudne...

                                                    >
                                                    > > Ja stwierdzilam taki a nie inny fakt. Mam do tego prawo? Mam. Mam takie a
                                                    > nie inne obserwacje i tyle.
                                                    >
                                                    > a ja mam wrażenie, że ty mylisz pojęcie "fakt" z pojęciem "znany mi przykład".
                                                    > przykład to nie dowód, dlatego właśnie na twoje przykłady odpowiadamy sobie zna
                                                    > nymi a zupełnie innymi w wymowie przykładami, żeby ci unaocznić, że nie masz ra
                                                    > cji, uznając za obowiązującą regułę te doświadczenia. bo one wyraźnie są ograni
                                                    > czone do takich, które potwierdzają tezę "każde dziecko, które nie chce jeść te
                                                    > go, co mu dam, grymasi". no nieprawda.

                                                    Aaa, sorry, nie wiedziałam, ze jedyne sluszne racje maja tu tylko wybrani. Chyle czoło!
                                                    Delikatnie tylko napisze raz jeszcze, ze ja akurat niczego nie uogolniam, tylko podpieram swoje odczucia kilkoma konkretnymi przykladami.

                                                    > > coz, mnie nikt nie przekona
                                                    >
                                                    > i ta fraza zasadniczo starczy do udowodnienia postawionej przeze mnie śmiało te
                                                    > zy, że dziwnie podchodzisz do dyskusji:)
                                                    >
                                                    Aaa, bo nie padłam na kolana przyznajac jaka to gluia jestem i jak to dotad błednie rozumowałam, w przeciwienstwie do kilku Alf i Omeg

                                                    >
                                                    > a jednak będę straceńczo usiłowała powtarzać, że nie trzeba próbować potrawy, ż
                                                    > eby nie chcieć jej jeść, czasem wystarczy zapach, dla innych upojny. uzasadnien
                                                    > ia wyżej.
                                                    >
                                                    Widzisz - ja uznaje Twoje prawo do takiego a nie innego twierdzenia, Ty mojego - nie...
                                                    >
                                                    > > nigdzie nie pisałam, ze nalezy na sile karmic dziecko czyms co jest dla n
                                                    > iego niewskazane ze wzgledow zdrowotnych
                                                    >
                                                    > ale mnie właśnie szło o to, że czasem dziecko, jak i każda istota żywa, wie "ni
                                                    > e wiedząc", że coś dla niego jest niedobre czy niezdrowe.

                                                    Byc moze jest pare takich istot, parenascie czy pareset, ale nie znaczy to, ze wszystkie grymasne dzieci wiedza podswiadomie, ze mleczko/marchewka/jabluszko jest dla nich absolutnie szkodliwe

                                                    te parę dekad temu ml
                                                    > eko uchodziło za cudowny środek odżywczy dobry dla każdego, a dzieci z definicj
                                                    > i grymasiły, nie chcąc go pić. to dzisiaj nietolerancja laktozy nie budzi zdziw
                                                    > ienia, ale kiedyś moja babcia reagowała dokładnie tak jak ty, twierdząc, że jej
                                                    > nikt nie przekona, żeby mleko mogło komuś zaszkodzić..
                                                    >
                                                    A GDZIE?????? ja to napisałam?????????????
                                                    >
                                                    > > ciekawe, ze lekarz, ktory skontrolowal jadlospis dzieciecia Bikonta jest
                                                    > cacy - a ten, ktory skrytykowal jadlospis dzieci naszych znajomych - nie ma po
                                                    > jecia o dietetyce, no, bardzo ciekawe czemu?
                                                    >
                                                    > ratunku. w moim poście pisałam o pp. bikontach jako ludziach, którzy z szacunki
                                                    > em podeszli do "fanaberii" swego dziecka, czyli w sposób niekoniecznie typowy.
                                                    > i poszli do lekarza, którego nazwiska nie znam i nie wiem, na ile jest cacy, al
                                                    > e po efekcie (zdrowa córka pp. bikontów) mogę wnosić, że znał się na pediatrii.
                                                    >
                                                    > wspomnianego przez ciebie dentysty też nie znam, ale jeśli powiedział, że niepi
                                                    > cie mleka = słabe zęby to, i tu się zgadza, nie budzi on mojego zaufania, bo wi
                                                    > edzę ma mocno ograniczoną, a raczej ciut niedzisiejszą. więc niezależnie od teg
                                                    > o, czyim jest znajomym, z usług raczej nie skorzystam.
                                                    >
                                                    No wlasnie - RATUNKU!
                                                    >
                                                    > mama tajka została specjalnie przywołana na potrzeby tej rozmowy, ponieważ czyn
                                                    > iłaś uogólnienia na skalę nieomal globalną:) wszystkie dzieci mają tak a nie in
                                                    > aczej. nie mają i to niezależnie od szerokości geograficznej.

                                                    Nie czynilam uogolnien globalnych i prosze nie wciskac mi czegos czego nie pisalam!


                                                    > > natomiast wiekszosc rodzicow raczej nie podaje maluchom potraw eweidentni
                                                    > e smierdzacych
                                                    >
                                                    > IM nie śmierdzących, nie dzieciom. mnie - że się własnym przykładem posłużę - o
                                                    > drzucało od zapachu mleka, dla mojej matki to zapach niebiański. to o tę różnic
                                                    > ę idzie.
                                                    >
                                                    Tia... pominieta została jeszcze opcja, ze mamusi smierdzi, dziecku nie.

                                                    > > , i z reguly przy odruchu wymiotnym na konkretna potrawe - zaangazowana m
                                                    > atka/babka/opiekunka raczej przemoca potrawy w gardziołko nie wpycha.
                                                    >
                                                    > no ale właśnie cały czas idzie o to, żeby zawczasu uszanować dziecięce preferen
                                                    > cje, żeby nie musiało ono aż takich argumentów stosować! nolens volens, że tak
                                                    > ujmę.

                                                    Jeszcze raz - GDZIE ja cos takiego niby napisalam?
                                                  • the_dzidka Re: Fakty? 16.01.12, 15:05

                                                    > Aaa, sorry, nie wiedziałam, ze jedyne sluszne racje maja tu tylko wybrani. Chyl
                                                    > e czoło!

                                                    Histeryzujesz.
                                                  • lezbobimbo Re: Fakty? 14.01.12, 21:18
                                                    Czekolada chcialabys po prostu, aby wrocily zlote czasy, gdy babcie stawialy przed dziecmi obiad, a one mialy wciagnac dowolna ilosc bez dyskusji, nawet jesli im smierdzi na kilometr albo szkodzi (co dzieci tez sa w stanie same troche wyczuc). To se ne vrati.
                                                    I jak ja sie ciesze, ze nie jestem dzieckiem podleglym zadnej babci, co wpycha jadlo w ilosciach przemyslowych jak tucznym gesiom.

                                                    Niestety, tutaj jest tez forum dyskusyjne i Twoj wrzask o grymasnych dzieciach-schabach nie zostanie polkniety bez popity i bez dyskusji a grymaszenia forumowiczów.
                                                  • lezbobimbo Re: Fakty? 14.01.12, 21:01
                                                    jottka napisała:
                                                    >bodaj połowa populacji reaguje odruchem wymiotnym na liście kolendry, które są pyszne, >zdrowe i druga połowa populacji je uwielbia. tylko że tej pierwszej połowie pachną one jak >świeże,> eee, wymiociny i siły nie ma, żeby je zjeść,

                                                    Hy, hy, mnie tak z kolei podejrzanie parmezan wionie. Ale raczej nie zgine marnie bez wapnia w kikutach moich klów, bo parmezan smaczny mimo tego cuszku na poczatku.

                                                    P.S. ja daje palec pod budke jako ta polowa ludzkosci kolendrozerca - oddawajcie liscie tutaj. Tu *wskazuje swoj zoladek przebrany za koszyk na liscie*.
                                                  • lezbobimbo Re: Fakty? 14.01.12, 20:52
                                                    czekolada72 napisała:
                                                    > A omawiana Malgosia po 3 dniach ryzowania z Lucynka i widoku tejze Lucynki zlop
                                                    > iacej kakao na zmiane z mlekiem

                                                    Furda tam kakalko z cukrem pompowane dzieciom, zainteresowalo mnie bardziej to RYZOWANIE.
                                                    Co to znaczy? Branie sie w ryzy? Czy tez ryze papieru produkowaly?

                                                    > A jak uzna, ze ono by jednak zjadlo paroweczke, taka jak je babcia/kuzynka/sasi
                                                    > adka - to co - po moim trupie i z pyska mu mamusia z tatusiem wyrwa?

                                                    Przed chwila na tym samym tchu wrzeszczalas, ze schabowy (!!!) dziecku dawac to ulegac jego grymaszeniu i bedzie mialo popsute zeby przez zero wapnia. Czemu nagle parówkozerstwo jest ok, a schaboszczenie juz nie? Przeciez schab to nawet bardziej mieso przypomina

                                                    Zreszta widac, ze ów wrzask przeciw zyciu weganskiemu i dawaniu wyboru dzieciom chyba Ci zaszkodzil - a gdybys n.p. jadla wiecej betacarotenu, to moze Twe oko bystrzej zauwazyloby takie cuda, cuda jak parówki sojowe dostepne w wiekszosci supermarketów.
                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 14.01.12, 21:01
                                                    lezbobimbo napisała:

                                                    > czekolada72 napisała:
                                                    > > A omawiana Malgosia po 3 dniach ryzowania z Lucynka i widoku tejze Lucyn
                                                    > ki zlop
                                                    > > iacej kakao na zmiane z mlekiem
                                                    >
                                                    > Furda tam kakalko z cukrem pompowane dzieciom, zainteresowalo mnie bardziej to
                                                    > RYZOWANIE.
                                                    > Co to znaczy? Branie sie w ryzy? Czy tez ryze papieru produkowaly?
                                                    Kakao nie musi byc przeslodzone, natomiast literowka fakt - podkreslic i na czerwono wypunktowac - RYSOWAC - to juz Ci cos powie?
                                                    >
                                                    > > A jak uzna, ze ono by jednak zjadlo paroweczke, taka jak je babcia/kuzynk
                                                    > a/sasi
                                                    > > adka - to co - po moim trupie i z pyska mu mamusia z tatusiem wyrwa?
                                                    >
                                                    > Przed chwila na tym samym tchu wrzeszczalas, ze schabowy (!!!) dziecku dawac to
                                                    > ulegac jego grymaszeniu i bedzie mialo popsute zeby przez zero wapnia. Czemu n
                                                    > agle parówkozerstwo jest ok, a schaboszczenie juz nie? Przeciez schab to nawet
                                                    > bardziej mieso przypomina

                                                    Przeczytaj moze ze zrozumieniem co pisze, a nie wyrywaj z kontekstu luznych zdan.
                                                    Tak nadal twierdze, ze karmienie dziecka glownie schabowym nie jest ani zdrowe , ani normalne,
                                                    i nadal jestem ciekawe co zrobi mamusia weganka gdy jej karmiony wegansko maluch zazyczy sobie spozyc paroweczke/schabowego/pasztet czy inna wedlinke lub miesko? Wyrwie mu z paszczy, bo wege jest? Sorry - bo mamusia uznala, ze ma byc wege?

                                                    >
                                                    > Zreszta widac, ze ów wrzask przeciw zyciu weganskiemu i dawaniu wyboru dzieciom
                                                    > chyba Ci zaszkodzil - a gdybys n.p. jadla wiecej betacarotenu, to moze Twe oko
                                                    > bystrzej zauwazyloby takie cuda, cuda jak parówki sojowe dostepne w wiekszosci
                                                    > supermarketów.
                                                    >
                                                    Uwielbiam jak ktos wie z czapy co ja jadam.
                                                    I - w tym momencie zacytuje Ciebie : gdybys n.p. jadla wiecej betacarotenu, to moze Twe oko bystrzej zauwazyloby, ze takie cuda, cuda jak parówki sojowe dostepne w wiekszosci
                                                    supermarketów nie sa spozywane nagminnie przez spoleczenstwo i wege-dzieciatko ma wieksza szanse spotkania sie u sasiadow/rodziny z parowka para-miesna niz sojowa! I co? Slinotok?.
                                                  • lezbobimbo Re: Fakty? 14.01.12, 21:42
                                                    czekolada72 napisała:
                                                    > Tak nadal twierdze, ze karmienie dziecka glownie schabowym nie jest ani zdrowe
                                                    > , ani normalne,
                                                    > i nadal jestem ciekawe co zrobi mamusia weganka gdy jej karmiony wegansko maluc
                                                    > h zazyczy sobie spozyc paroweczke/schabowego/pasztet czy inna wedlinke lub mies
                                                    > ko? Wyrwie mu z paszczy, bo wege jest? Sorry - bo mamusia uznala, ze ma byc weg
                                                    > e?

                                                    Kwik! Nadal nie odpowiedzialas, dlaczego schab jest be dla "zwyklego" dziecka, a parówka miesopodobna nie. Parówki zwykle sa robione ze zmiotków na polepie w rzezni, chrzastek i tego, co zostalo przejechane na szosie. To juz lepiej nawet schabem dzieci zatruwac.

                                                    >parówki sojowe dostepne w wiekszosci> supermarketów nie sa spozywane nagminnie przez >spoleczenstwo i wege-dzieciatko ma wieksza szanse spotkania sie u sasiadow/rodziny z >parowka para-miesna niz > sojowa! I co? Slinotok?.

                                                    Buahahaha... Nozesz ja pierdziele w drobny maczek.
                                                    Ty chyba nie tylko masz niedobór witamin od bystrosci, ale i bylas wychowana w beczce - gdybys bowiem chociaz raz widziala parówke sojowa, wiedzialabys, ze wyglada, pachnie oraz smakuje DOKLADNIE tak samo jak parówa miesnopodobna. Ani ty, ani zadne dziecko ani dorosly nie bylby w stanie odróznic (cala tajemnica w przyprawach). Pseudoargument o biednym dziecku weganskich rodziców upada z chlustem i pluskiem, bo jesli takie chce parówke, to dostanie parówke - tylko ze sojowa, i wszyscy beda zadowoleni.

                                                    Zreszta sama sobie strzelasz hipokryzja w stope z podwójnymi standardami: dziecko wolajace schaba a odmawiajace n.p. watróbki, to dla Ciebie grymaszace i rozbestwione - ma zrec to, co rodzice stawiaja na stól i SZLUS.
                                                    Ale jak dziecko okrutnych weganów bedzie slinilo sie za parówka miesopodobna u obcych, to wtedy RODZIC ZUY, BO ZMUSZA do jedzenia trawy wbrew dzieciecej slinie za obcym, zdrowym mieskiem!

                                                    Komedia a facecja jakich malo. Prosze o wiecej, tfu, O WIECEJ!!!!11one111!!!
                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 14.01.12, 22:27
                                                    A pyskuj se dalej sama jak zupelnie nie umiesz rozmawiac merytorycznie.
                                                  • lezbobimbo Re: Fakty? 14.01.12, 22:44
                                                    czekolada72 napisała:
                                                    > A pyskuj se dalej sama jak zupelnie nie umiesz rozmawiac merytorycznie.

                                                    W odróznieniu od ciebie, ktora nie umie odpowiadac nawet na najprostsze pytania.. które sama prowokujesz dziurawymi logicznie postami.

                                                    Czemu schab nie, a parówa mjesna tak? Czemu mjesna tak, a sojowa fu?
                                                    Czemu rodzic niewege ma zmuszac dziecko do zarcia wszystkiego, a rodzic wege ma ulegac slinie dziecka?

                                                    Za trudno ci zrozumiec nawet twoje wlasne przedziwne konkluzje? Nie dziwie sie zreszta, bo to mielonka bzdur.
                                                  • the_dzidka Re: Fakty? 16.01.12, 15:00
                                                    > Ty chyba nie tylko masz niedobór witamin od bystrosci, ale i bylas wychowana w
                                                    > beczce -

                                                    Grzeczniej trochę poproszę.

                                                    > gdybys bowiem chociaz raz widziala parówke sojowa, wiedzialabys, ze wy
                                                    > glada, pachnie oraz smakuje DOKLADNIE tak samo jak parówa miesnopodobna. Ani ty
                                                    > , ani zadne dziecko ani dorosly nie bylby w stanie odróznic

                                                    Absolutnie nieprawda. Może tam, gdzie ty mieszkasz, tak jest, ale w PL mozna je odróżnić bez najmniejszego problemu. Zupełnie inny smak i zapach, troszke inny wygląd (bladawe albo wprost przeciwnie, ciemnobrązowe). Osoby mięsożerne, którym podałam parówki sojowe (kupione w dobrym sklepie ze zdrową żywnością, żeby nie było) reagowały momentalnie - niektórym smakowało, jednemu zdecydowanie nie, ale zawsze czuły różnicę.
                                                  • turzyca Re: Fakty? 17.01.12, 18:56
                                                    > Absolutnie nieprawda. Może tam, gdzie ty mieszkasz, tak jest, ale w PL mozna je
                                                    > odróżnić bez najmniejszego problemu. Zupełnie inny smak i zapach, trosz
                                                    > ke inny wygląd (bladawe albo wprost przeciwnie, ciemnobrązowe). Osoby mięsożern
                                                    > e, którym podałam parówki sojowe (kupione w dobrym sklepie ze zdrową żywnością,
                                                    > żeby nie było) reagowały momentalnie - niektórym smakowało, jednemu zdecydowan
                                                    > ie nie, ale zawsze czuły różnicę.


                                                    Kwestia zyczen rynku. Jakies 4 lata temu dostalismy z chlopem erzac ryby i bylo to dosc traumatyczne przezycie. To nie dosc, ze smakowalo i pachnialo ryba, to mialo strukture ryby, pod naciskiem widelca rozpadalo sie na takie charakterystyczne kawalki, struktura wewnatrz kawalka tez byla zachowana. Osobiscie wyjmowalam to z zamknietego opakowania, na ktorym jak byk stal bezrybi sklad, ale gdyby mi to ktos podal jako rybe, zjadlabym bez jakiegolwiek podejrzen co do pochodzenia.
                                                    I dla wegetarianina czystej wody to bylo dosc traumatyczne przezycie, bo czlowiek nie po to rezygnuje z miesa, zeby jesc cos do zludzenia go przypominajacego. Wegetarianski erzac jest erzacem funkcjonalnym, nie smakowym, dlatego wiekszosc produktow wegetarianskich nie jest identyczna z ich miesnymi odpowiednikami. Ale szczegolnie produkty niskomiesne (a zwykle sklepowe parowki to praktycznie sojowe z dodatkiem MOM) da sie podrobic idealnie.
                                                  • klymenystra Re: Fakty? 14.01.12, 21:43
                                                    Dieta wegańska jest równie szkodliwa, co dieta mięsożerna, mam wrażenie, że o takiej tu nie było mowy.
                                                    Dieta wegetariańska, oczywiście odpowiednia, tzn. pilnująca ewentualnych niedoborów B12 jest najzdrowszą możliwą dietą. Ponad to, dziecko wychowane bez czegoś, dłuuugo tego nie zapragnie. Mnie nie ciągnęło na przykład do coli i czipsów, bo tego w domu u nas nie było - i w sumie coli nigdy nie polubiłam, a czipsy - dopiero jako nastolatka, do piwa na ławce na osiedlu.
                                                  • klymenystra Re: Fakty? 14.01.12, 21:45
                                                    A - no i z tego, co obserwuję (sama nie jestem wege), wegetarianom mięso śmierdzi.
                                                  • lezbobimbo Re: Fakty? 14.01.12, 22:17

                                                    klymenystra napisała:
                                                    > A - no i z tego, co obserwuję (sama nie jestem wege), wegetarianom mięso śmierd
                                                    > zi.

                                                    MOJE wlasne mieso-poledwica mi nie smierdzi :P

                                                    Ale serio, to tak, tak, potwierdzam jak najbardziej - mieso smierdzialo wszetecznie, nawet jak mi jeszcze je wmuszano. Najbardziej cuchlo, pamietam, w momencie podgrzewania, gdy bialka czy inne czasteczki ulegaly zniszczeniu, uwalniajac z siebie nader przykra parfume (mocznik czy co?). Po usmazeniu, najlepiej w panierce w glebokim tluszczu na smierc i ament, dawalo sie przezyc (i przezuc, ale z trudem).
                                                  • slotna Re: Fakty? 14.01.12, 23:06
                                                    Jest taka kaseta wideo z wakacji, kiedy mialam piec czy szesc lat, bardzo cha cha cha zabawna, pod tytulem "Slotnusia je". Otoz siedze przy stole, mechanicznie miedlac paszcza, a przede mna talerz z gulaszem wolowym. I tak siedze, miedle i nie przelykam, poniewaz wolowina w moich ustach tajemniczym sposobem zawsze zmieniala sie i do dzis zmienia w najzwyklejsza wate. Pogryzc sie tego na normalna miazge nie da, przelknac tez niemilo, wymiotowalam malo i rzadko niestety - gdybym mogla, obrzygalabym caly tamten pensjonat, kamerzyste, a przy innej okazji szkolna stolowke, na ktorej raczyli mnie potwornie smierdzaca zupa z wedzonych wegierek. Wtedy moze by kto poszedl po rozum do glowy. Naprawde, wypadlyby mi niechybnie wszystkie zeby, gdybym raz na tydzien mogla zjesc z obiadu tylko ziemniaki i warzywa... No wlasnie - jesli czegos nienawidzilam, moim marzeniem bylo nie, zeby mi dano parowke i ptysia zamiast, a tylko zeby NIE KAZANO MI TEGO JESC.

                                                    Pare lat temu, wizytujac mame, zgodnym chorem odmowilismy z bratem jajek na miekko na sniadanie, mowiac, ze przeciez od jedzonych o tej porze _zawsze_ nam sie robilo niedobrze. Mama sie bardzo zdziwila (!), ale przyjela do wiadomosci. Oboje bylismy juz dorosli i wtedy wreszcie mozna bylo nas posluchac. No bo kto by sie przejmowal gledzeniem dziecka, niech dziecko je i przez trzy pierwsze lekcje siedzi zielone na twarzy, to tylko grymaszenie przeciez, jajka na miekko zasadniczo lubi, to co wymysla...
                                                  • pi.asia Re: Fakty? 14.01.12, 23:15
                                                    Slotna, skąd masz film pt. "Pi.asia je"?????? ;)

                                                    Moim marzeniem w dzieciństwie był jeden dzień bez jedzenia. Marzenie się nie spełniło, bo jak powszechnie było wiadomo, dziecko, które ominie choćby jeden posiłek, umrze na galopujące suchoty w przeciągu tygodnia, po drodze załapując grzybicę, krzywicę, gruźlicę, miażdżycę, próchnicę i szkorbut.
                                                  • nessie-jp Re: Fakty? 14.01.12, 21:09
                                                    > A na zupelnym marginesie - nie uda Ci sie mnie p[rzekonac, ze dziecko 2-5 latni
                                                    > e swiadomie wybiera weganizm!!

                                                    Ależ nie musisz krzyczeć. Nie zamierzam cię do tego przekonywać.

                                                    Argumentuję, że dziecko, także takie 2-5 letnie, świadomie wybiera potrawy, które lubi, a unika tych, których nie lubi. Dokładnie tak samo, jak dorosły. I dokładnie tak samo, jak nietaktem jest podawanie z rozmysłem dorosłemu czegoś, o czym wiesz, że nie jada, nie lubi (mięsa weganowi, wieprzowiny muzułmanom, oliwek osobie, która nie znosi oliwek)
                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 14.01.12, 22:26
                                                    Ok, ale dieta wege to nie nieswiadomy wybor to lubie, to nie lubie tylko swiadomy konkretny wybor.
                                                    I jezeli z pozostalymi Twoimi argumentami teoretycznie sie zgadzam, to nadal nie zostalam przekonana, ze takie 2,5 ltnie przykladowo dzieciatko swiadomie wybiera weganizm.
                                                    To rodzice wybieraja.
                                                  • nessie-jp Re: Fakty? 14.01.12, 22:48
                                                    > to nadal ni
                                                    > e zostalam przekonana, ze takie 2,5 ltnie przykladowo dzieciatko swiadomie wybi
                                                    > era weganizm.
                                                    > To rodzice wybieraja.

                                                    Ano właśnie... i wyobraź sobie sytuację, że dziecko NIE chce jeść kolendry, soi, tofu, oleju rzepakowego, soczewicy. Nie smakuje mu to. Nie chce tego. I co? Wmuszasz, żeby nie grymasiło? Czy jednak poddajesz się i gotujesz jajko?

                                                    Uważam, że szantażowanie dziecka głodem, żeby jadło to, co rodzice uważają za jedynie słuszne, jest złym postępowaniem.

                                                    Notabene nie uważam, żeby taki mechanizm istniał u Borejków. Tam jest wyraźnie powiedziane, że dzieci jedzą szybko ze strachu, że ktoś im to jedzenie zabierze.
                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 14.01.12, 22:57
                                                    W nawiazaniu konkretnie do wege - to raczej nie do mnie pytanie.
                                                    Nie ja poruszylam temet dziecka-wege.
                                                    I jego swiadomego wyboru konkretnej diety...
                                                    SWIADOMEGO, bo jednak weganizm, wegetarianizm czy insza dieta wymaga swiadomosci...

                                                    A GDZIE ja pisalam o glodzeniu dziecka?
                                                    O szantazu i wymuszaniu glodem na dziecku zjedzenia potrawy dla niego "niejadalnej"

                                                    Wrecz przeciwnie - pisalam, ze, jak to ujelas, sanuje niejadalnosc rosołu i watrobki przez moje dzieciatko.

                                                    Co bardziej - zgadzam sie, ze Borejkowny jadly nieco lapczywie, by zarelka nie sprzatnela im sprzed nosa siostrzyczka.
                                                  • nessie-jp Re: Fakty? 14.01.12, 23:48
                                                    czekolada72 napisała:

                                                    > W nawiazaniu konkretnie do wege - to raczej nie do mnie pytanie.

                                                    Ależ do ciebie! Do ciebie! To ty poruszyłaś temat, że rodzice mają dziecku wybierać menu, a dziecko ma psi obowiązek jeść. I jakoś przy wege ci to nie pasuje? A dlaczego?

                                                    A pamiętaj też o takim FAKCIE (i to jest FAKT, o czym wspominam, bo lubisz fakty), że organizm dziecka inaczej odbiera smaki. Dzieci mają bardzo wyczulony zmysł smaku gorzkiego, natomiast słabiej "smakują" słodkie. Dlatego rodzic może być święcie przekonany, że kasza gryczana, wątróbka i brukselka to całkowicie jadalny i zdrowy obiad
                                                  • slotna Re: Fakty? 15.01.12, 00:08
                                                    > A pamiętaj też o takim FAKCIE (i to jest FAKT, o czym wspominam, bo lubisz fakt
                                                    > y), że organizm dziecka inaczej odbiera smaki. Dzieci mają bardzo wyczulony zmy
                                                    > sł smaku gorzkiego, natomiast słabiej "smakują" słodkie. Dlatego rodzic może by
                                                    > ć święcie przekonany, że kasza gryczana, wątróbka i brukselka to całkowicie jad
                                                    > alny i zdrowy obiad
                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 15.01.12, 11:14
                                                    nessie-jp napisała:

                                                    > czekolada72 napisała:
                                                    >
                                                    > > W nawiazaniu konkretnie do wege - to raczej nie do mnie pytanie.
                                                    >
                                                    > Ależ do ciebie! Do ciebie! To ty poruszyłaś temat, że rodzice mają dziecku wybi
                                                    > erać menu, a dziecko ma psi obowiązek jeść. I jakoś przy wege ci to nie pasuje?
                                                    > A dlaczego?
                                                    >
                                                    Widzisz - i po raz kolejny nastepuje manipulacja tym co ja pisalam.
                                                    Ja pisalam, ze im nowsze czasy tym dzieci ktore znam, poznaje - sa bardziej grymaszace, rodzice na to przyzwalaja i tworza do tego filozoficzna , jedynie sluszna, otoczke.

                                                    I wg was to jest ok - dziecko ma prawo rzadzic i wybieraz co chce jesc, rodzic zas ma wlasnie przyklaskiwac.
                                                    I chcecie mnie przekonac, ze nie mam racji, twierdzac, ze gdy dziecko ma ochote, zamiast zjesc cos konkretnego i zdrowego, racjonalnego, zywic sie wylacznie schabowym/parowka, cola, slodkimi deserkami i nutella - to jest jednak cos nie halo i rodzic POWINIEN interweniowac.
                                                    Bo rodzic nie ma prawa dziecku narzucac, zas ma jego wybor szanowac.


                                                    Ale, gdy ktoś pisze, ze dziecko jest wege - powtorze, małe dziecko swiadomie nie jest w stanie wybrac diety wege, narzuca!! mu ja rodzic - aaa to juz ok!

                                                    I nadal nnie uzyskuje odpowiedzi na to jak zachowuje sie taki rodzic, gdy dzieciatko chce spożyć cos spoza wegańskiej listy....
                                                  • dakota77 Re: Fakty? 15.01.12, 11:20
                                                    czekolada72 napisała:

                                                    >>> Ja pisalam, ze im nowsze czasy tym dzieci ktore znam, poznaje - sa bardziej gry
                                                    > maszace, rodzice na to przyzwalaja i tworza do tego filozoficzna , jedynie slus
                                                    > zna, otoczke.
                                                    >
                                                    > I wg was to jest ok - dziecko ma prawo rzadzic i wybieraz co chce jesc, rodzic
                                                    > zas ma wlasnie przyklaskiwac.
                                                    > I chcecie mnie przekonac, ze nie mam racji, twierdzac, ze gdy dziecko ma ochote
                                                    > , zamiast zjesc cos konkretnego i zdrowego, racjonalnego, zywic sie wylacznie s
                                                    > chabowym/parowka, cola, slodkimi deserkami i nutella - to jest jednak cos nie h
                                                    > alo i rodzic POWINIEN interweniowac.
                                                    > Bo rodzic nie ma prawa dziecku narzucac, zas ma jego wybor szanowac.
                                                    >


                                                    Trudno sie z toba dyskutuje, ale mysle, ze dalsza dyskusja bedzie w ogole niemozliwa, jesli nie zaczniesz czytac ze zrozumieniem. Zadna z nas nie postulowala ulegania nierozsadnym zachiankom czy grymasom dzieciaka. Pisalysmy za to o tym, ze dziecko tez czlowiek i ze ma prawo wolec pomidora od ogorka, a ser zolty od wedliny. Naprawde az tak ciezko zobaczyc roznice miedzy uleganiu kazdej zachciance a dostrzeganiem upodoban dziecka?

                                                    Pisalas, ze ty nie wmuszasz w dzieci jedzenia, ale tez pisalas o tym, ze twoj syn jadl wszystko, co przed nim postawiono. Czyli albo jednak wmuszasz i nie przejmujesz sie upodobaniami dzieci, albo trafily ci sie jakies supelnie pozbawione zdania egzemplarze, jak ten opisany przez Chmielewska chlopiec "Mamo, czy ja to lubie?".
                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 15.01.12, 11:48
                                                    dakota77 napisała:

                                                    > mysle, ze dalsza dyskusja bedzie w ogole niemo
                                                    > zliwa,

                                                    Zgadza sie - nie jest mozliwa merytoryczna dyskusja, gdy wyciaga sie oderwane od kontekstu zdania lub wciska na siłe cos czego nie pisałam, co wiecej na konkretne pytanie nie daje sie konkretnej odpowiedzi tylko dalej bije piane.

                                                    Zadna z nas nie postulowala
                                                    > ulegania nierozsadnym zachiankom czy grymasom dzieciaka. Pisalysmy za to o tym,
                                                    > ze dziecko tez czlowiek i ze ma prawo wolec pomidora od ogorka, a ser zolty od
                                                    > wedliny. Naprawde az tak ciezko zobaczyc roznice miedzy uleganiu kazdej zachci
                                                    > ance a dostrzeganiem upodoban dziecka?
                                                    >
                                                    Wam widocznie tak.

                                                    > Pisalas, ze ty nie wmuszasz w dzieci jedzenia, ale tez pisalas o tym, ze twoj s
                                                    > yn jadl wszystko, co przed nim postawiono. Czyli albo jednak wmuszasz i nie prz
                                                    > ejmujesz sie upodobaniami dzieci, albo trafily ci sie jakies supelnie pozbawion
                                                    > e zdania egzemplarze, jak ten opisany przez Chmielewska chlopiec "Mamo, czy ja
                                                    > to lubie?".
                                                    Nie kolezanko, ani moje dziecko nie jest uległe, ani moja ambicja nie bylo tuczenie dziecka niczym ges.
                                                    Odpowiedz jest bardzo prosta - praktycznie od wieku pol roku zaczelo miec wprowadzane pokarmy jak najbardziej urozmaicane, i jak najszybciej sie dalo - w postaci normalnej czyli nie zmiksowane, nie mielone, z dodatkiem zioł, stosunkowo szybko odeszło od butelki; byc moze urozmaicone, roznorodne, DOROSŁE dania spowodowaly to, ze jadlo kolejne potrawy z ciekawoscia.
                                                    W efekcie - dziecko jest niej wybredne niz jego mamusia :)
                                                    Ja zas, gdy sie okazalo, ze kilka potraw jest absolutnie niejadalnych - stawalam za nim w czasie rozmaitych rodzinnych imprez i tlumaczylam ciotkom, ze nie zjedzenie rosołku nie jest ani atakiem na ciocie, anoreksja w ostatnim stadium, zniewaga cioci itp itd i nalezy dac dziecku swiety spokoj, olac temat, a dzieciatko z radoscia spalaszuje na drugie danie takie flaki np.....
                                                    Tyle.
                                                    Zadnej filozofii; wlasbciwie - wylacznie moje lenistwo i wygoda :)
                                                    >
                                                  • dakota77 Re: Fakty? 15.01.12, 12:08
                                                    Za "kolezanke" to ja serdecznie podziekuje. Odpusc sobie prosze protekcjonalny ton.
                                                  • czekolada72 Re: Fakty? 15.01.12, 12:39
                                                    I wzajemnie.
                                                  • slotna Re: Fakty? 14.01.12, 23:10
                                                    > Notabene nie uważam, żeby taki mechanizm istniał u Borejków. Tam jest wyraźnie
                                                    > powiedziane, że dzieci jedzą szybko ze strachu, że ktoś im to jedzenie zabierze

                                                    Nawet sie nie odzywaly, dopoki wszystkie kanapki nie zostaly pozarte... Umarlabym tam z glodu albo z bolu brzucha - chleb musze zuc dlugo i dokladnie.
                                                  • ding_yun Re: Fakty? 15.01.12, 11:19
                                                    slotna napisała:

                                                    > > Notabene nie uważam, żeby taki mechanizm istniał u Borejków. Tam jest wyr
                                                    > aźnie
                                                    > > powiedziane, że dzieci jedzą szybko ze strachu, że ktoś im to jedzenie za
                                                    > bierze
                                                    >
                                                    > Nawet sie nie odzywaly, dopoki wszystkie kanapki nie zostaly pozarte...
                                                    >

                                                    O rany, nie popadajmy w taki dramatyczny ton bo naprawdę wychodzi na to, że Borejki swoje dzieci celowo głodziły. Ja przez pewien czas w swoim życiu mieszkałam z kilkoma rosłymi 20-letnimi facetami. Jak robiliśmy sobie wspólny obiad czy kolację to też się musiałam ostro spinać z jedzeniem bądź nałożyć sobie na talerz większą porcję bo oni pochłaniali gigantyczne ilości jedzenia w niezrównanym tempie. Talerz pełen kanapek znikał, zupełnie jak u Borejków, w kilka minut. Stąd pośpiech - jest gotowe, trzeba zjeść teraz i szybko bo wiecej chleba i sera w domu nie ma, a o godzinie 20 nikomu nie chce się szorować do sklepu.
                                                  • dakota77 Re: Fakty? 15.01.12, 11:21
                                                    A taka niemodna kwestia jak maniery? Czlowiek powinien miec swiadomosc, ze nie jest przy stole sam i zagarniac wszystkiego dla siebie.
                                                  • ding_yun Re: Fakty? 15.01.12, 11:28
                                                    dakota77 napisała:

                                                    > A taka niemodna kwestia jak maniery? Czlowiek powinien miec swiadomosc, ze nie
                                                    > jest przy stole sam i zagarniac wszystkiego dla siebie.
                                                    >

                                                    Ekhm, jak się mieszka na kupie w wynajmowanym domu i się człowiek ze swoimi współlokatorami symbiotycznie zżywa, to te maniery inaczej wyglądają niż wśród obcych. Im trzeba było po prostu przypomnieć, że mają mi coś zostawić, w przeciwnym razie naprawdę nieświadomie pożerali wszystko.
                                                  • dakota77 Re: Fakty? 15.01.12, 11:34
                                                    Hm, pozostaje mi chyba w takim razie cieszyc sie, ze nie mieszkam "na kupie" z ludzmi nie potrafiacymi sie zachowac przy stole;-)
                                                  • ding_yun Re: Fakty? 15.01.12, 12:24
                                                    dakota77 napisała:

                                                    > Hm, pozostaje mi chyba w takim razie cieszyc sie, ze nie mieszkam "na kupie" z
                                                    > ludzmi nie potrafiacymi sie zachowac przy stole;-)

                                                    Ja już mam ten etap za sobą i co tu dużo mówić: też się cieszę :)
                                                  • slotna Re: Fakty? 15.01.12, 12:53
                                                    > O rany, nie popadajmy w taki dramatyczny ton bo naprawdę wychodzi na to, że Bor
                                                    > ejki swoje dzieci celowo głodziły.

                                                    Te pretensje to chyba do MM, bo ona to tak w KK przedstawila :) Oczywiscie Borejki nie glodzily swoich dzieci celowo... glodzily niejako przy okazji ;))

                                                    > Ja przez pewien czas w swoim życiu mieszkała
                                                    > m z kilkoma rosłymi 20-letnimi facetami. Jak robiliśmy sobie wspólny obiad czy
                                                    > kolację to też się musiałam ostro spinać z jedzeniem bądź nałożyć sobie na tale
                                                    > rz większą porcję bo oni pochłaniali gigantyczne ilości jedzenia w niezrównanym
                                                    > tempie. Talerz pełen kanapek znikał, zupełnie jak u Borejków, w kilka minut. S
                                                    > tąd pośpiech - jest gotowe, trzeba zjeść teraz i szybko bo wiecej chleba i sera
                                                    > w domu nie ma, a o godzinie 20 nikomu nie chce się szorować do sklepu.

                                                    Ja bym sobie nalozyla te kanapki na swoj talerz i juz. A oni niech jedza na wyscigi, przeciez z zebow mi nie wyrwa, nie? A w ogole to bym sie zywila oddzielnie w takiej sytuacji. Lubie jesc, a pospiech mi szkodzi.
                                                  • nessie-jp Re: Fakty? 15.01.12, 18:40
                                                    > O rany, nie popadajmy w taki dramatyczny ton bo naprawdę wychodzi na to, że Bor
                                                    > ejki swoje dzieci celowo głodziły.

                                                    Oczywiście, po prostu autorka dla dowcipu, nie poświęcając temu wiele uwagi, w złym świetle postawiła rodziców tych dzieci.

                                                    Spędzałam wakacje z kuzynostwem, była nas cała czereda drobiazgu w rozmaitym wieku, tak ze 12 sztuk. Do jedzenia żadne frykasy, ale:

                                                    a) żadne dziecko nie było zmuszane do jedzenia, jeśli nie lubiło chleba z miodem, to był do wyboru ze smalcem albo z rzodkiewką

                                                    b) żadne dziecko nie miało PRAWA zabrać jedzenia drugiemu


                                                    A babcia była jedna do pilnowania tego wszystkiego. Nie wyobrażam sobie, żeby przy 4 dziewczynkach, z czego dwie duże (jedna właściwie dorosła) dla jednej z nich nie starczyło jedzenia, bo siostra zabrała...

                                                  • paszczakowna1 Re: Fakty? 16.01.12, 11:56
                                                    > Notabene nie uważam, żeby taki mechanizm istniał u Borejków. Tam jest wyraźnie
                                                    > powiedziane, że dzieci jedzą szybko ze strachu, że ktoś im to jedzenie zabierze

                                                    A gdzie tam. Nie jest powiedziane, a już na pewno nie wyraźnie. W jednym zdaniu jest powiedziane, że nikt nie grymasi, bo w takim przypadku istniała opcja zabrania jedzenia (co w końcu nie jest niczym gorszącym, nie chce jeść, to nie je). W drugim zdaniu, że jedli szybko. Przeczytaj sobie:

                                                    "W tym domu nikt nie grymasił przy jedzeniu, ponieważ mogłoby się zdarzyć, że któraś z sióstr zajęłaby się porcją grymaśnicy. Nikt też przy jedzeniu nie rozmawiał, ponieważ traciłby w ten sposób cenny czas, przeznaczony na posiłek. "
                                                  • dakota77 Re: Fakty? 16.01.12, 12:13
                                                    No, czyli jednak. Borejkowny pozeraly szybko co mialy przed soba, bo chwila nieuwagi skutkowala zjedzeniem jej porcji przez siostry. To jednak co innego niz pytanie " nie bedziesz tego juz jadla? to ja chetnie wezme twoja porcje".
                                                  • paszczakowna1 Re: Fakty? 16.01.12, 15:30
                                                    > No, czyli jednak. Borejkowny pozeraly szybko co mialy przed soba, bo chwila nie
                                                    > uwagi skutkowala zjedzeniem jej porcji przez siostry.

                                                    To zależy, co rozumiesz przez słowo "porcja". Ja to traktuję jako określenie jedzenia przypisanego jednoznacznie do przewidzianego konsumenta (np. nałożonego na talerz). I nie widzę przesłanek, aby sądzić, że Borejkówny wyjadały sobie z talerzy (chyba że któraś jeść nie chciała).

                                                    Natomiast zjedzenie czegoś nieprzypisanego jednoznacznie wolniej jedzącej siostrze pewnie mogło się zdarzyć, nawet niekoniecznie umyślnie. (Sama bywałam zarówno sprawcą, jak i ofiarą.) Ale z tekstu to jednoznacznie nie wynika.
                                                  • nessie-jp Re: Fakty? 16.01.12, 16:01
                                                    > "W tym domu nikt nie grymasił przy jedzeniu, ponieważ mogłoby się zdarzyć, że k
                                                    > tóraś z sióstr zajęłaby się porcją grymaśnicy. Nikt też przy jedzeniu nie rozma
                                                    > wiał, ponieważ traciłby w ten sposób cenny czas, przeznaczony na posiłek. "

                                                    Moim zdaniem tu jest wyraźnie napisane, że jedzono szybko i zazdrośnie, żeby ktoś inny nie zeżarł.

                                                    (A już uwaga o milczeniu przy posiłku w ogóle maluje dziwnie ponury obraz stada kojotów błyskawicznie rozszarpujących padlinę i pożerających w milczeniu, żeby cennego kawałka z pyska nie uronić).

                                                    Zawsze wydawało mi się to dziwaczne, bo nie mieściło mi się w głowie, że można komuś ZABRAC jego jedzenie. U nas, jeśli ktoś nie zjadł (bo akurat nie miał ochoty), to chował sobie do lodówki w salaterce przykrytej spodkiem i jadł wtedy, kiedy chciał. Nie było opcji, żeby ktoś zjadł cudze i to jeszcze na oczach pozostałych domowników.

                                                    A i pytlowanie przy jedzeniu na wszelkie tematy też było całkowicie normalną sceną u mnie w domu i nie wyobrażam sobie tych Borejkowskich obiadków w grobowym milczeniu.

                                                  • pi.asia Re: Fakty? 16.01.12, 20:40

                                                    > > "W tym domu nikt nie grymasił przy jedzeniu, ponieważ mogłoby się zdarzyć
                                                    >> , że któraś z sióstr zajęłaby się porcją grymaśnicy.

                                                    > Zawsze wydawało mi się to dziwaczne, bo nie mieściło mi się w głowie, że można
                                                    > komuś ZABRAC jego jedzenie.

                                                    A to nie było przypadkiem tak, że Mila stawiała na środku stołu JEDEN talerz z kanapkami, i panny jadły na wyścigi? Oczywiście Mila wyliczała sobie, że cztery kromki robi dla Ignacego, trzy dla Gaby i Pulpy, dla siebie i Idy po dwie, a dla małej Nutrii jest jedna kromka.

                                                    I dziewczyny mniej więcej wiedziały, jaki jest przydział na osobę, ale jeśli osoba marudziła i nie wyrabiała się w czasie, to inna mogła drapnąć kromkę, która długo i samotnie pozostawała na talerzu. Niezjedzona=niechciana.
                                                  • nessie-jp Re: Fakty? 16.01.12, 21:30
                                                    > A to nie było przypadkiem tak, że Mila stawiała na środku stołu JEDEN talerz z
                                                    > kanapkami, i panny jadły na wyścigi?

                                                    No ale przecież nie tylko kanapki chyba jadali? Zupa, kotlety, desery
                                                  • pi.asia Re: Fakty? 16.01.12, 21:38
                                                    Po co ten żywieniowy survival jak u szczeniąt w kiepskiej hodowli?
                                                    >

                                                    Nessie, ty chcesz, żebym się udławiła ciastkiem??? :D

                                                    A co do zupy, kotletów, naleśników etc. masz rację, nie wiem czemu miałam wizję kanapek. Li i jedynie. Może dlatego, że MM opisuje właśnie te pasty na chleb, robione przez Milę.

                                                  • paszczakowna1 Re: Fakty? 17.01.12, 12:28
                                                    > Moim zdaniem tu jest wyraźnie napisane, że jedzono szybko i zazdrośnie, żeby kt
                                                    > oś inny nie zeżarł.

                                                    Moim zdaniem, jest tu napisane, że jedzono szybko i nie rozmawiano podczas jedzenia. Kropka. Resztę już sobie dopowiadasz. Mogły jeść szybko dlatego, że po prostu były głodne w porach posiłku i musiały się szybko napchać. Przyznaję, wizja stadka wygłodniałych szczeniąt wyrywających sobie ochłapy z pysków ma swoją moc, ale IMO w tekście nie ma oparcia.

                                                    > Zawsze wydawało mi się to dziwaczne, bo nie mieściło mi się w głowie, że można
                                                    > komuś ZABRAC jego jedzenie. U nas, jeśli ktoś nie zjadł (bo akurat nie miał och
                                                    > oty), to chował sobie do lodówki w salaterce przykrytej spodkiem i jadł wtedy,
                                                    > kiedy chciał.

                                                    Abstrahując od tego, że IMO nadinterpretujesz, tam była pięcioletnia Pulpa i ośmioletnia Nutria. W tym wieku byłoby to naganne, ale znowu nie takie nie do wyobrażenia, zwłaszcza w przypadkach wątpliwych i dyskusyjnych. (A znam osoby znacznie starsze, którym trzeba powiedzieć wielkimi literami, że to ciastko jest MOJE i ma zostać NA ŚNIADANIE - inaczej nawet mrugnąć nie zdążysz, zanim zeżrą.)
                                                  • nessie-jp Re: Fakty? 17.01.12, 16:33
                                                    > Moim zdaniem, jest tu napisane, że jedzono szybko i nie rozmawiano podczas jed
                                                    > zenia. Kropka. Resztę już sobie dopowiadasz.

                                                    To w takim razie jak zinterpretujesz drugą część cytatu
                                                  • marslo55 Re: Fakty? 17.01.12, 16:42
                                                    nessie-jp napisała:
                                                    "To w takim razie jak zinterpretujesz drugą część cytatu
                                                  • paszczakowna1 Re: Fakty? 17.01.12, 17:17
                                                    > To w takim razie jak zinterpretujesz drugą część cytatu
                                                  • nessie-jp Re: Fakty? 17.01.12, 17:52
                                                    > Yyyy? Dziwnie jakoś czytasz, albo dziwnie piszesz. "Jedzenie szybko i w milczen
                                                    > iu" = "grymaszenie"? No chyba nie. T

                                                    Nie, źle zrozumiałaś. Jedzono szybko i w milczeniu, bo gdyby jedzono powoli i rozmawiano, to ktoś zostałby pozbawiony posiłku.

                                                    No nie wiem naprawdę, jak to inaczej interpretować. Tak to zdanie rozumiem: jedz szybko i nie gadaj, bo ci zabiorą.
                                                  • dakota77 Re: Fakty? 17.01.12, 18:02
                                                    Ja tez rozumiem tak to zdanie, i nie moge pojac, jak mozna komus, kto na moment spuscil jedzenie z oka je odebrac. Rozumiem pytanie " Nie jesz juz tego? Moge dokonczyc?" czy cos w tyms tylu, nie podkradanie sobie jedzenia. No ale mozliwe, ze nic nie wiem o codziennosci rodzin wielodzietnyych:)
                                                  • meduza7 Re: Fakty? 18.01.12, 08:37
                                                    Ja pochodzę z rodziny wielodzietnej, w dodatku mam jedną bardzo wolno jedzącą siostrę - do tej pory, jak się spotykamy na rodzinnych obiadach, to wszyscy są już w połowie drugiego dania, a ona jeszcze zupy nie skończyła. Niestety, nie mogę podzielić się doświadczeniami, jak to u nas było z talerzem kanapek, bo przeważnie każdy dostawał swoją, indywidualną porcję na talerzu, zapytany najpierw, ile zje. Podobnie było np. z parówkami - wiadomo było, że przypada po dwie na łebka i już. A jak ktoś zamarudził, to jadł zimne.
                                                  • klymenystra Re: Fakty? 15.01.12, 20:04
                                                    Pisałam o wegetarianizmie, weganizm uważam za głupotę.
                                                    2.5 letnie dziecko nie wybiera też specjalnie ubranek, sposobu spędzania czasu itp. - przeważnie także narzuca mu się religię. 2.5 latek jest uzależniony od rodziców.
                                                  • croyance Re: P.S. 15.01.12, 00:00
                                                    Polowa Indii to weganie, a z kolei prawie cala Azja ma diete beznabialowa. W Japonii ser zolty to do tej pory rarytas z zagranicy, ktory kosztuje siedem razy wiecej, niz w Europie. Cale spoleczenstwa przez wiele generacji wychowywaly sie bez nabialu i jakos zeby mialy ...
                                                  • klymenystra Re: P.S. 15.01.12, 20:09
                                                    Z tego, co wiem, to te grupy ludzi, ktorze od wiekow nie jedza produktow odzwierzecych, sa w stanie syntetyzowac same witamine B12.
                                                  • klymenystra Re: P.S. 15.01.12, 20:10
                                                    A skad masz te wiadomosci? Serio jestem ciekawa, bo Japonia kojarzy mi sie z rybami, a Azja - z takimi rzeczami jak kumys, te cale bycze oczy itp :)
                                                  • croyance Re: P.S. 15.01.12, 22:31
                                                    Pogubilam sie w drzewku, czy to pytanie bylo do mnie?
                                                  • klymenystra Re: P.S. 15.01.12, 22:56
                                                    Tak, Croyance :)
                                                  • croyance Re: P.S. 16.01.12, 16:03
                                                    Aha, to juz mowie.
                                                    Wiadomosc z osobistego doswiadczenia.
                                                    W supermarketach azjatyckich przetwory mleczne zajmuja malenki regalik, ceny sa KOSMICZNE (np. okolo 7 funtow/7000 jenow za kosteczke sera zoltego w rozmiarze 3m x 3), jakosc jest fatalna i generalnie poza mloda rozwijajaca sie klasa srednia, ktora chce miec 'zachodnie jedzenie' nabialu sie nie je.
                                                    Ryby tak, mieso tak, jajka jak najbardziej (czy jajka to nabial?), ale mleka i jego przetworow nie.
                                                    Teraz rosnaca bogatsza klasa w Chinach wykupuje farmy mleczne w NZ, ale jednak przez pokolenia nikt mleka nie mial w codziennej diecie, a zeby ludzie mieli :-D Chyba wiec az tak od razu nikt trupem nie padnie od niejedzenia zupy mlecznej (chociaz prawda jest, ze Hindusi bodajze inaczej syntetyzuja witamina D, ale nie znam sie na tym).
                                                  • jottka Re: P.S. 16.01.12, 16:15
                                                    croyance napisała:

                                                    > ceny sa KOSMICZNE (np. okolo 7 funtow/7000 jenow za kosteczke sera zoltego w rozmiarze 3m x 3)

                                                    za taką kosteczkę to jest tanio jak barszcz:)

                                                  • croyance Re: P.S. 16.01.12, 16:16
                                                    3 CM! Ha ha! Gdyby to byly trzy metr sera, to mysle, ze cena bylaby zupelnie rozsadna :-D
                                                  • slotna Re: P.S. 16.01.12, 16:16
                                                    > W supermarketach azjatyckich przetwory mleczne zajmuja malenki regalik, ceny sa
                                                    > KOSMICZNE (np. okolo 7 funtow/7000 jenow za kosteczke sera zoltego w rozmiarze
                                                    > 3m x 3)

                                                    Tyle metrow szesciennych sera za 7 funtow? Jade tam! ;)))
                                                  • jottka Re: P.S. 16.01.12, 16:21
                                                    dobra, croyance, sie nie wymiguj, adres sklepu poprosimy, podoba nam sie:)
                                                  • croyance Re: P.S. 16.01.12, 16:24
                                                    Wyobrazilam sobie taka wielka kostke, albo nie, kola sera, stojace na polu jak snopki siana :-D
                                                  • klymenystra Re: P.S. 16.01.12, 22:56
                                                    Witamine D syntetyzujemy wszyscy - jak jest słońce :)
                                                    Jajka to nie nabiał, ale jak widac produkty zwierzece jedza, czyli dostarczaja sobie aminokwasow, B12 itp.
                                                  • totorotot Re: P.S. 17.01.12, 01:02
                                                    > Jajka to nie nabiał, ale jak widac produkty zwierzece jedza, czyli dostarczaja
                                                    > sobie aminokwasow, B12 itp.


                                                    pl.wikipedia.org/wiki/Nabiał
                                                  • totorotot Re: P.S. 17.01.12, 01:08
                                                    Chyba wiec az tak od razu nikt trupem nie padnie od niejedzenia zupy mlecznej
                                                    > (chociaz prawda jest, ze Hindusi bodajze inaczej syntetyzuja witamina D, ale n
                                                    > ie znam sie na tym).

                                                    Ryby zawierają więcej wapnia (lepiej przyswajalnego) aniżeli przetwory mleczne. Hindusi jedzą produkty roślinne bogate w wit. D, a niedostępne u nas, a także korzystają z większego nasłonecznienia.
                                                  • sta-fraszka Re: P.S. 18.01.12, 15:45
                                                    nessie-jp napisała:


                                                    >
                                                    > Ja flaków nie zjem, podobnie jak krewetek, wątróbki, żeberek, wodorostów w sush
                                                    > i, pietruszki w rosole i miliona innych rzeczy. Nie zjem, bo nie lubię. A nie j
                                                    > estem (ani nigdy nie byłam) tak zabiedzona, żeby zmuszać się z głodu do jedzeni
                                                    > a rzeczy, które są dla mnie wstrętne. Nigdy by też moim rodzicom do głowy nie p
                                                    > rzyszło tresować mnie do jedzenia nielubianych potraw szantażem głodu.
                                                    >
                                                    >

                                                    Ja tez mam pare potraw ktorych normalnie nie rusze (np. pierogow z owocami, zupy owocowej bo mam odruch wymiotny). Mam pare takich, ktore mi nie smakuja, ale mnie nie brzydza (flaki, ogorkowa, za krupnikiem tez nie przepadam).

                                                    I dwa razy w zyciu bylam tak glodna, ze bylam w stanie zjesc doslownie wszystko. I zaserwowano zupe ogorkowa.
                                                    I dalam rade zjesc tyle, by zaspokoic ten pierwszy glod (bo mi bylo wszystko jedno co mi wchodzi do zoladka).
                                                    Po czym, gdy juz mnie nie ssalo, nie bylam sie w stanie zmusic do zjedzenia wiecej.
                                                    Ale nie wiem, co bym zrobila, gdyby zamiast ogorkowej zaserwowano owocowa.
                      • moleslaw Re: P.S. 14.01.12, 09:42
                        nessie-jp napisała:

                        > kadanka napisała:
                        >
                        > > alez jezdzicie po tej mili okrutnie;) za to panny borejko mialy wszystko
                        > podsun
                        > > iete pod nos, w piecu napalone jedzenie przygotowane, ciuchy wyprasowane,
                        > skarp
                        > > ety pocerowane:D mila miala co robic przez caly dzien skoro panny nawet i
                        > da i g
                        > > aba 17letnia nie robily nic, podobnie jak szanowny malzonek.
                        >
                        > No oczywiście, ale coś za coś. Musierowicz napisała rodzinę XIX wieczną, z ojce
                        > m-baronetem pastorem żyjącym z niewielkiej pensyjki i utrzymującej stadko przym
                        > ierających głodem, ale uroczych i artystycznie wyrobionych panienek :)
                        >
                        > Ja sobie rzecz jasna żartuję, Borejkowie nie są przedstawiani przecież w tak st
                        > raszliwym świetle (Lisieckich przecież karmią), ale jednak nie podoba mi się po
                        > dejście Musierowicz do Feli, Nowackich i tej znajomej Mili Borejko, która załam
                        > ała ręce, że ona wannę szoruje, zamiast pogonić kota córkom, a samej się wziąć
                        > do czegoś pożytecznego.
                        >

                        Żarty żartami, ale ciekawie opisał to Krzysztof Biedrzycki wywodząc jakby nie było Jeżycjadę od XIX wiecznych powieści dla panien. :-)
                        • moleslaw :-) 14.01.12, 20:55
                          Jasne jest chyba że nie proponuję złośliwego gotowania tego czego dziecko nie lubi, na zasadzie nie lubi wątróbki to zrobię i jak nie zje to będzie dla nas na dwa dni. Jednakże jesli ugotuję obiad o którym wiem że nie jest niejadalny to wymagam jego zjedzenia. Wyobrazcie sobie proszę Milę w kuchni która musi zrobić obiad dla 6 osób z których każda chce i lubi co innego.Szlag by mnie trafił. Rozczulanie się nad dzieckiem nie masz ochoty, to mamunia wymysli co innego jest bez sensu.Na dodatek istnieje ryzyko że jesli akurat mamunia się spieszy to jednak nagle i nieoczekiwanie stanie okoniem i albo dzieć zje albo nie a nie będzie dogotowywała czego innego bo nie ma czasu. Dziecko przyzwyczajone do grymaszenia i ustępstw przezyje szok, co więcej usprawiedliwiony. Nie zauważyłam zresztą by mam B. robiła dania specjalnie obrzydliwe i wmuszała dzieciom to jest ten moment wyboru dla dziecka zje albo nie.Jeśli nie z głodu nie umrze i powie to każdy lekarz. Zje kolacje i już.
                          • nessie-jp Re: :-) 14.01.12, 21:14
                            > Jednakże jesli ugotuję obiad o którym wiem że nie jest niejadalny t
                            > o wymagam jego zjedzenia.

                            No wiesz, kategoria "nie jest niejadalne" to obejmuje i skórzaną wkładkę z buta, i nogę tego rozbitka z Andów, i kłaczki z dywanu... Wolałabym, żeby nikt nie "wymagał" ode mnie zjedzenia czegokolwiek, bo ma takie widzimisię. Dostatecznie to było irytujące na szkolnych stołówkach. Te obrzydliwe panie, stojące nad dzieckiem z górą sinych, sztywnych, suchych ziemniaków na talerzu (ilość jak dla chłopa wracającego z pola po całym dniu orki) i burożółtym plackiem szpinaku! A fujże.

                            Pochlebiam sobie, że nigdy nie uległam szantażowi tych małp i nie zjadłam więcej, niż potrzebowałam.

                            • pi.asia Re: :-) 14.01.12, 21:40
                              A ja dorzucę problem dzieciora, któremu smaki zmieniają się co dwa dni. Np. w niedzielę pożera schabowego z prędkością światła, a we wtorek kategorycznie stwierdza, że żadnego mięska nie jada i koniec. Kochająca mamusia naprędce pichci coś innego, pociecha to zjada, mamusia w siódmym niebie, a za dwa dni okazuje się, że to coś innego jest be, fuj i dziecko nigdy tego nie lubiło i że woli mięsko.
                              Jak za takim grzdylem nadążyć?

                              Albo dzieciak, który marudzi nad obiadem, nic mu nie smakuje, nosem kręci na wszystko, z łaski zje parę łyżek zupy, skubnie marchewkę lub sałatę i cierpi przy tym stole męczarnie do momentu, kiedy pojawia się ciasto. Wtedy łapie po jednym kawałku w każdą rękę i na zmianę ładuje do buzi dopingowany zachwyconym wzrokiem mamusi. Natychmiast po zjedzeniu jednego kawałka ciasta wolna ręka zaopatrywała się w kolejny. No zagłodzone dziecko po prostu...
                              • moleslaw Re: :-) 14.01.12, 21:43
                                Dokładnie !!
                                • jottka Re: :-) 14.01.12, 21:52
                                  ale ja nadal nie rozumiem, jak przykład dziecka rozbestwianego ma służyć za argument za zmuszaniem do jedzenia wszystkiego każdego innego dziecka...

                                  • lezbobimbo Re: :-) 14.01.12, 22:35
                                    jottka napisała:
                                    > ale ja nadal nie rozumiem, jak przykład dziecka rozbestwianego ma służyć za arg
                                    > ument za zmuszaniem do jedzenia wszystkiego każdego innego dziecka...

                                    Bo czekolada. BO TAK.
                                  • pi.asia Re: :-) 14.01.12, 22:56
                                    Widzisz, wszystko zależy od punktu widzenia. Dla mnie powyższa sytuacja jest przykładem totalnego rozbestwienia. A mamusia wyżej wymienionego grzdyla z lubością przytoczyłaby argumenty, jakie tu w tym wątku padły: że dziecko podświadomie wybiera to co jest mu akurat potrzebne (raz mięsko, raz nie-mięsko) i że je to co lubi (ciasto a nie obiad). I byłaby oburzona, że ktoś widzi to inaczej. I uważałaby, że babcia zabierająca wnuczkowi siódmy kawałek ciasta z łapy, a w zamian stawiająca talerz z zupą (jak jesteś głodny to zupka czeka) stosuje terror kulinarny.

                                    Granica między rozkapryszeniem a prawem do nielubienia pewnych potraw jest cienka i płynna, czasem kochające mamusie jej nie widzą.
                                    Moje zdanie jest takie, że dzieciak ma pełne prawo czegoś nie lubić albo nie być głodny w danym momencie. Bo niby jak to - dorosły może nie chcieć obiadu albo wybrać kanapkę z jajkiem a nie z szynką , a dziecku tego nie wolno?
                                    Ale dzieciak, który wczoraj przepadał za szynką, dziś nie chce szynki tylko jajko, a jak jajko wjeżdża na stół to nagle wolałby serek, a na widok serka decyduje się jednak na szynkę - takiego dzieciaka odstawiłabym od stołu aż do następnego posiłku. Choćby ten następny miał być za dwanaście godzin. Bo to też jest terror kulinarny, tylko w odwrotną stronę.
                                    • slotna Re: :-) 14.01.12, 23:13
                                      > Ale dzieciak, który wczoraj przepadał za szynką, dziś nie chce szynki tylko jaj
                                      > ko, a jak jajko wjeżdża na stół to nagle wolałby serek, a na widok serka decydu
                                      > je się jednak na szynkę - takiego dzieciaka odstawiłabym od stołu aż do następn
                                      > ego posiłku. Choćby ten następny miał być za dwanaście godzin. Bo to też jest t
                                      > error kulinarny, tylko w odwrotną stronę.

                                      Ja tak miewam. Np. ostatnio nie jestem w stanie przelknac uwielbianej niegdys brukselki. Czesto smierdzi mi i brzydzi mnie kurczak, ktorego w innych momentach jem bez gadania. Cheddar, moj ulubiony ser, potrafi cuchnac mi brudna krowa. Ostatnio sie nie zorientowalam, ze to ten moment i zepsulam sobie salatke, scierajac go don na tarce.

                                      Terroryzuje sie kulinarnie :D
                                    • ding_yun Re: :-) 15.01.12, 11:25
                                      pi.asia napisała:

                                      >
                                      > Granica między rozkapryszeniem a prawem do nielubienia pewnych potraw jest cien
                                      > ka i płynna, czasem kochające mamusie jej nie widzą.
                                      > Moje zdanie jest takie, że dzieciak ma pełne prawo czegoś nie lubić albo nie by
                                      > ć głodny w danym momencie. Bo niby jak to - dorosły może nie chcieć obiadu albo
                                      > wybrać kanapkę z jajkiem a nie z szynką , a dziecku tego nie wolno?
                                      > Ale dzieciak, który wczoraj przepadał za szynką, dziś nie chce szynki tylko jaj
                                      > ko, a jak jajko wjeżdża na stół to nagle wolałby serek, a na widok serka decydu
                                      > je się jednak na szynkę - takiego dzieciaka odstawiłabym od stołu aż do następn
                                      > ego posiłku. Choćby ten następny miał być za dwanaście godzin. Bo to też jest t
                                      > error kulinarny, tylko w odwrotną stronę.

                                      Amen. Zgadzam się z każdym słowem. Tak też ze mną postępowano - nikt nie gotował złośliwie tego, czego nie lubiłam (a nie lubiłam dziwnych rzeczy, na przykład cielęciny), ale i nikt nie wysilał się, żebym codziennie miała na obiad wyłącznie to, na co danego dnia mam ochotę.
                                      Zresztą już na marginesie - znacznie bardziej zmuszam się do jedzenia tego, czego nie lubię teraz, kiedy jestem już dorosła.
                                      • dakota77 Re: :-) 15.01.12, 11:28
                                        A czemu sie zmuszasz, ze tak z ciekawosci zapytam?
                                        • ding_yun Re: :-) 15.01.12, 12:31
                                          dakota77 napisała:

                                          > A czemu sie zmuszasz, ze tak z ciekawosci zapytam?

                                          Bo są zdrowie i nietuczące, a ja mam nieprzeciętną tendencję do tycia :) Oczywiście nie wpycham w siebie tylko tych rzeczy, które mi nie smakują, staram się, żeby to był kompromis między zdrowiem a smakiem. Ale na przykład jakiś czas temu zrezygnowałam z pieczywa z jakimkolwiek dodatkiem białej mąki, jem je naprawdę okazjonalnie. Wmuszam więc w siebie to, które jest wyłącznie z mąki razowej - nie jest obrzydliwe, ale po jakimś czasie tęskni się za zwykłą bułką.
                                    • totorotot Re: :-) 15.01.12, 23:19
                                      I u
                                      > ważałaby, że babcia zabierająca wnuczkowi siódmy kawałek ciasta z łapy, a w zam
                                      > ian stawiająca talerz z zupą (jak jesteś głodny to zupka czeka) stosuje terror
                                      > kulinarny.

                                      O Jezu. Jestem terrorystą!!! Biedne te moje dzieciaczki :))
                              • lezbobimbo Re: :-) 14.01.12, 22:32
                                pi.asia napisała:
                                > męczarnie do momentu, kiedy pojawia się ciasto. Wtedy łapie po jedny
                                > m kawałku w każdą rękę i na zmianę ładuje do buzi dopingowany zachwyconym wzrok
                                > iem mamusi. Natychmiast po zjedzeniu jednego kawałka ciasta wolna ręka zaopatry
                                > wała się w kolejny.

                                O, to wtedy mozna perfidnie a rodzicowo wykorzystac te mimlosc i przemycac n.p. marchewki w wilgnym ciescie marchewkowym, muffinkach czy bulkach.
                                Mozna tez inne warzywa podawac ukryte w czyms, co takoz ciasto przypomina, a jest tlustawe, smaczne i przepychem sycace, n.p. brokuly czy szpinak zapiekane w ciescie podobnym do quiche lorraine.
                                • pi.asia Re: :-) 14.01.12, 23:02
                                  > O, to wtedy mozna perfidnie a rodzicowo wykorzystac te mimlosc i przemycac n.p.
                                  > marchewki w wilgnym ciescie marchewkowym, muffinkach czy bulkach.
                                  > Mozna tez inne warzywa podawac ukryte w czyms, co takoz ciasto przypomina, a je
                                  > st tlustawe, smaczne i przepychem sycace, n.p. brokuly czy szpinak zapiekane w
                                  > ciescie podobnym do quiche lorraine.

                                  A nie nie nie! Żadne takie! Absolutnie! Wyłącznie ciasto pt. szarlotka/kruszonka węgierska/placek z truskawkami/sernik.

                                  Żaden przemyt kulinarny w tym wypadku nie wchodził w grę. Grzdyl najpierw dokładnie wypytał co jest w zupie czy zapiekance, i wtedy decydował, czy będzie to jeść czy nie. Z reguły nie, bo po co zapełniać żołądek jakąś zupą, skoro po obiedzie będzie CIASTO?
                                  • jottka Re: :-) 14.01.12, 23:10
                                    pi.asiu, ale ty dalej ciągniesz coś, z czym nikt nie polemizuje - opisujesz skrajny przykład malucha, który zapewne i w innych dziedzinach podporządkował sobie rodziców, tak jest, to głupie jest, dziecko i rodziców należałoby oprzytomnić, aczkolwiek może nie za pomocą pruskiego drylu:)

                                    ale tu padły tezy ogólne, że dziecięce nielubienie tego czy tamtego to fanaberia i gdyby tylko rodzic mądrość okazał, to szybko by takiemu bisurmanowi fanaberie z głowy wybił. a przykładów na to, że wiele małoletnich nie działa powodowana li i jedynie złośliwością wobec starszych jest aż nadto.

                                    jakby co, to szczegóły wyżej:)
                                    • pi.asia super kucharka 15.01.12, 13:15
                                      Przejrzałam wypowiedzi i zabrakło mi w nich podkreślenia jednej sprawy - że ciotka Fela gotuje jak archanioł.

                                      I czy Borejczęta były głodne jak szakale, czy nie były - to i tak sporą część "winy" za rzucanie się na ciotczyny obiad ponosi właśnie jej kuchenny geniusz.

                                      W każdej rodzinie jest taka osoba, która ogólnie gotuje nieźle, a w swoim repertuarze ma jakieś popisowe danie, na które wszyscy czekają i rzucają się na nie jak wichruloty.

                                      U jakiejś ciotki Zosi może być na stole pięć ciast, wszyscy wybierają piernik. Wizyta u babci Ewy to spotkanie z niebiańskimi bitkami. A dziadek Włodek genialnie przyrządza śledzie.

                                      Pamiętajmy, że Borejczęta wprawdzie jadły do syta i pożywne to może było, ale biedne i niewymyślne. Zetknięcie z archanielską kuchnią zerwało wszelkie tamy dobrego wychowania.

                                      U mnie wszyscy tracą pozory savoir-vivre'u na widok ciasta z kajmakiem. Choćby byli obżarci po sam sufit. ;)
                                      • dakota77 Re: super kucharka 15.01.12, 13:18
                                        No ale Mila Borejko jakos super nie gotowala, a Borejkowny jadly na wyscigi, zeby zdazyc sie najesc, wiec nie tylko o jakos kuchni tam chodzilo:)
                                        • pi.asia Re: super kucharka 15.01.12, 13:45
                                          >a Borejkowny jadly na wyscigi, ze
                                          > by zdazyc sie najesc, wiec nie tylko o jakos kuchni tam chodzilo:)

                                          Zgoda, ale jakość kuchni dodawała prędkości w tych wyścigach. Jak któraś nie zdążyła w domu, to była tylko głodna. A jak nie zdążyła u ciotki Feli, to nie dość, że była głodna, ale jeszcze straciła TAKIE pyszności! ;)
                                          • onion68 Re: super kucharka 15.01.12, 13:51
                                            > Zgoda, ale jakość kuchni dodawała prędkości w tych wyścigach. Jak któraś nie zd
                                            > ążyła w domu, to była tylko głodna. A jak nie zdążyła u ciotki Feli, to nie doś


                                            Poza tym, nie sądzę, że wyścigi były przy chlebie z dżemem albo tym makaronie z mlekiem, ale że przy kanapkach z pastą lub jabłkach w cieście, to jestem w stanie uwierzyć i skłonna nie uznać za szokujące.
                                      • onion68 Re: super kucharka 15.01.12, 13:44
                                        > Przejrzałam wypowiedzi i zabrakło mi w nich podkreślenia jednej sprawy - że
                                        > ciotka Fela gotuje jak archanioł
                                        .


                                        Dokładnie.

                                        Oraz nie wiem, co jest ze mną nie tak, ale pod wpływem tego wątku po prostu musiałam zrobić potrawę rodzin patologicznych i głodzących, tj. pastę z jaj ;) I o dziwo, u mnie też okazało się być jej za mało. Taka właściwość chyba albo zaraźliwa jest ta patologia?
                                        • pi.asia Re: super kucharka 15.01.12, 13:47
                                          o jeżu malusieńki, pasta z jaj, ale mi smaka narobiłaś!
                                          • onion68 Re: super kucharka 15.01.12, 13:49
                                            > o jeżu malusieńki, pasta z jaj, ale mi smaka narobiłaś!

                                            Hahahahah :)
                                          • dakota77 Re: super kucharka 15.01.12, 13:50
                                            Ja generalnie glodna jestem, w pracy siedze. A wy tu o gotojacych jak archaniol i pastach jajecznych, mniam;-)
                              • paszczakowna1 Re: :-) 16.01.12, 12:20
                                > A ja dorzucę problem dzieciora, któremu smaki zmieniają się co dwa dni. Np. w n
                                > iedzielę pożera schabowego z prędkością światła, a we wtorek kategorycznie stwi
                                > erdza, że żadnego mięska nie jada i koniec. Kochająca mamusia naprędce pichci c
                                > oś innego, pociecha to zjada, mamusia w siódmym niebie, a za dwa dni okazuje si
                                > ę, że to coś innego jest be, fuj i dziecko nigdy tego nie lubiło i że woli mięs
                                > ko.
                                > Jak za takim grzdylem nadążyć?
                                >
                                > Albo dzieciak, który marudzi nad obiadem, nic mu nie smakuje, nosem kręci na ws
                                > zystko, z łaski zje parę łyżek zupy, skubnie marchewkę lub sałatę i cierpi przy
                                > tym stole męczarnie do momentu, kiedy pojawia się ciasto. Wtedy łapie po jedny
                                > m kawałku w każdą rękę i na zmianę ładuje do buzi dopingowany zachwyconym wzrok
                                > iem mamusi. Natychmiast po zjedzeniu jednego kawałka ciasta wolna ręka zaopatry
                                > wała się w kolejny. No zagłodzone dziecko po prostu...

                                Opisujesz dwa kompletnie różne zjawiska. W dziecku (zwłaszcza takim 2-3 lata), które przez tydzień by jadło wyłącznie warzywa, a przez następne trzy dni tylko mięso, nie widzę nic dziwnego ani nagannego. Ani zresztą problematycznego - chce na obiad tylko kotleta i jogurt, niech je kotleta i jogurt, za tydzień zje ziemniaki z brokułem. Moja tak jadła (stosując sobie dietę niełączenia) i ani nie miało to ujemnych skutków dla jej zdrowia, ani nie było kłopotliwe dla mnie. (Być może to była po prostu kwestia niedojrzałości układu pokarmowego, który radził sobie dobrze tylko z jednym rodzajem pokarmu na raz.) Do tej pory miewa fazy bezmięsne, wędlin w ogóle nie jada, żółty ser od wielkiego dzwonu, no i co z tego? Mam w dziecko wmuszać rzeczy, które są zwyczajnie niezdrowe? Nikt nie będzie cudował, żeby gotować jajko, jak nie chce kotleta, ale tego kotleta może spokojnie nie jeść, albo zjeść za dwie godziny. (Zwłaszcza, że nie wymaga to żadnych zabiegów z mojej strony, lodówka wiadomo gdzie stoi.)

                                Dziecko zapychające się cukrami to zupełnie inna historia i należy mu zmienić sposób żywienia. Z drugiej strony jednak, pólnocnoeuropejska (bo nie tylko polska - znajoma Włoszka walczy o to z mężem Duńczykiem) obsesja pt. słodycze wyłącznie PO POSIŁKU prowadzi tylko do otyłości. Lepiej w końcu na śniadanie dać tylko ciastko, niż kanapkę i ciastko. Mniej węglowodanów.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka