mroczny_chomik_zaglady
27.11.24, 17:22
Tak mnie jakoś naszło. Wiem,że nie pobiję tutaj piszących ale taka mi myśl po głowie przekopytkowała, a że muszę inaczej się uduszę to wrzucam ku pokrzepieniu serc. Albo i nie pokrzepieniu. Słowa konstruktywnej krytyki mile widziane. Tytułu brak, bo nie miałam weny. Może Wy coś wymyślicie?
Część 1.
Panie Fidelis, pan coś zrobi z tym swoim zwierzęciem bo znów w szkodę wlazło!!! Gromki okrzyk poniósł się nad terenem "Ogrodnictwa Daglezja".
Adam gwałtownie przebudzony z marzeń o podbiciu Poznania i okolic siecią szkółek iglaków z niedowierzaniem przetarł oczy i spojrzał na stojącego przed nim sąsiada.
-Przepraszam, ale o czym pan do kroćset mówi? Ja nie mam zwierząt, zwierzęta ma moja teściowa i to mało szkodliwe a ona mieszka daleko.
-Panie, ja ostatni raz proszę grzecznie, pilnuj pan tej swojej kozy czy tam innej sarny co nocami po wsi bryka bo to się źle skonczy.Jabłka mi w sadzie obżera, psa straszy a i kury się nieść przestaly. Patrz pan, i marchew ze szczętem stratowała, o tutaj, patrz pan, patrz.
Sąsiad znacząco pchał mu pod nos smętny badyl z resztkami obgryzionej marchewki. Adam opędzał się niemrawo. Po nagryzionej i lekko przeżutej naci chodziły jakieś małe żyjątka , możliwe,że mszyce .
-Od was panie Fidelis ta zaraza przyłazi, od was, ślady sa wyraźne sam pan popatrz- wykrzykiwał dalej sąsiad pokazując paluchem na nieco błotnistą glebę. Faktycznie, widniały tam ślady jakby niewielkich kopytek. Wiodły od drzwi szaletu miłości do bramy.
-Jolal.. Lojaj... Ostrzegam panie Fidelis, ja jestem człowiek cierpliwy ale jak mi jeszcze raz bydlę w szkodę wlezie po hycla zadzwonię!!!!
Światosław Kowalski miejscowy potentat w produkcji owoców i warzyw podciągnął opadający dres i odwrócił się na pięcie po czym wymaszerował poza bramę "Daglezji".
Adam stał pochylony i przyglądał się tropom, drapiąc się po głowie. Chyba oblazły go robale z marchewki.
-Aaaaadaaaaammmmmm..... Dobiegło zza jego pleców tęskne wołanie świeżo poślubionej małżonki Laury primo voto Pyziak obecnie Fidelis.
-Aaaaaaadaaaaaaammmmm!!!!! - Głos stał się nieco bardziej.... kozi?
-Słucham cię mój skarbie najdroższy?
-Przyniosłeś mi marchew jak prosiłam? Ciotka Ida twierdzi,że w MOIM STANIEEEE...
Przepraszam- odkaszlnęła Laura i jej głos stał się ponownie jedwabisty - w moim stanie wskazanym jest spożywać znaczne ilości warzyw oraz owoców.
-Najmocniej przepraszam kochanie, zamyśliłem się nieco lecz już pędzę. Wolisz korzeń czy nać?
-Wszystko jeeeednoooo . Przepraszam, wszystko jedno mój najmilszy, byle dużo.
Po śniadaniu młodzi państwo Fidelis zgodnie wsiedli do furgonetki i radośnie pomknęli do Floplicowa, gdzie jak zgodnie z uzyskanymi mailowo informacjami miał się odbyć uroczysty obiad rodzinny . W połowie drogi Adam zaczął nasłuchiwać. Dziwne dźwięki rozbrzmiewały we wnętrzu samochodu. Laura jak zwykle siedziała z tyłu, w przestrzeni bagażowej gdyż- jak twierdziła - mdliło ją kiedy spoglądałą przez okno.
Adam zerknął w lusterko. Jego żona siedziała wygodnie zagrzebana w kupie siana i rytmicznie poruszałą szczęką.
-Kochanie? Kochanie co ty robisz?
-Eee, nic nic mój najdroższy, skup się na prowadzeniu bo wpadniemy do rowu i nie dotrzemy punktualnie na czas i konie wuja Florka nie dostaną jeść a wiesz,że jak głodne to złeeeee odparła Laura dyskretnie wypluwając kawałek badyla.
Adam pomyślał,że musiało mu się przywidzieć, no bo niby jak, jego żona? Ta cudowna poetyczna istota miałaby jeść siano? Ona? Taka uduchowiona i eteryczna? Na wszelki wypadek zaczął sobie wmawiać,że po pierwsze, nic nie widział a po drugie porozmawia dyskretnie z Idą Pałys, uznaną laryngolog. W końcu urodziła troje dzieci, powinna się znać na kobietach w ciąży prawda?Może czegoś jej w diecie brakuje?
We Floplicowe jak zwykle panował ruch. Wszędzie kłębiły się stada dzieci, pszczół koni i wszelkiej innej żywiny. Młodzi Rojkowie tradycyjnie straszyli drób, Florian oparty o płot pokrzykiwal gromko wymachując rękami przed nosem konia o imieniu Kabanos Junior z zapałem opowiadając mu o pierwszych Piastach i konieczności obrony ziemi przed germańskim oprawcą choćby własną piersią, Pulpecja poklepywała się po obfitym ciałku płosząc komary, nestorzy rodu -Mila i Ignacy Borejkowie dokarmiali pod stołem sforę psów gończych o imionach od Bobek 1 do Bobek 32 pełnotłustym twarogiem, Gabriela potrząsająć betonową grzywką z obłędem w oczach próbowała jednocześnie napełniać kocie kuwety piaskiem, kołysać kolejne dziecko Ignacego i Agnieszki które falowało łagodnie w ciepłych podmuchach późnoletniego wiatru,( była to wytęskniona i wyczekana dziewczynka. Po 12 chłopcach w końcu młodzi państwo Strybowie doczekali się córeczki )dyrygować tempem mieszania sałaty którą to czynność wykonywał jej drugi mąż oraz prostować sobie nieco zmarszczony pod oczami kostium.
Chuda i ruda Ida Pałys jedną ręką podtrzymywała swego kataleptycznego małżonka w drugiej zaś znacząco podrzucała słoik z musztardą jednocześnie wyglaszając swym kozim głosem expose do synowej Doroty odzianej w białe giezło, drewniaki i wianek ze stokrotek związanych kabelkiem na temat szkodliwości nadmiaru masła w diecie. Dorota, hoża i rumiana dziewoja kiwała głową jak metronom, zaś jej mąż Jóżef Pałys -syn Idy- z niepokojem popatrywał na słoik musztardy w dłoni swej matki. Bywała niekiedy narwana a on od czasu epizodu z kremem Choco miał PTSD. Nie pomagała nawet terapia u sławnej psycholog Kopiec Ginewry.
Adam wysiadł z furgonetki i otwarł tylne drzw. Siana było jakby mniej a jego żona miała podejrzanie wypchane policzki. Młodzi przywitali się z rodziną, zaś świeżo upieczony mąż i przyszły ojciec pozostwiwszy Florianowi rozładunek odciągnął na bok Idę Pałys szemrząc jej coś do ucha. Oczy Idy robiły się coraz większe, twarz coraz czerwieńsza aż w końcu poklepała Adama po ramieniu i pokiwała głową. Następnie udała się na krótką rozmowę z Ignacym i Melanią, któzy spoglądali po sobie znacząco.
Dzieci w ilościach przemysłowych biegały po podwórku , seniorzy konferowali z zaaferowanymi minami i co chwilę dołączali do nich kolejni członkowie rodziny. Od strony kołyski skleconej z kontenerka po pepsi ustawionej w porzeczkach roznosiła się coraz silniejsza won krochmalu.
Wreszcie punktualnie z wybiciem godziny 16 klan zasiadł do obiadu. W miłej rodzinnej atmosferze przerzucano się dowcipami o robakach, podbierano jedzenie z talerzy, żądano jeszcze kompotu lub śmietany a także śmiano się i dokazywano. Od czasu do czasu rozlegał się łomot i pisk , gdy któreś z młodszych dzieci spadło ze stosu nieco chwiejnych książek ułożonych na krzesłach na spoczywającego na podłodze psa. Wtedy wuj Jóżef potrząsał progeniturą jak szczurem, po czym ponownie umieszczał na szczycie chwiejnej piramidki przy radosnej aprobacie całego rodu. Wiadomo, niech mężnieją od początku.
Adam z lekkim niepokojem spoglądał na swoją małżonkę, która ustawicznie poruszała szczęką z przymkniętymi oczami. Wprawdzie doktor Ida Pałys mówiła,że Laura może miec dziwne zachcianki bo jest w ciąży ale na Jowisza, ogołociła już połowę rodzinnego dendrona, przynajmniej tą do której była w stanie dosięgnąć. Miał wrażenie,że rodzina coś przed nim ukrywa....
Po obiedzie gdy ciotka Patrycja wniosła lody, placki i bułeczki oraz miskę marchwi a Gabriela odsunęłą donicę poza zasięg córki, Ignacy Borejko spojrzał znacząco na swą żonę Melanię, która kiwnęła potakująco głową.
-Kochana rodzino - rozpoczął Ignacy stukając widelcem w szklankę kompotu.
Gwar powoli przycichł, słychać było jedynie dyskretne chrupanie. To Laura obżerała się marchewką na przemian z jabłkami i tęsknie spoglądała w stronę roślin doniczkowych jednym okiem a drugim w kierunku świeżej zieleni podwórka.
I dlaczego jej źrenice stawały się powoli pionowe?! Adam z niedowierzaniem przetarł oczy i potrząsnął głową. Nie, zdawało mu się, to światło tak pada. Oczy Laury nadal były stalowe jak niebo przed burzą.