tygrys_dziure_wygryzl
27.05.25, 17:48
*1
Wreszcie zielone! Używana Honda ruszyła ospale, a toporny zgrzyt wajchy zmiany biegów słyszany był nawet po drugiej stronie ulicy.
Choć kupił ją kilka lat temu, dalej nie mógł przyzwyczaić się do rozlicznych braków pojazdu. Józinek słusznie wytknął mu na samym początku, że wymiana kilku zgoła elementów znacząco podniesie komfort jazdy, ale on uparcie kręcił głową, tłumacząc dumnie, że w samochodzie najważniejsze jest po prostu, żeby jechał.
Zmysłowe wargi pod zabójczym wąsem mięły przekleństwa. Nawet jego pierwsza kraniotomia nie była tak trudna, jak zmuszanie się do minimalizmu w dziedzinie motoryzacji. Zalała go nagła fala wspomnień, aż zadrżał jego męski, wspaniały podbródek. Skąpo odziane ślicznotki na wrotkach… koledzy grający w siatkówkę plażową… niezliczone kluby nad samym brzegiem Atlantyku, oblane pomarańczową łuną zachodzącego słońca… Silnik Ferrari Berlinetta Boxer mruczał jak drzemiąca pantera, gdy przemierzał wysadzane palmami ulice Miami Beach. Ojciec kupił mu ten samochód za zdane prawko. Uwielbiał tę furę. Tak krótko się nią cieszył!
W bocznym lusterku nagle dostrzegł swoją twarz – niegdyś piękną jak u modela z żurnala, dziś szarą ze zmęczenia, poznaczoną kilkoma bruzdami. A za nią rozpalona jak piec ulica Roosevelta, hałaśliwa, zakurzona, i tak odmienna od tego, co przed chwilą ujrzał oczyma duszy. Quo vadis? – spytał sam siebie, ale nawet w myślach nie ważył się odpowiedzieć.