Dodaj do ulubionych

JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik

27.05.25, 17:48
*1
Wreszcie zielone! Używana Honda ruszyła ospale, a toporny zgrzyt wajchy zmiany biegów słyszany był nawet po drugiej stronie ulicy.
Choć kupił ją kilka lat temu, dalej nie mógł przyzwyczaić się do rozlicznych braków pojazdu. Józinek słusznie wytknął mu na samym początku, że wymiana kilku zgoła elementów znacząco podniesie komfort jazdy, ale on uparcie kręcił głową, tłumacząc dumnie, że w samochodzie najważniejsze jest po prostu, żeby jechał.
Zmysłowe wargi pod zabójczym wąsem mięły przekleństwa. Nawet jego pierwsza kraniotomia nie była tak trudna, jak zmuszanie się do minimalizmu w dziedzinie motoryzacji. Zalała go nagła fala wspomnień, aż zadrżał jego męski, wspaniały podbródek. Skąpo odziane ślicznotki na wrotkach… koledzy grający w siatkówkę plażową… niezliczone kluby nad samym brzegiem Atlantyku, oblane pomarańczową łuną zachodzącego słońca… Silnik Ferrari Berlinetta Boxer mruczał jak drzemiąca pantera, gdy przemierzał wysadzane palmami ulice Miami Beach. Ojciec kupił mu ten samochód za zdane prawko. Uwielbiał tę furę. Tak krótko się nią cieszył!
W bocznym lusterku nagle dostrzegł swoją twarz – niegdyś piękną jak u modela z żurnala, dziś szarą ze zmęczenia, poznaczoną kilkoma bruzdami. A za nią rozpalona jak piec ulica Roosevelta, hałaśliwa, zakurzona, i tak odmienna od tego, co przed chwilą ujrzał oczyma duszy. Quo vadis? – spytał sam siebie, ale nawet w myślach nie ważył się odpowiedzieć.
Obserwuj wątek
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 17:48
      *2
      Oślepiająca biel buchnęła mu w przekrwione ze zmęczenia oczy, gdy wszedł do domu. Powieki jednak można zmrużyć i jakoś wymacać drogę, czego się nie da powiedzieć o nosie – zmieszane wonie Domestosu, Sidoluxu i starego, wypróbowanego Ludwika nigdy nie zdołały stłumić stęchlizny. Czego się jednak spodziewać po suterenie w niemal stuletniej kamienicy? Tylko dzieci żal…
      Z drzwi po lewej dobiegł go kozi mezzosopran żony – to jego smukła Ropuszka podśpiewywała w łazience. Słysząc stuknięcie drzwi wejściowych, niczym wybitnie sprawna kangurzyca wyskoczyła z łazienki i okazało się, że szykuje się do wyjścia; rude sprężynki ściągnęła w ciasny koczek na czubku głowy i właśnie rozpylała na chudej, nieco żylastej szyi swoje ulubione perfumy.
      - Zaiste, nie mogłeś wrócić w lepszym momencie, małżonku! – zakrzyknęła Ida, odkładając flakonik. – Pamiętasz przecież, że dziś rocznica ślubu rodziców, i zaraz wychodzimy na miły, rodzinny obiad! Wprawdzie leczo trochę mi się przypaliło, lecz – felix culpa! – może Józinek nie będzie narzekać że nie dodałam do niego żadnej – tfu, na psa urok! – wędzonej kiełbasy.
      Marek poczuł zimny pot na plecach. Wyleciało mu to z głowy. Jak przez mgłę przypomniał sobie, że kilka dni temu Ida coś mówiła o tej rocznicy, ale wplotła w to tyle plotek i impresji, że główny temat przepadł jak Laura w Toruniu.
      - Iduś, przykro mi, ale…
      - Ach, a ty znowu jesteś zmęczony! – zawołała Ida, nieumiejętnie malując rzęsy. – Doprawdy, mój ordynatorze, słyszałam ów argument odmieniany przez wszystkie przypadki w czasie naszego (oby jak najdłuższego!) pożycia. Otóż imaginuj sobie, że wiem dobrze, cóż jest wyczerpanie zawodowe; a pomnij, iż przez te lata nosiłam jeszcze nasze dzieci w łonie, po czym troskliwie zajmowałam się nimi, jednocześnie pracując w prywatnych i publicznych przybytkach służby zdrowia, notabene gnijącej jak Cesarstwo Rzymskie za Nerona (ojciec mój, a twój teść, rad ci będzie przybliżyć postać tego niegodziwca, tylko uważaj na jego nadciśnienie – ojca, rzecz jasna, nie Nerona)…
      Marek przymknął męczeńsko oczy. Dyżur był wyczerpujący (zresztą, który nie był?), a miał stawić się na kolejny jutro o szóstej rano. Zerknął na swój telefon służbowy – ultranowoczesne cacko – i obliczył, że musi wyjść z uroczystości najpóźniej o osiemnastej, by złapać parę godzin snu i zapoznać się z pilną lekturą fachową.
      Tymczasem Ida perorowała dalej, kładąc kolejną warstwę grudkowatego tuszu:
      - … oczywiście przyjedzie Laura z Juleczkiem i Adamem, słyszałam też że i Żeromscy oraz Hajdukowie wpadną złożyć życzenia, to pewnie sobie posiedzimy do późna! Na Jowisza, jak za dawnych lat!
      - Przecież Cesi nie będzie – mruknął odruchowo Marek, blokując telefon skomplikowaną kombinacją cyfr.
      - Co? – zdziwiła się żona. – A skąd ty to wiesz? Przecież tylko chwilę pracowała w naszym szpitalu. Gdybyś utrzymywał z nią kontakt, to wszyscy byśmy o tym wiedzieli.
      - Już bełkoczę ze zmęczenia, carissima – Marek potrząsnął głową. – A czym ty tak pięknie pachniesz?
      - Już zapomniałeś? Opowiadałam ci, że Florkowie mają trochę wolnego gruntu, to Pulpa nasadziła kwiatów i z nudów robi jeszcze perfumy… No, dobrze, to idziemy, tak?
      - Oczywiście, Ropuszko – westchnął.
      • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 17:49
        *3
        Największy pokój, zwany zielonym od koloru tapet, zdawał się ledwo mieścić domowników, gości, przyjaciół, oraz wszystkie stoły, biurka, krzesła i taborety pozbierane z całego mieszkania. Obrusy były białe i nieco poplamione (barszczyk), ale i tak ledwo to było widać spod niezliczonych półmisków i nakryć. Krzesła seniorów rodu i bohaterów dzisiejszego święta: bibliotekarza i filologa klasycznego Ignacego oraz niedokończonej ekonomistki Melanii były oplecione kolorową bibułą, by nadać wnętrzu nieco pałacowego charakteru.
        W pokoju roiło się jak w ulu, ciągle ktoś wchodził, wychodził, ściskał bohaterów dnia, wykrzykiwał powitania, całował, wygłaszał łacińskie sentencje, wnosił i wynosił najrozmaitsze przedmioty. Ruch panował również w wielkiej kuchni, gdzie Borejkówny na chybcika wykańczały niezliczone potrawy, a następnie zanosiły je na stół.
        Ida wcisnęła miskę z leczem między koszyczkiem z bułkami posypanymi sezamem (zakup Natalii, subtelna sugestia do jej ulubionych „Klechd Sezamowych”) a jakąś śmiercionośną kombinacją cukru, masła i jajek od Pulpy. Tak, wszyscy się zebrali! Ida wzruszyła się na widok tłumów kochających i kochanych ludzi. Ktokolwiek znalazł się w tym domu, zawsze czuł się szczęśliwy.
        Wreszcie wszyscy zdołali jakoś usiąść. Rozlano wonny barszczyk i zaczęto jeść.
        Tymczasem Pulpa i Florek chichotali, nic nie jedli zgoła, aż wreszcie zażądali kompotu. Florek pacnął kilkukrotnie łyżką w barszcz, a stukanie i fontanny rozchlapującego się płynu skutecznie uciszyły zebranych. Wstał i patrząc na promieniejącą żonę, ogłosił:
        - Cieszę się, że wszyscy się zebraliśmy przy tej jakże radosnej okazji. Chcieliśmy z Patrycją skorzystać z okazji i ogłosić wam… no cóż, na wiosnę oźrebi nam się jedna z naszych klaczy.
        Na tę wieść rozległy się huraganowe oklaski, okrzyki radości, gratulacje. Nikt już nie pamiętał o rocznicy rodziców w obliczu tak niespodziewanej, szczęśliwej nowiny. Tymczasem Natalia grzebała widelcem w talerzu sałatki, swojej ulubionej. Gabrysia patrzyła na nią swoimi miłymi oczami i żal jej się zrobiło młodszej siostry, że żaden źrebaczek nie czeka na nią w przyszłości. Robrojek, który kroił wysłużonym kozikiem cytrynę do herbaty, pociągnął nosem i zerknął na szwagierkę. Jaka ta Gabrysia dzielna, że współczuje swojej siostrze!
        - Drogi zięciu, to cudowna wiadomość! – odezwał się Ignacy Borejko, gdy żona wyjaśniła mu po łacinie, o co chodzi. – Pozwól że pogratuluję tobie i twojej małżonce, mojej córce Patrycji. Wszyscy znamy wasz gościnny dom i bezkresne, żyzne łany, które doń przynależą, lecz wiadomo doskonale, że to nie dobra materialne czynią człowieka szczęśliwym. Pozwólcie, że przytoczę mądrość jednego z moich ulubionych autorów: „Dom istnieje tylko, gdy masz rodzinę. Cztery ściany to mieszkanie. Ewentualnie willa lub rezydencja. Ale nigdy nie dom”.
        - Max Czornyj – uzupełniła Mila Borejko.
        Ida przestała jeść, choć leczo wyszło jej wyborne (spalenizny prawie nie było czuć, wystarczyło dodać jeszcze więcej natki pietruszki). Rozejrzała się powoli po zielonym pokoju. Otaczały ją znane, kochane twarze bliskich. Doskonale znane meble, książki, obrazy. Ale mimo tego…
        Ponownie prześledziła wzrokiem swoje otoczenie. Józeczek z obrzydzeniem odsunął od siebie talerz babcinego bigosu i nałożył sobie sowitą porcję tofu, przygotowanego przez Ignasia. Co? Pewnie nie chce robić przedstawienia przy całej rodzinie. Grzegorz odłożył miskę z sałatą i pokazywał coś na telefonie Gabie, która uśmiechnęła się kątem ust i pokiwała głową z zapałem. Ida nie mogła się powstrzymać i spojrzała zezem w dół; na wyświetlaczu widniał dwuosobowy bilet na weekend w klubie swingersów na Mazurach. Jaka ta Gaba dzielna, że…
        Ale, zaraz. Ida spojrzała w prawo i dopiero teraz się zdziwiła. Mareczek, dotychczas niemal śpiący i pochłaniający machinalnie to, co mu nałożyła, teraz siedział wyprostowany jak struna i szeroko otwartymi oczami rozglądał się po pokoju. Jego twarz była biała i sztywna jak prześcieradło, wyprane przez poetyczną niedojdę w pralce Luna. Dłonie, zaciśnięte na sztućcach, drżały.
        - Co się dzieje? – spytała zaniepokojona Ida.
        - Oh, shit – wyszeptał Marek.
        Ida podniosła do góry cienkie brwi, a jej zielone oczy zaświeciły jak lampki elektryczne.
        - Czy ty się dobrze….
        Marek zerwał się z krzesła.
        - APGAR 10! – wrzasnął i wybiegł z pokoju.
        • tt-tka Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 18:19
          dawaj dalej !
        • chatgris01 Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 19:46
          tygrys_dziure_wygryzl napisała:

          Przepiękne! Też czekam na kontynuację :)


          > W pokoju roiło się jak w ulu, ciągle ktoś wchodził, wychodził, ściskał bohateró
          > w dnia, wykrzykiwał powitania, całował, wygłaszał łacińskie sentencje, wnosił i
          > wynosił najrozmaitsze przedmioty.


          Jak we "Wszystkim czerwonym"!
          Czy też będzie jakieś morderstwo? (spytała rozmarzonym tonem).
          • tt-tka Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 20:13
            Jak radzil Pawel, najlepiej ustawic wszystkich rowno (nierealne, wiem), wziac pepesze i posunac :)
        • greta_herbst Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 20:28
          Myślę że te bułki z sezamem to jednak była aluzja do Klechd Sezamowych? Nie sugestia, zwłaszcza że sugestia nie może być "do." Oraz nie pasuje do kontekstu.

          Za to cała reszta wyborna, "przepadło jak Laura w Toruniu" jest od dziś oficjalne.
          • ako17 Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 21:42
            greta_herbst napisała:
            "przepadło jak Laura w Toruniu" jest od dziś oficjal
            > ne.
            Lubię przepadło jak Laura w Toruniu. Wszystko lubię.
            Och, jak ogromnie się cieszę, że ktoś, KTOŚ, wreszcie nie ja, napisał fanfik!
            Mogę wreszcie czytać, czytać, czytać!

            Nie do końca trybię, dokąd akcja zmierza, ale cokolwiek by to nie było, rzucam się w życie niczym Pyzunia, w przeciwieństwie do Tygrysa, który się nie rzuca i trudno o nim myśleć jak o dziewczynce, bo tylko obserwuje spod półprzymkniętych powiek, nie angażując się.
            Cycata zupełnie niedokładna. Zupełnie.
            • greta_herbst Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 21:54
              > Och, jak ogromnie się cieszę, że ktoś, KTOŚ, wreszcie nie ja, napisał fanfik!
              Mogę wreszcie czytać, czytać, czytać!

              Coś ci w końcu wybazgrolę, nie martw się. Pewnie o Laurze i operze. Już prawie przestałam się fochać o to jak bez echa przeszły moje próby pisania Sztuki Wielkiego Kala.
              • ako17 Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 22:27
                greta_herbst napisała:


                >
                > Coś ci w końcu wybazgrolę, nie martw się. Pewnie o Laurze i operze. Już prawie
                > przestałam się fochać o to jak bez echa przeszły moje próby pisania Sztuki Wiel
                > kiego Kala.

                Dziękuję, dziękuję, dziękuję :)
                Czy mogę pogłaskać po główce?
                • greta_herbst Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 27.05.25, 23:00

                  >> Coś ci w końcu wybazgrolę, nie martw się. Pewnie o Laurze i operze. Już prawie
                  >> przestałam się fochać o to jak bez echa przeszły moje próby pisania Sztuki Wielkiego Kala.

                  > Dziękuję, dziękuję, dziękuję :)
                  > Czy mogę pogłaskać po główce?

                  Ależ bardzo chętnie.
                  • ako17 Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 28.05.25, 07:58
                    greta_herbst napisała:

                    >
                    > >> Coś ci w końcu wybazgrolę, nie martw się. Pewnie o Laurze i operze.
                    > Już prawie
                    > >> przestałam się fochać o to jak bez echa przeszły moje próby pisania
                    > Sztuki Wielkiego Kala.
                    >
                    > > Dziękuję, dziękuję, dziękuję :)
                    > > Czy mogę pogłaskać po główce?
                    >
                    > Ależ bardzo chętnie.

                    oj. Przepraszam. Miało być: poklepać
                    • greta_herbst Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 29.05.25, 11:52
                      >> Ależ bardzo chętnie.

                      > oj. Przepraszam. Miało być: poklepać

                      A to jak klepać to nie :P
                      • tt-tka Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 29.05.25, 11:58
                        greta_herbst napisała:

                        > >> Ależ bardzo chętnie.
                        >
                        > > oj. Przepraszam. Miało być: poklepać
                        >
                        > A to jak klepać to nie :P

                        No cos ty, po glowce, z cala czuloscia, jak Geniusia Robaczka ! nie chcialabys ?

                        PS poza wszystkim prosze jeszcze !
                        PS 2 tez sobie wprowadzilam do systemu APGAR10 jako haslo alarmowe, bardzo, bardzo
        • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 28.05.25, 22:02
          *4
          Na wybiegającego Marka nikt nie zwrócił uwagi, zupełnie jak dotychczas. Ida wciąż siedziała, nie mogąc się zdecydować, co robić. Zachowanie męża zdumiało ją, ale z drugiej strony – jak to tak, miała sobie wyjść? Wprawdzie to jej mąż, ale tutaj trwa rodzinna uroczystość, a nie wiadomo, jak długo rodzina będzie razem, jak mur z papierowych ciał strzegący… no, czegoś na pewno.
          Apgar! Co za Apgar? Całe szczęście, że 10, rzecz jasna, ale kogo? Marek nigdy nie był na porodówce, może kiedyś na studiach, a książeczek zdrowia dzieci nie widział, bo akurat spał, gdy Ida mówiła mu, gdzie je położyła.
          Idusia była kobietą głęboko mądrą i jako taka natychmiast po zapoznaniu Marka spoufaliła się z salową na oddziale neurologicznym. Od tej pory Halinka, potem Krysia, a obecnie Jekateryna dostarczały jej nowinek, zwłaszcza tych dotyczące młodych, ładnych rezydentek i pielęgniarek oddziałowych. Ostatnio na neurologii zjawiła się nowa pielęgniarka, Edyta. Jekateryna nawet wysłała Idzie linka do Instagrama: dziewczę prezentowało na zdjęciach wystający kuperek, wybitny biust, oraz platynowe loki do pasa. Czy ten okrzyk Marka…. Nie, to niemożliwe.
          Ale czy bardziej możliwe było to, co się obecnie wyprawiało dokoła niej?
          - Czy ja dobrze rozumiem, dziewczyno z głosem sarenki? Juleczek narobił ci wstydu? – powtórzył cierpliwie Bernard, elegancki jak nigdy w wytwornym garniturze.
          - Znowu przedszkolanka mnie zatrzymała na rozmowę, gdy przyszłam go odebrać. Tym razem zabierał dzieciom wędlinę z kanapek. A wczoraj, jak wyszłam z Esmeraldą na masaż (musiałam potem sterczeć na przystanku w deszczu, bo trzeba dojechać na to zadupie), to opowiadała mi o swoich dzieciakach. Trudno w to uwierzyć, ale ma gorzej niż ja! Do kroćset, czasem człowiek ma serdecznie dość tych bachorów!
          - Przynieś naleweczek! – zawołała Babi do dziadka Ignacego, który właśnie wynosił do kuchni talerze po barszczu.
          - Coś nowego? Jakieś plany? Ojciec Agaty ma robić dereniówkę – wtrącił Józinek.
          - Naczytał się przepisów w internecie, a i tak nic nie wybrał. Pewnie znowu na ostatnią chwilę coś wykombinuje – odparła Babi. – A tak w ogóle, jakiś ty opalony! Co tam na budowie?
          - Po staremu, przynieś-wynieś. I tak to lepsze niż studia, człowiek przynajmniej robi coś konkretnego. Jak wreszcie na dobre wejdę w parkiety, to wtedy będę trzepał wuchtę hajsu. Agata zrobiła licencjata, siedzi w korpo. Ja to bym zwariował. Ale ona jest zadowolona.
          - Synu! – Ida załamała dramatycznie ręce. – Co ty opowiadasz! Jaka budowa? Jakie parkiety? Ta nachalna Agata… ona ci się narzucała, nie pamiętasz? O tempora, o mores!
          - Wyluzuj, Ida – wtrącił się Grzegorz. – Wiesz przecież, że dziś to każdy może skończyć studia, więc papier jest nic nie warty. Za naszych czasów było inaczej, ale to już było i minęło.
          - Ale ta Agata! – Ida nie dała się zbić z tropu. – Przyjrzałeś się jej? Nic dziwnego, że ma grzywkę; sama bym nosiła, jakbym miała takie niskie czoło!
          - Jaka grzywka, mamo? Przecież się ufarbowała. Ma granatowego jeża. Wygląda super. Dałabyś już spokój, narzekasz na każdą moją dziewczynę. Sylwia, Zośka, nawet Karolina ci nie pasowała! Strach cię było zapraszać, żebyś się nie czepiała.
          - Sylwia! Zośka! Co ty… O czym ty…
          - Tak, dziadziu, poproszę. Twoja wiśniówka jest najlepsza. Wrócę Uberem, specjalnie nie brałem samochodu – Józinek wszedł jej w słowo.
          Ida poczuła, że zaraz wybuchnie. Szurnęła krzesłem i pobiegła do łazienki. Wypiła duszkiem szklankę zimnej wody i obmyła sobie twarz. Straszliwie bolała ją głowa. W tym tygodniu miała mnóstwo pracy. Trzy nocne dyżury, potem zastępstwo za koleżankę w prywatnej przychodni… Każdego by to wyczerpało. Ale żeby aż doszło do omamów słuchowych i wzrokowych?
          • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 28.05.25, 22:02
            *5
            - Ceśka! Ceśka! Co ty… O czym ty… - wysapał Marek.
            - Makabra, panie tego – odparła nieuważnie Celestyna, a jej oczy koloru agrestu biegały od monitora do monitora. – Zabierz się do roboty. Li i jedynie.
            Marek usiadł przy drugiej konsoli i zaczął manewrować niezliczonymi pokrętłami oraz przyciskami.
            Na wytężonej pracy minęło im pół godziny. Wreszcie wskaźniki unormowały się, a czerwone lampki alarmowe przestały błyskać.
            - No, nieźle! – Cesia huknęła słuchawkami o blat (dlaczego, do diaska, nikt ich tu nie umiał odkładać cicho?) i wstała, dość niezgrabnie, bo siedziała ładnych parę godzin.
            - Te awarie są coraz częstsze. A teraz to już było naprawdę poważnie. Dobrze, że mnie wezwałaś.
            - Mamy stary sprzęt. A może nawet nowy by nie dał rady. Mamy tu za dużo danych. Dobra, zadzwonię po naszego specjalistę. Nie znam się na konserwacji tych maszyn, a na pewno przyda się do nich zajrzeć.
            Cesia zajęła się telefonem, a Marek wstał i przeszedł się po laboratorium, by rozprostować kości. Pogrążony w myślach, nawet nie zwracał uwagi na rzędy szklanych kabin, w których bulgotały tajemnicze roztwory. Nagle trzasnęły drzwi.
            - Cześć! – zabrzmiał radosny okrzyk. – Zobaczyłam, że jest APGAR 10, ale rozumiecie, byłam na akurat na drugim końcu miasta…
            - Nic się nie stało – odparła Celestyna, która akurat odłożyła telefon. – Daliśmy radę z Markiem. Niestety coraz więcej tych awarii, więc jeszcze będziesz miała okazję się nauczyć. Raport błędów zaraz się wygeneruje, przeczytasz go i wtedy porozmawiamy.
            Ciche stuknięcie przymykanych drzwi był prawie niesłyszany przez piekielny zgrzyt starej, igłowej drukarki.
            - Cesiu, Edyto – odezwał się Marek. – Pozwolicie, że wrócę do domu i potem przejrzę ten raport? Zaczynam jutro o szóstej a jestem padnięty… wybiegłem z rodzinnego obiadu.
            - No wiem, wiem, przecież nie poszłam – odparła Cesia. – Jurek czynił za mnie honory. Ciekawe, co mi opowie – roześmiała się nagle. – Zabawnie się zrobiło, co?
            Mimo zmęczenia Marek również wybuchnął śmiechem.
            - Oj, tak! A gdybyś widziała minę Idy!
            - Zapraszam, możecie popatrzeć! – rozległ się triumfujący, kozi mezzosopran.
            • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 31.05.25, 19:44
              *6
              PANDOKTOR POBIEGL DO PIWNICY NA ODDZIALE. EDYTKA NIEDLUGO PO NIM. TAM JEST SKLAD LOZEK!!!
              Ida uniosła głowę i spojrzała w telefon. Spędziła jakieś czterdzieści minut w odosobnieniu i poczuła, że ból głowy wreszcie mija. Szczerze mówiąc, bała się wrócić do zielonego pokoju, ale sygnał smsa i jego treść poderwały ją na nogi.
              Musiała jednak tam wejść, bo na oparciu krzesła zawiesiła torebkę z kartą identyfikacyjną z pracy. Weszła do pokoju swobodnie, jak gdyby nigdy nic, i klepnęła na swoje krzesło.
              Okazało się, że wszystko wróciło do normy. Czyli chwila odpoczynku i nawodnienie organizmu wystarczyły. Co za ulga!
              Ignacy Grzegorz złożył starannie sztućce i rozprawiał z dziadkiem o pieśniach Horacego. Żeromscy już wyszli, Jurek Hajduk wyjadał z talerza ogórki małosolne, chrupiąc, chrzęszcząc i mlaskając. Adam tłumaczył Łusi zawiłości gramatyczne języka polskiego, podczas gdy Laura na zmianę patrzyła to na męża, to na synka wypełniającego jej ramiona, i z zachwytu wzdychała dwanaście razy na minutę. Babi trzymała w rękach stery konwersacji, dorzucając już to inteligentny komentarz do Horacego, to ciepłą uwagę o aoryście. Było naprawdę miło, jak zwykle. Lecz nie na długo.
              - Muszę wyjść – oznajmiła Ida, wstając i wchodząc w krąg światła. – Dostałam pilną wiadomość ze szpitala. Istnieje podejrzenie, że jedna pacjentka… eee… penetracja gardła niebezpiecznym narzędziem, a może i coś jeszcze…
              - „Ha! ha! Dmą sobie ludzie w gardła jak w oboje” – wtrącił Ignacy Borejko, zawsze gotowy podsunąć stosowne cytata.
              - Słowacki – odparła natychmiast Babi. – To dopiero dramaturg! Takich już nie ma… prawie – uśmiechnęła się kpiąco kątem ust.
              - Bo teatrów już prawie nie ma, a teatrów nie ma, bo nie ma widzów – dodała wiotka Natalia. – Żaden z moich uczniów nie zna współczesnych sztuk teatralnych. Znają tylko McDonalda, ładowanie telefonu, jedzenie ostrych chrupków i biseksualizm.
              To ostatnie słowo wymówiła niemal szeptem, silnie czerwieniejąc. Wszyscy spiorunowali ją wzrokiem prócz Babi, która szybko odwróciła uwagę dziadka Borejki.
              - Może i widzów jest mało, ale zostali ci z najlepszym gustem – powiedziała, skinąwszy wdzięcznie głową w kierunku męża. Stara, dobra szkoła kobiecego taktu.
              - Iduś, co ty gadasz, chcesz wyjść? Przecież rodzice mają rocznicę… - Gaba spojrzała na siostrę z wyrzutem, jej miłe oczy zaszkliły się. – Tak samo zrobił Pypypyziak… W osiemnastą rocznicę rodziców… Jakby to było wczoraj… Pójdę zaparzyć melisy…
              Po chwili z kuchni dobiegł szum wody gotującej się w czajniku z obtłuczoną emalią i pochlipywanie.
              Rodzina miała miny, jakby ktoś na stole położył zdechłą mysz.
              - Ona tyle wycierpiała, a ty ją dręczysz, ciotko! – syknęła Laura, uprzednio zatkawszy uszy swemu pierworodnemu. – Jest taka dzielna, znosząc to wszystko!
              - Popraw makijaż, Ida – poradziła Pulpa, dokładając sobie ciasta. – Rozmazałaś sobie tusz i trzeba będzie czyścić.
              Robrojek przygryzał wąsa i pokiwał głową. Florek przygryzał wąsa i pokiwał głową. Grzegorz przygryzał wąsa i pokiwał głową.
              Ida chwyciła torebkę i ruszyła do wyjścia. Miała przy tym zadziwiające wrażenie końca jakiejś epoki.
        • elein1234 Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 01.06.25, 19:48
          Max Czornyj.. ❤️ Szanuję!
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 03.06.25, 15:00
      *7
      - Ida! – wrzasnęła spanikowana Cesia. Zerwała z siebie sweter i narzuciła go na najbliższe monitory.
      - Ida! – syknęła Edytka do telefonu, schroniwszy się za najbliższą szklaną kabiną.
      - Ida? – powiedział Marek głosem chorego borsuka.
      - A więc tu się skryłeś, Mareczku – zakrzyknęła Ida z triumfem. – Jekateryna powiedziała mi, że poszedłeś do piwnicy… Tyle lat tu pracuję, a nawet nie wiedziałam, że ten szpital ma takie katakumby! Nowy oddział by się zmieścił (choć lepiej dofinansowaliby te istniejące!). No, dobrze, ale co z Edytą? Bo głównie to wzbudziło moje zaskoczenie: mąż żonie, ojciec trojgu dzieci, zaszywa się w ustronnych miejscach z młodą, urodziwą (de gustibus non est disputandum) pielęgniarką. Doprawdy, cóż za sztampa! Nie wierzę, że mogłaby ona nas dotyczyć. Słucham, mężu. Zdaje się, że należy mi się jakieś wyjaśnienie.
      Marek zacisnął zęby tak mocno, że na policzkach wystąpiły mu guziołki.
      - Najpierw to muszę uzgodnić z górą – odparł wreszcie.
      - Z jaką to niby górą? Gubałówką czy Olimpem?
      - Marku, dostałam odpowiedź – wtrąciła się Edyta, wychodząc ze swej kryjówki. – Mówią, że się zgadzają.
      - O! A kogóż my tu mamy! Nowa pani pielęgniarka! Nie wiem, czego uczą w tych szkołach pielęgniarskich, na pewno nie profesjonalnych relacji w pracy.
      - Szanowna pani, skończyłam takie uczelnie, że pani by źle zaakcentowała ich nazwy – odparła lodowato Edyta.
      Marek westchnął i przejechał dłońmi po twarzy.
      - Ida, chodź, przejdziemy się po laboratorium.
      Pani laryngolog była tak zaaferowana wyśledzeniem Mareczka z Edytą, że nawet nie zwróciła uwagi na swoje otoczenie. Dopiero teraz rozejrzała się.
      Typowe piwniczne pomieszczenia, niskie i duszne, wypełniała maszyneria, której celu Ida nie potrafiła zgadnąć. Były tam komputery, monitory, konsole. Po podłogach z lastryko i malowanych olejno (dawno!) ścianach wiły się kable. Wielki monitor na ścianie wyświetlał na bieżąco kolumny cyfr i znaków. Pod ścianą wydzielono za szkłem małą serwerownię.
      Na pierwszy rzut oka dane wyglądały znajomo. Temperatura, saturacja, ciśnienie…
      - Chodź, proszę.
      Ida podeszła posłusznie do męża. Złapał ją pod ramię i przycisnął mocno do siebie. Zdziwiła się, ale zanim odpowiedziała, popatrzyła tam, gdzie jej wskazał.
      W szklanej kabinie, w niebieskim bulgoczącym roztworze, unosiło się ciało Sławka Lewandowskiego.
      • tt-tka Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 04.06.25, 11:37
        ojezuanaszpanie... zamordowali Slaweczka ? sklonowali ? jeszcze gorzej ?
      • ako17 Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 07.06.25, 21:41
        Mam nadzieję, że to nie jest koniec
      • subskrybcja Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 08.06.25, 12:20
        tygrys_dziure_wygryzl napisała:

        wszy rzut oka dane wyglądały znajomo. Temperatura, saturacja, ciśnienie…
        >
        > - Chodź, proszę.
        > Ida podeszła posłusznie do męża. Złapał ją pod ramię i przycisnął mocno do sieb
        > ie. Zdziwiła się, ale zanim odpowiedziała, popatrzyła tam, gdzie jej wskazał.
        > W szklanej kabinie, w niebieskim bulgoczącym roztworze, unosiło się ciało Sławk
        > a Lewandowskiego.


        8.
        Na Roosvelta zapadała już noc. W kuchni panowało miłe światło rzucane przez niewielką lampkę, przywiezioną prez Natalię z Cypru, jako prezent na rocznice slubu rodziców.

        Przygarbiona Mila Borejko, w siwym koczku, ubrana w domowy szlafroczek wycierała niebieskie kubki i układała je na blacie. Przy stole siedział jej mąż Ignacy i delektował się resztkami sernika, który ocalał z rodzinnej, gwarnej kolacji. Dziwne, że nikt nie zauważył i nie pożarł tego ostatniego kawałeczka, nawet Jerzy Hajduk, ktory byl na kolacji, a znany był z tego, ze wprost kochał serniki. Często zabierał je w podróż do matek uczniów, które to odwiedzał cykliczniew Pobiedziskach, niestety ciasto zwyke zostawało zjedzone w całości jeszcze w pociągu przez Jerzego, więc matki nie miały okazji nigdy go spróbować. Amatorem serników był również Bernard Żeromski, ktory pożarł wieczorem aż pięć kawałów. Resztki sernika okruchami wpasowały się w czarnej brodzie Bernarda, obok skrawków wcześniej zjedzonej jajecznicy.

        Mila westchnęła i pokreciła głową.
        -Czemu tak wzdychasz Milu, serce moje - zauważył Ignacy.
        - Ach Ignasiu, tak sobie myślałam o naszych czterech córkach, co z nich wyrosło?
        - Co masz na myśli Milu? spytał coraz bardziej zaintrygowany Ignacy. Trzeba było jednak przyznać, że swoją uwagę dzielił równomiernie między kawałek ciasta a słowa żony.

        Mila spojrzała na niego z czułością, ach ten mój mąż, to takie trochę duże dziecko, pomyślała jednocześnie. Mam nadzieję, ze nie zapomni umyć zębów po tych słodkościach. Musi mu o tym przypomnieć. I nastawi mu taki specjalny minutnik, który odlicza czas potrzebny do zdrowego mycia zębów - równie dwie minuty. Zgrabny ten przedmiocik przyniósł kiedyś Czarek, maż Arabelli, minutnik miał postać miniaturowego krasnala ogrodowego w czerwonej czapeczce.

        - Ignasiu, ostatnio myślę o naszych dziewczynkach, Gabrysi, Idzie, Natalii, Patrycji, Róży i Laurze.
        - Ależ Milu, zauważam, że Róża i Laura to nie nasze córki ale wnuczki - zahihotał Ignacy, zachwycony swoją spostrzegawczością.
        - Masz racje Ignacy, zapędziłam się - stwierdziła niechetnie Mila, układając w szafce talerzyki z motywem kwiatowym - pamiątka po pani Trak, to znaczy Gizeli, z ktorą kontakt urwał się w 1976 roku po przeprowadzce na Roosvelta.

        Mila Borejko pokręciła znowu głową i kontynuowała:

        - Gabrysia - to najbardziej udana z naszych córek (tylko mówię Ci to w tajemnicy). Nasze betonowe centrum, słoneczko, tak srodze doświadczona przez los, odkąd została porzucona przez tego łobuza. Niestety Laura ma jego oczy, musze poprosić Ide, może jej koledzy po fachu, okuliści, doradzą jakieś soczewki kontaktowe, które zmieniłyby Laurze kolor tęczówek na inny Może niebieskie, może brązowe, byleby zlikwidować jej ten stalowy kolor. Gabrysie, jak mówię ciężko los doświadczył, ale na szczęście spotkało ją potem inne szczeście, ułożyla sobie znowu życie z drugim meżem, zapomniałam jego imienie , ale doskonale miesza sałatę i skręca mebelki z IKEA.

        - O Idę martwiłam sie najbardziej, jako nastolatka była takim biednym, zakompleksionym stworzeniem, a wyrosła na piękność z rudymi lokami jak antenki i zielonymi roziskrzonymi oczyskami. Męża też ma świetnego, nie wtrąca się w dom, śpi i śpi (chociż dzisiaj akurat gdzieś przepadł odebrawszy tajemniczy SMS). Ma trójke udanych dzieci, Józinek - wunderkind - jak on dzielnie bije krasnali i zmieniał pieluchy malutkiej Łucji. Poza tym miał piegi na twarzy i rudawe włosy - przez co uważam go za stuprocentowego Borejkę, nie to co najmłodsze dziecko Gabrieli - Ignacy - nieco wycofany chłopak o bladej , gładkiej twarzy i czarnych, prostych włosach - occh podobny był on do tego łobuza Pyziaka, przez co trudniej go sie kochało niż wskakującego w życie całą glową Józinka.

        - Natalia - w zasadzie nie znam jej za bardzo. Mieszkają z Robrojkiem gdzies na Sołaczu (nawet nie znam adresu) i mają tych dwóch chłopców, Szymka i Jędrka, zawsze myli mi się, który jest starszy,

        - A Patrycja - tu jestem rozczarowana, bo wyprowadziła się z Roosvelta i praktycznie zerwała z rodziną kontakty. Prawie się nie widujemy i nie mamy kontaktu. Jedynie co, to przyjeżdza z rodziną, mężem i dziećmi na wigilię, Wielkanoc, na moje imieniny i Twoje, na dzień matki, na dzień dziecka, na imieniny Gaby, Róży, Ignacego, męża Gaby, wpadają na Wszystkich Świętych, na Sylwestra i na drugi dzień Nowy Rok, rocznice swojej nie zdanej matury i rocznice swojej zdanej matury, na Dzień Kobiet (wpada również Kreska z Francji z blizniaczkami, które sie wtedy urodziły) i na Walentynki - chociaż tego ostatniego święta nie lubię, wymyślili takie nowomody.
        Jestem nią trochę rozczarowana, okazała się mało rodzinna i nie roztacza wokół siebie ciepełka jak jej najstarsza siostra.

        Ignacy westchnął i rzekł " Milu, serce moje, masz niewątpliwie racje, tak tak, masz niewątpliwie rację z tym wszystkim oczywiście. Wstał od stołu i podał żonie pusty talerzyk, na którym zostały jedynie okruszki sernika.
        - Jeszcze się nie najadłem - odpowiedział. Milu, czy zrobiłabyś mi jaką kolację?
        - Zostało jeszcze jedno jajko - odpowiedziała Mila - mogę usmażyć ci Oko cyklopa jeśli chcesz. Co prawda jajko było na śniadanie dla Gabrysi która jutro jedzie na szkolenie do Warszawy i musi wstac przed 5tą rano, ale nic nie szkodzi, ona będzie udawała, ze nic się nie stało i że nie zabrakło jej niczego na śniadanie.

        - To zrób mi tego Cyklopa na Grzance - odparł Ignacy
        Mila rozpaliła gaz na kuchence i zaczeła przygotowywać mężowi kolację.
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 08.06.25, 22:12
      *9
      Ida otworzyła szeroko usta a oczy wybałuszyła, tak że wyglądała jak ropuszka. Przez chwilę milczała, jakby skamieniała, wreszcie wybuchła:
      - Co? Co się tu dzieje? Sławuś? Sławeczek! Ceśka, Marek! W tej chwili mi to wytłumaczcie!
      Przykleiła nos do szyby i pożerała wzrokiem swego niegdysiejszego narzeczonego. Niegdyś przystojny, czarniawy, teraz zeszczuplał i osiwiał. Oczy miał zamknięte i uśmiechał się lekko, jakby śniło mu się coś przyjemnego.
      - Przecież on siedział w Szwecji! Przyjeżdżał do rodziców na Święta! O co tu chodzi?
      - Zapewniam cię, że jest żywy i zdrowy. Jak wszyscy – odezwała się Cesia, patrząc niepewnie na Marka. Ten skinął głową i zanim Ida zdążyła odpowiedzieć, przeszli do dwa kroki dalej.
      - Co wy tu robicie… - wyjąkała pani Pałys i znów zamilkła. W sąsiedniej szklanej kabinie znajdował się uśpiony Krzysio.
      Ida złapała się za głowę. Wyrwała się z uścisku Marka i przyspieszyła kroku.
      Kolejna kabina. Robaczywa Paulinka. Ida przyjrzała się jej jeszcze uważniej niż Sławkowi. Z satysfakcją zauważyła, że niegdyś piękna blondynka ma obecnie odrosty, więdnące usta napompowane kwasem hialuronowym, oraz obwisłe pośladki (lokatorzy kabin byli nadzy, więc Ida miała okazję dostrzec wiele kluczowych szczegółów).
      A tu kto? Ida odskoczyła do tyłu, zdjęta nagłym lękiem. W chmurze orzechowych loków unosiła się Elka, pasierbica Gaby! Obok Tomcio Kowalik. Dalej Roma. Arabella. Kreska, Maciek, Piotr…
      Laboratorium było rozległe, a ona dopiero wkroczyła między labirynt tajemniczych kabin. Z jednej strony była ogromnie ciekawa, kogo tu jeszcze spotka, ale z drugiej – bała się.
      - Co wy tu robicie? – wyszeptała wreszcie. – Czy to jakieś manekiny? Przecież oni mają swoje życie. Elka jest z Tomciem w Japonii, Arabella (matko, co za imię) w Łodzi, Kreska z rodziną we Francji…
      - I co jeszcze o nich wiesz? – spytała Cesia.
      - No, tyle.
      - Na tym polega nasza praca – powiedział znużonym głosem Marek. – Ja jestem neurologiem i neurochirurgiem, Cesia nie dość że geriatrą, to skończyła jeszcze fizykę. Edytka zrobiła neonatologię i biotechnologię. Jesteśmy specjalnym zespołem utrzymującym tych ludzi przy życiu. Nie wiadomo, kiedy nagle okażą się potrzebni. W tym laboratorium dbamy o nich, by byli w każdej chwili gotowi do użycia.
      - Co?
      - Kreska na przykład. Ile razy o niej słyszałaś w ostatnich latach? Niewiele, co? No, to ktoś się nią w tym czasie musiał zająć. My od tego jesteśmy. Gdy dowiedziałaś się, że wysłała córkę do Poznania, wtedy my musieliśmy ją wybudzić ze śpiączki, nadrukować nowe wydarzenia, myśli i uczucia w jej umyśle, i odstawić z powrotem do kabiny.
      - Ale przecież ja ją znam! Pamiętam, jak do nas przychodziła! Rozmawiałam z nią, byłam u niej w domu, ona mi szyła ubrania! To żywy, normalny człowiek, jak ty i ja!
      Patrząc na nią zagadkowo, Marek rozpiął koszulę. Na śniadej skórze twardego brzucha bielała blizna, której to nabawił się jeszcze w Stanach Zjednoczonych.
      - To była bójka, mężu, czy to wyrostek pękł? – zapytała Ida, nagle niepewnie.
      Blizna nagle zaczęła pulsować.
      - To jelitko z Project INKA.
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 08.06.25, 22:13
      *10
      Ida była doskonale obeznana z ludzką fizjologią, a nawet lubowała się w jej drastycznych i obrzydliwych aspektach. Blizna pulsująca na ciele męża okazała się czymś niepokojącym i budzącym lęk. Nie mogła od niej oderwać wzroku.
      - To wy sobie porozmawiajcie na spokojnie – powiedziała Cesia z miną spłoszonego zajączka. Wzięła świeżo wydrukowany raport i wraz z Edytą odsunęły sobie krzesła nieco dalej od nich.
      - Wiesz, Iduś, że urodziłem i wychowałem się w Stanach, w Miami – rozpoczął opowiadanie Mareczek. – Mój ojciec był przemytnikiem kokainy, pracował dla Escobara. Mama, rzecz jasna nie wiedziała o tym, wkręcił ją, że robi remonty i dlatego ciągle go nie ma. Pewnego dnia, gdy miałem siedemnaście lat, ojciec zabrał mnie na żaglówkę. Konkurencja dała cynk policji i zgarnęli nas. Tacie udało się dać komuś w łapę i wypuścili mnie. Wiedziałem, że muszę uciekać, bo za dużo wiem o ojcu i jego sprawach. Przypomniałem sobie o Polsce – czemu by tam nie pojechać? Mama kupiła wyjaśnienie, że chcę studiować w jej ojczyźnie.
      Ale tajniak rozpoznał mnie na lotnisku. Dali mi wybór – albo więzienie, albo współpraca z Project INKA.
      - Mareczku! To ty mnie cały czas oszukiwałeś! – nasrożyła się Ida.
      - Oświadczyłaś mi się na pierwszej randce, nic nie zdążyłem ci opowiedzieć – wytknął jej mąż. – Dobrze, potem się rozwiedziemy, ale posłuchaj. Project INKA to któryś z kolei tajny program amerykańskiego rządu, dalej szukają sposobu na kontrolę umysłu. Na LSD i hipnozie się przejechali, teraz próbują z innej strony. Wzięli mnie, kazali skończyć studia, robili szkolenia. A to jelitko – wskazał na wciąż pulsującą bliznę – to po operacji wszczepienia chipu, który łączy się z moim mózgiem i stanowi bazę potrzebnych danych. Teraz to robią laparoskopowo, sama dobrze wiesz jak operacje poszły do przodu… Mówimy na to jelitko, bo starym agentom najczęściej wszczepiano to tutaj, pod żebra. Obecnie te chipy są mikroskopijne.
      No, ale do rzeczy, widzę, że się niecierpliwisz. Gdy na dobre rozpocząłem pracę po studiach, w tym laboratorium była już Cesia i Jurek. Pierwszym agentem była pani Lila, której nie zdążyłem poznać. Zostałem oddelegowany do twojej rodziny… I tak się to kręci od naszego ślubu. Siedzimy tutaj, pilnujemy żeby ludzie zachowywali się zgodnie z wytycznymi, które dostajemy. Pamiętasz, co się działo w domu, gdy wyszedłem? Rodzina nie wydawała ci się wtedy podejrzana? No widzisz, mamy stary sprzęt, psuje się. Wyskoczył błąd i sygnały przestały docierać do twoich bliskich, na chwilę odzyskali wolność. A jeszcze trzeba utrzymywać tych wszystkich pechowców w komorach amniotycznych. Jest co robić, a tu jeszcze trzeba normalnych pacjentów przyjmować i operacje robić! Całe szczęście, że nie zapomniałem kontaktów do znajomych ojca. He, he.
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 08.06.25, 22:13
      *11
      Ciszę laboratorium przerwało gwałtownie otwarcie drzwi wejściowych. Zadudniły basy – Ida niezawodnym uchem rozpoznała niemiecką pieśń „Was wollen wie trinken”. Ledwo żywa z ciekawości, wychyliła się zza komory amniotycznej (w tej akurat dryfował śliczny jak budyń z soczkiem Pawełek Nowacki) i zobaczyła dwumetrowego, szpakowatego mężczyznę w kombinezonie roboczym koloru khaki z naszywkami o treści anglosaskiej. Przybysz z rumorem upuścił na podłogę wielką skrzynię narzędziową i zdjął słuchawki z uszu.
      - Macie szczęście, że akurat jestem dziś w Poznaniu!
      - Przecież z Berlina śmignąłbyś w cztery godziny, nie przesadzaj – zaoponowała Edyta. – Chcesz kawy?
      - Ale mógłbym akurat mieć inne zgłoszenie! Ja, natürlich, poproszę. Co się zepsuło?
      - Znowu ten grat tutaj – Cesia machnęła ze wzgardą na wielkie aluminiowe pudło z malutkim monitorem.
      - Brud, smród i ubóstwo! – złościł się konserwator, grzebiąc w skrzyni za potrzebnymi narzędziami. – Zobaczylibyście te maszyny, które naprawiałem! W Niemczech! W Australii! Nawet w Brazylii były nowsze niż te zabytki tutaj!
      Idzie aż dech zaparło, gdy patrzyła na przystojną, znaną twarz, w której jarzyły się stalowe oczy. Przecież to był wróg numer jeden jej rodziny – Janusz Pyziak! To on sprawił, że Gaba ciągle musi być dzielna!
      Ida poczuła się identycznie jak przy stole operacyjnym, gdy ze skalpelem w ręku docierała do źródła choroby pacjenta.
      - Janusz?! – wrzasnęła. – Jak śmiesz…
      Pyziak podniósł głowę znad wkrętarki.
      - A dzień dobry, Ida – przywitał się beztrosko. – Jak się masz? Jak tam, Józinek dalej katuje Rammsteina?
      - Co? – Ida nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Janusz wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu.
      - Wiesz, prawie mnie za to wywalili… Pomyślałem, że to będzie świetny żart…
      - Janusz naprawiał kiedyś jedną z maszyn i dodał od siebie linijkę kodu. Od tej pory Józinek zaczął słuchać Rammsteina. Ale my już to sobie wyjaśniliśmy – wyjaśnił Marek.
      - Ty szujo! Szubrawcu! Zniszczyłeś życie mojej siostrze! Ach, gdybym miała szpadę!
      - Może być śrubokręt? – spytał Janusz.
      - Ida, daj spokój – mitygowała Cesia. – Janusz z nami pracuje. Nic złego nie zrobił.
      - Cooo? Co ty wygadujesz, Ceśka? To ty nie wiesz, że porzucił moją dzielną siostrę Gabrielę! I to dwakroć! Nie dawał znaku życia! Dolary były dlań ważniejsze niźli rodzina! Żona! Drobne dziatki! Teść i teściowa! Siostry jego żony!
      Janusz spojrzał pytająco na Marka.
      - Iduś – wtrącił mąż kojąco. – Wiesz, że to też zostało wszczepione w umysły twojej rodziny? Tak naprawdę to rozwiedli się, bo Gabriela go zdradzała. Byli jeszcze małżeństwem, gdy urodziły się dziewczynki, więc Róża i Laura mają Janusza jako ojca w papierach.
      - Co za brednie! – parsknęła Ida. – Gaba i zdrada! Cóż to, telenowela? Nie, w to nie uwierzę! Zresztą, to niemożliwe! Wszystko by się rozpadło, gdyby to rzeczywiście była wina Gabrysi. Marku, zabierz mnie stąd! Ten żart – o ile można tak nazwać tę pożałowania godną maskaradę – zaszedł już za daleko! A z tobą, moja droga – Ida pokiwała palcem w stronę Edyty – jeszcze porozmawiam. I z dyrekcją szpitala!
      • tt-tka Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 08.06.25, 22:23
        Dech mi zaparlo.
        teraz siedze i dumam, co ma wszczepione Ida i na co jej to zmienia :)

        PS dzieki :) :) :)
      • ako17 Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 08.06.25, 22:42
        O ja cie.. uff...
      • subskrybcja Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 09.06.25, 10:59
        I jeszcze Żaba, Wolfi, Aurelia z Koziem, Beata Bitner, Dambo...
        Łusi to chyba wszczepili mikro chip z całą wiedza polonistyczną.
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 11.06.25, 10:17
      *12
      Do domu dojechali w milczeniu. Ida oświadczyła, że idzie do rodziców, bo jest dopiero po siedemnastej, więc obiad pewnie trwa w najlepsze, i przy odrobinie szczęście wybaczą jej to wyjście.
      Rozstali się na klatce schodowej. Marek zszedł do sutereny, a Ida nacisnęła klamkę zawsze otwartych drzwi i weszła do mieszkania. Przystanęła na moment w przedpokoju, zamykając oczy. Nabrała powietrza. Ach, ten znajomy zapach. Wieloletnie pokłady miłego kurzu dodawały niepowtarzalnej, swojskiej nuty wszystkiemu, czym akurat w domu pachniało – czy było to świeżo upieczone ciasto, czy kiszona kapusta, czy piernik ze smalcem.
      Zakradła się pod zielony pokój i zerkała z ciekawością do środka. Jakby nic się nie zmieniło! Gwar rozmów, śmiechy, łacińskie cytaty, szloch Ignasia bitego przez Józinka. Ida pomyślała że ich wszystkich diabelnie kocha.
      A to wyjście z Markiem… ten ostatni tydzień, ba, miesiąc, miała niezwykle zajęty. Przemęczenie potrafi płatać takie figle. Pojutrze pojadą do Pulpy na weekend, to tam trochę odpocznie. Ale, gdyby się zastanowić… Nie, musi po prostu odpocząć. Nacieszyć się rodziną.
      Weszła do zielonego pokoju i usiadła na swoim krześle. Miała wrażenie, że wcale nie wychodziła; jedyną zmianę stanowił stół – uprzątnięto już obiad, a postawiono owoce, lody, butle napoju Orange, herbatę, i mnóstwo owsianych ciasteczek. Teraz prym wiodła strawa duchowa. Najwyraźniej ojciec był proszony wystarczająco długo i cierpliwie, bo stał pod oknem z fletnią Pana w ręku, a do akompaniamentu szykowała się Natalia z gitarą.
      Po chwili przez otwarty balkon popłynęły na Roosevelta słodkie dźwięki. Spieszący chodnikiem przechodnie zatrzymywali się, prostowali, nawet zaczynali mówić po łacinie, a ich czoła wysklepiały się i nabierały barwy alabastru.
      - Salve!
      - Salve, vicinus!
      - Futuo GKS Katowice, Kolejorz rex noster!
      Ida uniosła brwi.
      - To już chyba przesada – bąknęła.
      - Ciii! – syknęła Babi. Ale dziadek usłyszał. Przerwał muzykowanie.
      - Iduś, córko moja, widzę za koniecznie przypomnienie ci losów Orfeusza, syna świetlistego Apollina i Kalliope – powiedział Ignacy Borejko z wyrzutem. – Dźwięki jego boskiej liry zdolne były uspokajać huczące morza i czynić dzikie bestie łagodnymi niczym baranki. Czemuż więc cię dziwi, że wpływamy jakże pozytywnie na okolicę?
      - Tato, o ile ja się znam jako lekarz…
      - No, właśnie! Jeśli! Iduś, nie przerywaj – wtrąciła Gabriela, nadeptując Idzie na stopę pod stołem. – Przecież wszystko jest wspaniale, co ty znowu wymyślasz?
      - Ida, jesteś po prostu pawianem – burknęła Pulpa, spokojnie pochłaniając lody i niby nie zauważając, że dokłada sobie bitej śmietany.
      - Czy wyście powariowali? Jesteście ślepi i krótkowzroczni! – zakrzyknęła Ida, tak przejęta, że wstała i gestykulowała chaotycznie. – Czy tak się zachowują normalni ludzie? No, bez przesady! Gdybyście tylko wiedzieli, jak jesteście zmanipulowani! Obudźcie się!
      Laura wpiła w ciotkę stalowe oczy i prychnęła drwiąco. Robrojek, Grzegorz i Florek stopili się z otoczeniem, tak że poza wąsami byli niewidzialni. Ignaś i Józinek przestali się dźgać widelcami i zgodnie wlepili zdegustowany wzrok w rozgorączkowaną Idę.
      - Tak, też widziałam w gazetach te brednie. Chemtrails, metale ciężkie w szczepionkach, anteny 5G. Sądziłam jednak, że ty, osoba wykształcona, z taką biblioteką, oprzesz się medialnym manipulacjom – powiedziała Babi z kłującą pogardą i uśmiechnęła się kpiąco kątem ust.
      - Ależ, mamo, nie o tym mówię! Chodzi mi o to, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy inni! Nasze umysły są kontrolowane, uczucia i myśli wszczepiane z zewnątrz! Tak naprawdę, gdybyśmy oparli się manipulacji, bylibyśmy zupełnie inni! Ja was wszystkich widziałam! Wyobraźcie sobie, choćby taka Aurelia, siedzi w Przemyślu jako konserwator zabytków i spotyka się z dziewczyną! Dambo wcale nie jest dyrektorem szkoły, tylko razem z Bebe wyjechali w Karkonosze i prowadzą schronisko turystyczne! A ty, Gaba, nie rób takiej dzielnej miny! Zdradzałaś Janusza i dlatego się rozwiódł! A studentów to ty uczysz, tylko że koszykówki i siatkówki, i co chwila macie z Grzegorzem kogo innego w trójkącie! Ty, Natalia…
      Przerwał jej wybuch huraganowego śmiechu. Dziadek Ignacy, który zdążył już się zaczytać w podniszczonej książczynie wyciągniętej z kieszeni, podniósł nieprzytomne spojrzenie na zebranych.
      - Lubię rodzinne spotkania – obwieścił pogodnie i wrócił do czytania.
      - Ida, ty wariatuńciu! Zawsze byłaś biednym, zakompleksionym stworzeniem. Ale fantazjowanie nie zmieni rzeczywistości. Zaraz ci zaparzę meliski – powiedziała współczująco Gaba, choć jej ciemne oczy pod jasną grzywką zaszkliły się łzami.
      - Jesteś taka dzielna, Gabuniu! – wtrącił chór złożony z Robrojka, Florka i Grzegorza.
      Ida nie wiedziała, co robić. Patrzyła na ukochanych bliskich, którzy za boki się trzymali ze śmiechu. Czy Marek by ją okłamywał? Komu wierzyć?
      Gaba postawiła przed nią błękitny kubek z parujący naparem. Ida zdecydowała i klepnęła wreszcie na krzesło.
      - Dziękuję, Gabuniu.
      • ako17 Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 11.06.25, 14:51
        tygrys_dziure_wygryzl napisała:



        > - Jesteś taka dzielna, Gabuniu! – wtrącił chór złożony z Robrojka, Florka i Grz
        > egorza.

        I Józefa, i Józefa!

        Przefajny ten fanfik :)
        Teraz, gdy już wiem o co chodzi, przeczytam go sobie na spokojnie znów i znów, wyłapując smaczki. Bo na razie to usiłowałam ogarnąć fabułę.
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 11.06.25, 15:10
      *13
      Wprawdzie na Idę czekał najnowszy numer fachowego miesięcznika laryngologicznego „Głębokie Gardło”, ale postanowiła odłożyć lekturę na następne dni. Józinkowi i Łusi kazała siedzieć u dziadków do nocy, by jakoś wynagrodzić swoje brewerie.
      Jędrek i Szymon siedli w kącie na kanapie, z oczami wbitymi w tablety. Ignaś zabawiał Łusię opowieścią o pozornym sklepieniu kolebkowym w kościele poewangelickim w Rakoniewicach. Śmiertelnie się przy tej rozmowie nudzili, bo żadne z nich nie robiło błędów językowych, więc nie mieli czego sobie wytykać. Józinek siedział wygodnie rozparty i jadł kiełbasę z musztardą, którą sobie przyniósł z lodówki. Żadne tam owoce, to dobre dla bab!
      Dorośli wyjęli na stół aktualnie czytane lektury, czyli ostatnią nowość na rynku wydawniczym, którą zapobiegliwa Gaba nabyła w kilku egzemplarzach. Rodzinne prawo nakazywało czytać w tym samym tempie, by nikt nie mógł nikomu zepsuć niespodzianki. Dura lex, sed lex!
      Ida też otworzyła swój egzemplarz, założony słonym paluszkiem. Szkoda, że nie wybrała łyżeczki, bo kryształki soli zostawiły brzydkie wgłębienia w papierze. Czytało jej się bardzo źle – po pierwsze, miała z rana dwie bardzo precyzyjne operacje które zmęczyły jej wzrok, a po drugie, książka była potwornie nudna. Ida preferowała dziewiętnastowieczną literaturę anglosaską, a debiutancki tomik poetycki nie miał z tym nic wspólnego. Ani się spostrzegła, gdy jej bujna fantazja sama poszybowała hen, ponad dachy secesyjnych kamienic.
      Może jednak trzeba było zajrzeć do swojej kabiny. Zobaczyć samą siebie… Wprawdzie byłoby to doświadczenie naznaczone ogromną niesamowitością – ale za to jakie ciekawe! Hm, pomyślmy, jak inaczej (podobno!) wygląda jej prawdziwe życie?
      Pochłonięta bez reszty wyimaginowanym spotkaniem z samą sobą, nawet nie zauważyła, że przy stole trwa dyskusja o aliteracji i pisanie poprawionych wersji wierszy z nowej książki. Rodzina nie lubiła, gdy kto się wyłamywał z systemu, złapała więc ołówek z najbliższej półeczki i zaczęła wypisywać swoje pomysły.
      Gwiazda filmowa.
      Projektantka wnętrz.
      Laryngolog u Lekarzy bez Granic, umierająca na trąd z przystojnym szwedzkim nefrologiem na jednym, przepoconym sienniku.
      Ida cyzelowała właśnie ostatni napis, w otoczeniu spęczniałych serc, gdy usłyszała swoje imię.
      - Ida! Ida, co ty taka rozkojarzona?
      - Ach, to ta poezja tak na mnie działa – odparła tęsknie Ida, unosząc płaski biust w głębokim westchnieniu.
      - Wulgarna trawestacja heksametru – perorował dziadek Ignacy. – Słownictwo ubogie, a tematyka? Wprost niegodna wspomnienia. Ach, kiedyś ślepcy z lirą komponowali prawdziwe dzieła sztuki, dziś natomiast ludzie, mając na wyciągnięcie ręki biblioteki pełne najwspanialszych dzieł, idą dziwną doprawdy drogą, najmniejszej uwagi nie zwracając na dawnych mistrzów. Eheu me miserum!
      - Zaiste, teściu! – wtrącił chór złożony z Robrojka, Florka i Grzegorza.
      *
      Tymczasem piętro niżej Marek rozmawiał przez telefon ściszonym głosem. W pokoju buczało małe radio – zakamuflowane urządzenie zapobiegające przechwytywaniu połączeń.
      - Wiem, Cesiu, myślałem, że to inaczej wyjdzie… Tak, z górą już to ustaliłem… No, powiedzieli, że to jedyne wyjście. Też mi przykro. Możesz powtórzyć? Tak, zawsze mam zapasową. Dzięki. To miłego wieczoru.
      • subskrybcja Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 11.06.25, 21:44
        *14

        Dziadek Ignacy, umościwszy się w fotelu, przytaszczonym kiedyś przez Kreskę z mieszkania profesora Dmuchawca, tonął w lekturze Seneki. Znał ten tom już na pamięć, kupił go w 1977 roku, była nawet mała awantura z tego powodu, bo Mila miała pretensje, że kupił kolejną książkę, zamiast po tabliczce czekolady dla córek - cóż, tamten wieczór upłynął w nieciekawej atmosferze, ale koniec końców Mila wybaczyła mu ten czyn, z czułością patrząc na jego rude loki. Ignacy lubił sobie powracać do wielokrotnie przeczytanych już uprzednio dzieł, stąd też mógł potem brylować w rodzinie różnymi Ave, Quo vadis czy Per astera ad astra - co robiło wrażenie na słuchających i brzmiało daleko lepiej niż prostackie, rzucane przez Bernarda "Co powiedziało lusterko do lusterka". Dzisiaj jednak lektura mu nie szła. Z pokoju obok słychac było donośny głos telewizora. Dziwne, bo "Gabrysiowie" preferowali słuchanie muzyki klasyczniej na specjalnie do tego celu kupionym odtwarzaczu mp3, niż ogladanie telewizji.

        Ignacy Borejko stwierdził, że w takich warunkach nie jest w stanie słyszeć nawet swoich myśli a co dopiero obcować z klasyką literacką. Odłożyl zatem opasły tom na stolik, na którym stał talerzyk z kromką chleba z pastą twarogową posypaną natką pietruszki. Wszystko było przywiezione od Florków. Jego zięć własnoręcznie upiekł chleb, jego najmłodsza córka Partycia osobiście zrobiła masło i twaróg, a Nora, wnuczka, zebrała pietruszkę i koperek. Koperek niestety się już skończył, bo Grześ zużył ostatni pęczek do wachlowania swojej żony Gabrieli, która przesadziła z treningiem (zabójczo rąbała w kosza) i zażądała wachlowania wróciwszy wieczorem do domu.

        Na środku pokoju, ubrany w koszulkę z trupimi główkami i dziurawe jeansy, półleżał na dywanie, niedbale podparty na łokciach jego ukochany wnuk Ignacy Grzegorz i z przejęciem oglądał film amerykańskiej produkcji. W tej właśnie chwili trwała jakaś głośna scena, pościg policji, wystrzały , pisk opon, oraz anglojęzyczne "Madafaka", "Bitch", " Ill kil you negro". Ignacy Grzegorz wgapiał się w płaski ekran telewizora z fascynacją.

        Było to dziwne, bo Jego najstarszy wnuk rzadko ogladał telewizję, na co dzień preferował książki, a filmy amerykańskie typu "zabili go i uciekł" uważał za dno kinematografii. Przekleństwa sprawiały, że sie czerwienił i zniesmaczał. Teraz jednak wyglądał na niezdrowo zafascynowanego.
        Co się stało z tym Ignasiem? Pomyślał Dziadek Borejko. Nagle, ze zgrozą zauważył, że obok wnuka , na podłodze, obok miseczki z makaronem w sosie mediolańskim, który dzisiaj przysłała im Cesia Żak, stoi na wpół wypite piwo. I to bynajmniej nie bezalkoholowe.
        Ignacy Grzegoorz nagle wyprostował się, przeciągnął aż chrupnęły mu wszystkie kosteczki i donośnie beknął.

        Dziadek Borejko jęknął.
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 12.06.25, 14:39
      *15
      Ida obudziła się późno, bo dziś miała wolne w szpitalu, a wizyty w prywatnej przychodni zaczynały się dopiero o trzynastej. Druga połowa łóżka była pusta, tylko zmięta pościel i kilka sztywnych, czarnych włosów z wąsów świadczyło, że spał tu Marek. Choć miała sporo rzeczy do zrobienia przed wyjściem, niespiesznie zwlokła się z pościeli i zawinąwszy się w biały szlafroczek, rozpoczęła powolny spacer po mieszkaniu.
      Oślepiająca biel i czystość wnętrz zaczęły jej działać na nerwy. Zajrzała do pustych pokojów dzieci (pewnie siedziały już u dziadków), i dopiero tam doznała nieco odmiany. W pokoju Józinka panował doskonale poukładany śmietnik – jakieś części rowerowe, podręczniki, skrzynki z narzędziami, hantle i gumy do ćwiczeń. Ciekawe, co on z nimi robi?
      Z kolei u Łusi było równie pusto i porządnie jak w reszcie mieszkania, tyle że ściana nad biurkiem była zakryta wielką tablicą korkową, na której pedantycznie i równomiernie przymocowano najrozmaitsze wydruki: japoński alfabet hiragana i katakana, kalendarz z zajęciami dodatkowymi, zdjęcia fraktali występujących w naturze, i widok jakiejś brudnej ulicy z rozwalającymi się kamienicami i menelem na ławce, podpisany „Łódź, Bałuty”. O co tu chodzi?
      Kuchnia była biała jak laboratorium, łazienka również, tylko salon rozjaśniały żółte dodatki, jak poduszki i doniczki z tymi nielicznymi roślinami, które mogły rosnąć w półcieniu.
      Ida opadła na kanapę. Była dziwnie rozkojarzona i myśli same powędrowały w niespodziewany rejon, czyli do albumów „Architektura secesyjna w Europie” oraz „Secesyjne wnętrza w Polsce”, które stały na najniższej półce w przedpokoju rodziców zaraz przy drzwiach od kuchni. Jeszcze na studiach, w ramach odpoczynku umysłowego od wytężonej nauki, uwielbiała przeglądać w kółko fotografie, wprawdzie w większości czarno-białe, lecz dające obraz tego zjawiska.
      Ach, te cudowne wnętrza Muzeum Mazowieckiego w Płocku! A to muzeum fin-de-siecle w Brukseli! Villa Majorelle w Nancy! Mogła godzinami oglądać szczegóły mebli, przedmiotów codziennego użytku, odzieży. Przecież nawet pokój po pani Szczepańskiej urządziła sobie, wzorując się na secesji. Przypomniała sobie różowo-fioletowe wnętrze, kiedyś szczyt jej marzeń – dziś mogła się tylko uśmiechnąć, widząc tę zaradność w obliczu biedy.
      Dlaczego teraz nie urządzić sobie mieszkania w stylu secesyjnym? Ach, sypialnia pokryta złoto-granatową tapetą, wspaniały żyrandol na suficie, srebrna taca z kryształowymi utensyliami na wykwintnej toaletce!
      Pobiegła do łazienki, a następnie ubrała się pospiesznie i wybiegła z domu.
      *
      - Dzień dobry, pani Pałys – przywitała się Edyta grzecznie lecz nieuważnie, bo jej oczy biegały po rozlicznych monitorach.
      - Dzień dobry – Ida łaskawie kiwnęła głową. – Marek operuje?
      - Tak. Coś przekazać?
      - Nie, chcę tylko coś zobaczyć.
      - Dobrze, ale proszę niczego nie dotykać.
      Szpitalne klapki Idy człapały po wiekowym lastryko. Wreszcie dotarła do celu – kabiny opatrzonej tabliczką „Ida Borejko”.
      Wyglądała bardzo podobnie, jak teraz, tylko miała większy biust (i tak już trochę opadnięty) i gładszą twarz. Ciało było dalej bardzo szczupłe, lecz wyćwiczone, co widać było po napiętej skórze na ramionach i udach. I do tego żadnych rozstępów!
      Ida z przyzwyczajenia zerknęła za siebie, choć jej kabina znajdowała się za zakrętem. Na jej kabinie, jak na tych pozostałych, znajdował się mały wyświetlacz z kilkoma przyciskami i wejściami. Na haczyku wisiały gogle zintegrowane ze słuchawkami – to chyba to VR, o którym kiedyś gadał Józinek. No dobra, a gdyby tak kliknąć tutaj, wybrać opcję „Generate snapshot”… W drogę!
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 12.06.25, 17:40
      *16
      Ida czuła się jak na pokazie slajdów podczas konferencji, tyle że zamiast malowniczych fotografii przetok i ropni, tutaj widziała kilkusekundowe urywki wspomnień z życia… jej?
      Ona i Marek przy stoliku przytulnej restauracji, gdzie uśmiechnięty właściciel gawędzi z nimi jak ze stałymi klientami i dolewa im wina… A teraz siedzi przy biurku w eleganckim, wysmakowanym wnętrzu, a tabliczka na drzwiach ogłasza, że to pokój dyrektora prywatnej kliniki „Laryngolux”. Słucha zwierzeń Łusi na niedzielnym spacerze w parku… Robi zdjęcia Markowi i Józinkowi, którzy w maskach do nurkowania szykują się do zanurzenia w lazurowej zatoce… Cała rodzina śmieje się, pożerając kolejne gałki lodów na rynku w Pobiedziskach… Słoik musztardy rozbija się na posadzce hipermarketu, przez co Ziutek uderza w płacz, ale ona i Marek przytulają go i pocieszają… Wspaniała, ogromna choinka stoi w rogu wielkiego salonu o wystroju intrygująco nowoczesno-secesyjnym, przy stole siedzi cała rodzina Borejków oraz matka Marka z drugim mężem – wesołym, łysym Stefanem, neurologiem z oddziału Marka… Ciasno objęci, płaczą, gdy wrócili ze szpitala po tym, jak poroniła… Piecze murzynka dla Łusi by jej osłodzić pierwszy dzień w szkole, wybiera z Markiem misia dla mającego się wkrótce narodzić Ziutka, idzie z Józinkiem i jego kolegami do sali zabaw z okazji jego piątych urodzin…
      Jeszcze więcej obrazów. Wesołych, pogodnych, trochę smutnych, trochę bolesnych, irytujących, rozczulających.
      Zerwała z siebie gwałtownie słuchawki z goglami. Pociągnęła nosem. Czas iść do pracy. A po pracy – pójdzie do rodziców, zobaczy dzieci po raz pierwszy od dwudziestu, a męża to wcale, bo pewnie będzie spał… Zje obiad przy akompaniamencie tych samych rozmów i łacińskich cytatów które zna od lewej do prawej, do porzygu…
      Ale to dzięki rodzicom i siostrom mogła budować swoją karierę. To oni zajmowali się jej dziećmi, karmili je, bawili, podczas gdy ona i Marek ciężko pracowali. Rodzice byli już wiekowi… nawet Gaba miała już siwe włosy, jej ukochana siostra, niewzruszone centrum… Jeśli to centrum się zmieni, na czym oprze swój świat? Czy to, co teraz zobaczyła, wystarczy jej?
      W drzwiach laboratorium zderzyła się z Markiem, który wpadł na chwilę między zabiegami.
      - O! Ida! Co ty tu robisz? – spytał zatroskany. – Coś nie tak?
      Potrząsnęła głową.
      - Muszę to sobie przemyśleć.
      Marek już wiedział.
      - Widziałaś? Teraz to od ciebie zależy.
      - Jeśli powiesz im prawdę, uwolnisz mnie, siebie, i nasze dzieci. Twoi rodzice i siostry będą żyli dalej jak dotychczas, ale ty odzyskasz swoje prawdziwe życie, które dopiero co ujrzałaś.
      - A jeśli nie?
      - Wszystko zostanie po staremu.
      - Na Jowisza! Jak rodzice zniosą, że znikniemy z ich życia? A Gaba? Natalia? Pulpa?
      - Dlaczego myślisz najpierw o nich, a nie o swoim mężu czy dzieciach?
      - Doprawdy, przesadzasz! – zakrzyknęła Ida, nagle poirytowana. – Muszę lecieć do pracy! Połóż się wcześnie spać, bo jedziemy jutro do Pulpy na śniadanie.
      Trzasnęła za sobą drzwiami.
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 12.06.25, 17:40
      *17
      Poranek był przepiękny! Po błękitnym niebie ganiały się puchate chmurki, a po ogrodzie Pulpy – ptaki, których zachwycające trele cieszyły domowników zebranych na werandzie.
      Na stole był chleb, domowe bułeczki, gofry, jajka w koszulkach, jajka faszerowane na ciepło, twarożek w trzech smakach, sałatka z pomidorów, i cztery rodzaje domowych dżemów. Wszystkim bardzo smakowało. Potem towarzystwo wyległo do ogrodu, gdzie do kawy podano oszałamiające rogaliki z wiśniami. Ponieważ każdy siedział gdzie indziej, Pulpa musiała się nachodzić z tacą. Niestety, niespodziewany brak owsianych ciasteczek wstrząsnął dziadkiem Borejko. Zamknął się w pokoju, mamrocząc łacińskie sentencje pod nosem. Babi zaniosła mu herbatę, a potem poszła do kuchni, by dopiec Pulpie za jej niegospodarność. Patrycja cicho chlipała i nieco głośniej chlupała, skrobiąc w miednicy trzeci kilogram młodych ziemniaków (takich wielkości orzecha włoskiego), i podawała obiad z nosem świecącym jak latarnia morska. Z apetytem zjedzono chłodnik z kawałkami pieczonej cielęciny, młode ziemniaki z koperkiem, pieczone pstrągi, sałatę, i na deser roladę biszkoptową z porzeczkami. Do popołudniowej herbaty były świeżutkie croissanty z domową frużeliną malinową, śmietaną i miodem.
      W międzyczasie rodzina Borejków doskonale się bawiła, czytając książki i zadając sobie z nich zagadki. Ida zajęła z Markiem koc pod katalpą. Wprawdzie miała dziś porozmawiać z rodziną, ale nie bardzo jej się do tego spieszyło, poza tym ciągle coś się działo. A to Pulpa przynosiła lemoniadę (dzika róża z pomarańczą, arbuz z werbeną, truskawka z estragonem), a to dziadek Borejko opowiadał o umiłowaniu stoickiej prostoty, to znów Ignaś płakał, bo zobaczył trzmiela. Trzeba będzie więc poczekać na lepszą porę. A poza tym, chciała się nacieszyć rodzinnym ciepełkiem.
      W ten sposób dzień zleciał bardzo szybko. Na rozległej werandzie rodzina Borejków osładzała sobie koniec kolacji (sałatka „bój w hucie”, grzanki z pesto z czosnku niedźwiedziego, deska rzemieślniczych serów i wędlin) deserem pomysłu Pulpy, czyli lodami literackimi w trzech smakach.
      - Coś pysznego! – zachwycała się Gaba. – Uch, cuda jakieś.
      - Proste, Gabuś, proste. Robisz bazę do lodów śmietankowych i dzielisz na trzy miski. Do jednej dodajesz zblendowaną „Krystynę córkę Lavransa”, do drugiej „Rozmyślania” Marka Aureliusza, do trzeciej „Eneidę”. Tylko pamiętaj, żeby zblendować kserokopię książki, a nie prawdziwą, bo to rzecz straszna i karygodna.
      - Ze wszystkich łakoci najbardziej lubię ciasteczka owsiane – powtórzył z wyrzutem dziadek Borejko swoje powiedzonko i wszyscy uśmiechnęli się uprzejmie. Pulpa schyliła głowę i chlipnęła w garść. Był to rozdzierający widok.
      Marek nachylił się do różowego uszka, skrytego pod miedzianym loczkiem.
      - A mogliśmy teraz siedzieć z dziećmi na tarasie naszego letniego domu w Trogirze! – szepnął.
      Ida nagle poczerwieniała ze złości.
      - Rodzice powiedzieliby, że to materializm! Zamiast prostego łoża okrytego skórą…
      Wreszcie wszyscy zaczęli zbierać się do spania. Ida narzuciła szybko ciepłą piżamę w fioletowe kurczątka, niezadowolona ze skróconego prysznica, gdyż Gaba walnęła pięścią do drzwi jedynej łazienki z okrzykiem „do jasnej cholery”. Marek już czekał na nią w łóżku. Na widok wchodzącej żony odłożył telefon służbowy.
      - Zamknij drzwi, Ropuszko.
      - A po co? Przecież jesteśmy tu wszyscy rodziną! Naprawdę ci przeszkadza gdy tata, mama, Łusia, Józinek, Ziutek, Ania, Nora, Florek, Pulpa, Natalia, Robrojek, Szymon, Jędrek, Gaba, Grzegorz, oraz Ignacy, będą przechodzić do łazienki obok?
      Marek uniósł znacząco brwi. Ida zachichotała.
      - Oczywiście. Wiesz, a ja zawsze noszę czystą bieliznę, od kiedy cię poznałam – powiedziała marzycielsko. Marek uśmiechnął się z ulgą i wyciągnął do niej śniade, umięśnione ramiona. Ida wpadła w nie z impetem, wystawiając do pocałunku szkarłatny dzióbek, pachnący Yardleyem.
      - Coś mnie tu uwiera, hi hi hi – krygowała się Ida, wskazując na spodnie od piżamy Marka. – Coś twardego.
      - Coś specjalnego dla ciebie, moja Ropuszko – uśmiechnął się Marek, a jego oczy zaświeciły na czerwono. Jedną ręką unieruchomił Idę, a drugą wyjął z kieszeni długą, grubą strzykawkę, napełnioną jadowicie zielonym płynem. Jednym, wyćwiczonym ruchem kciuka zdjął zatyczkę z igły i wbił ją żonie w ramię.
      - Mareczku! – jęknęła zszokowana Ida, coraz słabsza, bo tajemnicza substancja natychmiast przekraczał barierę krew-mózg.
      - Wiem, o czym myślałaś cały czas – szepnął Marek z goryczą. – Ty nie chcesz niczego zmieniać! Przykro mi, że wolisz żyć w ułudzie z nimi, niż w prawdzie ze mną. Gdy znów się zobaczymy, będzie jak dawniej.
      Ida nie odpowiedziała, bo straciła przytomność. Marek wystukał szybko wiadomość na telefonie, po czym ukrył twarz w dłoniach.
      *
      28 lipca 2013, niedziela
      Bosonoga dziewczyna zeskoczyła pospiesznie z bryczki, aż zadzwoniły o siebie błękitne korale jej naszyjnika. Za paprociami, rozciągnięte pośród koronkowych kwiatków marzanki, leżało nieruchomo, plecami do góry, a głową w bok, ciało ludzkie.
      KONIEC
      • tt-tka Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 12.06.25, 18:05
        Koniec ? co za szkoda :( :( :(

        ciekawa rzecz, swoja droga, ze od tego 2013 Ide z rodzina (pochodzenia) widzimy tylko sporadycznie i chwilami, nie siedzi u Pulpy, nie siedzi na Rusfelta...
        • tygrys_dziure_wygryzl Re: JESTEM PAŁYS, MAREK PAŁYS - fanfik 12.06.25, 18:15
          Z pisaniem fanfików jest jak z byciem gościem, lepiej wyjść wcześniej żeby gospodarz żałował, niż siedzieć za długo i sprawiać gospodarzowi ulgę swoim odejściem ;-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka