18.01.26, 14:57
Wertowałam Makabrusie i potknęłam się o ten oto opis:

Przy polnych krzyżach i przy figurach na rozstajach żarzyły się rubinowe lampki, a wszędzie rozsianych było tyle migoczących i mrugających złotych i kolorowych świateł, światełek, girland, gwiazd i gwiazdeczek! - tak ludzie, nawet najbiedniejsi, nawet ci mieszkający w samotnych chatach ciemniejących jak wyspy pośrodku pól, przystroili na Boże Narodzenie swoje domy i ogródki.

Boru prawieczny podpoznański, srogo jodłami na górszczycie szumiący, chaty??? Samotne chaty ubożuchne w sercu Wielkopolski, gdzieś między Poznaniem a Kostrzynem? Zaiste dziwaczne nader pojęcie o wsi autoressa posiada...
Obserwuj wątek
    • kocynder Re: O rany... 18.01.26, 15:20
      Ja się przyznam, że okolic Poznania nie znam. Nie byłam. No dobra, byłam kiedyś przejazdem, ale nawet nie wysiadałam a z okien pociągu to się Poznań nie liczy, zdaje się, że poza BBB, kiedy to Bebe odbiera z dworca Kozia nie am innych wzmianek o PKP? Aaaa... Jeszcze powrót trzydniowo wyjechanej Głąby i rocznie wyjechanej Nutrii. Jednakowoż czytając opisy Deroci w powózce jadącej i tak dalej - i owszem, miałam wrażenie, że to jest hen za górami, za lasami, za dolinami... Coś jak śpiewał Andrzej Sikorowski z "Pod Budą":
      "Jest na końcu mapy taka wieś,
      gdzie przy polnej drodze domy dwa.
      Gdzie ze studni wodę trzeba nieść,
      a jedynym światłem - światło dnia."
      Tyle, że Sikorowski nie śpiewał o miejscowości leżącej kwadrans czy tam 20 minut od centrum stolicy regionu. :D
      • ako17 Re: O rany... 18.01.26, 15:45
        kocynder napisała:

        > Ja się przyznam, że okolic Poznania nie znam. Nie byłam. No dobra, byłam kiedyś
        > przejazdem, ale nawet nie wysiadałam a z okien pociągu to się Poznań nie liczy
        > , zdaje się, że poza BBB, kiedy to Bebe odbiera z dworca Kozia nie am innych wz
        > mianek o PKP? Aaaa... Jeszcze powrót trzydniowo wyjechanej Głąby i rocznie wyje
        > chanej Nutrii.

        Oj nie, pociągów to tam jest sporo:
        DP - Konrad jeździ do Pobiedzisk i wraca do Poznania pociągiem, również Eugeniusz spotyka się z Aurelią na stacji.
        NiN - sławetny Pomorzanin z kajdankami i podwójnymi porcjami parówek w Warsie, opuszczony w popłochu na stacji. Inowrocław. Do Poznania/ Pobiedzisk też jakoś pociągiem jechali, w każdym razie pamiętam, że Filipowi pomogli wsiąść jacyś osobnicy z piwem Lech w dłoniach, a on samiućki kupował wodę w puszce na stacji. No i jeszcze zaospione Pyziakówny wraz z Natalią (Nerwusem też?) spotkali się w jakimś podmiejskim chyba składzie z kopcącą feministką. Nie pamiętam już dokładnie przebiegu NiN, ale oni się w tym tomie sporo przemieszczali.
        BBB - Dambo, zachęcony przez tatusia, wyskakuje z pociągu.
        Kalamburka - Rodzina Borejków przemieszczała się z Litwy do Szczecina chyba też pociągiem, przynajmniej na jakimś etapie?
        Starsi panowie Stryba do Terpentuli w Ostrzeszowie też chyba jeździli pociągiem.

        Tyle pamiętam na tę chwilę :)

        Gdzieś jeszcze się przewijają jakieś wzmianki, że słychać komunikaty z Poznania Głównego u kogoś w domu.
        • bupu Re: O rany... 18.01.26, 15:59
          ako17 napisała:

          >
          >
          >
          > Gdzieś jeszcze się przewijają jakieś wzmianki, że słychać komunikaty z Poznania
          > Głównego u kogoś w domu.
          >
          >


          U Bitnerow w BBB.
          • ciotka.scholastyka Re: O rany... 20.01.26, 08:54
            Nie wiem, jakim cudem zresztą.
            • ciotka.scholastyka Re: O rany... 20.01.26, 09:55
              O masz, przygania kocioł garnkowi, a i kotłowi się w końcu przydarzyło :D Powyższe odnosi się do:

              > Gdzieś jeszcze się przewijają jakieś wzmianki, że słychać komunikaty z Poznania
              > Głównego u kogoś w domu.
              >
              U Bitnerow w BBB.


              Naprawde nie wiem, jakim cudem komunikaty z dworca miałyby byc słyszalne w willi na Krasińskiego, nawet w środku nocy, biorąc pod uwagę usytuowanie ulic, budynków i ukształtowanie terenu.
          • kocynder Re: O rany... 20.01.26, 10:04
            A swoją drogą - mieszkałam kiedyś tak, że przy odpowiedniej pogodzie dobiegały echa komunikatów z dworca. Śmiesznie, bo np łoskot pociągów nie, tylko to charakterystyczne "ding-dong" i pogłos "Pociąg Intercity do Szklarskiej Poręby o godz. 0:53 odjedzie z toru 2, peron 3 z opóźnieniem ok. 40 minut". Fajne to było. Ale nie wiem z czego wynikało - bo na serio - pociągów nie było słychać, a te zapowiedzi tylko czasem. Częstotliwość? Wilgotność powietrza?
            • chatgris01 Re: O rany... 21.01.26, 20:33
              kocynder napisała:

              > Częstotliwość? Wilgotność powietrza?
              >

              Najbardziej to chyba kierunek wiatru.

              BTW, w latach 80 i 90 słyszałam czasem w nocy (latem przy otwartych oknach) pociągi ze stacji oddalonej o 2 km (komunikatów ani dingdongów nie).
              • kocynder Re: O rany... 21.01.26, 20:48
                No ale właśnie pociągów nie było słychać wcale. Tylko te komunikaty i to nie zawsze. Tam było około 1,5 km. :)
                • chatgris01 Re: O rany... 21.01.26, 21:04
                  Mogło się tak od czegoś odbijać (np. ścian, murów, skał, pagórków). Czyli liczy się też ukształtowanie terenu.
                  U mnie stacja praktycznie w szczerym polu (bez zwartej zabudowy w bezpośrednim sąsiedztwie), to tylko ten dźwięk pociągów tak niosło (zwłaszcza hamowanie).
              • ciotka.scholastyka Re: O rany... 03.02.26, 14:11
                chatgris01 napisała:


                > BTW, w latach 80 i 90 słyszałam czasem w nocy (latem przy otwartych oknach) poc
                > iągi ze stacji oddalonej o 2 km (komunikatów ani dingdongów nie).

                Nocą to ja słyszę pociągi nawet przy zamkniętych oknach, linia oddalona też o około 2 kilometry. W to, że na Krasińskiego Bebe czy Aniela słyszała, jak panienka mówi przez megafon np. "Pociąg pospieszny ze Szczecina do łodzi Kaliskiej wjedzie na tor przy peronie...", i to tak, że jest zrozumiałe każde słowo, nie uwierzę, znając topografię śródmieścia Poznania nigdy, w żadnych okolicznościach i za żadne skarby. To jest po prostu absolutnie niemożliwe, bez zwględu na to, jakie macie doświadczenia z innych miejsc w Polsce.
                • chatgris01 Re: O rany... 03.02.26, 19:33
                  Ale ja też w to nie wierzę i absolutnie nie przekonuję, napisałam zresztą, że żadnych dingdongów ani komunikatów nie słyszałam.
                  • ciotka.scholastyka Re: O rany... 04.02.26, 13:57
                    chatgris01 napisała:

                    > Ale ja też w to nie wierzę i absolutnie nie przekonuję, napisałam zresztą, że ż
                    > adnych dingdongów ani komunikatów nie słyszałam.

                    Ja wiem, po prostu podnosiły się tutaj głosy, że a może jakoś wiatr niósł, albo echo itp. No więc nie, nie mógł nieść ani wiatr, ani echo.
                    • chatgris01 Re: O rany... 05.02.26, 18:26
                      ciotka.scholastyka napisała:


                      > Ja wiem, po prostu podnosiły się tutaj głosy, że a może jakoś wiatr niósł, alb
                      > o echo itp. No więc nie, nie mógł nieść ani wiatr, ani echo.

                      Ale to się odnosiło (przynajmniej z mojej strony) do sytuacji u Kocyndra. Stacji w Poznaniu kompletnie nie znam i całkowicie Ci wierzę, że u Bittnerów nie było możliwości słyszeć komunikatów stamtąd.
                • kocynder Re: O rany... 03.02.26, 19:52
                  A ja absolutnie nie znając topografii Poznania absolutnie nie będę dyskutować z tym czy na Krasińskiego można było czy nie słyszeć. :) Tylko w ramach ciekawostki i rozważań nie związanych stricte z Jeżycjadą - stwierdziłam, że dziwi mnie fakt, iż w moim niegdysiejszym mieszkaniu było słychać dingdongi i pogłos zapowiedzi (nie że tak wyraźnie,by sprecyzować WSZYSTKO i tylko czasem było słychać, a łoskotu pociągów, zdaje się mocno głośniejszego niż dingdongi nie.
      • bupu Re: O rany... 18.01.26, 15:57
        kocynder napisała:

        > Ja się przyznam, że okolic Poznania nie znam. Nie byłam. No dobra, byłam kiedyś
        > przejazdem, ale nawet nie wysiadałam a z okien pociągu to się Poznań nie liczy
        > , zdaje się, że poza BBB, kiedy to Bebe odbiera z dworca Kozia nie am innych wz
        > mianek o PKP? Aaaa... Jeszcze powrót trzydniowo wyjechanej Głąby i rocznie wyje
        > chanej Nutrii.

        Jeszcze NiN, kiedy objuczona panienkami Nutryja wyjeżdża nad morze, by tam nie dotrzeć, a także WdO, gdzie IGS jedzie do Promna pociągiem. I jest to jedyny taki wypadek, bo potem wszyscy czynią gimnastykę jeżdżąc na trasie Oromno-Posen a to rowerem, a to przez Kostrzyn, zamiast wybrać najprostszy dojazd koleją.

        Jednakowoż czytając opisy Deroci w powózce jadącej i tak dalej -
        > i owszem, miałam wrażenie, że to jest hen za górami, za lasami, za dolinami...
        > Coś jak śpiewał Andrzej Sikorowski z "Pod Budą":
        > "Jest na końcu mapy taka wieś,
        > gdzie przy polnej drodze domy dwa.
        > Gdzie ze studni wodę trzeba nieść,
        > a jedynym światłem - światło dnia."
        > Tyle, że Sikorowski nie śpiewał o miejscowości leżącej kwadrans czy tam 20 minu
        > t od centrum stolicy regionu. :D
        >

        No więc mam wrażenie że wg autorki poza granicami miasta kończy się wiek XXI, a zaczynają pełne zwierza bory.
    • przymrozki Re: O rany... 18.01.26, 16:08
      I niby dlaczego najbiedniejszy miałby być akurat ten, kto ma pięknie przystrojony na Święta dom z ogródkiem na wielkiej działce przylegającej do wielkich gospodarstw rolnych?
      • bupu Re: O rany... 18.01.26, 16:25
        przymrozki napisała:

        > I niby dlaczego najbiedniejszy miałby być akurat ten, kto ma pięknie przystrojo
        > ny na Święta dom z ogródkiem na wielkiej działce przylegającej do wielkich gosp
        > odarstw rolnych?

        Dobre pytanie.
        • mackakisa Re: O rany... 18.01.26, 16:44
          bupu napisała:

          > przymrozki napisała:
          >
          > > I niby dlaczego najbiedniejszy miałby być akurat ten, kto ma pięknie przy
          > strojo
          > > ny na Święta dom z ogródkiem na wielkiej działce przylegającej do wielkic
          > h gosp
          > > odarstw rolnych?
          >
          > Dobre pytanie.
          >
          > Właśnie. I te chaty. Może jeszcze strzechą kryte? Ze sławojkami na podwórkach? Ze studniami? A ludzie poruszają się wozami drabiniastymi, jak kto ma rower, to klękają z wrażenia. A jak samolot leci, to ooo Panie! Ptak żelazny! Jezus Mario, do kapliczki, zdrowaśkę odmówić!
          Jakby MM zobaczyła, że to są normalne, nowoczesne domy, w środku jest XXI wiek pełną parą, bieżąca woda, gaz i prąd, ludzie mają samochody, sklepy też się znajdą, to chyba padła by na miejscu z wrażenia.
    • bupu Re: O rany... 19.01.26, 13:46
      Dorzućmy jeszcze, tym razem z WdO.

      Oprócz niego wysiadła z pociągu rozłożysta staruszka z koszykami i kołysząc się w poprzek osi na swych
      żylastych, wyjątkowo szeroko rozstawionych nogach, jęła się ku niemu zbliżać peronem.
      – Przepraszam – zagadnął grzecznie i ukłonił się. – Czy może mi pani wskazać, gdzie tu jest karczma „Rzepicha”?
      Stara kobieta spojrzała na niego jak na idiotę. Pieczołowicie umieściła na żwirku swe koszyki (były w nich jajka, poowijane w kawałki gazet!), stęknęła, wyprostowała się, po czym wystawiła
      rękę z palcem wskazującym.
      – A ło! – rzekła głośno, jak do głuchego, tkając zrogowaciałym paznokciem w jedyny budynek znajdujący się w polu widzenia, a ustawiony na górce na wprost stacji, po drugiej stronie szosy.
      Budynek był rozległy i znaczny, zaś na zboczu wzgórza stała wielka tablica, głosząca wołowymi literami w kolorze fizjologicznego brązu: KARCZMA RZEPICHA.
      – Aha – rzekł z godnością Ignacy Grzegorz. – Dziękuję.
      Spojrzała na niego miłosiernie.
      – Panie Boże, prowadź! – wymamlała tonem pełnym pokrzepienia i ująwszy koszyki, oddaliła się gęsim krokiem właśnie w kierunku „Rzepichy”.
      Ignacy stał przez chwilę, otrząsając się z lekkiego szoku: przez ten krótki moment zdawkowej konwersacji ukazano mu straszliwą, zapadłą wśród głębokich zmarszczek jamę ustną; miał więc
      sposobność stwierdzić, że staruszka nie posiada ani jednego zęba. Jak ona się odżywia?
      Może tylko wysysa jajka? (Przez usmarowany otworek w skorupce???...)


      Ta babina nie z pociągu wysiadła (panie Boże prowadź?), tylko prosto z dzieł Reymonta. No i te jajka w gazecie, kuriozum nie z tej ziemi. Toż nie jaja się owija, tylko koszyk się mości, można i zmiętą w kule gazetą, poza tym w roku panskim 2013 do Wielkopolski zdążył dotrzeć wiekopomny wynalazek wytłaczanek. Tak, nawet na wieś. To raz.

      Dwa, wozić jaja koszami (zatem swojskie zapewne) z miasta/przedmieść na wieś jest nader dziwnym pomysłem. Pamiętacie, ten pociag szedł z Poznania, przed Promnem stając w kilku podmiejskich miejscowościach.

      Trzy, czemuż ta babina taka turpistyczna, bezzębna, zrogowaciała i żylasta? A, i pomarszczona, nie wiem czemu zmarszczki szokują panicza Strybe, Miglamce mają jakieś inne zmarszczki? I gdzie to się panicz uchował, że człowieka bez zębów wcześnie nie widział?

      Zaiste bardzo dziwną wizję wsi ma autorka.

      Kiedy babcie po powrocie z leśniczówki zostały zapoznane z gościem, wiadomość, że pod dach tego odludnego domostwa cudownym sposobem zawitała lekarka, prawie pozbawiła je mowy.
      Do przychodni było stąd daleko, jak do wszystkiego zresztą. Służba zdrowia w całym kraju znajdowała się tradycyjnie w stanie zapaści, a cóż dopiero tu, na
      prowincji, jak by nie było, zapadłej.


      Na litość i miłosierdzie, Pańskie oraz bezpańskie...! Promno, 27 km od poznańskiego rynku, znakomicie skomunikowane z Poznaniem koleją, to jest zapadła prowincja? Do tego stopnia, że gdy się tam zabłąka laryngolog, pół wsi do niego wali? No błagam.

      Gabinety specjalistyczne w obu przychodniach miasteczka były zwykle oblężone, bo obsługiwały i
      miasteczko, i całą gminę; trzeba było czekać na wizytę ponad miesiąc, a już do pacjentów niepłacących los się wcale nie uśmiechał


      Jako żywo jeszcze nie widziałam przychodni, która każe pacjentom nie na nfz czekać miesiąc. A na głuchej prowincji mieszkam od urodzenia. Inna sprawa że do niektórych specjalistów trzeba jechać do dużego miasta, ale na litość, Promno ma to miasto praktycznie za miedzą.
      • mackakisa Re: O rany... 19.01.26, 13:55
        I teraz nie wiem - MM ma swoje czytelniczki/ków za idiotów? Czy sama naprawdę już zupełnie zapomniała, jak wygląda świat?
        • tajna_kryjowka_pyziaka Re: O rany... 19.01.26, 15:03
          mackakisa napisał(a):

          > I teraz nie wiem - MM ma swoje czytelniczki/ków za idiotów? Czy sama naprawdę j
          > uż zupełnie zapomniała, jak wygląda świat?

          Gdybym nie wiedziała jak bardzo autorka się odkleiła, uznałabym tę scenę za strasznie klasistowską.

          Btw, biorąc pod uwagę jak dużo jest w Jeżycjadzie "tropów" rodem z XIX wieku, można się zastanowić, czy MM nie żyła przez lata w swoim wewnętrznym świecie, wykreowanym przez różne stare lektury, w do rzeczywistości zaglądała tylko okazjonalnie. Przecież już w dużo wcześniejszych tomach pojawiały się tego typu motywy. Np. w TiR był Robwąsiarz zgorszony, że Filip zabiera dwudziestoparoletnią Natalię na randkę bez pytania o pozwolenie jej rodziców. Albo sam fakt, że Wąs aż do momentu oświadczyn jest z rzeczoną na "Pani" i nawet nie próbują randkować. I w ogóle motyw żenienia się z pół-obcymi osobami (Grzybowi aż dwa razy się zdarzyło, Pałysy nie lepsze z tymi trzema miesiącami). Podobnie jak rola mężczyzny sprowadzona do dawcy nasienia i bankomatu. I wszechobecna presja na ślub i dziecko, bez względu na to, czy ktoś się do tego nadaje.
          Naprawdę spora część Jeżycjady wydaje się (mniej lub bardziej świadomie) inspirowana przedwojenną moralnością i obyczajowością.
          • ako17 Re: O rany... 19.01.26, 19:25
            tajna_kryjowka_pyziaka napisała:


            . Np. w TiR był Robwąsiarz zgorszony, że Filip zabiera dwudziestoparoletnią Na
            > talię na randkę bez pytania o pozwolenie jej rodziców. Albo sam fakt, że Wąs aż
            > do momentu oświadczyn jest z rzeczoną na "Pani" i nawet nie próbują randkować.
            > I w ogóle motyw żenienia się z pół-obcymi osobami (Grzybowi aż dwa razy się zd
            > arzyło, Pałysy nie lepsze z tymi trzema miesiącami).

            O przepraszam! Pałysy jednak ciut lepsze, randkowały same i na własnych zasadach. Krótko - bo krótko, no i widać, jak to się skończyło. Najwyraźniej nie wystarczyło czasu na ustalenie gdzie i Z KIM będą mieszkać w jednym pokoju. A gdy Mareczkowi (czy tylko ja nie umiem myśleć o tym człowieku jako "Marku"? On jest Mareczkiem, zupełnie jak ten słodziak z Czterdziestolatka) się okazało, że: z teściem, szwagierką i siostrzenicami, to zapadł był w sen i tylko raz na jakiś czas go Ida budziła - gdy, np. trzeba było się ruszyć na lotnisko, bo Copa Cabana czeka.

            Podobnie jak rola mężczyzn
            > y sprowadzona do dawcy nasienia i bankomatu.

            Tu się też nie zgodzę, o nadobna, bo taki np. Adammm to ma znacznie bardziej sprawcze moce nad swoim półdzieckiem. I umyje, i uczesze, i spakuje, i zawiezie.

            I wszechobecna presja na ślub i dz
            > iecko, bez względu na to, czy ktoś się do tego nadaje.

            Jak się nie nadaje, każdy się nadaje!

            > Naprawdę spora część Jeżycjady wydaje się (mniej lub bardziej świadomie) inspir
            > owana przedwojenną moralnością i obyczajowością.

            Wtedy - miało to swój urok. Tj, wtedy może i nie miało, natomiast mnie, oglądane z perspektywy XXI wieku, wydaje się jakoś tam urocze. Chyba w XX wieku też mi się wydawało.
            • mackakisa Re: O rany... 19.01.26, 19:50
              ako17 napisała:

              > Wtedy - miało to swój urok. Tj, wtedy może i nie miało, natomiast mnie, oglądan
              > e z perspektywy XXI wieku, wydaje się jakoś tam urocze. Chyba w XX wieku też mi
              > się wydawało.
              >
              > w sumie? Mnie też. Takie trochę jak Rodziewiczówna - jest panna albo szlachetnie uboga ale uduchowiona, jest ten, co się w niej zakocha, ledwie ich złota nić połączy (swoją drogą, zawsze mam wrażenie, że tam powinna być czerwona nić, jak w tej legendzie chińskiej), jest praca nad charakterem (choć z tym kulawo. Taki Wenzel to jednak musiał nad osobowością i trybem życia popracować, zanim go babcia rodzona, a potem Jadwiga przyjęły), jest szczęśliwe małżeństwo. No bo czegóż więcej tej młodzieży trzeba?
              >
              • kocynder Re: O rany... 20.01.26, 09:36
                Chwileczkę, wielmożna panie... Jednakowoż nie przypominam sobie, by Rodziewiczówna pochwalała rozwiązania siłowe wobec swoich bohaterek? Nie roszczę sobie nadmiernych praw do znajomości WSZYSTKICH książek Rodziewiczówny, ale w tych tam kilku, które mi się przewinęły ANI RAZU nie wyczytałam pochwały szarpania dziewczyną... Owszem, sytuacje przemocy wobec kobiet były - ale nie pochwały tejże. Albo źle pamiętam?
                • mackakisa Re: O rany... 20.01.26, 10:29
                  kocynder napisała:

                  > Chwileczkę, wielmożna panie... Jednakowoż nie przypominam sobie, by Rodziewiczó
                  > wna pochwalała rozwiązania siłowe wobec swoich bohaterek? Nie roszczę sobie nad
                  > miernych praw do znajomości WSZYSTKICH książek Rodziewiczówny, ale w tych tam k
                  > ilku, które mi się przewinęły ANI RAZU nie wyczytałam pochwały szarpania dziewc
                  > zyną... Owszem, sytuacje przemocy wobec kobiet były - ale nie pochwały tejże. A
                  > lbo źle pamiętam?
                  >
                  Nie, oczywiście, że nie pamiętasz źle, Kocynderze. Tu mi chodziło głównie o to, że w nowszych częściach Jeżycjady zakochani ledwie ze sobą rozmawiają. Albo wcale. Nie znają się praktycznie.
                  A u Rodziewiczówny to nawet Jadzia Chrząstkowska, choć była jak ten sfinks i ciężko jej było się wywewnętrzniać, to jednak z Wenzlem rozmawiała, jakieś kontakty ze sobą mieli, podstawy wspólnego życia. A Józwa z Derocią się bez słów obeszli.
          • ciotka.scholastyka Re: O rany... 20.01.26, 09:40
            tajna_kryjowka_pyziaka napisała:


            > I w ogóle motyw żenienia się z pół-obcymi osobami (Grzybowi aż dwa razy się zd
            > arzyło, Pałysy nie lepsze z tymi trzema miesiącami).

            Tylko że ciągle starannie zdajecie się zapominać (tak samo jak z tymi 50 metrami kwadratowymi), że to jest niechlujność autorska. Dopiero w którymś z ostatnich tomach pada to sformułowanie, że znali sie trzy miesiące. W Noelce (i chyba w Puplepcji też) Marek mówi, że decyzja (o ślubie) wcale nie była nagła, bo zastanawiał się aż trzy miesiące. Co nie oznacza, że nie randkowali wcześniej, zanim Marek zaczął się zastanawiac.
            • bupu Re: O rany... 20.01.26, 10:48
              ciotka.scholastyka napisała:

              > W Noelce (i
              > chyba w Puplepcji też) Marek mówi, że decyzja (o ślubie) wcale nie była nagła,
              > bo zastanawiał się aż trzy miesiące. Co nie oznacza, że nie randkowali w
              > cześniej, zanim Marek zaczął się zastanawiac.


              Ehehe. No niezupełnie.

              Mama Marka oznajmiała co chwila z wyrazem szczęścia na różowej twarzy, że w najśmielszych snach nie przypuszczała, iż osoba, z którą Marek postanowił się ożenić, jest córką Milki, i że gdyby wiedziała, toby się tak nie martwiła i nie denerwowała jego nagłą decyzją. Marek zapewniał, że decyzja bynajmniej nie była nagła, bo zastanawiał się aż dwa miesiące.

              A zatem:

              - Monika odebrała decyzję syna jako nagłą, co oznacza, że Mareczek nie mógł był randkować z Udusią zbyt długo. Nie uznałaby za nagłą decyzję planów ślubu z dziewczyną, z którą Mareczek był związany od roku, nieprawdaż?

              - Mareczek uspokaja mamusię, co dość istotne, bo mógł łgać żeby mu mać nie palpitowała za bardzo, twierdzeniem, że myślał przez dwa miesiące nad tą decyzją. Dwa. Nie trzy. Czyli równie dobrze mogli się znać wszystkiego trzy miesiące, a po oświadczynach Idy zastanawiać się czy słusznie czyni akceptując.

              Tym razem jednakże wszystko wskazywało na to, że zapowiadany od trzech miesięcy ślub w końcu się odbędzie, i to z fasonem - w pierwsze święto Bożego Narodzenia.

              Wszystko by się zgadzało, nie?

              Chlujstwo, czy nie, autorka wpisała taki, a nie inny, przebieg romansu Uduzmorków w budowany przez siebie świat i przepadło.

              – Było to... – ocknęła się wreszcie Ida – jak jakiś cud. Cud w bibliotece Akademii Medycznej. Przy katalogach. Stanęliśmy jak wryci. Wszystko miał w tych oczach, wszystko. Ach, taki słodki mruk.
              Właściwie to ja go zmusiłam, żebyśmy natychmiast poszli na kawę. I od razu powiedziałam mu, że chcę być z nim przez całe życie. I trzask, prask, za trzy miesiące już był ślub.


              Owszem, można by twierdzić, że Ida koloryzuje, żeby było romantycznej, problem w tym, że nie ma ku temu żadnych przesłanek. Wręcz przeciwnie, ta gorąco usprawiedliwiana przez Mareczka nagła decyzja wskazuje, że Udusia akurat może mówić prawdę.
              • ciotka.scholastyka Re: O rany... 20.01.26, 11:00
                bupu napisała:

                > myślał przez dwa miesiące nad tą decyzją. D
                > wa. Nie trzy. Czyli równie dobrze mogli się znać wszystkiego trzy miesiące, a p
                > o oświadczynach Idy zastanawiać się czy słusznie czyni akceptując.

                No, może.
                Niemniej, "trzask prask i za trzy miesiące ślub" napisała MM dużo później, możliwe, że postanowiła - na fali swoich turboromansów i entuzjazmu wobec coup de foudres skutkujących natychmiastowym ślubem - w ten sposób uściślić okoliczności poznania i związku Pąłysów, o których wcześniej było niewiele.
              • kocynder Re: O rany... 20.01.26, 11:07
                O turbo - romansie może też świadczyć fakt, że (mam takie wrażenie, być może mylne) Borejkowie w sumie nie znają Marka. W końcu GDYBY ów związek trwał pół roku czy rok amant raczej przyszedłby do domu panny na jakąś kawę czy herbatę... A nie! Wróć! W końcu Głąba się z Grzybem prowadzała coś koło roku przed tą Wigilią zapoznawczą, a ani on nikogo w domu nie zna (te jego rozkminy o snobistycznych ciotkach za to brak wiedzy o dwóch małych córkach!) ani ona u niego (Głąba tez nie zna Elki, nawet z widzenia!)... No to nie wiem...
                • bupu Re: O rany... 20.01.26, 11:42
                  kocynder napisała:

                  > O turbo - romansie może też świadczyć fakt, że (mam takie wrażenie, być może my
                  > lne) Borejkowie w sumie nie znają Marka. W końcu GDYBY ów związek trwał pół rok
                  > u czy rok amant raczej przyszedłby do domu panny na jakąś kawę czy herbatę...

                  Milicja nie musiałaby dopytywać o wzrost amanta gdy wypłynęła kwestia obuwia, bo widziałaby ich razem. Oraz zapewne przy którejś herbatce na R5 Mareczek by powiedział że jego maman też z Poznania pochodzi, a jej panieńskie nazwisko to Kałużna...


                  A
                  > nie! Wróć! W końcu Głąba się z Grzybem prowadzała coś koło roku przed tą Wigil
                  > ią zapoznawczą, a ani on nikogo w domu nie zna (te jego rozkminy o snobistyczny
                  > ch ciotkach za to brak wiedzy o dwóch małych córkach!) ani ona u niego (Głąba t
                  > ez nie zna Elki, nawet z widzenia!)... No to nie wiem...
                  >

                  Zwróć uwagę, że jednak po okazaniu rodzinie Grzyb jednakowoż na R5 bywał. Rzadko bo rzadko, ale jednak przyłaził (na Wielkanoc bodaj? Gaba chowała co lepsze mazurki przed rodziną). Natomiast Mareczek wygląda jakby w Wigilię zjawił się tam pierwszy raz w życiu. Zwróć uwagę, że dopiero w noc poślubną zostaje ustalone jak dziewczynki mają się zwracać do Marka.

                  Związek Gaby i Grzyba jednakowoż wbija mnie w stupor. Nie potrafię wyobrazić sobie związku w którym się do tego stopnia nie rozmawia... No nie tak. Potrafię sobie wyobrazić związek, oparty wyłącznie na seksie, panstwo spotykają się dwa razy w tygodniu w wynajętym pokoju, od progu zdzierają z siebie wzajem odzież, odbywają akt płciowy, następnie w milczeniu wdziewają na powrót gacie etcetera i się rozchodzą. Ale to nie panicznie bojąca się intymności Gaba i bezhormonalny Grześ przecież! Poza tym żeby przesunąć związek z pola "seks" na pole "ślub" trzeba jednak ze sobą nawzajem pogadać w chwilach wolnych od ruchów posuwisto-zwrotnych.

                  Tymczasem Gabą i Grzegą przez cały rok ich związku nie zamienili ani słowa o swoich rodzinach. Pytanie zatem co oni robili na randkach? Skoro nie był to gorący seks, ani normalne ludzkie rozmowy, to co? Czytanie synchroniczne nowości wydawniczych?
                  • kocynder Re: O rany... 20.01.26, 12:01
                    "Milicja nie musiałaby dopytywać o wzrost amanta gdy wypłynęła kwestia obuwia, bo widziałaby ich razem. Oraz zapewne przy którejś herbatce na R5 Mareczek by powiedział że jego maman też z Poznania pochodzi, a jej panieńskie nazwisko to Kałużna"
                    100/100

                    "żeby przesunąć związek z pola "seks" na pole "ślub" trzeba jednak ze sobą nawzajem pogadać w chwilach wolnych od ruchów posuwisto-zwrotnych."
                    Dodatkowo nie wyobrażam sobie kobiety w normie intelektualnej, która planując przesunięcie danego chłopa z pola "seks" na pole "ślub" nie wzmiankuje mu ani słowem o posiadaniu małoletniej progenitury w liczbie dwóch sztuk. Oraz takiej, która planując powyższe nijak się nie interesuje stanem rodzinnym potencjalnego męża. Gdyż albowiem sytuacja rodzinna tegoż może znacząco wpłynąć na późniejsze pożycie pary. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, że Elki nie ma, natomiast Grzyb owdowiał był pół roku przed poznaniem Głąby, gdyż jego bezimienna żona zmarła w połogu powiwszy trojaczki...? Ja wiem, że w borejkowersum co takie dziecko zje, a w ogóle to niemowlęta tylko wszystko usprawniają, ale jednak trojaczki nieco zakłócają codzienność...
        • tt-tka Re: O rany... 19.01.26, 15:09
          mackakisa napisał(a):

          > I teraz nie wiem - MM ma swoje czytelniczki/ków za idiotów? Czy sama naprawdę j
          > uż zupełnie zapomniała, jak wygląda świat?

          Imo jedno i drugie.
          I przekonuje mnie sugestia Tajnej ponizej :)
      • przymrozki Re: O rany... 19.01.26, 17:37
        bupu napisała:

        > Na litość i miłosierdzie, Pańskie oraz bezpańskie...! Promno, 27 km od pozn
        > ańskiego rynku
        ,

        Ale w ogóle nie trzeba wyjeżdżać z Posen, żeby napotkać lud prosty a poczciwy lub prosty a prostacki, taki co to wygląda jak zajumany z XIX-wiecznch rycin i co posługuje się wyłącznie gwarą lub jakimś cechowym narzeczem niezrozumiałym dla panieneczek i paniczyków z inteligenckich kamienic.

        Przecież w Jeżycjadowersum tacy są też taksówkarze albo sprzedawcy na targu (np. ta sprzedawczyni dyni, co pogoniła ciężarną Agnieszkę).
      • ako17 Re: O rany... 19.01.26, 20:00
        bupu napisała:


        > Ignacy stał przez chwilę, otrząsając się z lekkiego szoku: przez ten krótki mom
        > ent zdawkowej konwersacji ukazano mu straszliwą, zapadłą wśród głębokich zmarsz
        > czek jamę ustną; miał więc
        > sposobność stwierdzić, że staruszka nie posiada ani jednego zęba. Jak ona się o
        > dżywia?
        > Może tylko wysysa jajka? (Przez usmarowany otworek w skorupce???...)[/i]

        Och... Nawet gdyby rzeczywiście trafiła się taka babina w Promnie, to jednak po co ją opisywać tak... brakuje mi słowa :( "protekcjonalnie" jest za słabe. Rozumiem, że paniczyka z Poznania mogło zaskoczyć tak daleko posunięte fizyczne zaniedbanie, jednak po co opisywać te wszystkie szczegóły? Dla beki? Nastolatki, siedzące we wdzięcznej pozie w maju, czerwcu i lipcu, a nawet sierpniu będą się z tego śmiały długo i serdecznie?

        A ten usmarowany otworek to Twoja, Bupu, uwaga, czy to było w tekście?
        >
        > Ta babina nie z pociągu wysiadła (panie Boże prowadź?), tylko prosto z dzieł Re
        > ymonta. No i te jajka w gazecie, kuriozum nie z tej ziemi. Toż nie jaja się owi
        > ja, tylko koszyk się mości, można i zmiętą w kule gazetą, poza tym w roku pansk
        > im 2013 do Wielkopolski zdążył dotrzeć wiekopomny wynalazek wytłaczanek. Tak, n
        > awet na wieś.

        Ja się zastanawiam, skąd oni wzięli gazetę papierową w wystarczającej ilości. Fakt, mieszkam w Wawie, fakt, akcja działa się dobrą dekadę temu, ale wciąż nie wiem. Jakiś Goniec Gminny? Pamiętam, jak parę lat temu, należało córce do jakiejś plastyki czy czegokolwiek w tym stylu, gazety zorganizować, to pogłupiałam i naprawdę nie wiedziałam skąd.


        To raz.
        >
        > Dwa, wozić jaja koszami (zatem swojskie zapewne) z miasta/przedmieść na wieś je
        > st nader dziwnym pomysłem. Pamiętacie, ten pociag szedł z Poznania, przed Promn
        > em stając w kilku podmiejskich miejscowościach.

        Ostatecznie, to kobieta mogła wsiąść do pociągu w Kobylnicy lub Biskupicach Wlkp., bo tam mieszkała i stamtąd wiozła dary gospodarskie do Promna, gdzie z kolei mieszkała jej jeszcze gorzej sytuowana krewna.
        >
        > Trzy, czemuż ta babina taka turpistyczna, bezzębna, zrogowaciała i żylasta? A,
        > i pomarszczona, nie wiem czemu zmarszczki szokują panicza Strybe, Miglamce mają
        > jakieś inne zmarszczki? I gdzie to się panicz uchował, że człowieka bez zębów
        > wcześnie nie widział?

        Widział, nie widział, nie rozumiem po co to opisywać. Charakterystyka postaci, jak w Innym Świecie, tylko tam czemuś służyła, a tutaj nie wiem czemu.
        • bupu Re: O rany... 19.01.26, 20:10
          ako17 napisała:

          > bupu napisała:
          >
          >
          > > Ignacy stał przez chwilę, otrząsając się z lekkiego szoku: przez ten krót
          > ki mom
          > > ent zdawkowej konwersacji ukazano mu straszliwą, zapadłą wśród głębokich
          > zmarsz
          > > czek jamę ustną; miał więc
          > > sposobność stwierdzić, że staruszka nie posiada ani jednego zęba. Jak ona
          > się o
          > > dżywia?
          > > Może tylko wysysa jajka? (Przez usmarowany otworek w skorupce???...)[/i]
          >
          > Och... Nawet gdyby rzeczywiście trafiła się taka babina w Promnie, to jednak po
          > co ją opisywać tak... brakuje mi słowa :( "protekcjonalnie" jest za słabe. Roz
          > umiem, że paniczyka z Poznania mogło zaskoczyć tak daleko posunięte fizyczne za
          > niedbanie, jednak po co opisywać te wszystkie szczegóły? Dla beki? Nastolatki,
          > siedzące we wdzięcznej pozie w maju, czerwcu i lipcu, a nawet sierpniu będą się
          > z tego śmiały długo i serdecznie?
          >
          > A ten usmarowany otworek to Twoja, Bupu, uwaga, czy to było w tekście?

          To było w tekście. Rozmyślania panicza Stryby.
          • ako17 Re: O rany... 19.01.26, 20:44
            bupu napisała:


            > > A ten usmarowany otworek to Twoja, Bupu, uwaga, czy to było w tekście?
            >
            > To było w tekście. Rozmyślania panicza Stryby.
            >

            No i po co coś takiego? W tomach wcześniejszych też były zamieszczane kontrasty pomiędzy "naszymi" bohaterami a tłem (choćby pan Maciołka z "pieska żeście obudzili" - sam miód ze skwarkami), ale tak daleko posunięty rozkład naprawdę jest zbędny.
            Czyżby chwiał się inteligencki etos aż tak, że należało go przeciwstawić groteskowemu, prymitywnemu plemieniu?
            Niczym Józefa obrzydłemu Bogatce, co to i głupi był, trunków nadużywał i jeszcze wyglądał jak gad oraz nie odróżniał homara od hormonu?

            Naprawdę, nie dałoby się subtelniej? Współczesne czytelniczki, tak ładnie wyglądające z książką i skrzyneczką do podjadania zamkniętą na rozkoszny haczyk*, subtelniej by nie zrozumiały?

            * Nie mylić z haczykiem rozkoszy. Sorka. Musiałam. Trochę ;)
            • bupu Re: O rany... 19.01.26, 20:49
              ako17 napisała:

              >
              > Naprawdę, nie dałoby się subtelniej?

              Od wielu tomów subtelność to nie jest mocna strona autorki.

              Współczesne czytelniczki, tak ładnie wyglą
              > dające z książką i skrzyneczką do podjadania zamkniętą na rozkoszny haczyk*, su
              > btelniej by nie zrozumiały?

              I beg your pardon? Co to jest skrzyneczka do podjadania?
              • ako17 Re: O rany... 19.01.26, 21:29
                bupu napisała:

                > ako17 napisała:
                >
                > >
                > > Naprawdę, nie dałoby się subtelniej?
                >
                > Od wielu tomów subtelność to nie jest mocna strona autorki.
                >
                > Współczesne czytelniczki, tak ładnie wyglą
                > > dające z książką i skrzyneczką do podjadania zamkniętą na rozkoszny haczy
                > k*, su
                > > btelniej by nie zrozumiały?
                >
                > I beg your pardon? Co to jest skrzyneczka do podjadania?
                >
                forum.gazeta.pl/forum/w,25788,151222432,151222432,O_stylu.html#p151323227
                Nie chce mi się teraz przeglądać tego wątku (w paru innych też coś na ten temat jest), ale słabo pamiętam, że MM gdzieś* napisała o dziewczynie czytającej książkę w ogrodzie w jej maju-sierpniu i pięknie wyglądającą z książką vs dziewczyną oglądającą telewizję i nie wyglądającą z tym dobrze (garbi się, coś tam innego nieładnie robi - jakieś uzasadnienie było).
                Ta czytająca ma jakieś zasoby do podjadania przy tym, zamknięte w skrzynce - ciasteczka? Orzeszki? Pestki?
                To na pewno nie było nic z Jeżycjady. Mogło być z innych, bardziej oficjalnie wykładających poglądy książek MM (Frywolitki, na Jowisza), lub też z KG
                • tt-tka Re: O rany... 19.01.26, 21:35
                  Tzw czytadelko, czyli miejsce/obiekt do czytania, laweczka, ktora jest jednoczesnie skrzyneczka zamykana na rozkoszny haczyk, tak swietnie nadajaca sie do chowania do niej przysmaczkow niezbednych przy czytaniu (wszystkie zdrobnienia i rozkosze MM, nie moje !)

                  to chyba z jej strony, ja poznalam z cytowan na forum, watek O stylu
        • ciotka.scholastyka Re: O rany... 20.01.26, 09:47
          ako17 napisała:


          > Och... Nawet gdyby rzeczywiście trafiła się taka babina w Promnie, to jednak po
          > co ją opisywać tak... brakuje mi słowa :( "protekcjonalnie" jest za słabe. Roz
          > umiem, że paniczyka z Poznania mogło zaskoczyć tak daleko posunięte fizyczne za
          > niedbanie, jednak po co opisywać te wszystkie szczegóły? Dla beki? Nastolatki,
          > siedzące we wdzięcznej pozie w maju, czerwcu i lipcu, a nawet sierpniu będą się
          > z tego śmiały długo i serdecznie?

          Tak! Boże, jakie to było słabe, jakie pogardliwe...



          > Ja się zastanawiam, skąd oni wzięli gazetę papierową w wystarczającej ilości. F
          > akt, mieszkam w Wawie, fakt, akcja działa się dobrą dekadę temu, ale wciąż nie
          > wiem.

          Bez przesady, papierowe gazety nadal można kupić w dużych ilościach, nie każdy, zwłaszcza starsi ludzie, korzystają z wiadomości w Internecie.

          > Ostatecznie, to kobieta mogła wsiąść do pociągu w Kobylnicy lub Biskupicach Wlk
          > p., bo tam mieszkała i stamtąd wiozła dary gospodarskie do Promna, gdzie z kole
          > i mieszkała jej jeszcze gorzej sytuowana krewna.

          Albo dostała te jajka od swojej siostry, bo sama jest biedna. Albo siostra ma dwadziescia doskonale niosących się kur, a sąsiadka babiny, z miasta, co sie pobudowała, lubi takie świeże.
          Właśnie sobie uprzytomniłam, że my czasem dostajemy jajka ze wsi, przywozi je znajoma, która udaje się po nie do sąsiedniej wsi, gdzie jedna facetka ma jajka od kur biegających luzem!

          Tak że tutaj możliwości jest dużo i nie widze powodu do czepiania się.
          • ako17 Re: O rany... 20.01.26, 19:39
            ciotka.scholastyka napisała:


            > > Ja się zastanawiam, skąd oni wzięli gazetę papierową w wystarczającej ilo
            > ści. F
            > > akt, mieszkam w Wawie, fakt, akcja działa się dobrą dekadę temu, ale wcią
            > ż nie
            > > wiem.
            >
            > Bez przesady, papierowe gazety nadal można kupić w dużych ilościach, nie każdy,
            > zwłaszcza starsi ludzie, korzystają z wiadomości w Internecie.

            Pewnie tak :) Po prostu przypomniała mi się sytuacja, gdy żadnych gazet w domu nie było, a były koniecznie potrzebne na jutro rano. Wiecie, "panie" od plastyki czy jak to tam się nazywało, potrafiły wypisywać na librusie w niedzielę wieczorem listę materiałów do przyniesienia na lekcje. A plastyka w poniedziałek rano. Niektórym rodzicom udawało się pognać z rana do marketu i dziecku podrzucić materiały.
            Ale masz rację. Nie twierdzę, że nigdzie gazet po domach nie ma, to ja zapomniałam już domu z gazetami.
    • ako17 Re: O rany... 20.01.26, 20:53
      O rany, rany, jestem niepokonany :)
      No co zrobię, że mi się kojarzy?
    • bupu Re: O rany... 20.01.26, 21:51
      Ludu mój ludu...

      I nic dziwnego. W otwartych drzwiach pokoju tkwił bowiem, jak równo pokryty kurzem socrealistyczny posąg człowieka pracy, kościsty i zaniedbany facet w gumiakach.
      Wpierał się łokciem w futrynę, a wielką pięścią – w swój obrośnięty policzek. Drugą ręką dzierżył drzewce wideł.


      Jakby kto nie pamiętał, jest to pierwsze pojawienie się Menela Renesansu przed oczyma panicza Stryby. Kuriozum w tej scenie to te widły. Nigdy, nigdzie nie widziałam chłopa lezącego do chałupy z widłami w dłoni. Nigdy. O ile nie były to widły od siana, a z obrazka wynika, że nie, miały więcej niż dwa zęby, to z natury rzeczy były dosyć aromatyczne. A babcie w ogóle nie zwróciły na to uwagi, co stanowi kuriozum nr 2.

      Ach, ta ludowa bezpośredniość! – jakże trudna była w odbiorze. Lecz ostatecznie mógł Ignacy domniemywać, że zwracano się do niego w trzeciej osobie, by okazać coś w rodzaju uszanowania.

      IGS naprawdę się zachowuje jak dziewiętnastowieczny panicz co zbłądził pod strzechy. Oraz jakim cudem ten historyk sztuki i miłośnik polszczyzny nie wiedział, że w trzeciej osobie liczby pojedynczej to się mówiło do osób nizszego stanu? Janie, niech Jan nocnik wyniesie?

      Letnicy z Warszawy
      spytali kiedyś, czy to rozsądne, zostawiać pusty dom wśród lasów cały pootwierany i wyjeżdżać sobie na pół dnia do kościoła.
      Babcia spojrzała na nich jak na wariatów. To jest Wielkopolska! A kto by tu kradł, i to przy niedzieli?


      Yyyyyy. Yyyyyy. Nie wiem jak to skomentować.
      • kocynder Re: O rany... 20.01.26, 22:57
        [nieśmiało]
        Bupu, ktoś ci to kazał za karę czytać?

        W kwestii menela renesansu i wideł widzę jedno usprawiedliwienie. Otóż menel renesansu był w stanie bliskim sponiewierania i widły stanowiły element niezbędny dla utrzymani8a postawy w miarę pionowej. Może też o tym świadczyć wspieranie się o futrynę, która z zasady stanowi element nieruchawy i dający w miarę gwarantowany pion. Babki nie zareagowały, gdyż wiedziały, że jeśli zabiorą mu te widły i futrynę menel renesansu malowniczo wyglebi się na ich podłodze i nie ruszą go z miejsca aż wytrzeźwieje, co może zająć sporo czasu, więc wolały nie reagować i udawać że oślepły.
        Panicz historyk ogólnie o historii ma dość nikłe pojęcie. Nie, cytaty łacińskie, nawet prawidłowo akcentowane, nie są równoznaczne ze znajomością historii.
        A ad ostatnie: no jakże to? We Wielkopolsce tak nie jest, że w niedzielę złodzieje na summę lecą podziękować Panu Bogu, że im dał rozum bystry, a pozostałym echo pod czaszką? ;)
        • bupu Re: O rany... 21.01.26, 10:45
          kocynder napisała:

          > [nieśmiało]
          > Bupu, ktoś ci to kazał za karę czytać?

          Nie, po prostu wreszcie zaczęłam zbierać te wszystkie związane z wsią fragmenty, które mie w jestestwo od dawna uwierały.
          • kocynder Re: O rany... 21.01.26, 10:58
            :D
            Za opis wsi Reymont by MM zabił śmiechem. Bo te babiny żylaste i zrogowaciałe, ci menele z widłami, te sierotki w drewnianych trepkach po matuli to jest parodia Lipiec. Czy Lipców? W każdym razie kpina z "jego" wsi.
      • ako17 Re: O rany... 21.01.26, 15:38
        bupu napisała:


        > [i]Letnicy z Warszawy
        > spytali kiedyś, czy to rozsądne, zostawiać pusty dom wśród lasów cały pootwiera
        > ny i wyjeżdżać sobie na pół dnia do kościoła.

        Letnicy z Warszawy w takim miejscu? Serio?
        Żeby nie było - mi do szczęścia na wakacjach jest potrzebne przede wszystkim jezioro.
        Ale warunki takie, jakie udostępniają letnikom Rumiankowe, są po prostu nie do przyjęcia.
        • tt-tka Re: O rany... 21.01.26, 16:32
          ako17 napisała:


          > Letnicy z Warszawy w takim miejscu? Serio?

          Mowa chyba o Idzie i Igstrybie...

          • tt-tka Re: O rany... 21.01.26, 17:54
            Ah, nie, teraz zalapalam te Warszawe :)

            babunie zmyslaja, az sie kurzy
    • bupu Re: O rany... 21.01.26, 12:26
      Wytwornisia w skansenie wsi wielkopolskiej.

      – Nie powinno nas tu być — szepnęła, patrząc na zwiedzających ludzi. – To nieprzyzwoite. Weszliśmy do czyjegoś domu, nieproszeni, wpakowaliśmy się w cudze życie. Oglądamy ich kuchnie, ich naczynia, ich kołyski. Ich intymność. Pod ich nieobecność. Jakim prawem?
      – To jest muzeum.
      – Właśnie. A my sobie zwiedzamy te ich opuszczone domy. I nikt ich nawet nie pożałuje, przecież odeszli po ciężkim życiu, przecież to nie była idylla. Wiek osiemnasty, dziewiętnasty, tak? Pomyśl, co im zafundowała historia.
      – O, myślę o tym – zapewnił ją Ignacy.
      – Tak też dziwnie się czuję, kiedy mieszkam u Tekli. Ona kupiła czyjś biedny, wiejski domek sprzed stu lat i rządzi się tam, rozpycha, i nawet nie pomyśli o poprzednich właścicielach. A przecież oni tam, w jakimś sensie, są. I tutaj są, na pewno, czuję to. Wstyd mi. Nie mam takiego uczucia zawstydzenia, zwiedzając inne miejsca. Na przykład Muzeum Secesji w Płocku. Zupełnie. Srebra, mahonie, palisandry, koronki, aksamity, szkło Galie. Ale tu...


      Paczcie jaka jezdem fraszlifa, oto co płynie moim zdaniem z tych wypowiedzi Jagniesi. Gdyż albowiem to nie ma sensu za grosz. Owszem, chłopom w naszym pięknym kraju drujko nie było, nawet w bogatej Wielkopolsce (jak paniusia chce zobaczyć prawdziwie ubogą chatę zapraszam na Kielecczyzne albo do dawnej Galicji), ale bogaci to też ludzie, też przeżywali dramaty, chorowali i walczyli z losem. Ta kolebka nad którą się Jagniesia tak bardzo roztkliwia, równie dobrze mogła wykolebać kilka pokoleń bab jak piece i chłopów jak dęby, a w koronkowej pościeli palisandrowej kołyski z pańskiego dworu mogła choroba i śmierć gościć częściej niż życie (tru story, mój wielokrotnie pra-dziadek po ojcowskiej, chłopskiej stronie miał pietnascie dziatek z dwiema żonami, dorosłości dożyło czternaście, jefno umarło zaraz po porodzie razem z pierwszą żoną. Tymczasem cztery razy pra-babka po kądzieli, ze średniej szlachty, połowę dzieci, też ich naście było, pochowała zanim z wieku przedszkolnego wyszły). Z Jagniesi taka odklejona od rzeczywistości Dobra Pani, wzruszająca się niedolą prostego ludu wylazła, jaże mną trząchło.
      • tajna_kryjowka_pyziaka Re: O rany... 21.01.26, 14:42
        bupu napisała:

        > Wytwornisia w skansenie wsi wielkopolskiej.
        >
        > – Nie powinno nas tu być — szepnęła, patrząc na zwiedzających ludzi. – To ni
        > eprzyzwoite. Weszliśmy do czyjegoś domu, nieproszeni, wpakowaliśmy się w cudze
        > życie. Oglądamy ich kuchnie, ich naczynia, ich kołyski. Ich intymność. Pod ich
        > nieobecność. Jakim prawem?

        Takim, jakim ty, Agniesiu, przywdziałaś cudzy szlafrok i zaczęłaś sprzątać dom Borejków.

        > (...)
        > – Tak też dziwnie się czuję, kiedy mieszkam u Tekli. Ona kupiła czyjś biedny, w
        > iejski domek sprzed stu lat i rządzi się tam, rozpycha, i nawet nie pomyśli o p
        > oprzednich właścicielach. A przecież oni tam, w jakimś sensie, są. I tutaj są,
        > na pewno, czuję to. (...)

        >

        Ale od Borejków jakoś nikt nie wymaga, by okazywali szacunek poprzedniej właścicielce swego domu, niejakiej Gizeli.

        Ad agnieszkum, zgadzam się z bupu, sztuczne i pretensjonalne to agusine dobre serduszko, nie da się tego traktować poważnie. Ciekawe cóż nasza Dobra Pani miała na myśli, mówiąc, że Tekla rządzi się i rozpycha. Że nie miała prawa posprzątać i wyremontować domu (który jej uczciwie odsprzedano), żeby dało się w nim żyć? I na czym ma polegać to chwalebne "myślenie o poprzednich właścicielach"? Świeczkę im ma zapalić w ogródku? Zostawić wszystko jak było przed wprowadzką, łącznie z ewentualną pleśnią i karaluchami, żeby tym biednym duszyczkom dobrze się tam straszyło?
        • bupu Re: O rany... 21.01.26, 15:07
          tajna_kryjowka_pyziaka napisała:

          > Ad agnieszkum, zgadzam się z bupu, sztuczne i pretensjonalne to agusine dobre s
          > erduszko, nie da się tego traktować poważnie. Ciekawe cóż nasza Dobra Pani mia
          > ła na myśli, mówiąc, że Tekla rządzi się i rozpycha. Że nie miała prawa posprzą
          > tać i wyremontować domu (który jej uczciwie odsprzedano), żeby dało się w nim żyć?

          Skoro Tekla się rządzi i rozpycha, to co mówić o drr brr Idusi, która chlapie na turkusowo klepisko w niewątpliwie chłopskim domostwem będącej Ruince? Czy Udusi wolno, bo ona z domu Borejko? A może rozpychać się nie wypada tylko w architekturze drewnianej, a w ceglanej już można?
      • kocynder Re: O rany... 21.01.26, 15:13
        Po pierwsze primo: strasznie trąci mi to hipokryzją - subtelna yntylygentka Agulinka ciućka, że ogląda czyjeś naczynia, kołyski - a równocześnie sama swoje wytworne ciałko odziewa w CUDZY i noszony kitelek...
        Po drugie primo: strasznie trąci mi to moralnością Kalego - ta Teresa co się rozpycha w KUPIONYM przez siebie domku jest fuja bo nie łzawi na myśl o poprzednich właścicielach chałupy (których poza transakcją zakupu zapewne wcale nie znała), ale Borejklan, tarzający się w chałupie otrzymanej od piastunki i opiekunki Milicji i mający tąże piastunkę i opiekunkę w... Czasoprzestrzeni kosmicznej jest szlachetny do wyrzygu.
        A po trzecie primo: tak, życie chłopstwa radosnym nadmiernie nie było, choć też wiele zależy zarówno od czasów, jak i od terenów, al także i tego, do kogo ziemia należała (tak, byli tacy, co traktowali chłopów jak masę niemalże niewolniczą, ale byli i tacy, którzy starali się w miarę możliwości ich los poprawić. A śmiertelność niemowląt/dzieci była cholernie wysoka i kompletnie niezależna od statusu, urodzenia czy majątku, co nie jest wiedzą wybitnie specjalizacyjną i dostępną nielicznym jednostkom...
      • przymrozki Re: O rany... 21.01.26, 18:39
        bupu napisała:

        > – Nie powinno nas tu być — szepnęła, patrząc na zwiedzających ludzi. – To ni
        > eprzyzwoite. Weszliśmy do czyjegoś domu, nieproszeni, wpakowaliśmy się w cudze
        > życie. Oglądamy ich kuchnie, ich naczynia, ich kołyski. Ich intymność. Pod ich
        > nieobecność. Jakim prawem?
        > – To jest muzeum.
        > – Właśnie. A my sobie zwiedzamy te ich opuszczone domy. I nikt ich nawet nie po
        > żałuje, przecież odeszli po ciężkim życiu, przecież to nie była idylla. Wiek os
        > iemnasty, dziewiętnasty, tak? Pomyśl, co im zafundowała historia.
        > – O, myślę o tym – zapewnił ją Ignacy.
        > – Tak też dziwnie się czuję, kiedy mieszkam u Tekli. Ona kupiła czyjś biedny, w
        > iejski domek sprzed stu lat i rządzi się tam, rozpycha, i nawet nie pomyśli o p
        > oprzednich właścicielach. A przecież oni tam, w jakimś sensie, są. I tutaj są,
        > na pewno, czuję to. Wstyd mi. Nie mam takiego uczucia zawstydzenia, zwiedzając
        > inne miejsca. Na przykład Muzeum Secesji w Płocku. Zupełnie. Srebra, mahonie, p
        > alisandry, koronki, aksamity, szkło Galie. Ale tu...


        Hahahahahahahahaha. Ha.

        Po pierwsze, Aga popełnia poważny błąd rzeczowy - chaty w skansenach to nie są żadne opuszczone domostwa ludzi wygnanych przez wiatry historii, tylko uatrakcyjniona na potrzeby współczesnego widza rekonstrukcja poskładana z autentycznych zabytków (z różnych domów i z różnych czasów) i późniejszej, w tym współczesnej, sztuki ludowej inspirowanej zabytkami. Równie autentyczne przeżycia nasza "fraszlifa" jak nenufar Aga mogłaby mieć kładąc serwetkę z Cepelii na kredens ze sklepu z antykami pełen współczesnego Bolesławca i słomianych zabawek ręcznie dzierganych przez koło miłośników lokalnej historii.

        Po drugie, jak drogiej Adze i jej nenufarzej "fraszlifości" urąga gościna u Tekli, to zapraszam won. Niech sobie Aga za swoje kupi i urządzi dom bez historii postawiony w miejscu, w którym nie działa się historia (powodzenia w poszukiwaniach, droga Agnieszko, która dziś kupuje dynie w miejscu, po którym wojny, zarazy, wypadki i nieszczęścia świata feudalnego przechodziły wte i wewte jak chciały). Poza tym po co szukać daleko, Agnieszka mogła nie słyszeć o tym, jak Borejkowie potraktowali Gizelę, ale coś jej się musiało obić o uszy, jak żyło się niezamożnym mieszczanom, w tym służbie domowej, na początku XX wieku w kamienicach takich jak Roosevelta 5. Ale na Roosvelta jakoś się Agnieszka nie wstydzi.
      • minerwamcg Re: O rany... 05.02.26, 17:23
        Że już nie wspomnę o takim drobiazgu, że w skansenie to na ogół nie jest czyjeś gospodarstwo domowe przeniesione 1:1, to jest rekonstrukcja. To jest chałupa z Dulczy z oborą z Wólki, a w niej łóżka Cabajów z poduszkami haftowanymi przez starą Kokoszkową, jedne z końca XIX wieku, drugie z lat 30. XX. Stół jest z chałupy Pachoła a nakrycie po Bardanach. Wszystko dobrane tak, żeby było z podobnego czasu i miejsca, ale nikt rzeczywisty w tym komplecie nie mieszkał. Kołyska od Sasa a pościel w niej od Lasa, każde ze swoją własną, nie wspólną historią.
        • tt-tka Re: O rany... 05.02.26, 17:41
          Ty to wiesz, my to wiemy. Ale Wrazliwa najwyrazniej nie wie. Bo nie smiem insynuowac, ze nie wie tego MM...
    • bupu Re: O rany... 02.02.26, 23:23
      Dziś Sprężynowo.

      Znalazłszy się z całym majdanem na podeście czwartego piętra, ukłonili się równocześnie i nie chcieli nawet słuchać podziękowań. Jednak Paweł, ten mniej wymowny, przemówił: - Miło nam było pomóc.
      A Piotrek: - Pani siostra nam też pomagała.
      - Tak? A która z nich? - zdziwiła się Ida, na co bliźniacy jednym głosem odparli, że Gabriela. Dawała im masywne korepetycje z łaciny i nie chciała słyszeć o zapłacie.
      Tylko dzięki niej wyszli nareszcie na prostą, która wyprowadziła ich z murów szkolnych.


      Eee... Żeromskie chodziły do liceum w latach 2005-08, kiedy łacinę powszechnie wycinano ze szkół. Ponieważ w liceum wprowadzono dwa obowiązkowe języki nowożytne, łacina, tam gdzie ocalała, występowała jako przedmiot dodatkowy. Nie grożący zawaleniem szkoły.

      - Dobrze się czuję - odpowiedziała raźno Gabriela.

      Tuż po operacji drutowania szczęki. Szwarcegrzywka, panie tego.

      Instrukcje, rzecz jasna, były zbędne, jej ojciec bowiem w historii swego życia miał całkiem liczne, udane epizody w roli baby-sitter. Doglądał nie tylko własnych czterech córek, lecz i - okazjonalnie - sporej liczby wnucząt, a nawet, przez krótkiczas, jedynej prawnuczki. Dawkowanie proszku mlecznego, sterylizowanie butelek i zmienianie pampersów, ba!
      - niegdyś nawet pieluch z tetry, te działania miał, ex necessitate , w małym palcu.


      Przepraszam, ale że co? Kiedy Miglanc się zajmował którymkolwiek z dzieci? Kiedy te pieluchy przewijał?
      • tajna_kryjowka_pyziaka Re: O rany... 02.02.26, 23:35
        bupu napisała:

        > Dziś Sprężynowo.
        >
        > Znalazłszy się z całym majdanem na podeście czwartego piętra, ukłonili się r
        > ównocześnie i nie chcieli nawet słuchać podziękowań. Jednak Paweł, ten mniej wy
        > mowny, przemówił: - Miło nam było pomóc.
        > A Piotrek: - Pani siostra nam też pomagała.
        > - Tak? A która z nich? - zdziwiła się Ida, na co bliźniacy jednym głosem odparl
        > i, że Gabriela. Dawała im masywne korepetycje z łaciny i nie chciała słyszeć o
        > zapłacie.
        > Tylko dzięki niej wyszli nareszcie na prostą, która wyprowadziła ich z murów sz
        > kolnych.

        >

        Łomatulu, to brzmi jakby oni wcześniej byli jakimiś patusami, których Święta Jeżycka sprowadziła na dobrą drogę. A chodziło tylko o poprawę ocen z jednego przedmiotu (którego niezdanie i tak niczym nie groziło, jak wyżej wykazała bupu)! 🫨😵‍💫
      • kocynder Re: O rany... 02.02.26, 23:50
        "Żeromskie chodziły do liceum w latach 2005-08, kiedy łacinę powszechnie wycinano ze szkół. Ponieważ w liceum wprowadzono dwa obowiązkowe języki nowożytne, łacina, tam gdzie ocalała, występowała jako przedmiot dodatkowy."
        Powiem więcej: już w latach '90 łacinę ostrym kopem z liceów odprawiano - w latach tych bowiem ('90) do liceum uczęszczałam sama, uczęszczało moje rodzeństwo oraz liczne koleżanki i koledzy. No i otóż: łacinę miały licea profilowane o konkretnym profilu (np. medyczne), w biol-chemie, w "romanie" (klasa o profilu francusko - włoskim - było takie coś w jednym z liceów w moim mieście), w plastyku, ale tylko klasy konserwatorskie i archeo. Cała reszta, ogólniaki, technika itp - miała angielski, niemiecki. Łacinę tylko jeśli była klasa z lektoratem (n biol - chem) i zebrała się grupa chętnych, to jako dodatkowy.
        I tak mnie męczy potwornie, jak kac po dwóch tygodniach ciągu alkoholowego: jakim cudem Głąba była w stanie z korepetycji łacińskich utrzymać siebie i dwie córki? A wcześniej z tłumaczeń?! Łacińskich! No, na litość... Gdyby jej dopisano francuski. No, ok, mogła dorabiać tłumacząc prywatnym ludziom listy nie wymagające pieczątki tłumacza przysięgłego, tłumaczyć artykuły z "Vogue" czy tam ELLE. Ale łacina?
      • tt-tka Re: O rany... 03.02.26, 12:08
        bupu napisała:

        >
        > Eee... Żeromskie chodziły do liceum w latach 2005-08, kiedy łacinę powszechnie
        > wycinano ze szkół. Ponieważ w liceum wprowadzono dwa obowiązkowe języki nowożyt
        > ne, łacina, tam gdzie ocalała, występowała jako przedmiot dodatkowy. Nie grożąc
        > y zawaleniem szkoły.


        Miedzy nami mowiac, dwa nowozytne obowiazywaly juz wtedy, gdy ja chodzilam do licem, czyli w latach 70-tych - rosyjski i ktorys zachodni. Lacine w ogolniaku miala zawsze humana i czesto biol-chem jako obowiazkowy, mat-fiz nie, nawet jako dodatkowy.

        Ale oczywiscie jakzeby Zeromscy, synowie dwojga zaradnych i pomyslowych ludzi, mogli skonczyc liceum i wyjsc na prosta bez gabona !!!



        > Instrukcje, rzecz jasna, były zbędne, jej ojciec bowiem w historii swego życ
        > ia miał całkiem liczne, udane epizody w roli baby-sitter. Doglądał nie tylko wł
        > asnych czterech córek, lecz i - okazjonalnie - sporej liczby wnucząt, a nawet,
        > przez krótkiczas, jedynej prawnuczki. Dawkowanie proszku mlecznego, sterylizowa
        > nie butelek i zmienianie pampersów, ba!
        > - niegdyś nawet pieluch z tetry, te działania miał, ex necessitate , w małym pa
        > lcu.



        Tak, widzielismy to, prawda ? jak dogladal swoich czterech corek, gdy matka trafila do szpitala, jak zajmowal sie prawnuczka ochrzaniajac jej ojca i matke, bijacymi sie wnukami, wnuczka z zassanym kieliszkiem, wiecznie ulewajacym wnukiem, obdarowanym w wieku bodaj osmiu miesiecy portrecikiem Mozarta w metalowej ramce... w kazdej z tych sytuacji Ygnac stanal na wysokosci zadania !

        ja rozumiem, ze Ygnac moze miec daleko posunieta skleroze i szajba mu odbija, ale MM piszac to nie byla w wieku, ktory usprawiedliwial by taka odklejke
        • bupu Re: O rany... 03.02.26, 12:45
          tt-tka napisała:

          > wiecznie ulewajacym wnukiem
          > , obdarowanym w wieku bodaj osmiu miesiecy portrecikiem Mozarta w metalowej ram
          > ce...

          Cycerona. Mozarta Larwa wieszała nad pianinem w Tojtoju Mdłości.

          w kazdej z tych sytuacji Ygnac stanal na wysokosci zadania !

          Czy to samolot? Czy to ptak? NIE! To SuperDziad!


          > ja rozumiem, ze Ygnac moze miec daleko posunieta skleroze i szajba mu odbija,

          Ignac i bez sklerozy miał wysice zawyżone mniemanie o sobie.
        • ako17 Re: O rany... 03.02.26, 14:39
          tt-tka napisała:

          > bupu napisała:
          >
          > >
          > > Eee... Żeromskie chodziły do liceum w latach 2005-08, kiedy łacinę powsze
          > chnie
          > > wycinano ze szkół. Ponieważ w liceum wprowadzono dwa obowiązkowe języki n
          > owożyt
          > > ne, łacina, tam gdzie ocalała, występowała jako przedmiot dodatkowy. Nie
          > grożąc
          > > y zawaleniem szkoły.
          >
          >
          > Miedzy nami mowiac, dwa nowozytne obowiazywaly juz wtedy, gdy ja chodzilam do l
          > icem, czyli w latach 70-tych - rosyjski i ktorys zachodni. Lacine w ogolniaku m
          > iala zawsze humana i czesto biol-chem jako obowiazkowy, mat-fiz nie, nawet jako
          > dodatkowy.

          Ja pamiętam, że w drugiej połowie lat 80-tych w LO (profil ogólny) miałam jakąś łacinę, ale chyba była nieobowiązkowa i zdaje się, że olałam temat całkowicie. Coś tam wiem, że było (pamiętam "Rosa pulchra est" i absolutnie nic więcej - jeśli napisałam błędnie, to sorry), ale jak długo to trwało i jaki był status tego przedmiotu, to nie pomnę.
          Ewentualnie mogę sobie wyobrażać, że ktoś chodzi na korki z łaciny, żeby sobie średnią podbić, trudno mi natomiast przyjąć na wiarę, że bez korków z łaciny ktoś mógłby mieć trudności ze skończeniem szkoły średniej.
          Nie był to w końcu język wykładowy, na litość!
          >
          > Ale oczywiscie jakzeby Zeromscy, synowie dwojga zaradnych i pomyslowych ludzi,
          > mogli skonczyc liceum i wyjsc na prosta bez gabona !!!

          No jakżeby inaczej? Musi Gabon swe piętno odcisnąć na każdym, kto się z nią zetknął w życiu.

          >
          >
          > Tak, widzielismy to, prawda ? jak dogladal swoich czterech corek, gdy matka tra
          > fila do szpitala, jak zajmowal sie prawnuczka ochrzaniajac jej ojca i matke, bi
          > jacymi sie wnukami, wnuczka z zassanym kieliszkiem, wiecznie ulewajacym wnukiem
          > , obdarowanym w wieku bodaj osmiu miesiecy portrecikiem Mozarta w metalowej ram
          > ce... w kazdej z tych sytuacji Ygnac stanal na wysokosci zadania !

          A przepraszam! Ulewającemu wnukowi powiększył otwór. W smoczku. I nikt wcześniej, łącznie z rodzicami-medykami na to nie wpadł! Widzicie, co znaczy klasyczne wykształcenie?
      • przymrozki Re: O rany... 03.02.26, 18:06
        bupu napisała:

        > Eee... Żeromskie chodziły do liceum w latach 2005-08, kiedy łacinę powszechnie
        > wycinano ze szkół. Ponieważ w liceum wprowadzono dwa obowiązkowe języki nowożyt
        > ne, łacina, tam gdzie ocalała, występowała jako przedmiot dodatkowy. Nie grożąc
        > y zawaleniem szkoły.

        Chodziłam do szkoły w podobnym czasie i łacina bywała przedmiotem obowiązkowym (nie jako trzeci język obcy) w klasach humanistycznych w lepszych liceach. Przy czym była to godzina dziennie przez rok góra dwa, bardziej w formie przygotowania do erudycyjnych popisów w przyszłości niż przedmiot, z którego można było być naprawdę zagrożonym.

        A bracia Żeromscy zdaje się nie chodzili do tej samej szkoły. Prawdopodobieństwo, że obaj w identycznym wieku lat szesnastu trafili do klasy, w której łacina jest obowiązkowa i na dodatek wykłada ją jakaś wymagająca siekiera, oceniam na bliskie zeru.
        • ako17 Re: O rany... 03.02.26, 19:58
          przymrozki napisała:


          >
          > A bracia Żeromscy zdaje się nie chodzili do tej samej szkoły. Prawdopodobieństw
          > o, że obaj w identycznym wieku lat szesnastu trafili do klasy, w której łacina
          > jest obowiązkowa i na dodatek wykłada ją jakaś wymagająca siekiera, oceniam na
          > bliskie zeru.

          Mogła, ostatecznie, wykładać łacinę w szkołach obu Żeromskich ta sama wymagająca siekiera.
          Może za dużo łacińskich siekier wtedy w liceach poznańskich nie było, bo i łaciny w tych liceach nie było za dużo, zwłaszcza obowiązkowej. Może jedna mogła obskoczyć "rejon" czy jak tam oni się dzielili, a może, wobec naprawdę niewielkiego zapotrzebowania "rynkowego", ta jedna siekiera latała po CAŁYM Poznaniu?
          Ot, tajemnica ;)
    • briar_rose Re: O rany... 03.02.26, 22:57
      O, a ja właśnie na bazie wątku, gdzie padł cytat o Mili i braku prawdziwych teatrów chciałam założyć temat o zdaniach doprowadzających nas do wściekłości :D Ale skoro już mamy, to nie muszę i zamieszczam tutaj ten, który doprowadza mnie do białej gorączki!

      Ida o zumbie:

      Ach, prawda. Nowa zbiorowa iluzja. A zawsze mówię, uważajcie, co jecie! To nie, nikt mnie nie słucha. Kobiety najpierw opychają się chałwą, zagryzają tłustą kiełbasą, zapijają likierem, a dopiero potem myślą. W efekcie muszą sporo zapłacić, żeby wolno im było się publicznie rozebrać, wymachiwać rękami i trząść tym wszystkim na komendę, skacząc w takt ogłuszającej…

      Idusiu kochana, sama zapychasz się pierogami z mięsem...

      Ida z tą jej nienawiścią do ludzkiego ciała, z tą ciągłą słowną agresją, jako człowiek naprawdę potrzebuje solidnej terapii. Nie wiem, jak ona łączy jednocześnie obsesyjny kult chudości i niechęć do sportu, zachwalając przy tym tłuste, niezdrowe jedzenie? Z takim zachowaniem powinna być czarnym charakterem tej książki! Straszne chamidło, jad się z niej aż ulewa.
      • tt-tka Re: O rany... 04.02.26, 00:03
        To jest to, co ludowe porzekadlo okresla jako "na starosc z brodawki rog wyrasta" - czlowiek ze smuklego staje sie koscisty, ze zorganizowanego pedantyczny, z lagodnej ironistki wyrasta Kostucha Milicja.. tyle ze Ida w CZ ma ilez to latek, dzizas, PIECDZIESIAT DWA i ani grosza wiecej !
        moze Borejkowny jak ten portret Doriana, nie szpetnieja i nie starzeja sie na twarzach, tylko wszystko im idzie w charakter ?
        • mackakisa Re: O rany... 04.02.26, 09:38
          tt-tka napisała:

          > To jest to, co ludowe porzekadlo okresla jako "na starosc z brodawki rog wyrast
          > a" - czlowiek ze smuklego staje sie koscisty, ze zorganizowanego pedantyczny, z
          > lagodnej ironistki wyrasta Kostucha Milicja.. tyle ze Ida w CZ ma ilez to late
          > k, dzizas, PIECDZIESIAT DWA i ani grosza wiecej !
          > moze Borejkowny jak ten portret Doriana, nie szpetnieja i nie starzeja sie na t
          > warzach, tylko wszystko im idzie w charakter ?
          >
          A ja to w sumie Idzie współczuję - to musi być straszne, nie móc się cieszyć jedzenie, które przecież jest nie tylko paliwem dla organizmu, ale na też być przyjemnością. Wiadomo, nie chodzi o to, żeby się do nieprzytomności opychać, ale jeśli ktoś nie umie bez chamskich myśli względem siebie lub innych zjeść/ patrzeć jak ktoś zjada kawałek chałwy, szynkę, czekoladę, kanapkę z majonezem/ wstaw dowolne/ to codzienność takiej osoby musi być koszmarna.
          Ile energii musi taki człowiek tracić.
          • tt-tka Re: O rany... 04.02.26, 09:49
            Ja nie wspolczuje, moze dlatego, ze znalam taka osobe w realu :)
            Ida jako "bedac niemloda lekarka" ma odpowiednia wiedze i mozliwosci, by cos z tym zrobic. Nie chce, jej wybor. Gorzej z tym, ze konsekwencje nie tylko jej, ale i wszystkich z jej otoczenia...
            • mackakisa Re: O rany... 04.02.26, 09:56
              tt-tka napisała:

              > Ja nie wspolczuje, moze dlatego, ze znalam taka osobe w realu :)
              > Ida jako "bedac niemloda lekarka" ma odpowiednia wiedze i mozliwosci, by cos z
              > tym zrobic. Nie chce, jej wybor. Gorzej z tym, ze konsekwencje nie tylko jej, a
              > le i wszystkich z jej otoczenia...
              >
              Też miałam pecha mieć z taką osobą do czynienia i początkowo gryzłam się w język, gdy ochrzaniała mnie, za to że u mnie w domu na Wielkanoc jest żurek ale nie ma mazurka (bo żurek za ciężki, ale mazurek z kremem już nie😆), ale potem uznałam że szkoda mi kogoś takiego, bo ma ciężkie życie.
              A że Ida powinna coś z tym zrobić, to swoją drogą- problem w tym że ona chyba uważa się za ideał w tym zakresie.
          • bupu Re: O rany... 04.02.26, 10:14
            mackakisa napisał(a):

            >
            > A ja to w sumie Idzie współczuję - to musi być straszne, nie móc się cieszyć je
            > dzenie, które przecież jest nie tylko paliwem dla organizmu, ale na też być prz
            > yjemnością. Wiadomo, nie chodzi o to, żeby się do nieprzytomności opychać, ale
            > jeśli ktoś nie umie bez chamskich myśli względem siebie lub innych zjeść/ patrz
            > eć jak ktoś zjada kawałek chałwy, szynkę, czekoladę, kanapkę z majonezem/ wstaw
            > dowolne/ to codzienność takiej osoby musi być koszmarna.

            Nie współczuj. Idzie chamstwo odpala się nader wybiórczo. Sama pożera tłustości bez mrugnięcia okiem, dzieciom podaje na kolację lody i stołuje je u karmiących tlusto i mącznie dziadków. Agresywne chamstwo uruchamia tylko wobec innych i to z reguły tych, których moze sponiewierać bezkarnie.
            • briar_rose Re: O rany... 04.02.26, 21:57
              bupu napisała:

              > Agresywne chamstwo uruchamia tylko wobec innych i
              to z reguły tych, których moze sponiewierać bezkarnie.

              Słuszna uwaga. Ida choćby Gabie nie podskoczy, Pulpie też rzadziej, bo zostanie zaraz usadzona i zwyzywana od pawianów. Ale wobec słabszych czy młodszego pokolenia się nie krępuje. Smutne, że osoba, która swego czasu sama cierpiała z powodu nieatrakcyjności ma tak niewiele zrozumienia dla kompleksów innych.

              – Ciociu, a czy ja mam o parę kilo za dużo? – zapytała wbrew swej woli biedna ekstrawertyczka, w zasadzie, niestety, pewna odpowiedzi. (Doktor Ida Pałys miała wieloletnią już obsesję na temat beztłuszczowej figury i takiegoż odżywiania).
              Tak! – padł oczywiście bezlitosny wyrok. – Jak każdy zresztą.


              Gdyby chociaż tam ktoś ją zgasił za to czepianie się ludzi... To wyższa szkoła jazdy – sprawić, że postać, której autor nie szczędzi superlatyw, jawi się czytelnikowi jako odrażające indywiduum.
              • mackakisa Re: O rany... 04.02.26, 22:54
                briar_rose napisał(a):

                > bupu napisała:
                >
                > > Agresywne chamstwo uruchamia tylko wobec innych i
                > to z reguły tych, których moze sponiewierać bezkarnie.
                >
                > Słuszna uwaga. Ida choćby Gabie nie podskoczy, Pulpie też rzadziej, bo zostanie
                > zaraz usadzona i zwyzywana od pawianów. Ale wobec słabszych czy młodszego poko
                > lenia się nie krępuje. Smutne, że osoba, która swego czasu sama cierpiała z pow
                > odu nieatrakcyjności ma tak niewiele zrozumienia dla kompleksów innych.
                >
                > [i]– Ciociu, a czy ja mam o parę kilo za dużo? – zapytała wbrew swej woli biedn
                > a ekstrawertyczka, w zasadzie, niestety, pewna odpowiedzi. (Doktor Ida Pałys mi
                > ała wieloletnią już obsesję na temat beztłuszczowej figury i takiegoż odżywiani
                > a).
                > – Tak! – padł oczywiście bezlitosny wyrok. – Jak każdy zresztą.[/
                > i]
                >
                > Zaraz zaraz… czy to znaczy, że nasza Święta Jeżycka też ma parę kilo za dużo?
                W sumie ciekawe, czy tam ktoś z młodszego pokolenia by się nie certoił i Idę objechał od góry do dołu… hmm… może Bella, jakby jej dać okazję?
                • tt-tka Re: O rany... 04.02.26, 22:59
                  Elka na pewno :)
                  Bella pewnie tez
                  • mackakisa Re: O rany... 05.02.26, 09:23
                    tt-tka napisała:

                    > Elka na pewno :)
                    > Bella pewnie tez
                    >
                    Owszem. Aż się prosi, żeby Pulpa nastawiła Norę i Anię „Dziewczynki, jak ciotka robi jakąkolwiek uwagę o czyjejś figurze, wadze, twardo mówicie, że jest chamska, usadzajcie”. Oczywiscie Pulpa też się dołożyć. Ciekawe ile takich ochrzanów Idusia by wytrzymała?
    • bupu Re: O rany... 05.02.26, 10:32
      WdO, turboromans Józworotkow. Gorsze, to jest gorsze niż mniemałam. Jakimś cudem do tej pory omijałam ten fragment:

      – Kto wie – mruknął Józek, wprawnie wyprzedzając TIR-a. – Ja to dopiero miałem numer. Niesamowity. To się nie zdarza. Po prostu wpadłem na kogoś, kto mi się śnił.
      – A co w tym niesamowitego? Zwykła rzecz, sny często nam reprodukują wrażenia z całego dnia. Jak za długo w nocy siedzę nad pracami studentów, to potem jeszcze do rana je w kółko poprawiam i podkreślam błędy.
      – Tak, ale ja tej... osoby... przedtem nigdy nie widziałem. Nigdy. A śniła mi się. I dopiero potem ją spotkałem.
      – Coś ty! Raczej niemożliwe. Dorobiłeś sobie wszystko post factum1, człowiek czasem ma takie skłonności.
      – Nie ja! Wiem, co mówię. Nic sobie nie dorabiałem, nie jestem taki. Śniła mi się, a dopiero dwa dni potem ją spotkałem w realu.
      – I myślałeś, że to sen! – zadowcipkowała Gabriela. Józek nie podjął jej tonu.
      – Nie – powiedział poważnie. – Od razu wiedziałem, że to jest naprawdę. Wiesz. Naprawdę.


      Jerum pajtasz...
      • przymrozki Re: O rany... 05.02.26, 10:42
        bupu napisała:

        > – Coś ty! Raczej niemożliwe. Dorobiłeś sobie wszystko post factum1, człowiek cz
        > asem ma takie skłonności.
        > – Nie ja! Wiem, co mówię. Nic sobie nie dorabiałem, nie jestem taki.


        A to też ładne. Może inni, może baby i miągwy mają jakieś psychologiczne mechanizmy adaptacyjne, ale nie Józek, nie on.

        On pewnie nawet okrężnicy nie ma, bo nie jest taki.
        • tt-tka Re: O rany... 05.02.26, 10:56
          Nie jest taki, tylko inny. I nie jest winny, tylko inny :P

          Marzyl o dziewczynie takiej jak ukochana ciotunia, to i wysnil. A potem spotkal. Nie zauwazylas balwochwalstwa swego siostrzenca, Gabuniu ?
          • mackakisa Re: O rany... 05.02.26, 14:32
            tt-tka napisała:

            > Nie jest taki, tylko inny. I nie jest winny, tylko inny :P
            >
            > Marzyl o dziewczynie takiej jak ukochana ciotunia, to i wysnil. A potem spotkal
            > . Nie zauwazylas balwochwalstwa swego siostrzenca, Gabuniu ?
            >
            W mojej głowie rozbrzmiał Zucha „Dzisiaj nagle wymyśliłem Ciebie!”
            Swoją drogą, na miejscu Józka, przestraszyłabym się, gdybym spotkała na żywo osobę wyśnioną. Poważnie.
      • 3piota Re: O rany... 05.02.26, 21:40
        bupu napisała:

        > – A co w tym niesamowitego? Zwykła rzecz, sny często nam reprodukują wrażenia z
        > całego dnia. Jak za długo w nocy siedzę nad pracami studentów, to potem jeszcze
        > do rana je w kółko poprawiam i podkreślam błędy.


        - Witia! Coż ty taki nienapasiony, a? Sto razy mówił, że masz nienawidzić to Kargulowe plemię.
        - Ale tato. Jak się napatrzę, tak dobrze i w nocy się przyśni, to jej tak nienawidzę, że strach!

        Tak mi samo w klawiaturę weszło...
    • bupu Re: O rany... 23.02.26, 10:57
      Ciotka Zgryzotka, slub Józeworotków.

      Wbrew utajonym obawom Idy, które tej bezsennej nocy zabarwiły grozą jej koszmary i przeczucia, Jacek Tanaka okazał się wysokim, szczupłym, uśmiechniętym i ewidentnie przystojnym młodym dżentelmenem. Spoglądał bystro i mówił do rzeczy, zaś maniery miał absolutnie bez zarzutu.

      Pytanie dnia: czegóż to obawiała się Ida? Samuraja półtora metra wzrostu, w pełnym rynsztunku bojowym, toczącego wkoło morderczym spojrzeniem i wydającego z siebie gniewne ryki? Czy mianowicie czego?

      Druhna panny młodej, Łusia (wprost śliczna dzisiaj w swej powiewnej oliwkowej sukience z
      przypiętą na ramieniu żółtą różą), uprzytomniła matce, że pan młody zobaczy pannę młodą dopiero
      w kościele, bo dojedzie tam z Poznania. Przywiezie go Róża, która osobiście wyprasowała mu dziś niedoprasowaną przez niego (z nerwów) białą koszulę, spodnie od garnituru i zmięty jakimś
      cudem jedwabny krawat. („Mówiłam!!!” – zakrzyknęła Ida i załamała piegowate dłonie).



      Czym go przywiezie, ta Róża? Latającym dywanem? Wszak na R5 nie został już żaden pojazd. Pałysy, Stryby i Tanaka z Łusią, Anią i Ziutkiem są już na miejscu, IGS ze swoim golfem jest w szpitalu, przy Adze. To czym Róża przywiezie pana młodego?

      – Tym pojedziemy sobie we dwie – powiedziała dumnie Dorota. Podkasała długą suknię, w drugiej ręce trzymając bukiet w tiulowej osłonie, i tak, zwinnie oraz bez trzymanki, wspięła się w swych białych szpilkach na stopień bryczki.

      Godnaż następczyni Gaby rośnie, nie ma jsk utrudniać sobie życie bez potrzeby. A wystarczyło podać bukiet matce,

      Nora, która – wystrojona w swą najlepszą sukienkę koloru poziomki oraz nowiutkie balerinki

      Cheilami mam wrażenie, że autorka nie odróżnia szesnastolatki od sześciolatki.

      Nikt się nie potknął ani nie pomylił, nic nikomu nie upadło, Józef Pałys nie upuścił nawet obrączki

      Nie to, co ten uszaty miągwa, prawdaż.

      Biły dzwony, grzmiały organy, a lud wznosił okrzyki radości

      Nad tym to my się już pastwili, nieprawdaż, ale nie mogę tego znowu nie wywlec. Lud wznosił. Gdy panicz z małżonką wychodzili z kościoła.

      Ostatnim punktem zaimprowizowanego powitania był występ Ignacego Borejki, nestora rodu, który – z nienagannie zawiązaną muszką w grochy, wytworny i ujmujący, jak zwykle w okazjach towarzyskich – wysforował się przed tłum gości i z przejęciem odegrał na swej fletni Pana krótki utwór pod tytułem „Greckie wino”, zasapał się, godnie przyjął aplauz, po czym wygłosił klasycznie zwięzłą mowę, przetykaną stosownymi cytatami. Kiedy zakończył i usłyszał zasłużone brawa, wyciągnął ramię gestem Cezara, zapraszająco wskazując gościom uginające się stoły.

      Pomijam, że akurat moment wejścia orszaku do domu weselnego jest średnio dobry na przemowy (ale to może ze względu na to, że nie znoszę stać więc trzymanie gości w drzwiach (tu metaforycznych) bo ktoś musi palnąć mówke, jakoś nie wydaje mi się stosowne), dlaczego Ignac bawi się w gospodarza w cudzej chałupie?
      • mackakisa Re: O rany... 23.02.26, 12:02
        bupu napisała:

        > Nora, która – wystrojona w swą najlepszą sukienkę koloru poziomki oraz nowiu
        > tkie balerinki

        >
        > Cheilami mam wrażenie, że autorka nie odróżnia szesnastolatki od sześciolatki.
        >
        Tu akurat Norę rozumiem - sama nie mogę nosić szpilek ani w ogóle obcasów, więc baleriny to ratunek przy oficjalnych okazjach. I skoro to było przyjęcie na dworzu, to myślę że Norze było wygodniej na trawie/ gruncie na płaskiej podeszwie, niż innym paniom w obcasach.
        • bupu Re: O rany... 23.02.26, 21:46
          mackakisa napisał(a):

          > bupu napisała:
          >
          > > Nora, która – wystrojona w swą najlepszą sukienkę koloru poziomki oraz
          > nowiu
          > > tkie balerinki

          > >
          > > Cheilami mam wrażenie, że autorka nie odróżnia szesnastolatki od sześciol
          > atki.
          > >
          > Tu akurat Norę rozumiem - sama nie mogę nosić szpilek ani w ogóle obcasów, więc
          > baleriny to ratunek przy oficjalnych okazjach. I skoro to było przyjęcie na dw
          > orzu, to myślę że Norze było wygodniej na trawie/ gruncie na płaskiej podeszwie
          > , niż innym paniom w obcasach.

          Baletek jako takich się nie czepiam, sama naszam, natomiast zestaw łozkosznie rurzowa sukienusia plus balerinki na szesnastolatce? Moja siostrzenica jest od Nory młodsza o parę lat, ale gdy miała lat 16 nikt by jej nie odział w nic slodziasznie różowego bez utraty połowy zębów i zyskania kilku nader intrygujących złamań kości długich, o zwichnieciach i skręceniach nie wspominając. Jej koleżanek takoż.
          • mackakisa Re: O rany... 24.02.26, 17:27
            bupu napisała:

            > Baletek jako takich się nie czepiam, sama naszam, natomiast zestaw łozkosznie r
            > urzowa sukienusia plus balerinki na szesnastolatce? Moja siostrzenica jest od N
            > ory młodsza o parę lat, ale gdy miała lat 16 nikt by jej nie odział w nic slodz
            > iasznie różowego bez utraty połowy zębów i zyskania kilku nader intrygujących z
            > łamań kości długich, o zwichnieciach i skręceniach nie wspominając. Jej koleżan
            > ek takoż.
            >
            > Aaa, przegapiłam sukienusię różową. Tak, rzeczywiście to się nie klei. I też bym w wieku lat 16 zabiła za różowy słodki, maks to był pudrowy róż. Ten pamiętam że w latach 2015-2017 miał moment popularności wśród moich koleżanek.
            W ogóle poziomkowy róż dla jasnowłosej, z rudawym połyskiem Nory, brzmi niezbyt dobrze. Prędzej jakiś morski/ miętowa zieleń/ szarobłękitny dla podbicia szarości oczu.
            • tt-tka Re: O rany... 24.02.26, 17:42
              Kiedy patrze na to, co Nora ma na sobie na rysunkach, zaczynam podejrzewac, ze ona albo jest calkowitym bezgusciem, albo osoba lekko zaburzona i ma dokladnie wywalone na to, co nosi (choc temu przeczy niedzielny wymiety stroj, ale z drugiej strony, wymiety, choc niedzielny ?)

              inna sprawa, ze Pulpa zawsze umiala sie ubrac i to twarzowo, przeszlo jej z wiekiem ? czy zostawia corkom wolna reke w ich odziezowych wyborach ?
              • mackakisa Re: O rany... 24.02.26, 17:54
                tt-tka napisała:

                > Kiedy patrze na to, co Nora ma na sobie na rysunkach, zaczynam podejrzewac, ze
                > ona albo jest calkowitym bezgusciem, albo osoba lekko zaburzona i ma dokladnie
                > wywalone na to, co nosi (choc temu przeczy niedzielny wymiety stroj, ale z drug
                > iej strony, wymiety, choc niedzielny ?)
                >
                > inna sprawa, ze Pulpa zawsze umiala sie ubrac i to twarzowo, przeszlo jej z wie
                > kiem ? czy zostawia corkom wolna reke w ich odziezowych wyborach ?
                >
                To raczej brak gustu w rysunkach MM. Nie uwierzę, że Pulpa nie zaszczepiała dziewczynkom schludnego, stosownego do okazji stroju. Upupianie różem, podkolanówkami to już tylko wizja autorki jak się powinna prezentować panienka nastoletnia.
              • przymrozki Re: O rany... 24.02.26, 18:44
                tt-tka napisała:

                > Kiedy patrze na to, co Nora ma na sobie na rysunkach, zaczynam podejrzewac, ze
                > ona albo jest calkowitym bezgusciem, albo osoba lekko zaburzona i ma dokladnie
                > wywalone na to, co nosi

                Albo nosi się w jakimś lekko ekscentrycznym stylu inspirowanym k-popem albo mangą. Tu mam na myśli zwłaszcza obecną na ilustracjach luźną ciemną sukienkę z białym, okrągłym kołnierzykiem, ale te podkolanówki, lakierki, baleriny i wdzianka w kolorze poziomki też pasują.

                I to może być też kwestia genetyczna. Z tą poziomką. Patrycja zdaje się miała za młodu poziomkową apaszkę.

                • bupu Re: O rany... 24.02.26, 21:02
                  przymrozki napisała:

                  > gą. Tu mam na myśli zwłaszcza obecną na ilustracjach luźną ciemną sukienkę z bi
                  > ałym, okrągłym kołnierzykiem, ale te podkolanówki, lakierki, baleriny i wdziank
                  > a w kolorze poziomki też pasują.


                  Lakierki nosiły Pyziakowny, nie amietam czy w zestawie z podkolanowkami, na pewno jednak w zestawie z okrągłymi pensjonarskimi kapelusikami. Podkolanówki do plisowanej spódnicy to Orelka w Pobiedziskach.

                  Górska Nora, w przyszłości Górska -Piechota, nosiła w wieku lat szesnastu białe rajstopki. Nie znam osoby powyżej dziesiątego roku życia, która by żywa i dobrowolnie przywdziała białe rajty.

                  --
                  Wiedźma
                  To jest bez sensu! To jest kompletnie, konkretnie bez sensu!
                  • przymrozki Re: O rany... 25.02.26, 08:27
                    bupu napisała:

                    > Górska Nora, w przyszłości Górska -Piechota, nosiła w wieku lat szesnastu bi
                    > ałe rajstopki
                    . Nie znam osoby powyżej dziesiątego roku życia, która by żywa
                    > i dobrowolnie przywdziała białe rajty.

                    Białe rajstopy - może mniej niż podkolanówki, ale też, zwłaszcza takie jakby włóczkowe albo koronkowe to jest wlaśnie ten styl. Albo kawaii japońska Lolita albo taki preppy k-pop (a la szkolny mundurek). Widuje się czasem tak ubrane licealistki czy studentki, rzadko, ale się widuje. Zwłaszcza w okolicach filologii japońskiej albo koreańskiej.

                    Tyle że niezupełnie pasuje to do osobowości Nory. Ona ani nie interesuje się Azją (chyba że za pośrednictwem japonistki Ani świecącej odbitym światełem japonistki wszech czasów Łucji - ale po tym zainteresowaniu nie ma w tekście śladu), ani nie ma natury ekscentryka, ani nie ma towarzystwa, które by uzasadniało jej modowe wybory starą dobrą presją rówieśniczą (na którą Nora pewnie byłaby podatna, co poznać po jej wampirycznym aparacie na zęby).
                    • bupu Re: O rany... 25.02.26, 08:49
                      przymrozki napisała:


                      > Tyle że niezupełnie pasuje to do osobowości Nory. Ona ani nie interesuje się Az
                      > ją (chyba że za pośrednictwem japonistki Ani świecącej odbitym światełem japoni
                      > stki wszech czasów Łucji - ale po tym zainteresowaniu nie ma w tekście śladu),
                      > ani nie ma natury ekscentryka, ani nie ma towarzystwa, które by uzasadniało jej
                      > modowe wybory starą dobrą presją rówieśniczą (na którą Nora pewnie byłaby poda
                      > tna, co poznać po jej wampirycznym aparacie na zęby).

                      Ona w ogóle nie interesuje się modą. Ona ma jedną parę galowego obuwia i jedną parę białych rajstop. Czarnych i cielistych chyba nie ma wcale, w rezultacie na rozpoczęcie roku idzie w brudnych rajtach i rozklapanych sandałach. W związku z czym nie posądzałabym jej o świadome wybory w tej kwestii, zwłaszcza, że moda w J jest dla bezczółkowych i różowych mydełek, CzruBorejkinie ubierają się byle jak i mają trzy ciuchy na krzyż.
                      • przymrozki Re: O rany... 25.02.26, 17:39
                        bupu napisała:

                        > Ona w ogóle nie interesuje się modą.

                        Ani niczym innym, nawiasem pisząc, też nie. Ale fakt, że nic w jej postaci nie uzasadnia ekscentrycznego stylu ubierania się (a szkoda, pozytywna postać zainteresowana modą byłaby dla sagi ożywcza).

                        Przy czym historia aparatu ortodontycznego sugeruje jednak, że Nora chciała wyglądać jak szkolna elita popularności.
                        • bupu Re: O rany... 25.02.26, 20:04
                          przymrozki napisała:


                          > Przy czym historia aparatu ortodontycznego sugeruje jednak, że Nora chciała wyg
                          > lądać jak szkolna elita popularności.


                          A skąd. To mężodoncja jest.

                          Wybrała otóż aparat ortodontyczny w kolorze czerwonym, bowiem taki właśnie, ku ogólnemu zachwytowi, nosił na swych zębach Gaudenty.

                          W którym ona się podkochiwała.
      • przymrozki Re: O rany... 23.02.26, 12:05
        bupu napisała:

        > Pytanie dnia: czegóż to obawiała się Ida? Samuraja półtora metra wzrostu, w peł
        > nym rynsztunku bojowym, toczącego wkoło morderczym spojrzeniem i wydającego z s
        > iebie gniewne ryki? Czy mianowicie czego?

        Nie mam "Na Jowisza" (czytałam egzemplarze biblioteczne), ale czy ja mam omamy, czy tam gdzieś było wyjaśnione, że Ida spodziewała się po Jacku wszystkiego co najgorsze, bo oglądała "Tron we krwi"?

        Co jest nawiasem pisząc podwójnie durne, bo raz, że istnienie dobra kultury traktującego o okrucieństwie nie oznacza, że cały naród, który tę kulturę wytworzył, jest homogenicznie okrutny (nawet wręcz przeciwnie, społeczności naprawdę okrutne rzadko mają dość wrażliwości, żeby na to okrucieństwo spojrzeć z dystansu i je opisać, zwłaszcza krytycznie). A po drugie "Tron we krwi" jest inspirowany Makbetem, więc Ida - jeżeli chce być konsekwentna - powinna bać się również Anglików. A i przed Polakami powinna drżeć, bo z tego co wiemy o sztukach Amburki, to one też opowiadają o świecie zasadniczo zdegenerowanym.

        > Pomijam, że akurat moment wejścia orszaku do domu weselnego jest średnio dobry
        > na przemowy (ale to może ze względu na to, że nie znoszę stać więc trzymanie go
        > ści w drzwiach (tu metaforycznych) bo ktoś musi palnąć mówke, jakoś nie wydaje
        > mi się stosowne), dlaczego Ignac bawi się w gospodarza w cudzej chałupie?

        To chyba echo zwyczajów Rzymskich, ale z fałszywymi nutami, bo, po pierwsze, w czasach rzymskich Ignacy nie miałby żadnej władzy nad synem Marka Pałysa (niezależnie od tego, czy miałby władzę nad zamężną córką, czy nie, zrodzony w małżeństwie wnuk ze strony córki formalnie byłby dla dziadka obcym), po drugie ten rytuał, do którego najwyraźniej nawiązuje Ignacy, oznaczał zaakceptowanie przez pater familiasa nowego członka rodziny w jego domu (odpowiednik wzięcia na ręce niemowlęcia jako akt uznania go za członka rodu, który może liczyć na opiekę a nie zrzucenie ze skały lub porzucenie na śmierć), a Ignacy przecież nie wprowadzał Doroty do swojego domu, tylko obserwował wejście Józka do domu Doroty.
        • mackakisa Re: O rany... 23.02.26, 12:13
          przymrozki napisała:
          > To chyba echo zwyczajów Rzymskich, ale z fałszywymi nutami, bo, po pierwsze, w
          > czasach rzymskich Ignacy nie miałby żadnej władzy nad synem Marka Pałysa (nieza
          > leżnie od tego, czy miałby władzę nad zamężną córką, czy nie, zrodzony w małżeń
          > stwie wnuk ze strony córki formalnie byłby dla dziadka obcym), po drugie ten ry
          > tuał, do którego najwyraźniej nawiązuje Ignacy, oznaczał zaakceptowanie przez p
          > ater familiasa nowego członka rodziny w jego domu (odpowiednik wzięcia na ręce
          > niemowlęcia jako akt uznania go za członka rodu, który może liczyć na opiekę a
          > nie zrzucenie ze skały lub porzucenie na śmierć), a Ignacy przecież nie wprowad
          > zał Doroty do swojego domu, tylko obserwował wejście Józka do domu Doroty.

          Albo to taki odpowiednik kierowania ruchem w kościele przez Gabę - byleby się pokazać. Jak na Wigilii w „Noelce”. Wszyscy cisza, gdy senior rodu ma „natchnienie”.
          Nieważne, że ni przypiął ni wypiął w związku z okazją.
        • tajna_kryjowka_pyziaka Re: O rany... 23.02.26, 12:18
          przymrozki napisała:

          > bupu napisała:
          >
          > > Pytanie dnia: czegóż to obawiała się Ida? Samuraja półtora metra wzrostu,
          > w peł
          > > nym rynsztunku bojowym, toczącego wkoło morderczym spojrzeniem i wydające
          > go z s
          > > iebie gniewne ryki? Czy mianowicie czego?
          >
          > Nie mam "Na Jowisza" (czytałam egzemplarze biblioteczne), ale czy ja mam omamy,
          > czy tam gdzieś było wyjaśnione, że Ida spodziewała się po Jacku wszystkiego co
          > najgorsze, bo oglądała "Tron we krwi"?
          >

          Owszem, tak było napisane w Jowiszu, osobiście ten cycat zapodawałam.

          > Co jest nawiasem pisząc podwójnie durne, bo raz, że istnienie dobra kultury tra
          > ktującego o okrucieństwie nie oznacza, że cały naród, który tę kulturę wytworzy
          > ł, jest homogenicznie okrutny (nawet wręcz przeciwnie, społeczności naprawdę ok
          > rutne rzadko mają dość wrażliwości, żeby na to okrucieństwo spojrzeć z dystansu
          > i je opisać, zwłaszcza krytycznie). A po drugie "Tron we krwi" jest inspirowan
          > y Makbetem, więc Ida - jeżeli chce być konsekwentna - powinna bać się również A
          > nglików. A i przed Polakami powinna drżeć, bo z tego co wiemy o sztukach Amburk
          > i, to one też opowiadają o świecie zasadniczo zdegenerowanym.
          >
          > > Pomijam, że akurat moment wejścia orszaku do domu weselnego jest średnio
          > dobry
          > > na przemowy (ale to może ze względu na to, że nie znoszę stać więc trzyma
          > nie go
          > > ści w drzwiach (tu metaforycznych) bo ktoś musi palnąć mówke, jakoś nie w
          > ydaje
          > > mi się stosowne), dlaczego Ignac bawi się w gospodarza w cudzej chałupie?
          >
          > To chyba echo zwyczajów Rzymskich, ale z fałszywymi nutami, bo, po pierwsze, w
          > czasach rzymskich Ignacy nie miałby żadnej władzy nad synem Marka Pałysa (nieza
          > leżnie od tego, czy miałby władzę nad zamężną córką, czy nie, zrodzony w małżeń
          > stwie wnuk ze strony córki formalnie byłby dla dziadka obcym), po drugie ten ry
          > tuał, do którego najwyraźniej nawiązuje Ignacy, oznaczał zaakceptowanie przez p
          > ater familiasa nowego członka rodziny w jego domu (odpowiednik wzięcia na ręce
          > niemowlęcia jako akt uznania go za członka rodu, który może liczyć na opiekę a
          > nie zrzucenie ze skały lub porzucenie na śmierć), a Ignacy przecież nie wprowad
          > zał Doroty do swojego domu, tylko obserwował wejście Józka do domu Doroty.

          Ignac pewnie ma na ten temat inne zdanie. Pamiętajmy, że pozwalał sobie na wysyłanie szpiega w osobie Ignaca Juniora za wnuczką i zagwożdżenie jej balkonu. On jest pater familias każdego, kogo akurat sobie upodoba. Prawdziwi ojcowie i ojczymowie powinni mu dziękować, że w ogóle pozwolił im te dzieci spłodzić/przysposobić.
          • przymrozki Re: O rany... 23.02.26, 12:51
            tajna_kryjowka_pyziaka napisała:

            > Ignac pewnie ma na ten temat inne zdanie. Pamiętajmy, że pozwalał sobie na wysy
            > łanie szpiega w osobie Ignaca Juniora za wnuczką i zagwożdżenie jej balkonu. On
            > jest pater familias każdego, kogo akurat sobie upodoba.

            A to jest też ciekawe, swoją drogą. Czy kiedy Ignacy wyobraża sobie siebie jako wszechmocnego ojca rzymskiego rodu zdaje sobie sprawę, że widzi się jako ustosunkowanego politycznie bogacza? Rzymski wielodzietny gołopupiec mieszkający w domu od teściowej i pracujący na jakimś rzymskim odpowiedniku etatu szeregowego bibliotekarza, mógłby sobie najwyżej palcem w bucie pomachać (o ile miałby buty).
          • bupu Re: O rany... 23.02.26, 13:20
            tajna_kryjowka_pyziaka napisała:

            > przymrozki napisała:
            >
            > > bupu napisała:
            > >
            > > > Pytanie dnia: czegóż to obawiała się Ida? Samuraja półtora metra wz
            > rostu,
            > > w peł
            > > > nym rynsztunku bojowym, toczącego wkoło morderczym spojrzeniem i wy
            > dające
            > > go z s
            > > > iebie gniewne ryki? Czy mianowicie czego?
            > >
            > > Nie mam "Na Jowisza" (czytałam egzemplarze biblioteczne), ale czy ja mam
            > omamy,
            > > czy tam gdzieś było wyjaśnione, że Ida spodziewała się po Jacku wszystki
            > ego co
            > > najgorsze, bo oglądała "Tron we krwi"?
            > >
            >
            > Owszem, tak było napisane w Jowiszu, osobiście ten cycat zapodawałam.


            patrzy tępo w dal

            Przepraszam, ale to jest odklejenie od rzeczywistości na poziomie dziewiętnastowiecznej damy, którą na pensji uczono jak złapać męża i jak należycie spełniać funkcję żony ozdobnej, oraz która z domu wychodzi wyłącznie do kosciola, względnie jadąc z wizytą, a całą wiedzę o świecie czerpie z podbieranych ukradkiem kucharce penny dreadfuls.

            Jakim cudem wykształcona kobieta z dużego miasta może prezentować taki rok myślenia to ja nie wiem...
            • przymrozki Re: O rany... 23.02.26, 15:28
              bupu napisała:

              > Przepraszam, ale to jest odklejenie od rzeczywistości na poziomie dziewiętnasto
              > wiecznej damy, którą na pensji uczono jak złapać męża i jak należycie spełniać
              > funkcję żony ozdobnej, oraz która z domu wychodzi wyłącznie do kosciola, wzglę
              > dnie jadąc z wizytą, a całą wiedzę o świecie czerpie z podbieranych ukradkiem k
              > ucharce penny dreadfuls.

              Tym bardziej, że Ida miała przecież w najbliższym otoczeniu (pasierbica ukochanej siostry wraz z mężem, synem przyjaciela rodziny) osoby na stałe mieszkające w Japonii. Skoro Elka z Tomkiem pono bywali na Roosevelta (o ile akurat nie spodziewali się dziecka przybywali przynajmniej na Boże Narodzenie), Ida mogła swym bystrym okiem dostrzec, że nie brakowało im kończyn ni głów.
              • ako17 Re: O rany... 23.02.26, 21:22
                przymrozki napisała:

                > bupu napisała:
                >
                > > Przepraszam, ale to jest odklejenie od rzeczywistości na poziomie dziewię
                > tnasto
                > > wiecznej damy, którą na pensji uczono jak złapać męża i jak należycie spe
                > łniać
                > > funkcję żony ozdobnej, oraz która z domu wychodzi wyłącznie do kosciola,
                > wzglę
                > > dnie jadąc z wizytą, a całą wiedzę o świecie czerpie z podbieranych ukrad
                > kiem k
                > > ucharce penny dreadfuls.
                >
                > Tym bardziej, że Ida miała przecież w najbliższym otoczeniu (pasierbica ukochan
                > ej siostry wraz z mężem, synem przyjaciela rodziny) osoby na stałe mieszkające
                > w Japonii. Skoro Elka z Tomkiem pono bywali na Roosevelta (o ile akurat nie spo
                > dziewali się dziecka przybywali przynajmniej na Boże Narodzenie), Ida mogła swy
                > m bystrym okiem dostrzec, że nie brakowało im kończyn ni głów.

                Mogła pomyśleć, że sami przedzierzgnęli się w tych obcinających kończyny lub głowy.
                No, że we współczesnym społeczeństwie japońskim albo obcinasz, albo tobie obcinają. Innego wyjścia nie ma.

                Albo akurat mijała się z Elką, gdy ta gościła na parterze R5 (rozumiem, że nie mieszkała tam z Tomkiem podczas pobytu w Polsce - chociaż NA PEWNO bardzo by chciała - tylko na Krasińskiego, u dziadków) i nie mogła stwierdzić naocznie, że im członków nie brakuje.

                Albo nie widzi myszy, panie tego.
        • rrumcajsowa Re: O rany... 25.02.26, 23:11
          przymrozki napisała:

          > bupu napisała:
          >
          > > Pytanie dnia: czegóż to obawiała się Ida? Samuraja półtora metra wzrostu,
          > w peł
          > > nym rynsztunku bojowym, toczącego wkoło morderczym spojrzeniem i wydające
          > go z s
          > > iebie gniewne ryki? Czy mianowicie czego?
          >
          > Nie mam "Na Jowisza" (czytałam egzemplarze biblioteczne), ale czy ja mam omamy,
          > czy tam gdzieś było wyjaśnione, że Ida spodziewała się po Jacku wszystkiego co
          > najgorsze, bo oglądała "Tron we krwi"?
          >
          > Co jest nawiasem pisząc podwójnie durne, bo raz, że istnienie dobra kultury tra
          > ktującego o okrucieństwie nie oznacza, że cały naród, który tę kulturę wytworzy
          > ł, jest homogenicznie okrutny (nawet wręcz przeciwnie, społeczności naprawdę ok
          > rutne rzadko mają dość wrażliwości, żeby na to okrucieństwo spojrzeć z dystansu i je opisać, zwłaszcza krytycznie). A po drugie "Tron we krwi" jest inspirowany Makbetem, więc Ida - jeżeli chce być konsekwentna - powinna bać się również Anglików.

          Za pozwoleniem, nawet mama Bridget Jones mówiła, że Japończycy to okrutny naród ;)
          • mackakisa Re: O rany... 26.02.26, 14:04
            rrumcajsowa napisała:

            > Za pozwoleniem, nawet mama Bridget Jones mówiła, że Japończycy to okrutny naród
            > ;)
            Faktycznie.😉
            Ale nie posądzajmy Idy o znajomość perypetii Bridget. No przecież by doktor Pałysowa nie zniżyła się do czytania/ oglądania filmu o życiu jakiejś bezczółkowej grubaski.
          • przymrozki Re: O rany... 26.02.26, 17:21
            rrumcajsowa napisała:

            > Za pozwoleniem, nawet mama Bridget Jones mówiła, że Japończycy to okrutny naród

            Tak, ale to był właśnie element budowania postaci matki Bridget (rówieśnicy Mili i Ignaca, nie Idy, więc dochodzi jeszcze kwestia pokoleniowa) jako osoby, owszem, niepozbawionej zalet, ale jednak dosyć prostej i zaściankowej w poglądach. Pytanie, czy ten sam efekt chciała osiągnąć MM wsadzając podobne słowa w usta Idy.
            • ako17 Re: O rany... 26.02.26, 18:55
              przymrozki napisała:

              > rrumcajsowa napisała:
              >
              > > Za pozwoleniem, nawet mama Bridget Jones mówiła, że Japończycy to okrutny
              > naród
              >
              > Tak, ale to był właśnie element budowania postaci matki Bridget (rówieśnicy Mil
              > i i Ignaca, nie Idy, więc dochodzi jeszcze kwestia pokoleniowa) jako osoby, ows
              > zem, niepozbawionej zalet, ale jednak dosyć prostej i zaściankowej w poglądach.
              > Pytanie, czy ten sam efekt chciała osiągnąć MM wsadzając podobne słowa w usta
              > Idy.

              Myślę, że jednak miał to być efekt komiczny. Siostry na pewno śmiały się długo i serdecznie, poklepując się po plecach.
              Jak to się dobrze złożyło - wszak w całej rodzinie zapanowało ogromne zmartwienie - otóż mąż córki Gabrysi udał się był do pracy w USA.
              I oto Ida ma jak znalazł sposób na rozładowanie tej strasznej sytuacji.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka