Dodaj do ulubionych

Kuku dzieciowe

17.12.08, 17:49
Najpierw chciałam zacytować verdanę

CytatTo książka dla nastolatek, a nie matek małych dzieci! I nie sadze,
aby nastolatki, w przeciwieństwie do nas i do cesi interesowaly
choroby wieku dziecięcego. A dziecko z powazna wada - to temat
bardzo istotny, ale raczej na inna książkę.



Otóż się przyznam, że ja sobie wyobrażałam macierzyństwo właśnie jak u MM.
czyli słodki bobas, słodko pierdząca pomagająca rodzina, ze mi w niczym to nie
przeszkodzi ani w karierze, ani nigdzie. Nie miałam nigdy w okolicy małych
dzieci, więc na czymś musiałam opierać swoje wyobrażenie macierzyństwa. W
ciąży zostałam zasypana gazetkami z wyfotoszopowanymi niemowlętami, owszem
jakieś kłopoty się w nich przewijały, ale one były zawsze do rozwiązania
zgodnie z poradą jakiejś pani psycholog Niuni Malinowskiej.

Gdy się urodził mój syn, byłam zaskoczona, spodziewałam się wybuchu uczuć, a
ja jedynie co mogłam patrzeć na niego ze zdumieniem i rosnącą irytacją.
Parokrotnie miałam aż za realne wizję jak dźgam go nożyczkami i już po
wszystkim. Rodzina do pomocy była a i owszem, tylko, że każdy miał inną wizję
pomocy, wykluczającą się na wzajem. Nie mówiąc o tym, że teściowa i moja mama
pogniewały się na siebie śmiertelnie i do dziś (syn przedszkolak) nie
rozmawiają ze sobą. A ja gdy ilekroć wychodziłam gdzieś sama, bez dziecka,
byłam z jednej strony szczęśliwa a z drugiej tak strasznie smutna i zazdrosna
o tego berbecia.
Jednym słowem pułapka biologiczna.

Uważam więc, ze lansowanie wizji szczęśliwego macierzyństwa tuż lub w trakcie
studiów może przynieść więcej złego niż dobrego. Bo istnieje duża szansa, że
młodzi rodzice poczują się oszukani.

Pewnie spytacie, czemu zdecydowałąm się na dziecko. Otóż, uważałam i nadal
uważam, że w moim życiu nikt mnie nigdy nie kochał i chciałam wreszcie
zobaczyć jak to jest. Tylko że dzieci to wstrętne małe wyjce, które wyrastają
na marudzących i wiecznie niezadowolonych przedszkolnych manipulatorów.

A teraz mnie zjedzcie.

Obserwuj wątek
    • paulina.galli Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 17:59
      Dlaczego "zjedziecie"?:)
      Ja mam podobna wizje dzieci - jako wrzeszczacych, irytujacych z lekka
      upierdliwych jednostek. No z wyjatkami oczywiscie - ale potwierdzajacymi regułe.
      A i tak jestem lepsza od mojego kumpla który dzieci okresla krótko i dosadnie
      "półprodukty" :):):) i przypomina wszystkim ze Hitler tez w dziecinstwie pewnie
      był słodkim bobasem :)

      ps. gdzies widzialam u kogos taka sygnaturke " Lubię dzieci. Płci meskiej w
      okolicach trzydziestki :)"
      • marty_chce_do_dzungli Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:06
        Bo to takie niepopularne. Nielubienie dzieci. Ja się muszę przyznać, że swojego
        syna uczyłam się kochać. I uczę się z nim postępować, tulić, wprowadzać w świat
        itp.
        --
        • ginestra Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:55
          Marty - ciekawie mi się czytało Twój post - taka wielostronna refleksja,
          zwłaszcza o tych pisemkach i medialnym obrazie macierzyństwa i o konfrontacji z
          rzeczywistością, nie zawsze taką słodką i różową.

          Kilka zdań z Twojego posta przykuło jednak moją uwagę szczególnie. Najbardziej,
          i z wielkim biciem serca, uczepiłam się pozytywnego zdania, że uczysz się kochać
          syna i to mi się wydało najwspanialszym przekazem. Wiem, że czasem tak jest, że
          jedna osoba ma to szczęście, że "na dzień dobry" ma wielką miłość do dziecka i
          żadnych (czy prawie żadnych) z tym problemów, a ktoś inny nie ma takiego
          szczęścia i jakie to wspaniałe, że chce podjąć wysiłek uczenia się tego - i to
          jest najlepsze co można zrobić (moim zdaniem): nie poddać się, a pokonywać
          trudności i uczyć się kochać dziecko, a droga do tego wiedzie przez uleczanie
          też siebie samych i uczenie się opiekować dzieckiem, które jest w nas i to nam
          też służy. Aż chciałabym zacytować takie zdanie z książki: "W wysiłku, aby
          prawdziwie kochać, powoli przekuwamy samych siebie na złoto".

          Nie ma tu zbyt wiele miejsca rozpisywać się o tym, ale (jak już parę razy
          pisałam) bardzo polecam książki Alice Miller - w ciemno każdy tytuł (a zwłaszcza
          "Dramat udanego dziecka"). Alice Miller w każdej z książek pisze o tym samym - o
          tym, że to jak zostaliśmy my potraktowani przed laty na świecie (jako noworodki
          i niemowlęta, a potem dzieci, ale ze wskazaniem na noworodki) nagrywa się w nas
          na zawsze i potem odtwarza (to, co pisałaś o odczuwaniu pustki uczuciowej czy
          wręcz chęci zgładzenia syna, to może być nieświadomym, ale bardzo precyzyjnym,
          odtworzeniem niestety tego jak sama zostałaś przyjęta na świecie). Tu to drugie
          zdanie mnie poruszyło, że nie czułaś, żeby ktoś Cię kochał. I to jest wskazówka
          do tego, że być może byłoby bardzo wskazane zaopiekować się sobą głębiej (w
          sensie porozmawiania na przykład z dobrym psychoterapeutą lub poczytanie choćby
          książek o tym, zastanowienie się nad swoją historią, opłakanie tego, co trzeba
          nadal opłakać). Przepraszam, że piszę tak otwarcie na forum o tym - oczywiście
          zrobisz jak zechcesz i w swoim własnym czasie, natomiast wydaje mi się, że
          sprawa, którą poruszyłaś jest ważna i uniwersalna i wiele osób może zechce
          obdarzyć to refleksją.

          Z tych wszystkich moich lektur o dzieciństwie i o jego wpływie na dalsze życie
          wynika jednak (m.in.) taki wniosek, że mimo tego, że być może ktoś nie był na
          tym świecie przyjęty jako mile widziany gość i ukochane dziecko i to się w nim
          zapisało i jest w nim ta ziejąca otchłań tęsknoty za tą pierwszą miłością
          rodziców, której się nie dostało od nich, to jednak jakąś miłość się dostało -
          może za mało, może ledwo-ledwo, może od obcych ludzi, może jeszcze inaczej, ale
          skoro żyjemy, skoro nie odebraliśmy sobie życia, to znaczy, że tej miłości
          trochę dostaliśmy. I teraz, można się sobą zaopiekować, uleczyć te zranienia,
          spróbować uzupełnić miłość, której się domaga ta ziejąca pustka po prostu
          przyjmując ją od świata, w różny sposób. Dobrze jest jednak jak najwcześniej
          zająć się sobą, swoją historią i swoimi deficytami i zranieniami, żeby nie stało
          się tak, że nieświadomie będziemy chcieli, żeby tę miłość, której nie dostaliśmy
          od rodziców, dało nam nasze dziecko! To jest ogromna pułapka i trzeba (moim
          zdaniem) bardzo, bardzo tego nie chcieć i bardzo się uczyć jak to zrobić, żeby
          kochać dziecko takim jakie jest, i nie oczekiwać od niego, że ono nam "odda" to,
          co powinni dać nam nasi rodzice, kiedy sami byliśmy dziećmi. Miłość dziecka to
          inna jakość i ona nie zaspokoi tej tęsknoty. Naprawdę jedyne co można zrobić
          (tak to wynika z moich przemyśleń, lektur i doświadczeń), to starać się odważnie
          zmierzyć ze swoją historią, opłakać co trzeba, wyrazić gniew i wszelkie uczucia
          związane z tą historią, a następnie zacząć uczyć samemu dać sobie opiekę i
          miłość, a także otworzyć na otrzymanie tej miłości powoli, stopniowo od świata -
          od innych ludzi, od zwierząt, od Boga czy z innych stron. A dla dziecka być
          rodzicem i teraz temu dziecku dać to, czego nam nie dali rodzice. Być dla niego
          taką mamą, którą sami chcielibyśmy mieć jako dzieci. (Oczywiście nikt nie jest
          idealny, można się tylko starać, ale to już bardzo, bardzo wiele!)

          Jednakże bycie tą mamą jak wyżej, dla dziecka, jest niemożliwe bez tego wglądu i
          bez tego zaopiekowania się skrzywdzonym dzieckiem w nas. Jeśli tego nie zrobimy,
          to jest taki "przymus odtwarzania": nie chcemy, ale zachowujemy się identycznie
          jak nasi rodzice wobec nas z naszych najgorszych wspomnień - łapiemy się na tych
          samych słowach, tych samych gestach, które mówili czy robili nam oni. To jest
          silniejsze od nas. Tylko to może obronić: uświadmiać sobie i "bardzo nie
          chcieć". I wracać do naszych wspomnień i uleczać je - najlepiej z kimś
          kompetentnym. Alice Miller napisała kiedyś o kobiecie, która ogólnie dobrze się
          odnajdywała w macierzyństwie, była dobra dla córki, a gdy ta córka miała, dajmy
          na to 12 lat, to ta jej mama stała się dla niej w niewytłumaczalny sposób bardzo
          krytyczna i okrutna. Ona też w jakimś momencie przeraziła się i zaczęła szukać
          pomocy. Okazało się, że jej matka, właśnie gdy ona sama miała 12 lat, to
          przechodziła jakieś problemy i właśnie wtedy tę córkę tak strasznie tępiła. I to
          "nagranie z podświadomości" czekało sobie i ujawniło się dopiero wtedy, gdy
          rzeczona kobieta sama była matką 12-latki. Oczywiście to trochę uproszczone, bo
          były inne "nagrania" w tej podświadomości, ale to był najbardziej wyrazisty
          przykład i moment zwrotny, gdy kobieta ta uświadomiła sobie to, co podświadome i
          zaczęła nad tym pracować.
          Kolejnym wnioskiem z tych zdobyczy psychologii jest to, że dziecko doznające
          jakichś nadużyć czy zaniedbań ze strony rodziców, dla przetrwania chroni ich, że
          oni są mimo wszystko dobrzy, a ono zasługuje na to. I te krzywdy kumulują się i
          domagają się "oddania" na kimś słabszym, bo ciało/ psychika chce (czy wręcz
          musi) coś z tym zrobić. A jeśli nie oddaje na kimś słabszym (własnym dziecku),
          to kieruje te uczucia na samego siebie: stąd - depresje, migreny, choroby,
          poczucie nieszczęśliwości, bezwartościowości itp. To "chronienie rodziców" może
          trwać wiecznie, gdy sami jesteśmy dorośli, gdy nam rodzice zmarli - może nie być
          końca tego i można w ten sposób chronić ich, a krzywdzić bliskich lub siebie.
          Dopiero uświadomienie i opłakanie może to przerwać.

          To tak w wielkim skrócie, garść refleksji. Bardzo, bardzo zachęcam wszystkie
          mamy i w ogóle wszystkich, do przeczytania tego typu książek jak właśnie książki
          Alice Miller czy "Jak wychować szczęśliwe dzieci" Wojciecha Eichelbergera (mimo
          niefajności autora książka, według mnie, broni się do dziś, a jej teza jest
          taka: jak wychować szczęśliwe dzieci? samemu być szczęśliwym, ergo uleczyć to,
          co w nas jest do uleczenia).

          Nikt nie miał idealnych rodziców, nie chodzi o to, żeby się nad nimi pastwić,
          tylko o to, żeby samemu sobie pomóc, uleczyć to, co mamy do uleczenia, co nam
          przeszkadza w relacjach z ludźmi, zwłaszcza, jeśli łapiemy się na tym, że miłość
          do dziecka jest dla nas trudna. Ja miałam to szczęście, że na wejście odnalazłam
          w sobie ogrom uczuć macierzyńskich do dzieci, ale później odzywały się różne
          trudności i ze swej strony mogę powiedzieć, że ten wgląd w siebie i to uleczanie
          przyniosły dobry efekt (oczywiście całe życie to jakiś proces, ale jest dużo
          lepiej).
          Zachęcam, żeby się nie bać niczego i szukać dla siebie odpowiedzi - mając
          oczywiście na to zgodę w sobie, bo nic na siłę. Ale z drugiej strony, szkoda
          każdego dnia naszych dzieci, zwłaszcza, jeśli widzimy, że coś się odtwarza i je
          traktujemy niesprawiedliwie czy mamy trudności z kochaniem ich.
          Przepraszam za długość wywodów, ale to mi się wydało bardzo ważne w tym wątku,
          żeby o tym powiedzieć.
          Pozdrawiam!!

          • denea Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 21:49
            Ginestra, dziękuję za Twój post. Bardzo pięknie napisałaś o sprawach
            tak ważnych, że aż łatwo je przeoczyć.
            Ja na pewno muszę przetrawić to, co napisałaś, a być może jeszcze
            komuś się przyda.
      • verdana Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:07
        Ja dzieci w wieku niemowlecym nie lubię i już. Zawsze miałam
        mordercze uczucia, cud, ze wszystkie żyją.
        Tyle, ze nie wiem, czy to akurat dobry temat do ksiązki dla
        mlodszych nastolatek. Dla starszych - owszem. Ale tłumaczenie 13-14
        latkom, ze macierzyństwo jest czasem okropne - to jeszcze nie ten
        wiek. To raczej osoby, ktore będa się identyfikowaly z tym
        klopotliwym dzieckiem, niż z matka, co ma macierzyństwa dosyć.
        • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:15
          Ale przeciez nie chodzi o to, by MM tlumaczyla czytelniczkom, ze macierzynstwo
          jest okropne. Bo moglaby zamiast tego po prostu pokazywac relaniejsza wizje
          bycia matka- niekoniecznie powazne problemy, choroby, ale przynajmniej obawy i
          zmeczenie. Moze czytelniczki sa 13-14-latkami, ale, choc MM pewnie o tym nie
          mysli, one za pare lat beda prowadzily zycie seksualne. I dobrze byloby, gdyby
          robily to w sposob odpowiedzialny. Niekoniecznie wierzac, ze jesli przypadkiem
          zajda w ciaze, kazda z nich bedzie miala az takie wspracie rodziny jak p. Pyza.
          Albo ze to nie spowoduje w ich zyciu zadnych zmian i komplikacji. Jednak dla
          wiekszosci mlodych osob wiaze sie to zwykle z wuywroceniem sie zycia do gory nogami.

          Marty, ja nie boje sie powiedziec, ze nie lubie dzieci. Owsze, sa wyjatki,
          poszczegolne jednostki moga byc fajniejsze, ale en masse nie znosze. Bo wlasnych
          mi sie naprawde nie spieszy.
          • marty_chce_do_dzungli Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:25
            ja też dzieci nie znoszę. Organicznie. Tylko, że to się jakoś tak stało po
            narodzinach własnego. Wcześniej to mogłam godzinami bawić się z młodszym
            kuzynostwem, wszystkimi dziećmi w piaskownicy i w ogóle. No nie wiem co mi się
            stało. Może wyczerpałam już pokłady macierzyństwa. Zazdroszczę Ci dakoto,
            bezdzietności :)
        • marty_chce_do_dzungli Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:16
          Tylko, że jeżycjadę czyta coraz więcej studentek niż gimnazjalistek. Z tą
          identyfikacją to możliwe. W takim razie brakuje książek do kobiet o trudach
          macierzyństwa.
          • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:19
            A propos trudow macierzynstwa, bardzo podobal mi sie kiedys felieton Agnieszki
            Chylinskiej o jej dsowiadczeniach:-). Bodajze w Wysokich Obcasach, nie jestem
            pewna. Wzbudzil on pewnie oburzenie, poniewa traktowal wlasnie o zmeczeniu,
            zniecheceniu i bolacych piersiach, a nie o zachwytach nad cudem stworzenia. Ale
            mnie sie bardzo podobal, byl taki prawdziwy, zgodny z tym, co wiem o przezyciach
            mlodych matek. A negatywny jego odbior pokazal tylko, ze u nas nie mozna nie
            zahcwycac sie macierzynstwem, trzeba zawsze podkreslac pozytywy.
            • nighthrill Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:40
              To było w "Machinie " albo w "Elle", dokładnie nie pamiętam, Chylińska pisywała
              do obu tych czasopism.
              W "Elle" jej szybko podziękowano, tak jak ostatnio podziękowano tam Marii
              Peszek. To o czym mają być felietony? O zakupach?
              • onion68 Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 21:54
                > Peszek. To o czym mają być felietony? O zakupach?

                Dawno nie czytałam kolorowego pisemka (bo ostatnio sama farbuję włosy), ale
                stawiam tezę, że o księciu na białym koniu, w takiej czy innej odsłonie ;)
                • sally.bowles Re: Kuku dzieciowe 19.12.08, 17:03
                  onion68 napisała:

                  > > Peszek. To o czym mają być felietony? O zakupach?
                  >
                  > Dawno nie czytałam kolorowego pisemka (bo ostatnio sama farbuję
                  włosy), ale
                  > stawiam tezę, że o księciu na białym koniu, w takiej czy innej
                  odsłonie ;)
                  Ja nawet nie wiem, o czym tam powinno być, bo z zasady nie czytuję
                  takich gazet, ale akurat dziś zdarzyła mi się na tym tle przygoda.
                  Byłam w perfumerii w centrum handlowym i podeszła do mnie pani
                  dziennikarka z pytaniem czy czytam pisma kolorowe, w tle majaczył
                  kamerzysta, znaczy się pani szukała ofiary do wywiadu. Zgodnie z
                  prawdą odpowiedziałam, że nie i jaka była reakcja pani? Prychneła
                  pogardliwie, zapiała i odwróciła się na pięcie. Znaczy jak nie
                  czytasz, to nie jesteś pełnowartościową kobietą godną wywiadów
                  telewizyjnych...
                  • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 19.12.08, 17:22
                    Mysle, ze prychniecie bylo wyrazem niezadowolenia, ze ofiary wciaz brak:)
        • nessie-jp Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:35
          > Tyle, ze nie wiem, czy to akurat dobry temat do ksiązki dla
          > mlodszych nastolatek. Dla starszych - owszem. Ale tłumaczenie 13-14
          > latkom, ze macierzyństwo jest czasem okropne

          Ale przecież oszukiwanie 14-latek, że dziecko to taka ładniejsza i bardziej
          interaktywna laleczka, jest niesłychanie szkodliwe! Po co takie zakłamanie
          rzeczywistości? Czemu miałoby służyć faszerowanie 13-latek zmyślonymi
          historyjkami o tym, jak cudownie słodkie są bobaski i jak łatwo się nimi opiekować?
          • verdana Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 18:46
            Ja wiem, ze w to trudno uwierzyc, ale dla wielu kobiet
            macierzynstwo, szczegolnie zaś wczesne wcale nie jest trudne. Znam
            wiele takich. mam więc wątpliwosci, czy trzeba bardzo młodym
            dziewczynom pokazywac akurat te trudną wersję. Trochę tak, jakby
            pokazywac stale kłócacych się małżonków, aby wiedziały, ze
            małżenstwo nie sielanka i może lepiej zrezygnować, nic dobrego w
            małżenstwie, procz trdów z odrobiną przyjemności ich nie czeka. Tez
            niedobrze.
            Ja na przyklad jestem wrecz przerazona pojawiajacymi się wszędzie
            tekstami o wrednych nastolatkach, co powoduje, ze matki malutkich
            dzieci pisza, jak to chcą nacieszyć się macierzynstwem, bo potem to
            tylko przykrosci i kłopoty. Moim zdaniem w dużym procencie takie
            nastawienie moze te właśnie kłopoty wygenerować - skoro juz wiemy,
            ze nic dobrego oczekiwac po nastolatku nie mozna.
            Nikt mi nie wierzy, jak mowie, ze dla mnie wiek nastolatkowy to może
            być najpiekniejszy wiek.
            • niq_miejski Re: Kuku dzieciowe 20.12.08, 08:46
              verdana napisała:
              > Ja na przyklad jestem wrecz przerazona pojawiajacymi się wszędzie
              > tekstami o wrednych nastolatkach, co powoduje, ze matki malutkich
              > dzieci pisza, jak to chcą nacieszyć się macierzynstwem, bo potem to
              > tylko przykrosci i kłopoty. Moim zdaniem w dużym procencie takie
              > nastawienie moze te właśnie kłopoty wygenerować - skoro juz wiemy,
              > ze nic dobrego oczekiwac po nastolatku nie mozna.

              Może to wynika z polskiego bałwochwalczego kultu macierzyństwa? Każda kobieta
              musi być matką, macierzyństwo to powołanie etc. A tymczasem nie każda musi i nie
              każda chce. Od lubienia nastolaktów np. są ciotki. Matki odpoczywają, ciotki,
              najlepiej bezdzietne, przejują pałeczkę (jak w Podróży za jeden uśmiech i Wojnie
              domowej - kiedyś ten model był doceniany w naszej kulturze popularnej)
          • wushum Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 19:02
            Dla mnie żadne bobasy opisane przez MM nie budzą niczego przyjaznego, trochę
            obrzydzenia i tyle. Może to kwestia, że te wszystkie rodzicielki są
            nieutrudzone, z bolesnym uśmiechem, ale wieczne - Superłumeny w kieckach. I czy
            to mają niemowlę, czy 7 dziatek, zawsze chce im się pichcić piętrowe obiadki, z
            niekonwencjonalnym deserem, prać, cerować, biegać z siatami, przewijać,
            niedosypiać, latać do roboty, na wywiadówki, piec ciasteczka, a jeszcze
            rozwiązując krzyżówkę, pisać ambitne książki naukowe itp.
            Jak twierdzę, jest to świat fantasy.
            Bo czy któraś z nich powie - nie chce mi się? Czy któraś nie ugotuje obiadku?
            Nie upiecze bucht drożdżowych między pracą, a wywiadówką? Zaśnie nad książką ze
            zmęczenia? Kobiety "roboty" nie mają dość i nigdy się nie męczą, z uśmiechem
            witają każde nowe zadanie i wymyślają sobie dodatkowe.

            Co do urodzenia, aby dziecko nas kochało...hm, ja obecnie dochodzę do wniosku,
            że niczego nie możemy oczekiwać, a szczególnie pozytywnego dla nas, uzależniamy
            się wtedy od oczekiwania czegoś, co sobie wyobraziliśmy, a kiedy nie przychodzi,
            to bardzo nas boli.
            Pozdrawiam
            • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 19:15
              Ja uwazam, ze jak chodzi o cos, co ma nas kochac, to zwierzatka domowe sa
              pewniejsze;-). Jesli my je kochamy i dobrze traktujemy, one kochaja nas.
              Dodatkowy plus- nie trzeba zapewnic im wyksztalcenia;-P
            • ginestra Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 20:08
              Ja tylko chciałabym powiedzieć, że ten swój poprzedni post pisałam wtedy, gdy
              jeszcze nie było tych następnych, tylko wpis założycielski i zdaje się wpis
              Pauliny. A teraz pojawiło się więcej wpisów.

              Przyznam się, że trudno coś powiedzieć w świetle tych następnych wpisów, bo
              każdy ma inne odczucia i inną historię i szanuję to, że komuś trudno lubić
              dzieci czy coś. I teraz, jeśli bym miała mówić od siebie, to bym na pewno
              chciała wspomnieć o tym, że z własnym dzieckiem jest jednak jakaś niepowtarzalna
              więź. Dopiero jak się ma własne dziecko, to widzi się jak to jest inaczej niż
              kiedy się go nie miało i obcowało z innymi dziećmi, nie naszymi. Jest to po
              prostu coś innego. Ale znów - mówiąc to zdaję sobie sprawę, że mówię o swoich
              własnych odczuciach, być może, a nie o macierzyństwie jako takim.

              W naszym indywidualnym odbiorze dzieci (własnych zwłaszcza, ale też cudzych i
              potencjalnych-własnych) na pewno są różne echa: i tych nieświadomych, nagranych
              w nas wspomnień i jakichś przekonań i naszego odczucia jak nam jest ze sobą i w
              ogóle różnych naszych specyficznych cech i danego momentu życia, w którym
              jesteśmy i tak dalej. Ta niepowtarzalność i niepodobność doświadczeń przejmuje
              mnie wielkim respektem.

              Natomiast, nieśmiało powiem, że chyba jest też (musi być, jak mi się wydaje),
              coś co jest wspólne dla wszystkich matek - i ja bym powiedziała, że jest tym
              czymś taka intymna, nieporównywalna z niczym na świecie, więź z dzieckiem. I w
              tym świetle nie podoba mi się wszelka jednostronność - na przykład pomijanie
              tego wzruszenia i tych różnych elementów więzi z dzieckiem (owszem, może jest to
              zbyt osobiste, ale jak pisać, to prawdę, moim zdaniem) gdy ktoś pisze tylko o
              takiej prozie życia, zmęczeniu, obolałości, ograniczeniach, a nie pisze o tej
              drugiej stronie. Albo jak pisze o samej słodyczy - choć z tą słodyczą to ja mam
              czasem wrażenie, że ta warstwa "zmęczeniowa" istnieje w domyśle i każdy o niej
              wie, a autor piszący o słodyczy też to wie, ale akurat na tę słodycz chciałby
              zwrócić uwagę. Chyba zależy też na jaki temat dokładnie się pisze - czy to
              temat: "blaski i cienie macierzyństwa", czy: "cienie macierzyństwa", czy "moje
              dziecko" albo "co dla mnie znaczy być mamą".

              Bardzo mi się podobał taki mały felieton znaleziony w necie, amerykańskiej
              pisarki i poetki, która nazywa się Veronica A. Shoffstall, tylko, że po awarii
              komputera straciłam to z "ulubionych" (może odnajdę i zapodam link). I tam ona
              pisała o tym, że jakaś jej znajoma, młoda mężatka, chciała ją podpytać jak to
              jest mieć dzieci i zasięgnąć rady czy już się decydować na dziecko czy nie. I ta
              młoda osoba mówi coś takiego: "tak, ja wiem, że jak przyjdzie na świat dziecko,
              to wiele się zmieni, że będą nieprzespane noce, zmęczenie, że nie będziemy mogli
              z mężem jechać w podróż kiedy chcemy czy na jakieś rozrywki sobie pozwolić kiedy
              chcemy itp." I ta Veronica Schoffstal pisze coś w tym sensie (cytuję z mroków
              pamięci). "Myślałam o tym co odpowiedzieć tej młodej dziewczynie i ogarnęła mnie
              bezsilność i niemożność wyrażenia tego. Chciałam powiedzieć jej: owszem, masz
              rację, wiele się zmieni, ale te noce nieprzespane i te trudy i ograniczenia na
              pewno nie będą miały takiego smaku, jaki sobie teraz wyobrażasz - będą miały
              zupełnie inny smak, taki, jakiego nie znasz. A jednocześnie, trzeba by
              powiedzieć nie to, że wiele się zmieni, ale lepiej jest powiedzieć, że WSZYSTKO
              się zmieni. Po prostu NIGDY już NIC nie będzie takie samo. Kiedy zostaniesz
              mamą, już nigdy nie obejrzysz spokojnie jakiegoś programu w telewizji o tym, że
              coś się stało jakiemuś dziecku, czy że dzieci głodują. Wszystkie sprawy na
              świecie będą miały dla Ciebie inny wymiar. Zawsze będziesz się o dziecko
              martwić, gdy zniknie z oczu - pójdzie do szkoły, wyjedzie na kolonie. To w Tobie
              będzie na zawsze - dopóki będziesz żyła Ty i dopóki będzie żyło dziecko." I
              jeszcze jakoś ta Veronica próbowała to przekazać słowami - tę właśnie tajemnicę
              i to splecenie losów z dzieckiem i to chcenie, by rozwinęło skrzydła, by szło
              własną drogą i jednoczesne to martwienie się o nie. I jeszcze ta Veronica pisała
              o tej właśnie słodyczy (nie przesłodzonej) bycia matką. Konkluzja była taka, że
              po prostu nie trzeba pytać "jak to jest", tylko jakoś samemu poczuć i samemu też
              rozstrzygnąć (gdy się człowiek waha) czy warto - bo WSZYSTKO SIĘ ZMIENI.

              Jeszcze może coś malutko powiem od siebie. Moja starsza córka już jest naprawdę
              duża i przeszła najtrudniejszy wiek, w którym było i jej i mnie bardzo trudno z
              różnymi sprawami i z dogadywaniem się wzajemnym i teraz jest dużo lepiej, ale
              teraz w ten wiek wchodzi druga córka i momentami jest mi trudno, a nawet bardzo
              trudno. Ale równolegle dzieje się też coś takiego "magicznego", że kiedy są
              takie momenty, w których wydaje się, że miejsce mojej córki zajęła jakaś okrutna
              istota, to jednocześnie jest też bardzo silne uczucie więzi z nią i takiej
              miłości wzajemnej: jakby czuję mocno, że to jest ta sama dziewczynka, którą
              karmiłam piersią, z którą miałam taką bardzo silną więź i która tak bardzo się
              starała przez tyle lat i byłą taką naprawdę kimś cudownym, choć nie bez wad i
              kochającym, i że w dalszym ciągu tym kimś jest. Nie wiem jak to ubrać w słowa,
              ale jest taki jakiś wymiar, że się czuje, że wszystko będzie dobrze, że to
              przetrwamy, i że się wciąż kochamy.
              No i teraz, gdyby chcieć o tym pisać, to można by pisać o tych "kłopotach z
              nastolatką" i o tych negatywach. Albo o tych pozytywach. A tak naprawdę jest "i
              to i to". Jest przede wszystkim ten naprawdę trudny do wyrażenia słowami wymiar
              macierzyństwa, który jest dla mnie czymś realnym, czymś z czym żyję od dawna. Ja
              się ogromnie cieszę, że dane mi było tego doświadczyć, choć stało się to bardzo
              spontanicznie i w sposób nie planowany, ale jest i trwa i jest to coś naprawdę
              najpiękniejszego w moim życiu.

              Starałam się tak obiektywnie, a wyszło na koniec bardzo osobiście i wręcz z
              egzaltacją może. Ale tak po prostu czuję. Niech to będzie jakimś kamyczkiem do
              ogródka rozmów o macierzyństwie - nie pierwszy to raz na forum ten temat jest
              poruszany, a myślę, że jest on jakoś ważny (tyle kobiet na forum).
              Pozdrawiam!

              • nessie-jp Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 21:14
                Ginestro, ja właściwie pisząc o jednostronności opisów dzieci w Jeżycjadzie
                miałam na myśli nie tyle kwestie uczuć
                • ginestra Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 12:02
                  >
                  > Dlaczego nie można w Jeżycjadzie pokazać mamy, która kocha swojego malucha mimo
                  > jego niedoskonałości i np. narzeka na ciągłe brudzenie pieluch, marudzi, że spa
                  > ć
                  > jej się ciągle chce, że plecy ją bolą od noszenia grzdyla, że nie ma w ogóle
                  > czasu na nic
                  • onion68 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 12:13
                    Rzeczywiście, i moim zdaniem, jest tu jakieś pokazanie, że dzieci są zawsze
                    bezproblemowe i świetnie się rozwijają, a matki super się w macierzyństwie
                    odnajdują i nawet jeśli mówią, że są zmęczone albo obolałe (Róża), to czytelnik
                    i tak jakoś tego nie może poczuć.


                    O, właśnie.
                    Przypomniało mi się, że o niedolach macierzyństwa pisał Tołstoj (Daria
                    Obłońska), ale ja jako czytelnik miałam wrażenie, że jest ona ogólnie nieudolna,
                    no i przybita przede wszystkim zdradami męża.
                    Natomiast Krystyna z "Szóstej klepki" robiła na mnie wrażenie po prostu leniwej,
                    ale być może powinnam sobie odświeżyć.
                    • limotini Re: Kuku dzieciowe 19.12.08, 12:27
                      Onion,
                      rzeczywiście Tołstoj całkiem sporo pisała o macierzyństwie. Jak tylko o tym
                      wspomniałaś, to od razu przed oczami stanęło mi kilka wyrazistych scen. I ta
                      wspomniana przez Ciebie, z Darią, która udręczona jakoś tak beznamiętnie myśli o
                      śmierci niemowlęcia, i Anna, która przecież miała ogromne problemy z
                      wytworzeniem więzi z młodszym dzieckiem.

                      No i moja ulubiona scema, gdzie Kasieńka jedzie do Moskwy urodzić dziecko, bo
                      termin się zbliża, i czeka tam tydzień, miesiąc, dwa, trzy... Jakoś my się
                      przyzwyczailiśmy, że termin porodu mamy podany przez lekarza na tacy :)

                      No i przecież pięknie jest opisany wpływ pojawienia się dziecka na małżeństwo...
                      I dorastanie do ojcostwa.

                      Eh, dobra książka.
          • kkokos Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 19:28
            nessie-jp napisała:

            > > Tyle, ze nie wiem, czy to akurat dobry temat do ksiązki dla
            > > mlodszych nastolatek. Dla starszych - owszem. Ale tłumaczenie 13-
            14
            > > latkom, ze macierzyństwo jest czasem okropne
            >
            > Ale przecież oszukiwanie 14-latek, że dziecko to taka ładniejsza i
            bardziej
            > interaktywna laleczka, jest niesłychanie szkodliwe! Po co takie
            zakłamanie
            > rzeczywistości? Czemu miałoby służyć faszerowanie 13-latek
            zmyślonymi
            > historyjkami o tym, jak cudownie słodkie są bobaski i jak łatwo
            się nimi opieko
            > wać?


            zgadzam sie z nessie. zwłaszcza że chyba w tym dużym wywiadzie z
            panią MM (być może się mylę, jeśli tak, to przepraszam - a może to
            było po prostu w wypowiedziach na forum, nie pomnę) coś o
            eskapizmie, rekompensowaniu sobie własnej nie do końca udanej
            rodziny opowieściami o ciepłym domu zawsze z herbatą i odwalającą
            robotę za innych milą. i tak wszyscy się tam kochają - a
            rzeczywistość w rodzinach wielu czytelniczek jest taka, że gdyby
            zawaliły maturę, uciekły w nieznane jak laura, dostałyby solidnie po
            tyłku. żaden woźny nie byłby zapraszany na zupę, żadnych ciuchów
            rumuńskich dzieci by się nie prało, każdego przyprowadzonego
            chłopaka traktowało się podejrzliwie itd. aha, jedno może jest
            wspólne z borejkami - niechęć do rozmów o seksie; tu się o tym nie
            rozmawia, tak jak w przeciętnej rodzinie.
            no ale przecież dziecko usprawnia trybiki rodzinnej machiny... w
            rodzinie idealnej, tak dalekiej od mojej codzienności, niemowlęciem
            zajmuje się 14-latek płci męskiej bujając je jedną nogą podczas
            odrabiania lekcji. to w czym problem? jak przydarzy mi się dziecko,
            to też je tak będę wychowywać. reszta rodziny może i jest
            niereformowalna, ale ten element z borejków mogę przecież przenieść
            na swój grunt, prawda?
            • anuszka_ha3.agh.edu.pl Trochę off-topic 17.12.08, 21:28
              > aha, jedno może jest
              > wspólne z borejkami - niechęć do rozmów o seksie; tu się o tym nie
              > rozmawia, tak jak w przeciętnej rodzinie.

              Trochę off-topic, ale otwarłaś mi oczy na fantastyczną niszę rynkową. Skoro
              młodzież łaknie powieści eskapistycznych o tym, czego nie mają w rodzinach - to
              należałoby pisać powieści o "lepszych" rodzinach, w których to czego brakuje -
              właśnie jest!

              A więc, skoro większości nastolatków dramatycznie brakuje w rodzinie wychowania
              seksualnego, braku tabu na pewne rozmowy i sprawy, tolerancji dla ich zachowań
              czy preferencji seksualnych - to ktoś powinien takie książki zacząć pisać! O
              idealnej rodzinie, gdzie seks nie jest problemem. :-)

              Już widzę, jak to by się sprzedawało! Nie dość, że młodzież zachwycona, to
              jeszcze gwarantowana reklama różnych oburzonych mediów...

              Nie słyszałam o takich książkach. Może "Tabu" i "Obciach" Kingi Dunin są trochę
              w tym kierunku, ale też nie za bardzo.

              Jeśli czytają to jacyś przyszli pisarze/pisarki, to proszę rozważyć mój pomysł.
            • yowah76 Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 21:53

              • mama_kotula Re: Kuku dzieciowe 30.12.08, 18:32
                CytatTak przy okazji, o tym jak odmozdza niektorych posiadanie dzieci przekonala mnie moja kolezanka - przyszla rzucic okiem na moje
                mieszkanie i mowi "O jak fajnie tu masz, z jednej strony plac zabaw,
                z drugiej strony plac zabaw..." tak, no ciesze sie do bolu;) bylabym
                niepocieszona bez placu zabaw.


                Odmóżdżenie?
                Ja tu widzę raczej skrót myślowy. Odniesienie do własnej sytuacji. Czyli - że to fajnie i wygodnie mieć plac zabaw pod domem. I że ona uważa, że miałaby tu fajnie :)

                Mnie w takim razie mój własny facet powinien posądzić o odmóżdżenie, kiedy przyjechałam do niego pierwszy raz, wyjrzałam przez okno i powiedziałam coś w rodzaju "o rajuniu, ale tu fajnie masz, dwa place zabaw, przedszkole po drugiej stronie ulicy i szkoła zaraz obok". Jakoś nie posądził i nie uciekł.
      • croyance Re: Kuku dzieciowe 31.12.08, 19:07
        Twoj kumpel jest chyba meska wersja mnie ...
    • onion68 Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 22:07
      To prawda, o kolkach, zmęczeniu, bezradności, zdziwieniu, złości nie pisze się.
      Nie pisze nie tylko MM, ale nikt (albo nie czytałam). I możecie mi wierzyć, że w
      wieku 23 lat byłam autentycznie zdziwiona, że nakarmione i czyste dziecko może
      nie spać, a wręcz przeciwnie, zadręczać mnie (choć samo też pewnie nie było za
      szczęśliwe, ale wtedy odczuwałam to właśnie w ten sposób).
      O zmęczeniu było tylko w "Kwiecie kalafiora", co prawda nie własnymi dziećmi,
      ale małoletnim rodzeństwem. I to było po prostu prawdziwe.
      W tej dyskusji popieram frakcje pro-realistyczną. Może nie miałoby sensu
      rozwodzenie się w każdym rozdziale nad trudnościami macierzyństwa, ale naprawdę,
      przedstawienie go w konwencji innej niż przytulnego gniazdka i leku na całe zło
      nie zaszkodziłoby. Jak już pisałam, u MM wszelkie problemy rozwiązują się z
      chwilą założenia rodziny, a - powtórzę za Nienackim - zaprawdę, wtedy one się
      zazwyczaj dopiero zaczynają. I nie zaszkodzi coś takiego nawet i dzięki książkom
      przeczuwać.
      Co do małych dzieci, podobały mi się tylko w czasie, gdy moje były małe. Obecnie
      robi mi się autentycznie niedobrze na widok niemowlęcia koleżanki, a szczególnie
      w obliczu ciumkania pozostałych pań (było o tym niedawno na forum).
      • verdana Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 22:58
        Dlaczego nie jestem za? Bo uwazam, że młode czytelniczki w
        przeciwienstwie do nas nie wysuwaja aż tak daleko idacych wnioskow
        o przyszłym macierzyństwie. Zreszta w Sprężynie dziecko jest może
        idyllą dla Idy, a nie dla starszego rodzenstwa - to jest własnie
        problem nastolatków - konieczność pilnowania malucha, a nie
        nieprzespane noce.
        Mam wrazenie, ze jednak nie bierzecie pod uwagę jednej rzeczy -
        przedstawianie macierzyństwa jako klopotu i pasma poswięceń (tak
        niegdyś bylo we wszystkich moralizatorskich opowiesciach dla dzieci,
        których z racji pracy przeczytałam setki), budzi jednoznaczne
        skojarzenie - mama powinna być na piedestale, poniewaz poświęcała
        sie dla dzieci, nie spała cale noce nad kolyską, stracila mnostwo
        szans życiowych. Problem tkwi z tym, ze my utozsamiamy się z
        matkami, potencjalne zas czytelniczki pani MM jescze ciągle z tymi
        dziećmi, ktore były nieznosne, kłopotliwe i narobiły wlasnym matkom
        klopotu. Zwracam uwagę, ze stereotyp matki-Polki, to nie Pyza czy
        Ida, ale własnie umęczone posiadaniem dzieci matki, które poswięcają
        się, padajac na pysk. Nie jest przyjemnie dowiedzieć się, ze sie dla
        matki było kłopotem i obciążeniem - a tak to zrozumieją
        czytelniczki, ktore o własnych dzieciach nawet nie myslą.
        Mimo, ze MM czyta wiele kobiet starszych, to jednak tu zgodzę się z
        MM , ze treść ma być dostosowana do percepcji mlodszych i do ich
        widzenia świata.
        • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 23:07
          No to gdzie te klopotliwe dzieci, z ktorymi moga utozsamiac sie mlodsze
          czytelniczki? Laura sie troche buntowala, a teraz przestala. A co z reszta?
          Taa, ja nie dziwie sie, ze dziecko dla Idy jest "idylla" skoro zepchnela
          zajmowanie sie nim na nieletnie rodzenstwo i reszte rodziny. Tu nie chdozi o to,
          by przedstawiac wiecznie poswiecajace sie matki-Polki. Tym bardziej, ze mamy tu
          deklaratywna swieta Gabriele, choc jakos z praktyczna strona juz gorzej. Nie
          chodiz o pisanie o poswieceniu, i ze dzieci to tylko klopot. No ale moze nie
          wmawiajmy nikomu, ze dzieci to sama radosc i problemy, ktore same sie
          rozwiazuja? A przeciez MM to robi, w Sprezynie juz calkiem wyraznie, w tym
          fragmencie mowiacym o tym, jak to kolejne dziecko jeszcze usprawnilo kolejne
          mechanizmy. No tak, odziedziczy moze wozek i ubranka po innych dzieciach,
          rodzina je wynianczy i wyzywi w zastepstwie Idy, ale to troche za malo, zeby
          wierzyc w ten sprawny mechanizm. Ja tylko prosze o wiecej realizmu.
          • minerwamcg Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 16:01
            >Laura sie troche buntowala, a teraz przestala.

            "Trochę się buntowała". Kłamała, kradła, oszukiwała, uciekała z
            domu, robiła krzywdę sobie i otoczeniu. Drobiazg. To tak, jakby
            powiedzieć, że pani Sznytek była "trochę nienajlepszym" kierowcą :)

            Przestała? No pewnie, że przestała. Młodzieńczy bunt na drugim roku
            studiów zakrawałby na wtórny infantylizm kwalifikujący się do
            leczenia.
            • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 16:12
              Oczywiscie, ze to, co wyczyniala Laura za mlodu nie bylo w porzadku, ale to nie
              byl blad, a proste konsekwencje bledow wychowawczych Gaby. Bo ona potrafila
              tylko narzekac na Tygrysa za jej plecami, a bala sie porozmawiac z corka. Nie
              tylko o ojcu, wyznaczyc tez akceptowanych granic tez nie umiala. No i miala na
              co zasluzyla.

              Natomiast u Laury malo bylo takiego szukania przez bunt siebie i swojeg miejsca.
              Ona tylko wlaczyla z matka, nie przypominam sobie szczegolnie, zeby ustawiala
              sie w opozycji do borejkowskich idealow.
              Jak byla starsza, zafarbowala wlosy na zielono i byla opryskliwa:-). Ale w tym
              samym czasie akcji lub zaraz potem i tak spiewala w kosciele, jak grzeczna
              panienka z dobrego domu;-)
              Pomijajac autentyczny konflikt z matka ten caly bunt Laury byl jakis taki
              niemrawy:-)
              • mamarcela Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 18:46
                dakota77 napisała:
                >
                > Natomiast u Laury malo bylo takiego szukania przez bunt siebie i swojeg miejsca
                > .
                > Ona tylko wlaczyla z matka, nie przypominam sobie szczegolnie, zeby ustawiala
                > sie w opozycji do borejkowskich idealow.
                > Jak byla starsza, zafarbowala wlosy na zielono i byla opryskliwa:-). Ale w tym
                > samym czasie akcji lub zaraz potem i tak spiewala w kosciele, jak grzeczna
                > panienka z dobrego domu;-)
                > Pomijajac autentyczny konflikt z matka ten caly bunt Laury byl jakis taki
                > niemrawy:-)
                >

                Otóż to! Zresztą w ogóle Laura w działaniu wydaje mi się mocno niemrawa. A wiem
                co mówię, bo posiadam na składzie żywego Tygrysa, różniącego się od Laury
                jedynie kolorytem i brakiem buntu przeciwko matce (czyli mojej osobie:), a
                przynajmniej stałego buntu. Kiedy Musierowicz opisuje młodszą córkę Gabrysi to
                mam ochotę zakrzyknąć gromko: Wypisz wymaluj moje starsze dziecko!, ale potem
                Laura zaczyna "się zachowywać" i całe podobieństwo znika. Bo, prosz szan
                państwa, panienki z temperamentem, a taką się jawi Tygrys z opisów, to nawet
                milczą głośno i ostentacyjnie, chodzą zawsze przeciwko komuś bądź czemuś, a w
                każdym razie tak, żeby zwrócić uwagę, a jak zarzucą włosami to ściany się
                rozstępują, tymczasem złości i złosliwości Laury takie myszowate jakieś.
                Wydaje mi się, że autorka nie bardzo potrafi opisać w działaniu typu postaci,
                którego po prostu nie zna z autopsji. Toż de facto przy gorącokrwistej jakoby
                Laurze potulna Cielęcina wydaje się rewolucjonistką, że już o Anieli i
                pyskatej Idzie nie wspomnę.


                A tak w ogóle to dobry wieczór wszystkim, to mój debiutancki post na tym forumie. :)
                • onion68 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 20:13
                  Witamy, witamy :)
      • mamalilki Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 23:06
        A ja Was nie rozumiem. Naprawde nie mialyscie dzieci w rodzinie? Nie mialyscie
        upierdliwej 3 letniej kuzynki, ktorej trzeba wszystko oddac "bo jest malutka"?
        Albo malych dzieci jakiejs ciotki ktore przychodzily zdemolowac pokoj
        nastolatki? Dla mnie nie bylo niczym dziwnym ze dziecko to klopot,
        dezorganizacja zycia, niespanie itd. Moze dlatego moje zdziwienia byly raczej
        pozytywne. Nikt mi nie opowiadal, ze te same dzieci potrafia byc fajne.
        A w jezycjadzie to osobny temat.
        Udreczona Tosia Kowalik nad praniem
        Przerazona Krystyna wrzeszczaca ze boi sie dotknac dziecko. Zreszta akurat
        wyczyny Irenki naprawde nie sa reklamą noworodka.
        Zgorzkniala pani Shoppe, ktora "wszystko poswiecila dla dzieci" (lubie ten typ)
        a teraz jest zgorzkniala i sfrustrowana
        Pan Jankowiak deliberujący o niewdziecznosci Anitki...
        No troche by sie tego uzbieralo.
        Ja nigdy nie odbieralam Jezycjady jako reklamy niemowlaków. Raczej bylam fanką
        kilkuletnich dzieci typu Bobcio czy Mamerciatka za ich teksty, i moge
        potwierdzic ze kilkuletnie dziecko rzeczywiscie jest niezrownane w produkcji
        tychze. Co do cudzych dzieci to raczej nie lubie ale robie wyjatki. Swoje bardzo
        lubie bo sa wesole z poczuciem humoru i bardzo bystre. Kocham tez ale kochalabym
        zawsze, a czy bym lubila? Nie wiem.
        • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 23:15
          No co ty, ja pierwze dziecko z bliska zobaczylam juz na studiach. A powaznie,
          zwroc uwage, ze nie chodzi tu o nas. I tak, zgadzam sie z toba, ze inne
          czytelniczki MM tez pewnie maja rodzenstwo, znajomych z dziecmi i widzialy
          dzieci w roznychy okolicznosciach, niekoniecznie uroczych. Ale dla mnie chodzi
          tu o cos innego. MM twierdzi wciaz uparcie, ze te ksiazki maja spelniac role
          wychowawcza, tak? Wiec ja, tak jak powtarzam tu juz do znudzenia, chcialabym,
          zeby uprzedzila te swoje targetowe mlode czytelniczki, ze owszem, macierzynstwo
          fajne, ale odpowiedzialne, najlepiej w stosownym wieku i sytuacji zyciowej. I ze
          nie musi to byc zawsze takie latwe, mile i bezproblemowe. A tu nic. Pyza ma
          dziecko, i super, cid macierzynstwa, coz tam brak wyksztalcenia, pracy, ojca
          dziecka w ich zyciu. ida ma kolejne, i fajnie, ale przerzuca je znow na
          rodzinie, a my slyszymy od autorki, ze dziecko tylko usprawnilo rodzinny system.
          Super wzorce jak na powiec dydaktyczna.
          • sowca Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 23:38
            Wydaje mi się, że nie ma tu wersji "realistycznej"
            i "nierealistycznej", dlatego, że każda matka odbiera swoje
            macierzyństwo i swoje dziecko inaczej. Są matki udręczone,
            niezadowolone, takie, które dopiero uczą się kochać swoje dziecko,
            są zmęczone, zniechęcone i tak dalej. To jest oczywiście realne. Ale
            sama osobiście znam matki, które przeżywały swoje macierzyństwo
            zupełnie inaczej, rozkwitały, zachwycały się swoimi maleństwami, nie
            skarżyły się na zmęczenie ani nic takiego. Co ciekawe, często jest
            tak, że kobiety, które w zasadzie dziecka mieć nie chciały (wpadka,
            nalegania męża, lęk przed upływającym czasem itp) i obawiały się
            macierzyństwa, nagle się okazały superzadowolone, a te, które bardzo
            dziecka pragnęły i cudownie wyobrażały sobie macierzyństwo, się
            boleśnie rozczarowały. Jedno i drugie jest prawdziwe.Wszystko zależy
            od indywidualności. A to, że MM opisuje akurat absolutną radośc i
            błogość młodych matek, ja akurat rozumiem. To nie są poważne książki
            o macierzyństwie ani poradniki dla przyszłych matek, tylko lekkie
            opowieści o miłości dla nastolatek :)
            • jottka Re: Kuku dzieciowe 17.12.08, 23:47
              sowca napisała:

              >To nie są poważne książki o macierzyństwie ani poradniki dla przyszłych matek


              weźmy na przykład 'szóstą klepkę'?:)

              bojąca sie dotknąć swego własnego dziecka, a jednocześnie zauroczona nim
              krystyna, padająca na nos cała rodzina, bo irenka ryczała głosem bawołu do
              poranka, zasypiająca na stojąco cesia, bo tylko ona zdolna się okazała z
              niemowlakiem dogadać, zakochana ukradkiem w małej bestii mama żakowa - pełen
              zestaw zdarzeń, którym trudno zarzucić, że są nieprawdopodobne. a jednocześnie
              mamy i wyraźnie wskazane potężne problemy, jakie się wiążą z ukochanym
              maleństwem, i ciepłe uczucia, jakie ono budzi wśród krewnych i znajomych, i
              ogólnie wspólne przełamywanie trudności.

              rozwiązanie jest optymistyczne, bo to lekka powieść dla młodzieży jest, ale
              jednocześnie mamy trzeźwy opis rzeczywistości - i komu to przeszkadzało?:)
              • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 07:53
                Autorce, bo od tego typu rozwiazn odeszla w dalszych tomach;-P
            • pontecorvo Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 09:30
              "Co ciekawe, często jest
              tak, że kobiety, które w zasadzie dziecka mieć nie chciały (wpadka,
              nalegania męża, lęk przed upływającym czasem itp) i obawiały się
              macierzyństwa, nagle się okazały superzadowolone, a te, które bardzo
              dziecka pragnęły i cudownie wyobrażały sobie macierzyństwo, się
              boleśnie rozczarowały. Jedno i drugie jest prawdziwe."

              Zgadzam się w 100%. Ja byłam z tych, co kilka lat przed urodzeniem córeczki (w
              wieku 29 lat) zaglądała do cudzych wózków, w marketach dziwnym trafem dryfowałam
              w kierunku ciuszków niemowlęcych i przebierałam tam niemiłosiernie długo,
              odciągana przez męża, który tracił cierpliwość; zżerana zazdrością na widok
              koleżanek z maleństwami. W ciąży - szał radości, bezproblemowo, pracowałam
              bardzo intensywnie z dobrym samopoczuciem (nie licząc bóli w krzyżu) i gdyby nie
              Święta BN, to pewnie urodziłabym w pracy:) Poród -pierwsze "zaskoczenie": 68h,
              ból, stres, czy wszystko w porządku. wreszcie ukochane maleństwo w moich rękach,
              oczywiście radość jest nie do opisania, ale ten ból również nie do opisania.
              Położne od początku kazały zajmować się dzieckiem, ja nie mogłam po cesarce
              nawet ruszyć palcem u nogi, tak bolało. Dostałam etykietkę niedobrej matki.
              Córeczka z wrodzonym sobie uporem odmówiła współpracy ssania. Owszem, położen
              pomagały, jedne cierpliwiej, inne brutalniej, ale ostatecznie to ja byłam z tym
              SAMA, z dzieckiem, które wręcz z zawziętością odwraca główkę ode mnie, zaciska
              piąstki, uderza w piersi, odkopuje się raczkami. Dla mnie wtedy bezpośrednio po
              trudnym porodzie, był to szok i ...rozczarowanie. Pierwszy raz w życiu byłam tak
              zdeterminowana, za pomocą konkretnych rad z książki, nauczyłam ja ssać-po 10
              dniach od urodzenia, oczywiście już w domu...
              A potem do niewyspanie do potęgi n-tej, byłam przygotowana na pół roku budzenia
              się, ale nasze oczekiwania rozminęły się z rzeczywistością. Córeczka przez 1,5
              roku budziła się z krzykami i histeriami po 5-7 razy w nocy. W pracy zasypiałam
              przy biurku. O próbach przeciwdziałania temu, mogłabym napisać książkę, wcale
              pokaźnych rozmiarów. Dziś (ma 2 latka) jest trochę z tym lepiej, ale z kolei
              silnie wyeksponowany bunt dwulatka i "walka" w domu o każdą zgoła
              najnormalniejszą czynność, też mnie przerasta...
              Niemniej jednak ta więź, którą można odczuć jedynie do swojego dziecka, jest
              czymś naprawdę niepowtarzalnym...
              • mamalilki Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 11:14
                To moze faktycznie pesymistom latwiej :-) Ja balam sie porodu jak diabel
                swieconej wody, jeszcze sie nasluchalam os siostry jaki to potworny bol kiedy
                podaja oksytocyne. jak juz mi ja podali to czekalam na ten bol. No owszem 12
                godzin mnie bolalo, ale mowiac szczerze bardziej sie nadal boje dentysty niz
                porodu a juz mam 3 porody za sobą i wszystkie nie najprostsze.
                Po dziecku sie spodziewalam ze mnie uziemi, upupi, ze dostane pieluszkowego
                zapalenia mózgu, ze juz nigdy nie schudne i bede plakac krwawymi lzami przy
                karmieniu. Ostatecznie dziecko troche mnie pogryzlo ale bez przesady, maz sie
                postaral zebym nie byla uziemiona itd. Po 2 latach sama postaralam sie o takie
                zlecenia ktore moge robic w domu, wiec zwalczylam nawet pieluszkowe zapalenie.
                Zauwazcie ze Ida ma TRZECIE dziecko. Trzecie dla mnie tez jest idyllą: jest
                spokojne (bo mamusia jest pewna siebie jak sadze), spi bez problemow, je bez
                problemow, potrafi sie bawic samodzielnie przez 1,5 godz (ma 1,5 roku) i
                naprawde nie wywraca mi zycia do gory nogami. Nie wiem czy bym powiedziala ze
                usprawnia, az tak daleko bym sie chyba nie posunela :-) ale zasadniczo nie utrudnia.
    • truscaveczka Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 08:21
      Uwielbiam niemowlęta. Nie zmienia to faktu, że moja miłość do córki narastała od
      poziomu niemal zerowego do całkiem zaawansowanego - zwyczajnie musiałam się do
      niej przyzwyczaić.
      Natomiast macierzyństwo moje tylko w szczegółach odbiegało w okresie
      niemowlakowym mojego półproduktu od owego słodko-pierdzącego obrazu - gdyby nie
      rozbieżność chronotypów mojego i dziecka oraz przeżuty biust, osiągnęłabym 95%
      cukru w cukrze :)
      Ale ja urodziłam dziecko mając 27 lat, ugruntowaną "karierę zawodową" i nieco
      inne priorytety niż przeciętna studentka. Dlatego bardzo podoba mi się to, co
      napisałaś:
      > Uważam więc, ze lansowanie wizji szczęśliwego macierzyństwa tuż lub w trakcie
      > studiów może przynieść więcej złego niż dobrego. Bo istnieje duża szansa, że
      > młodzi rodzice poczują się oszukani.
      I podpisuję się pod apelem o niezasładzanie wizji macierzyństwa na amen.
      PS Czyżby takim odsładzaniem w wersji right był refluks Ziutczany?
    • lacitadelle Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 10:55
      o ile ten post to nie prowokacja, to mogę tylko powiedzieć: cóż, naiwnych nie
      sieją.

      Ja też do urodzenia mojego syna nie miałam kontaktu z żadnym dzieckiem - serio,
      był pierwszym zwiastunem młodego pokolenia w całej rodzinie mojej i mojego męża.

      W kwestii gazetek, to ja chyba zostałam zasypana jakimiś innymi, bo w moich
      opisane były głównie problemy: z porodem, depresją poporodową (także dziwię się,
      że nożyczki mogły być jakimkolwiek zaskoczeniem), karmieniem naturalnym,
      karmieniem butelką, z kolkami, z uczuleniami, z chorobami, z wychowaniem, kupami
      i sama nie wiem, czym jeszcze. Wręcz odniosłam takie wrażenie, że po to są te
      wszystkie dość grube gazetki, żeby pomagać w rozwiązywaniu licznych problemów
      (no i przy okazji reklamować różne produkty ;), a stąd logiczny wniosek, że te
      problemy się pojawią. No chyba, że ktoś tylko ogląda wyfotoszopowane zdjęcia i
      tytuły...

      W kwestii lektur wszelakich: trudno mi uwierzyć, że ktoś może w życiu przeczytać
      tylko jedną książkę czy też serię książek. A jak się czyta różne książki, to
      wiadomo, że pojawią się w nich różne wizje macierzyństwa - i dobrze! Ja szczerze
      mówiąc nie zauważyłam nigdzie gloryfikacji tegoż i promowania wizerunku
      słodkiego niemowlęcia, z którym nie ma żadnych problemów.

      Podsumowując: chociaż uważam się za skrajną życiową optymistkę, jakoś nie miałam
      złudzeń co do tego, że macierzyństwo będzie usłane różami. Widocznie jestem
      optymistką realną ;)

      Generalnie w marzeniach widzę świat, w którym ludzie przed zdecydowaniem się na
      dziecko przechodzą specjalny kurs, najlepiej zakończony trudnym egzaminem. Moim
      zdaniem nieprzygotowanie się do wszelakich mogących wystąpić po porodzie
      problemów, to zwykłe lenistwo i nieodpowiedzialność. I polecam szkołę rodzenia,
      szczególnie tym, którzy nigdy nie mieli do czynienia z dziećmi - po przeczytaniu
      pierwszego wątku z tego postu zaczynam dostrzegać, że ta instytucja ma do
      spełnienia prawdziwą misję.

      Smacznego!
      • nessie-jp Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 15:14
        > Generalnie w marzeniach widzę świat, w którym ludzie przed zdecydowaniem się na
        > dziecko przechodzą specjalny kurs, najlepiej zakończony trudnym egzaminem.

        Tylko ile panien w Jeżycjadzie DECYDUJE się na dziecko, a ile po prostu bierze,
        co pan Bóg da i jest niezmiernie zaskoczonych ciążą? Gabriela nie planowała
        żadnej ze swoich ciąży. Róża
    • cathy1976 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 12:30
      A ja z kolei mam wrażenie, że teraz jest moda na matki, które lubują
      się w opisywaniu swojej wyrodności. Takie, które mówią, że nie lubią
      dzieci itp. I jeszcze, że w dobrym tonie jest powiedzieć raz na
      jakiś czas, że ma się ochotę udusić swoje dziecko.

      Sama przechodziłam taki okres, ale to było jeszcze zanim urodziłam
      swoją dwójkę. Dzieci miałam nigdy nie mieć i w ogóle byłam ponad to.
      I wydawałam się sobie bardzo nowoczesna i taka.. cool..

      A potem miałam 30 lat i pomyslałam, że może mnie coś w zyciu ominąć,
      więc na wszelki wypadek zdecydowałam się na dziecko. O dziwo moje
      macierzyństwo okazało się słodkie i niepierdzące. Nie mam na co
      narzekać. I MM się chowa ze swoimi opisami- bo Ziutek ma na
      przykład refluks, Milę trzeba było nosić na rękach, a Ignacy
      Grzegorz jako dzidź utyskiwał podczas gorących nocy :-)

      Proszę więc nie zarzucać, że MM opisuje posiadanie dzieci zbyt
      pięknie. Ona tylko pokazuje, że można bez specjalnego uszczerbku na
      zdrowiu, znieść rozmaite dziecięce przypadłości:-)
      • mamalilki Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 12:54
        Z ta moda na wyrodnosc to sie zgodze. Co do wypowiedzi Ginestry: wiele razy
        piszemy, ze jednak jestesmy "starszymi" czytelniczkami. te starsze to wlasnie od
        studentek do oporu. Potrzebe prawdziwosci i nieubarwionych faktow sama odczuwam.
        Kiedys nie lubilam biografii. To przyszlo samo z wiekiem (mam 30, dla jasnosci).
        Wole aktualnie ksiazki biograficzne i wspomnieniowe, albo przynajmniej oparte na
        faktach niz czysta fikcje. Natomiast kiedy zaczynalam czytac Jezycjade czytalam
        wylacznie fikcje i nic innego mnie nie interesowalo. Czytalam o malej Irence i
        Krystynie i pamietam ze ten watek i tak mi gdzies umykal, bo najbardziej mnie
        interesowalo, czy Cesia bedzie z Hajdukiem czy nie i jak sie rozprawi z okropną
        przyjaciolką. Mysle ze dzisiejszym 13 latkom tez umyka watek ulewajacego Ziutka
        na rzecz "Zlotej nitki". Jakby Ziutek mial alergie tez by im umknelo. To nie ich
        swiat po prostu.
        • verdana Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 18:51
          I jeszcze jedno - można opisac trudnosci, klopoty, wszystkie
          nieprzyjemnosci związane z posiadaniem dziecka - i czytelniczki
          uwierza. Nie da się jednak raczej 14-latkom opisac tego, co sie
          czuje do dziecka. I wtedy nagle okazuje sie, ze dzieci po prostu
          miec nie warto - po co?
          jest taka akcja w USA i niektorych krajach zachodnich - daje się
          nastolatkom lalke, ktora trzeba regularnie karmic, przewijać,
          wstawac w nocy, aby je zniechęcić do zbyt wczesnego macierzynstwa.
          zawsze uwazalam, ze ta akcja zniechęca do dzieci w ogole i jest
          idiotyczna.
          • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 19:13
            A ja zawsze uwazalam te akcje za potrzebna. Przynajmniej mlodziez nie mysli po
            niej, ze dziecko to lalka, ktora mozna sie chwile pobawic, ladnie ubrac, a potem
            odstawic do kata, jak sie znudzi. Wiedza, ze z posiadaniem dziecka wiaze sie
            odpowiedzialnosc. Jak je to zniecheci do sprawienia dziecka w wieku lat -nastu,
            to super. Ale jakos nie wierze w to, zeby to je mialo zniechecic do posiadania
            dzieci w ogole iles lat pozniej. Akcja nie jest nowa, a jakos Amerykanie sie
            rozmnazaja jednak;-). jelsi swiadomiej, to super.
            • marty_chce_do_dzungli Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 20:06
              I znowu ktoś mnie posądził o trollowanie. Lojalnie uprzedzam, że nie trolluje.
              Tak sobie myślę, że w kanonie lektur szkolnych nie ma ani jednej książki o
              macierzyństwie czy w ogóle o rodzicielstwie. No może poza "NiD" Dąbrowskiej.
              Chyba kanon lektur układał jakiś mężczyzna :P
              Lepiej czytać 12 sonetów Kasprowicza o róży i sośnie w górach :-/

              Pamiętam w jakim zdumieniu byłam, gdy czytając "Przeminęło z wiatrem" na
              trafiłam na fragment, w którym Scarlett O. wypowiada się o małym Wadzie per
              mazgaj a o małej Elli smutna brzydka małpka. Dopiero trzecie dziecko kocha. Moze
              to wynik, że wydoroślała, może dlatego iż co nie co w życiu przeżyła. Absolutnie
              jej nie usprawiedliwiam, tylko wskazuję, że ślub i dziecko zaraz po to nie
              początek bajki pt. żyli długo i szczęśliwie.

              Nb mogę się założyć że za 2, góra trzy książki zobaczymy Laurę ohajtaną,
              mieszkającą przy sklepie, radośnie podrzucającą dziecko Pulpecji albo Gabie w
              przerwie pomiędzy występami w La Scali i bronieniem magisterki.


              Co do wyrodności. to msz to pojęcie funkcjonuje nie jako typowa "wyrodność"
              tylko jako opozycja do pieluszkowego zapalenia mózgu ( co to wystarczy
              przeczytać forum cip) albo jako próba identyfikacji siebie jako osoby, a nie
              tylko siebie-matki.


              • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 20:16
                Ci do Laury, to mysle ze jej borejkowskie ustatkowanie w postaci meza i dziecka
                nastapi najpozniej w drugim tomie po Sprezynie. W Jezycjadzie to zawsze idzie
                blyskawicznie;-)

                A co do jej kariery, to tak brutalnie napisze, ze mam jednak nadzieje, ze nie
                trafi do La Scali czy Matropolitan Opera. Na swiecie jest masa uzdolnionych
                spiewaczek, konkurencja ogromna. Wolalabym zeby Laura spokojnie walczyla sobie o
                role w Polsce, usilujac wyrobic sobie renome. Wiele z uzdolnionych spiewaczek
                nigdy nie trafia na swiatowe sceny. Tak, wciaz gniewam sie na Florka o ten
                komentarz o Marii Callas;-)
              • niq_miejski nowa - nie trolluje 19.12.08, 10:40
                marty_chce_do_dzungli napisała:

                > I znowu ktoś mnie posądził o trollowanie. Lojalnie uprzedzam, że nie trolluje.

                Ja tez nie - jestem nowa na forum ale nie ma powodu mnie obchodzic dookola z
                daleka, gdyz nie jestem trollem. Krzaczkowalam dosc dlugo i calkiem niezgorzej
                kojarze niektorych forumowiczow, rozumiem ze nie moge spodziewac sie tegoz
                samego wzajemnie, to troszke tak jak przychodzic do zzytej klasy - co
                praktykowalam w przeszlosci i nie bylo fajnie.
                • anutek115 Re: nowa - nie trolluje 19.12.08, 12:07
                  niq_miejski napisała:

                  > Ja tez nie - jestem nowa na forum ale nie ma powodu mnie obchodzic dookola z
                  > daleka, gdyz nie jestem trollem.

                  Niqu_miejski, mam nadzieję, że nie odnosisz wrażenia, że jestes omijana z
                  daleka, gdyż jesteś nowa (czy tez z jakiegokolwiek innego powodu)? Od siebie
                  powiem, że bardzo podobały mi się te wątki, które założyłaś, a nie dopisałam się
                  na przykład w pierwszym, gdyż, cóż, wymagał moim zdaniem przemyślenia, i
                  cokolwiek nie wymysliłam wydawało mi się za mało inteligentne, by się dopisywać,
                  a byle czym nie chciałam go zaśmiecać...
                  • niq_miejski Re: nowa - nie trolluje 19.12.08, 18:24
                    anutek115 napisała:

                    > Niqu_miejski, mam nadzieję, że nie odnosisz wrażenia, że jestes omijana z
                    > daleka, gdyż jesteś nowa (czy tez z jakiegokolwiek innego powodu)? Od siebie
                    > powiem, że bardzo podobały mi się te wątki, które założyłaś, a nie dopisałam si
                    > ę
                    > na przykład w pierwszym, gdyż, cóż, wymagał moim zdaniem przemyślenia, i
                    > cokolwiek nie wymysliłam wydawało mi się za mało inteligentne, by się dopisywać
                    > ,
                    > a byle czym nie chciałam go zaśmiecać...

                    Dzięki za dobre słowo, jestem bardzo łasa na takowe :-) Cieszę się że masz
                    ochotę ze mną rozmawiać, no naprawdę, fajnie, dzięki!
                    • dakota77 Re: nowa - nie trolluje 19.12.08, 18:28
                      Zapewniam, ze nie tylko Anutek chce tutaj z toba rozmawiac:-)
                      • niq_miejski Re: nowa - nie trolluje 19.12.08, 19:57
                        dakoto, dzięki, miód na moje serce :-)
                        • lezbobimbo Re: nowa - nie trolluje 19.12.08, 20:54
                          Ja to Ci bym nawet chciala Poznan pokazac i wlekac Cie po tych wszystkich
                          kamieniczkach i remizach :))))
                          • niq_miejski Re: nowa - nie trolluje 19.12.08, 22:30
                            lezbobimbo napisała:

                            > Ja to Ci bym nawet chciala Poznan pokazac i wlekac Cie po tych wszystkich
                            > kamieniczkach i remizach :))))
                            >

                            Wszystko wskazuje na to że będę w Poznaniu w styczniu. Już zaplanowałam
                            wycieczkę do remizy :-)
                            • filifionka-listopadowa Re: nowa - nie trolluje 26.12.08, 22:05
                              Rodzona na Polnej Poznanianka może życzyenie rozbudować subiektywny przewodnik z
                              wątku o architekturze ( w ramach możliwości). Bo by zostać przewodnikiem
                              "osobowym" raczej czasu mi nie stanie.
                              • niq_miejski Re: nowa - nie trolluje 26.12.08, 23:13
                                dzięki :-)
                        • dakota77 Re: nowa - nie trolluje 19.12.08, 20:58
                          Ale ty naprawde mialas co do tego jakies watpliwosci?:-). Ja tez mialam z twoim
                          watkiem taki sam problem jak Anutek- super temat, tylko mialam wrazenie, ze nie
                          mam nic madrego do dodania;-)
                          • klymenystra Re: nowa - nie trolluje 27.12.08, 00:27
                            Wiekszosc watkow tu jest taka:)
                            Teraz mialam zamiar uzewnetrznic sie na temat planow starania sie o dziecko tuz
                            po obronie w wieku lat 23, ale stwierdzilam, ze to troszku za glupie :)
                            Takze niqu miejski, sie nie przejmuj, nikt Cie nie omija :)))
            • yowah76 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 20:32
              Jak sie widzi kolejna dwudziestolatke z trojka dzieci, najpewniej
              kazde z innym facetem, to troche szkoda, ze im ktos w pore takiej
              metody wychowawczej nie zaserwowal.
            • verdana Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 20:54
              Może zniechęcić - bo przekonuje się ludzi, ze dziecko to
              niewiarygodny klopot, nie pokazujac im żadnej, ale to żadnej
              pozytywnej strony macierzyństwa. Sadzę, ze dziewczyny, ktore
              zachodzą w ciążę bezmyslnie, nic nie zniecheci, bo one nie licza się
              z podsiadaniem dziecka. Te rozsadne będa juz wiedziały, ze
              posiadanie dziecka jest wyjatkowo uciążliwe i marnuje zycie - nie
              dowiedza się natomiast tego, ze dziecko, w przeciwieństwie do lalki
              daje pewne gratyfikacje posiadaczowi.
              • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 21:15
                Jezeli pochodza z domow, gdzie okazuje sie milosc i uczy uczuc, moim zdaniem
                beda wiedzialy. Jesli nie, szkola tu nie pomoze, ale moze choc nauczy rozsadnego
                podejscia do seksualnosci i potencjalnego macierzynstwa.
          • onion68 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 20:12
            W którejś części Adriana Mole'a jego siostra, będąc w niechcianej, młodocianej
            ciąży, dostaje taką lalkę jako narzędzie przetestowania siebie. Eksperyment
            kończy się aborcją.
            Myślę jednak, że realistyczne przedstawianie macierzyństwa (ale nie rozumiem
            tego, jako przedstawianie wyłącznie w czarnych barwach) nie zniechęci nikogo -
            hormony zrobią swoje. A przynajmniej szok może być mniejszy.
            • jordanpeter Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 20:19
              Ja też nie miałam skąd dowiedzieć się o tym, jakie są realia
              dzieciowe, (gazetki dzieciowe są bzdurne) a jednak sobie b. chwalę
              macierzyństwo.
              Choć nie przeczę - bywa trudno, a i moja cierpliwość jest wystawiana
              na częste próby ;)
              Prawdą jest, że macierzyństwo, zwłaszcza to wczesne, przedstawione
              jest przez MM jak sam cud miód. Ale przecież takie są jej książki ;)
              przesłodzone nieco ;) Tymczasem codzienność w opiece nad dzieckiem
              jest trudna, to, co piękne, widać z perspektywy często.
              • marty_chce_do_dzungli Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 20:25
                a u mnie decydującym uczuciem w macierzyństwie jest żal.

                Nie, nie, nie, nie żal że mam dziecko.

                Tylko, że tyle rzeczy mogłam zrobić inaczej, lepiej, ciesząc się z tego, że syn
                jest i będzie inaczej, albo po prostu z tym pogodzić.
                • mamalilki Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 20:34
                  A nie mozesz zaczac sie cieszyc wlasnie dzis? Ze jest na swiecie, ze jest jaki
                  jest, ze jeszcze tyle przed Wami...
          • nessie-jp Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 21:21
            > wstawac w nocy, aby je zniechęcić do zbyt wczesnego macierzynstwa.
            > zawsze uwazalam, ze ta akcja zniechęca do dzieci w ogole i jest
            > idiotyczna.

            Hę? A to dlaczego? Czyżby dziecko, wczesne czy niewczesne, samo się przewijało i
            myło i nie wymagało wstawania w nocy?

            Nastolatki, które nie wychowywały się w domu z niemowlęciem, nie mają pojęcia o
            obsłudze takiego stwora. Mało, niektóre nastolatki nie mają dość wyobraźni i
            wiedzy, żeby umieć się zaopiekować kotkiem, a co dopiero niemowlęciem!

            Im więcej tego typu akcji, tym lepiej
            • agnieszka_azj Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 21:36
              nessie-jp napisała:

              > > wstawac w nocy, aby je zniechęcić do zbyt wczesnego
              macierzynstwa.
              > > zawsze uwazalam, ze ta akcja zniechęca do dzieci w ogole i jest
              > > idiotyczna.
              >
              > Hę? A to dlaczego? Czyżby dziecko, wczesne czy niewczesne, samo
              się przewijało
              > i myło i nie wymagało wstawania w nocy?

              Bo od tego są hormony i inne takie wymysły natury ;-), żeby się do
              własnego dziecka wstawało w nocy bez porównania chętniej niż do
              jakiejś lalki czy woreczka z mąką.

              Zanim zostałam mamą miałam w zyciu krótki czas bycia opiekunką do
              dzieci za granicą. Mimo, że je naprawdę lubiłam i starałam się
              wykonywać swoją pracę jak najlepiej - to cały czas była praca. Nie
              miałam do tego nawet części tej cierpliwości i oddania, jakie
              pojawiło się w stosunku do własnych dzieci. Uświadomiłam to sobie
              dopiero, jak już moje córki były na świecie.

              Kiedy miałam własne niemowlę zapach jego kupy był dla mnie całkiem
              przyjemny ;-) Kiedyś spotkałam się z koleżanką, która miała dziecko
              w tym samym wieku. Na tym samym przewijaku najpierw ja zmieniłam
              pieluchę mojej Ani, a potem Ewa - Zuzi. Stałam obok i
              rozmawiałyśmy. Widok i zapach kupy niemojego dziecka przyprawił
              mnie o mdłości.
              • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 21:46
                U tych dzieciakow od ekperymentu z lalka te hormony i inne wymysly natury kiedys
                przeciez tez zadzialaja:-). Ale teraz, kidy maja 15 czy mniej lat, wole zeby
                dzialalo u nich przerazenie i mysl "o nie, jesli tak wyglada
                macierzynstwo/ojcostwo, to ja na razie dziekuje, nie podolam temu". Niech choc
                przez chwile pomysla ze seks potencjalnie rowna sie ciazy.
                • agnieszka_azj Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 22:54
                  dakota77 napisała:

                  > U tych dzieciakow od ekperymentu z lalka te hormony i inne
                  wymysly natury kiedy
                  > s
                  > przeciez tez zadzialaja:-). Ale teraz, kidy maja 15 czy mniej
                  lat, wole zeby
                  > dzialalo u nich przerazenie i mysl "o nie, jesli tak wyglada
                  > macierzynstwo/ojcostwo, to ja na razie dziekuje, nie podolam
                  temu". Niech choc
                  > przez chwile pomysla ze seks potencjalnie rowna sie ciazy.

                  Tak prawdą a Bogiem to każdy średnio rozgarnięty nastolatek wie, że
                  seks potencjalnie równa się ciąży.
                  Problem w tym, żeby zechcieli o tym pomyśleć jak się do seksu
                  zabierają. Tylko, że ta wiedza jest w głowie, a w tym momencie
                  raczej się z niej nie korzysta ;-)

                  Eksperyment z lalką oczywiście nie zaszkodzi, ale ja bym nie miała
                  zbyt wielkich nadziei co do efektów.
                  • agnieszka_azj Re: Kuku dzieciowe 20.12.08, 16:07
                    agnieszka_azj napisała:
                    >
                    > Eksperyment z lalką oczywiście nie zaszkodzi, ale ja bym nie
                    miała
                    > zbyt wielkich nadziei co do efektów.

                    Uzupełniając - może zbyt wiele się spodziewam po skutkach czytania
                    książek, ale ja bym raczej nastolatkom podsuwała ksiązkę Jany
                    Frey "Bez odwrotu" - o czternastolace, która zaszła w ciążę i
                    zdecydowała się urodzić dziecko, i urodziła je. I o tym, co było
                    potem.
                    poczytajmi.blox.pl/2007/10/Bez-odwrotu.html
            • mamalilki Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 21:38
              A ja sie zgadzam z Verdaną. Czasem dzieciak drze sie kolejny raz tej samej nocy,
              czlowiek idzie wsciekly i zdesperowany i nagle okazuje sie ze 2-miesieczny
              potwor wlasnie ten moment wybral zeby sie pierwszy raz do mamusi kochanej
              usmiechnac cala gebą. Gdybym miala do lalki wstac to bym jej faktycznie raczki i
              nozki poobrywala.
              • verdana Re: Kuku dzieciowe 31.12.08, 19:43
                I o to chodzi - ksiązka, ktora mowi o macierzynstwie 14-latki ma
                szanse zniechecić do macierzyństwa 14-latki. Lalka ma szanse
                zniechecic do macierzynstwa na zawsze, bo widac, ze dziecko nie
                wnosi w zycie nic dobrego, jest tylko uciązliwym bagazem, i
                człowiekowie jest bez niego lepiej.
                Obawiałabym się, że po takich doswiadczeniach nawet dorosle kobiety
                mogą niechętnie podchodzic do swojego dziecka, bo będą miały
                zakodowane niemile doswiadczenia z lalka. Tak, jak czasem
                dziewczynki, ktore wczesnie musiały zająć się rodzenstwem nie chca
                już nigdy zostac matkami.
        • ananke666 Re: Kuku dzieciowe 19.12.08, 00:27
          > Z ta moda na wyrodnosc to sie zgodze.

          ...ja w sumie też, co nie zmienia faktu, że wpisywałam się w nią nie ze względu na owczy pęd, tylko głęboko zakorzenione przekonania. Dzieci nie lubiłam w ogóle, choć bez bicia przyznaję, że jeśli chodzi o krzywdę dzieci, to byłam zawsze mięczak, bo ruszała mnie ich bezbronność. W kontaktach bezpośrednich niemowląt się lekko brzydziłam, starsze przyprawiały mnie o dreszcze (wyjątek - siostrzeniec), swoich nie planowałam wcale, wyszło mi przypadkiem i wcale nie byłam z tego powodu zachwycona, raczej przeciwnie. Oczywiście, córeczkę okropnie kocham ;) chociaż nie przeżyłam eksplozji uczuć macierzyńskich na widok oślizłego, sinego dziecięcia. Dopiero po na drugi dzień przyłapałam się na intensywnym przyglądaniu się dzieciowi z bardzo bliska, rejestrując mimochodem fakt, że fascynujące to zajęcie uprawiam od jakichś dwóch godzin i jego atrakcyjność bynajmniej nie spadła.
          Gdyby nie przypadek, wątpię, czy bym się zdecydowała. Swoje kocham, lubię dziecko kumpeli, mięczak jestem jeszcze większy, ale ogólnie dzieci po prostu nie lubię i cześć.
          • nessie-jp Re: Kuku dzieciowe 19.12.08, 01:08
            Ja jeszcze chciałam nieśmiało zaznaczyć, że nie widzę nic wyrodnego w odczuciu
            wstrętu do cudzych dzieci i ich wydzielin. Własne, rodzinne
    • mamalilki Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 21:45
      Acha i jeszcze uwazam ze przecietnie inteligentna, zdrowa na umysle kobieta
      naprawde umie sie zajac swoim dzieckiem. Byc moze wlozy pieluche tyl na przod,
      byc moze ma na poczatku problemy z karmieniem, z emocjami i hormonami ale
      krzywdy dzieciakowi nie zrobi. Oczywiscie jest lepiej jak jej ktos pomoze, ale
      jak nie pomoze to tez sobie poradzi. To samo zreszta tyczy sie mezczyzn.
      • nessie-jp Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 21:50
        mamalilki napisała:

        > Acha i jeszcze uwazam ze przecietnie inteligentna, zdrowa na umysle kobieta
        > naprawde umie sie zajac swoim dzieckiem.

        Kobieta
        • agnieszka_azj Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 21:59
          nessie-jp napisała:

          > mamalilki napisała:
          >
          > > Acha i jeszcze uwazam ze przecietnie inteligentna, zdrowa na
          umysle kobie
          > ta
          > > naprawde umie sie zajac swoim dzieckiem.
          >
          > Kobieta
          • niq_miejski Re: Kuku dzieciowe 18.12.08, 22:07
            Hormony też działają u nas różnie. Ja tych dzieciowych na przykład nigdy nie
            miałam. Nie odczuwałam potrzeby mieć dzieci, jestem wdzięczna że mi sie nie
            przytrafiły, mam nadzieję, że nie przytrafia już. Za to jestem dobrą ciotką -
            bardzo lubię nastolatki.
            Myślę, że ten wątek jest u MM całkowicie pominięty, że tacy troszkę inni ludzie
            czują się wobec świata jeżycjadowego nienornalni z całym negatywnym echem
            emocjonalnym.
          • nessie-jp Re: Kuku dzieciowe 19.12.08, 00:02
            > Akurat Róża nie była nastolatką, tylko kobietą w wieku jak
            > najbardziej odpowiednim do rodzenia i wychowywania dzieci.

            Kiedy ja akurat nie o Róży pisałam, tylko o targecie, czyli 13-14 latkach.

            Zresztą, ja przepraszam, jeśli zranię uczucia fanów Różyczki, ale moim zdaniem
            to dziewczę jest zdecydowanie niedorozwinięte...
    • mamapodziomka Re: Kuku dzieciowe 19.12.08, 11:01
      Abstrahujac od "targetu" ksiazek MM, wlasciwie to dlaczego nie opisac
      macierzynstwa w miare realistycznie? Przeciez to sie lepiej czyta. I nie chodzi
      mi o wersje martyrologiczna ze wstawaniem co 10 minut i padaniem na nos, ale
      jakas wywazona mieszanke wysilku i gratyfikacji za ten wysilek, wlasnie w
      postaci tych dodatkowych uczuc, ktore sie pojawiaja kiedy ma sie dziecko.

      Albo wlasnie o takiej troszke trudniejszej milosci do wlasnego dziecka, takiej
      nie odczuwanej od razu i tak samo natychmiastowo przez wszystkie mlode mamusie.
      Ja sie sama dosc dlugo musialam uczyc kochac dziecko, fakt, ze akurat
      okolicznosci byly bardzo malo sprzyjajace. Niemniej jednak nawet w takich
      okolicznosciach nam sie udalo i wiezi nawiazaly sie, no i pojawila sie tez
      gratyfikacja za te kupki, zupki i zabki ;)

      Nie wiem czemu, ale jakos te dzieci tak dla mnie troche dziwnie sa u MM. Z
      jednej strony sa bezproblemowe, ktos tam sie zawsze zajmie i w ogole tylko
      usprawniaja maszynke rodzinna. Ale z drugiej jakichs wielkich korzysci (w sferze
      uczuciowej) tez raczej z tego powodu nie ma.
    • anutek115 Marty, 19.12.08, 11:06
      coś się stało, prawda? Niekoniecznie poważnego, może to był obiektywnie rzecz
      biorąc drobiazg, ale subiektywnie to był ten drobiazg, który przeważył szalę (tu
      mi sie kojarzy z postem Wushum z "Narzekalni i pocieszalni", o takim dniu, gdzie
      nic nie wychodzi, ludzie są upierdliwi i to, co by nas normalnie nawet nie
      dotknęło skłania nas do płaczu, nieraz histerycznego). Pytam, bo rozpoznaje ton.
      Tego samego tonu używałam, gdy urodził się mój pierwszy syn, a ja prowadziłam
      dziennik. Przeglądałam ten dziennik ostatnio nie posiadając sie ze zdumienia -
      wnioskując z zapisków byłam kwękającym, mażącym się, nieszczęśliwym stworzeniem,
      udręczonym każdym dniem ze swoim dzieckiem. Czytając to uswiadomiłam sobie, że
      pisałam tylko w te złe dni. Dobrych było mnóstwo, ale ich nie rejestrowałam (no,
      przeważnie nie, trochę ich opisałam). Chyba spalę ten dziennik :-)...

      Ale ja przynajmniej nie pisałam na forum. I dobrze, jak własnie widzę - bo zaraz
      bym się dowiedziała, że trolluję, albo ulegam modzie na narzekanie (dlatego
      właśnie nie lubię forum CiP, pełno tam mamuś, które lepiej wiedzą, jaka powinnam
      być i co powinnam czuć). Ja nie uważam, że trollujesz. I nie uważam, że ulegasz
      modzie. A nawet uważam, że ta moda to nie moda - tylko teraz można (ale bez
      przesady, jak widać) dać wyraz innemu niż obowiązujący poglądowi na
      macierzyństwo. Bo ten obowiązujący jest taki, jak w książkach MM - jest słodko,
      uroczo, dziecię grucha rozkosznie, mama się do niego uśmiecha, wszystko w pianie
      koronek, koniecznie różowych lub śnieżnobiałych. Mamy, które mówią o tym, że są
      zmęczone, że mają dość, że tęsknią za czasami, gdy dziecka nie było natychmiast
      dowiedzą się od tych lepiej poinformowanych, że ulegają modzie i w ogóle,
      popowiększali się i w d... się poprzewracało. Przecież kobiety zawsze miały
      dzieci i były tym zachwycone, każda co do jednej.

      Podczas gdy ja myślę, że kobiety zawsze miały dzieci i mnóstwo z nich wcale nie
      było tym zachwyconych, ale jakby się odezwały na ten temat to po prostu
      zostałyby na szablach rozniesione, skoro nawet w naszych światłych czasach łacno
      może się to przytrafić...

      A jeśli chodzi o książki MM, to zgadzam się z Jottką - w SzK mieliśmy pełne
      spektrum - Krystynę z zachwytem wpatrujacą się w noworodka, a potem wpadającą w
      histerię na myśl o wykąpaniu tegoż, nieprzespane noce, mamę niemowlęcia
      przysypiającą z głową opartą o łóżeczko, taką huśtawkę, w której cała rodzina
      uczestniczyła - od zachwytu, miłości i szczęścia do bezradności, zmęczenia i
      obaw. I to by było na tyle w sprawie przwdziwego macierzyństwa u MM. Róża do
      małej Mili już tylko słodko świergocze i fachowo robi jej masaż (o, ona się nie
      boi dotknąć dziecka, ona się już w ogóle niczego nie boi!!! Nawet ścierą podłóg
      myć!). I owszem, pewnie nie obchodziło to nastolatek. Ale przynajmniej czyniło
      to z SzK powieść realistyczną, a nie baśń z dobrze opisaną prognozą pogody.

      I, Marty, to minie, cokolwiek to było. Zawsze mija. Może juz minęło, czego ci
      życzę. W końcu jednak nie zadźgałaś dziecka, prawda? Czyli dobrze jest :-).

      Powodzenia.
      • onion68 Re: Marty, 19.12.08, 11:17
        Anutku,

        czy ja pisałam, że bardzo lubię Twoje posty? Jak dotąd, bez wyjątku :)
        • anutek115 Re: Marty, 19.12.08, 12:03
          :-)

          Dziękuję ci, Onion, bardzo, bardzo.

          I nawzajem, nie wątp w to :-))).
      • marty_chce_do_dzungli Re: Marty, 19.12.08, 11:48
        Tak stało się.
        Okazało się, że praca w budce z kurczakami, nawet jak pracuje się dla Kogoś nie
        jest satysfakcjonująca.
        Że studia przy posiadaniu potomstwa tez nie idą.
        Monsz awansuje jeździ, spotyka się, rozwija.
        Wszystkie koleżanki wokół też.
        A ja upupiona w domu, co prawda z szansami na rozwój kiedyś. Ale mam dość czekania.
      • lacitadelle Re: Marty, 19.12.08, 12:14
        Chciałam się odnieść do tego zarzutu trollowania, bo to chyba o mój post chodzi.
        Użyłam słowa "prowokacja" (a to moim zdaniem jednak trochę co innego), bo
        naprawdę trudno jest mi uwierzyć, że dorosła kobieta mogła wierzyć w wizję
        cudownego i bezproblemowego różowego bobasa. A jeżeli już wierzyła, to na pewno
        nie są temu winne gazetki czy książki beletrystyczne. Równie dobrze mogłabym się
        wybrać na Mount Everest i mieć pretensje o to, że coś mi się stało, do
        producentów pewnego środka przeciwbólowego.

        W kwestii macierzyństwa - widać z postów w tym wątku, że dla każdego znaczy ono
        coś innego. Dla mnie macierzyństwo to przede wszystkim obowiązek i
        odpowiedzialność, bez względu na wszystko. I to w dodatku bez oczekiwania na
        jakąś wdzięczność czy gratyfikację (choćby w postaci uśmiechu dziecka), bo nie
        zawsze się ją otrzyma. Można wszak urodzić dziecko niepełnosprawne. A poza tym
        kłopoty wieku niemowlęcego, to - jak sobie wyobrażam - tylko preludium do tego,
        co się będzie działo, jak latorośl podrośnie. I chyba nikt tu już nie musi być
        uświadamiany, bo pamięta, jak miły był dla swoich rodziców w wieku nastoletnim.
        Nie wspomnę już o tym, że niektóre dzieci - niezależnie od wieku - zawsze mają
        wobec rodziców postawę roszczeniową i nie śpieszno im ani do okazywania
        wdzięczności, ani miłości.

        Jeszcze a propos hormonów, to jednak chyba w dużej części wypadków (wnioskuję po
        sobie oraz tym, jak wiele się teraz o tym mówi) działają one po porodzie raczej
        negatywnie. Bardzo dobrze pamiętam (minęło tylko 6 mies.) swoje uczucia po
        porodzie: ciągły płacz, wszechogarniający strach o dziecko i jednocześnie
        rozpacz, że moje życie się skończyło. Najpierw minął płacz (ok. 2 tyg.), potem
        częściowo strach (który jednak będzie wracał zawsze, gdy coś będzie nie tak z
        Małym), a życie - takie jak przed porodem - skończyło się naprawdę.

        Tylko, że ja nie jestem tym zaskoczona i nikogo o to nie winię. Wiedziałam, że
        tak będzie, bo w świecie wokół mnie naprawdę dużo się na ten temat mówi i pisze,
        w gazetach, książkach fachowych, w telewizji, na forach, w książkach i filmach,
        na szkole rodzenia (mieszkam w Warszawie). No naprawdę, nie widzę nigdzie tego
        jedynego słusznego poglądu na macierzyństwo. Może każdy widzi to, co chce i nie
        ma sensu się kłócić o to, co jest obowiązujące - bo może się to upodobnić do
        wątku o rozmiarze Pulpecji.

        Zgadzam się z Anutkiem co do realizmu okołomacierzyńskiego u MM, ale cóż - nie
        od parady zrobiłyście tu podział na starą i nową Jeżycjadę. W tej nowej o
        realizm ciężko pod wieloma względami i macierzyństwo, niestety, nie jest tu
        wyjątkiem.
        • lacitadelle Re: Marty, 19.12.08, 12:18
          i chciałam zaznaczyć, że kupa mojego dziecka śmierdzi jak kupa, a od momentu,
          gdy zaczął jeść coś oprócz mojego mleka - nawet gorzej.
        • dakota77 Re: Marty, 19.12.08, 12:33
          To prawda, w reklamach dzieci sa rozowe i bezproblemowe, ale trudno z reklam czerpac wiedze o codziennosci macierzynstwa. Zgadzam sie, ze jako dorosli ludzie dysponujemy wieloma zrodlami wiedzy: obwerwacjami z zycia rodziny i znajomych, ksiazkami i prasa fachowa.
          I w krytyce braku realizmu w Jezycjadzie, porzynajmniej w nowszych tomach nie chodzi mi o to, ze jesli czytelniczki nie przeczytaja, ze z dzieckiem bywa nielatwo, to na pewno beda mialy przeslodozna i nierealistyczna wuzje tego, czym jest macierzynstwo.
          Moj zarzut jest taki, ze MM upiera sie, ze pisze dla czytelniczek bardzo mlodych, i do tego, ze jej ksiazki maja pelnic funkcje wychowawcza. I mnie tam brakuje pochwaly macierzynstwa swiadomego i odpowiedzialnego. Roza zachodzi w nieplanowana ciaze, nie wie, czy moze liczyc na pomoc ojca dziecka, a nawet dlugo wyglada na to, ze nie, rzuca studia, ale co tam, i tak ich nie lubila. Moze je skonczyla potem, ale nie ma o tym slowa, wiec mozemy zakladac, ze nie da zawodu ani wyksztalcenia. I co? I nic z tego. Mamy cud macierzynstwa i glodne kawalki o budce z kurczakami. Niczego to w jej zyciu nie skomplikowalo, niczego nie zmienilo. Dziecko jedynie wypelnilo te puste od lat ramiona;-P. Za kazdym razem sie wsciekam, jak pomysle o tym zdaniu:-), Normalnie jakby Pyza byla kobieta, ktora od 10 lat stara sie o dziecko.
        • filifionka-listopadowa Re: Marty, 26.12.08, 22:32
          lacitadelle napisała:

          > Chciałam się odnieść do tego zarzutu trollowania, bo to chyba o mój post chodzi
          > .
          > Użyłam słowa "prowokacja" (a to moim zdaniem jednak trochę co innego), bo
          > naprawdę trudno jest mi uwierzyć, że dorosła kobieta mogła wierzyć w wizję
          > cudownego i bezproblemowego różowego bobasa. A jeżeli już wierzyła, to na pewno
          > nie są temu winne gazetki czy książki beletrystyczne. Równie dobrze mogłabym si
          > ę
          > wybrać na Mount Everest i mieć pretensje o to, że coś mi się stało, do
          > producentów pewnego środka przeciwbólowego.

          Chciałabym się odnieść do tego fragmentu, niekoniecznie w kontekście
          macierzyństwa. Widzisz, nie wiem jak to było z Marty ale ja jako osoba bardzo
          uważnie obserwująca siebie łapie się czasem na pewnych podświadomych
          "stereotypach". Czytam dużo, staram się sięgać po różne filmy, obserwować życie
          a i tak czasem odnajduję w sobie "oczekiwania"(to nie jest zbyt dobre słowo) w
          stosunku do różnych sytuacji ,że będzie jak w słodkich książkach i filmach.
          Oglądany, czytany ileśdziesiąt razy schemat utrwalił się w podświadomości. Niby
          wiedziałam ,że będzie ciężko a czasem, podczas nowych doświadczeń wygrywała
          wiara w ten różowy scenariusz, schemat myślenia o pewnych sytuacjach. w
          życiu.Bardzo wiele z nich weryfikowałam wchodząc coś co można(z braku innej
          nazwy) nazwać dorosłością(wciąż jestem młodziutka). "Będę ciężko pracować ale
          spotka mnie na to nagroda w postaci osiągniętego celu", "gdy się zakocham będzie
          mi łatwiej w życiu bo wszystkie problemy będziemy dzielić na dwoje". Gdzieś w
          głębi serca budowałam takie nierealne bajki o Kopciuszku bo jak jak większość
          dzieci chciałam w nie wierzyć. I czasem wciąż wierze...

          Nie odbieraj tego proszę jako ataku na siebie, chciałam się tylko podzielić
          pewną bardzo osobistą refleksją.
          • lacitadelle Re: Marty, 29.12.08, 13:23
            żadnego ataku na siebie tu nie widzę :)

            uważnie siebie obserwujesz i zdajesz sobie sprawę z tego, że w pewnym sensie
            myślisz życzeniowo i w niektórych sytuacjach "wierzysz w bajki". To jest
            oczywiście Twój wybór, pewnie wynikający w dużej części z charakteru. Ma to
            swoje zalety i wady - może wolisz spadać z wysokiego konia?

            Tak to już jest, że jedni spodziewają się zawsze happy endu, a inni wszędzie
            widzą czarne scenariusze. Grunt, to brać za swoją postawę odpowiedzialność i nie
            szukać winy w bajkach. Ja stoję gdzieś pośrodku: robię rozeznanie, jak może być,
            a potem spokojnie czekam, co się wydarzy, ze świadomością, że na różne wersje
            jestem mentalnie przygotowana.
    • limotini Re: Kuku dzieciowe 19.12.08, 12:22
      Marty, bardzo ciekawie opisałaś swoje odczucia macierzyńskie. Mam nadzieję, że
      Anutek ma rację i wiele z tego wynika ze "złego dnia" :)

      Ale dla mnie to kolejny przykład, że jesteśmy różni i bardzo różnie przeżywamy
      te same sytuacje. I że nie można tak łatwo powiedzieć "macierzyństwo jest pasmem
      szczęścia" ani "dzieci to pasmo udręk", bo każda z może tego doświadczyć inaczej.

      Dzieci nie mam, więc nie mogę się wypowiadać kompetentnie w tej kwestii, ale
      chciałam podać inny przykład. Otóż gdy byłam nastolatką różni mądrzy ludzie mi
      tłumaczyli, że miłość jest trudna, że zakochanie (takie emocjonalne) trwa
      krótko, że trzeba ciężko pracować nad każdym związkiem. W skrócie, ja
      szesnastoletnia dziewczyna, nie wierzyłam za grosz w żadne romantyczne historie,
      oczekwiałam świadomie, że zauroczenie przejdzie mi po paru miesiącach i byłam
      gotowa walczyć o utrzymanie (wyimaginowanego) związku opartego na zrozumieniu i
      przyjaźni.

      Obecnie, jako już dorosła kobieta, jestem w związku prawie 10 lat i cały czas
      jestem zakochana. Tak na codzień, zwyczajnie, ale z całą pewnością zauroczenie
      mi nie przeszło.

      I teraz nie wiem, czy te mądre rady mi pomogły, czy może były niepotrzebne?
      Podejrzewam cichutko, że to pierwsze, ale ciężko zobaczyć jakiś bezpośredni związek.
    • mika_p Re: Kuku dzieciowe 19.12.08, 23:43
      A ja przywołam Gertrud Teusen i jej książkę "Pierwsze dziecko zmienia wszystko".
      Trzy lata temu przepisałam kilka fragmentów na f. Niemowlę:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=572&w=31156185&v=2&s=0
      A wątek wciąż żyje, co jkais czas ktoś go przywołuje i wtedy pojawiają się
      wpisy "i ja też". A w wątku jest też link do felietonu Chylińskiej. Swego czasu
      ten tekst wywołał prawdziwą burzę - pierwszy raz ktoś znany głośno powiedział
      jak może wyglądać życie z noworodkiem.

      Zgadzam się z wypowiedziami mówiącymi o tym, że Irenka z "Szóstej klepki" jest
      przedstawiona realistycznie, zaś Milenka - wręcz przeciwnie. Chyba tylko
      odległością od własnego matkowania noworodkom przez autorkę można tłumaczyć taki
      kontrast.
      W czasach, kiedy mój Pieroworodny był maleńki, nie prowadziłam pamiętnika, a
      wspomnienia mam głownie ze zdjęć plus kilka chwil mocno nacechowanych emocjami.
      I gdyby nie to, że te chwile sobie powtarzam w pamięci, to lada moment mogłabym
      mówić: "Noworodek? Żaden problem. Je i śpi". Ale pamiętam i pilnuję, żeby
      pamiętać, jak klęcząłam przed szafką i szukałam jakiegoś ubrania, żeby wyjść z
      domu, oświadczając, że wychodzę i nie obchodzi mnie, co się będzie działo, jak
      sobie mąż poradzi z dwutygodniowym dzieckiem. ALbo jak siedziałam w środku nocy
      przy malutkiej lampce, karmiąc, i obserwowałam wskazówki, które tak powoli się
      przesuwały. Albo jak dzwoniłam wieczorem do mamy, że już nie daję rady, bo
      dziecko ciągle płacze, mama powiedziała "Jadę" i chwilę później dziecko zasnęło,
      a ja nie miałam jej jak powiedzieć, że już nie musi jechać, bo to było przed
      komórkami.

      A Pyza nic. Noworodek w domu, dziadek, młodsza siostra - mama gdzieś u rodziny,
      tatusia dziecka nie ma pod ręką, a Pyzie nic. Ani wątpliwości, ani potrzeby
      wsparcia.

      Ziutka bym się nie czepiała, nie dosć, że trzeci, to już spory. Ale noworodek to
      gorzej niż terrorysta, żadnych szans na negocjacje. Można sposobem, jak Cesia
      Irenkę koprem. Ale to była Cesia, nie matka dziecka. Bez większych emocji.
      Pyza miała bajkowy fart.
      • agnieszka_azj Re: Kuku dzieciowe 20.12.08, 11:53
        mika_p napisała:


        > Zgadzam się z wypowiedziami mówiącymi o tym, że Irenka z "Szóstej
        klepki" jest
        > przedstawiona realistycznie, zaś Milenka - wręcz przeciwnie.
        Chyba tylko
        > odległością od własnego matkowania noworodkom przez autorkę można
        tłumaczyć taki kontrast.

        Nie przeginajmy w drugą stronę - dzieci są rózne, bywają też
        spokojne. U mnie dopiero trzecia miała kolki, pierwsze dwie w
        okresie noworodkowym był dziećmi z marzeń. Później im przeszło.

        Róża jest z natury spokojna, dziecku to się udziela. Poza tym -
        dośwaidczenia z niemowlakami ma, bo sporo ich w rodzinie było, a
        ona chętnei wszytklim pomagała. Nie raz na pewnie zmieniała
        pieluchę,czy nosiła dziecko.

        Mnie mała Mila nie raziła. Zanm takie dzieci z autopsji. Nie tylko
        Róża ma w zyciu szczęście ;-)
        • verdana Re: Kuku dzieciowe 20.12.08, 14:58
          Ja mialam jedno dziecko wyjące cały dzień i noc, jedno normalne i
          jedno jak z obrazka dla sczęściwych matek - nieklopotliwe, zpiące
          całe noce, jedzace wszystko co jej się dało i wiecznie usmiechniete.
          Gdybym miala tylko to jedno, to też sadziłabym, ze dzieci są
          nieklopotliwe.
        • agnieszka_azj Re: Kuku dzieciowe 20.12.08, 15:17
          Przeleciałam pamięcią całą "Jezycjadę" i jeśli chodzi o niemowlęta
          to mamy:

          1. Irenkę w "SzK" i całą orgię wokół niej,
          2. ledwie żywą z niewyspania Kreskę z bliźniakami w "DzP" - wtedy,
          kiedy wpada do Borejków pożyczyć maglownicę
          3. Gabrysię z Motylem w "NiN" i wzmianki o tym, że był marudny, bo
          doskwierał mu upał
          4. małą Milę, która po prostu nie sprawia większych problemów

          I tyle - w książkach dla nastolatków, które generalnie są nie o
          tym. Czy jest to jakiś wykoślawiony obraz macierzyństwa ?
          • nessie-jp Re: Kuku dzieciowe 20.12.08, 18:54
            > I tyle - w książkach dla nastolatków, które generalnie są nie o
            > tym. Czy jest to jakiś wykoślawiony obraz macierzyństwa ?

            Ale skoro książki są nie o tym, to po kiego licha w kółko jesteśmy raczone, jako
            czytelniczki, monologami kolejnej Borejkówny do jej genialnego dziecka? Dla mnie
            to jest jakieś takie dziwne właśnie dlatego, że konstrukcja powieści wymaga, aby
            każdy dialog, każdy monolog, każda scena miały swoją funkcję i swój cel,
            przyczyniały się do budowania ogólnej konstrukcji książki, posuwały naprzód
            akcję lub charakteryzowały główną bohaterkę.

            I o ile w 6K ten warunek był spełniony
            • lezbobimbo Re: Kuku dzieciowe 20.12.08, 19:21
              Nessie, nie moglabym sie bardziej chyba z Toba zgodzic! :)

              Nawet mnie, chociaz nie jestem nastoletnim targetem nieodmiennie mierza i
              denerwuja te opowiesci o sw. Gabie ze skrzepem nad swym geniuszem w powijakach
              czy monologi Idy do swego zabijaki w wózku, czy o prokreacyjnym wyscigu miedzy
              Pulpa a Ida czy tez o wspólczuciu Rózy biednej ciotce Nutrii, co to juz 27 i
              grób bo "nie ma swego dzidziusia".
              Po co w ksiazce dla nastolatek dowiadujemy sie nagle, ze najlepsza na zabkowanie
              jest skórka razowca?

              Mam w ogóle trudnosci z ustaleniem targetu dla ksiazek MM. Na poczatku
              bohaterkami byly nastoletnie dziewczyny, tak?
              W N.Y. poznajemy za to glównie monologi wewnetrzne matek w srednim wieku,
              srogich starców oraz nieletnich dzieciatek, wokól których toczy sie akcja..
            • dakota77 Re: Kuku dzieciowe 20.12.08, 19:51
              Nessie, w pelni sie podpisuje pod twoim postem:-)
            • filifionka-listopadowa Re: Kuku dzieciowe 26.12.08, 22:40
              Masz bardzo ładną rację. Przyznaję bardzo podoba mi się wizja Róży jako Gaby 2.0
              • ginestra Re: Kuku dzieciowe 29.12.08, 12:40
                Dziewczyny, poczytałam dalsze wpisy i jestem pod wielkim wrażeniem dyskusji.
                Bardzo i mnie pomogły Wasze spojrzenia na macierzyństwo, miłość i różne wyzwania
                oraz wydarzenia w życiu i wszystkie Wasze refleksje - z własnego życia i o
                książkach pani MM (przy okazji - ja też zgadzam się ze spostrzeżeniami Nessie).

                Powiem Wam, że dzięki tym Waszym spojrzeniom tak jakoś bardziej sobie
                uzmysłowiłam, że skoro już tak popadło w życiu, że przeszło się przez różne
                doświadczenia (np. macierzyńskie), to można z nich spróbować czerpać trochę siły
                dla siebie - że się przez to przeszło, i że się wypracowało jakiś swój
                niepowtarzalny nastrój tego macierzyństwa, że się coś o sobie wie, że się
                pokonało jakieś trudności itp. To na pewno się nie zmarnowało i nie zmarnuje,
                jeśli się będzie umiało do tych doświadczeń wracać i właśnie z nich trochę tej
                siły czerpać. Mam nadzieję, że to pocieszy jakoś Marty, która akurat "tu i
                teraz" przeżywa trudności - Marty, na pewno uda Ci się je przetrwać i budować
                siebie dzięki tym doświadczeniom, a także dalej rozwinąć tak jak zechcesz.

                Nie wiem jak to przekazać, bo to może w prostej linii nie pocieszać, ale to jest
                (moim zdaniem) fakt, że macierzyństwo jest zawsze jakąś szansą i potencjalnie
                może dać nam ogromnie dużo siły i dobrych rzeczy, jeśli sobie to uświadomimy.
                Ja też staram się to uświadamiać (zwłaszcza teraz, gdy w Święta siłą rzeczy
                opadły mnie niełatwe refleksje nad życiem i czuję się dość krucho). Wiadomo,
                codzienność nie jest łatwa, ale na sto procent macierzyństwo nas zmienia i warto
                z tego czerpać siły i wiarę w siebie: też do innych dziedzin życia - jakoś
                bardziej świadomie.
                Pozdrawiam!
            • lacitadelle Re: Kuku dzieciowe 29.12.08, 13:11
              > A Róża, cóż, Róża to po prostu Gabriela 2.0
              • ginestra Re: Kuku dzieciowe 30.12.08, 17:07
                Zgadzam się z Lacittadelle co do przekazu związanego z pojawieniem się małej
                Mili, że to mogło być faktycznie tak, że pani MM chciała pokazać, że dziecku,
                które urodziło się z "wpadki" nie wolno dać tego odczuć, a wręcz przeciwnie, że
                można i trzeba się nim cieszyć i okazywać mu, że jest chciane i kochane i to
                samo okazywać wszem i wobec. Stąd może ten entuzjazm wokół dziecka u całej
                rodziny Borejków, który można odczytywać też jako beztroskę.

                Oraz zgadzam się, że i ta "pustka w ramionach" i inne odczucia, to bardzo
                indywidualna sprawa i z tym trzeba ostrożnie.

                Ja akurat miałam bardzo podobne przeżycia do tego uczucia "zapełnienia pustki w
                ramionach" i wydaje mi się, że rozumiem doskonale, co chciała opisać pani MM: to
                znaczy to było takie ogromne szczęście i wzruszenie i coś takiego pod hasłem:
                "trudno uwierzyć, że Cię nie było" - takie upajanie się tym, że "no tak, no
                przecież!" (sama nie wiem jak to ująć w słowach: taka jakby olśniewającą
                ___oczywistość___, że to jest właśnie to moje dziecko, że jest właśnie takie, i
                że tak je kocham, i że jak to możliwe, że tyle lat przeżyłam, że całe
                dotychczasowe życie przeżyłam!!, nie znając i nie mogąc nawet w najśmielszych
                snach wyobrazić sobie tego uczucia, jak cudownie jest trzymać je w ramionach).
                No, o takie uczucie mi chodzi, ale nie wiem jak je opisać. Ja je za to doskonale
                pamiętam i myślę, że pani MM też chciała coś podobnego opisać.

                I jeszcze powiem, że mnie właśnie było akurat dane przeżyć od razu takie chwile
                niesamowitego szczęścia właśnie podczas porodu, a moment położenia mi na brzuchu
                tego właśnie sinego i oślizgłego, ale najwspanialszego na świecie dziecka, który
                to moment miałam szczęście przeżyć aż dwa razy, to najwspanialsze wspomnienie
                mojego życia. Naprawdę najwspanialsze, mówię to z całą świadomością. Nie wiem,
                może to dlatego, że rodziłam te dzieci będąc bardzo młoda i miałam taki bardzo
                uczuciowy odbiór świata, a może po prostu taka już jestem lub tak jakoś wyszło.
                Pamiętam, że w czasie ciąży jednej i drugiej, całą ciążę ćwiczyłam oddychanie
                przeponą i czytałam różne książki na te tematy i potem, podczas porodu, chociaż
                nie wychodziło mi oddychanie w zalecanych zmiennych rytmach podczas skurczów, to
                oddychałam po prostu ciągle tą przeponą i myślałam stale o tym, żeby dotlenić
                dziecko, bo podczas skurczu nie dochodzi do niego tlen (a jak matka krzyczy i
                jest napięta itp., to potem cały tlen, który ona wciąga do płuc po ustaniu
                skurczu zużywany jest na dotlenienie jej ciężko pracujących mięśni, a niewiele
                zostaje dla dziecka). I podczas porodu głaskałam też dziecko przez brzuch, bo
                wiedziałam, że jemu też jest przecież ciężko i może też boi się i mówiłam do
                niego, że "już dobrze, już niedługo" i inne miłe słowa. No nie wiem, tak jakoś
                te porody przeżywałam w taki niesamowicie uczuciowy sposób, myśląc o dziecku, że
                właśnie ten moment, gdy się urodziło i gdy lekarze powiedzieli mi, że mam zdrową
                córeczkę i usłyszałam płacz dziecka i położono mi je na brzuchu, to przecież ta
                chwila musiała taka być najszczęśliwsza i musiała potem też ta więź z dzieckiem
                trwać, bo trwała już przecież wcześniej przez 9 miesięcy. I pamiętam, że po
                porodzie też byłam płaczliwa i martwiłam się o dziecko, ale wiedziałam z
                książek, że to takie rozregulowanie hormonalne i byłam na to przygotowana, ale
                cały czas było też to niesamowite uczucie miłości do dziecka, które po prostu
                uskrzydlało, i wszystkie kłopoty odchodziły na dalszy plan i dały się znieść.
                Pamiętam, że miałam właśnie wielką potrzebę mówienia do dziecka i non stop
                karmienia i przytulania i śpiewania mu. Nie jest tak, że to była sielanka, bo i
                były kolki i moja gorączka 40 stopni przy nawale mlecznym i jeżdżenie po
                lekarzach itp. i tysiące innych rzeczy, ale ta potrzeba właśnie ciągłego
                fizycznego kontaktu z dzieckiem i mówienia mu też była i nie można jej zakłamać.
                Może ktoś by to nazwał z boku pieluszkowym zapaleniem mózgu, choć tego terminu
                wówczas jeszcze nie było, ale dla mnie to było coś autentycznego i coś, co
                również służyło dziecku, bo miałam poczucie, że ja i dziecko doskonale się
                rozumiemy.

                Tak pomyślałam, żeby to napisać, co powyżej, z pewnym jakby zakłopotaniem, bo to
                jest bardzo osobiste, jednakże zdecydowałam się to napisać, bo przyszło mi do
                głowy, że może te książki czytane w ciąży też odegrały jakąś rolę w mojej więzi
                z dzieckiem? Teraz jest pewnie dużo książek na rynku, ale kiedy ja byłam w
                pierwszej ciąży na przykład, 18 lat temu, to był skromniejszy wybór, jednakże
                też znajdywałam dobre książki. Nie pamiętam już teraz wszystkich, ale na pewno
                dobre były książki dr-a Fijałkowskiego o ciąży i porodzie oraz (to już przy
                drugiej córce) Michaliny Wisłockiej "Sztuka kochania - witamina M". Ta ostatnia
                szczególnie była pomocna i krzepiąca - tak "po babsku". Ja miałam wielką
                potrzebę od początku ciąży czytać o tym, co się dzieje z dzieckiem i wyobrażać
                je sobie i kochać je, a więc raczej pamiętam takie pozytywne rzeczy, które
                znajdywałam w książkach - obiektywne, medyczne, nastawione na to, że owszem, nie
                przewidzimy wszystkiego, ale można się starać do porodu dobrze przygotować,
                ćwiczyć, oddychać, mieć świadomość jak przebiegają jego fazy itp. i pomóc
                szczęściu, a nie tyle było to straszenie komplikacjami czy pokazywanie samej
                słodyczy. Pamiętam, że pożyczałam też książkę od koleżanki, która była w szkole
                pielęgniarskiej, taką fachową dla pielęgniarek i położnych i też ją czytałam z
                zapartym tchem. Te 9 miesięcy naprawdę mogą pomóc oswoić się z myślą o
                macierzyństwie, przygotować, na ile to możliwe, też i dalsze życie, pozałatwiać
                sprawy itp. O ile nie ma rzecz jasna przeszkód zdrowotnych (sama z pierwszą
                córką leżałam trochę w szpitalu w trakcie ciąży, ale do porodu jechałam z domu,
                wezwaną karetką, bo na taksówkę nie mieliśmy pieniędzy). Owszem są różne losowe
                sprawy, nie zawsze dobre przygotowanie do porodu pomoże na wszystko i wszystko
                zagwarantuje, ale przynajmniej można zrobić to, co w naszej mocy, żeby sobie i
                dziecku pomóc. A przy okazji na pewno ta więź się wytwarza w ciąży i potem jest
                jej naturalny dalszy ciąg. Powiem jeszcze, że ja do końca nie chciałam znać płci
                dziecka i zawsze była to dla mnie cudowna niespodzianka dowiedzieć się tego "z
                kim mam przyjemność" :) kiedy dziecko już się pojawiało na świecie. A więc tak
                mi przyszło do głowy, że jeśli mowa o więzi z dzieckiem, to myślę, że i ciąża ma
                tu znaczenie i jak największa świadomość.

                To znów taka garść refleksji - też dla dziewczyn, które dopiero będą mamami.
                Może coś się przyda, jakaś myśl czy świadectwo.
                Pozdrawiam!
                • marty_chce_do_dzungli Re: Kuku dzieciowe 31.12.08, 21:29
                  Ach ginestro jak miło się Ciebie czyta.

                  Ja pamiętam zgoła co innego. Synek jest wcześniakiem. Urodził się za wcześnie, i
                  szczerze powiedziawszy w środku wszystkiego. Idealnie nie w porę :)) Zaraz po
                  porodzie pokazali mi go, po czym zabrali do sali wcześniaków. Na sali leżałam ze
                  szczęśliwymi matkami z dziećmi przy boku, a ja swoje maleństwo mogłam odwiedzać
                  w wybranych godzinach. Nachylałam się nad inkubatorem i pukałam w szybkę. Jak do
                  rybki w akwarium...Bo się bałam tego małego stworzonka. A chciałam, żeby się
                  obudził i irracjonalnie dał znak : hej mama poznaję cię, to ja jestem twój syn.

                  Później już w domu, robiłam jeszcze głupszą rzecz. Otóż w dzień maluszek spał
                  tylko i wyłącznie na moim brzuchu. Trudno to opisać technicznie, ale zapadłą
                  kimono leżąc na mnie. tak jakbym instynktownie chciała go tam z powrotem
                  wtłoczyć i przywrócić te miesiące co nam 'ukradziono'
                  • anutek115 Re: Kuku dzieciowe 31.12.08, 22:00
                    Marty, jesli bedziesz miała ochotę napisz do mnie na priva (adres - początek jak
                    tu, końcówka gmail.com), choćby tylko po to, by się wygadać. Bo ja mam
                    identyczne doświadczenia z pierwszym synem. Też wczesniak. Też idealnie nie w
                    porę. W dodatku nawet go nie widziałam, bo byłam nieprzytomna. Pierwszy raz go
                    zobaczyłam po dobie. I to straszne wrażenie, że można by mi wszystko wmówić,
                    postawic przed dowolnym inkubatorem, tylko, gdyby leżało w nim małe Murzyniątko
                    nie uwierzyłabym, że je urodziłam. Ale każde inne dziecko - tak, przecież nic
                    nie pamietałam.
                    Do dziś za szczególny dar natury uważam to, że młody był do mnie nienaturalnie
                    wręcz podobny, więc mogłam miec mniejsze wątpliwości.

                    Nie wiem, jakie sa doświadczenia wszystkich mam piszących na forum, ale z tych,
                    co je ujawniły,to ja rozumiem cię najlepiej.
                    • kaliope3 Re: Kuku dzieciowe 02.01.09, 14:48
                      Ja swoją córkę zobaczyłam po 10 godzinach tylko dlatego że
                      kompletnie unieruchomiona po cesarce wyraziłam koleżance z łóżka
                      obok żal,że mi dziecka do tej pory nikt nie przyniósł. Jakaś dobra
                      dusza w postaci salowej mi małą podholowała i nawet wyjęła żebym
                      mogła z bliska rzucić okiem.

                      W moim dotychczasowym macierzyństwie prześladują mnie przede
                      wszystkim potworne wyrzuty sumienia. Że patrząc na ludzi beztrosko
                      przechadzających się wieczorem ulicami odczuwam zazdrość i
                      frustrację, że w depresję wpędza mnie fakt że się nie wyśpię jeszcze
                      przez wiele kolejnych lat i że nie mogę wytrzymać kolejnego
                      ciężkiego wieczoru po ciężkim dniu kiedy mała ani myśli zasnąć tylko
                      płacze bo jej np zęby rosną.Czuję że powinnam mieć dla niej tylko
                      bezmiar miłości i czułości ale gdzieś mi się on po drodze gubi i
                      odnajduję go dopiero jak zapada cisza, dziecko zasypia a na mnie
                      spada fala następnych wyrzutów.
                      Pozdrawiam
    • mama_kotula Re: Kuku dzieciowe 30.12.08, 18:06
      Ktoś podał zarzut, że nie można opierać wizji na reklamach, filmach itp. i w związku z tym to trolling czy jakoś tak.

      No więc ja nie opierałam.

      Wiedziałam, że dziecię płacze.
      Wiedziałam, że dziecię wrzeszczy.
      Że dziecię budzi się w nocy.
      Że dziecię kolki miewa, i to okrutne.
      Że karmienie piersią bywa okropne, że są nawały, zastoje, braki pokarmu, tfuuu, nawet ropnie i zapalenia piersi.

      I co?
      I pstro.

      Wiedziałam, że dziecię płacze, ale nie wiedziałam, jak okropna jest bezsilność kiedy się nie wie, o co dziecięciu chodzi.

      Wiedziałam, ze dziecię wrzeszczy, ale nie wiedziałam że podczas wrzasku dziecięcia czas płynie 10x wolniej, a zmęczenie i irytacja wzrastają 10x szybciej.

      Wiedziałam, że dziecię budzi się w nocy, ale nie wiedziałam, że po kolejnej z kolei pobudce - która jest po 4 godzinach - będę miała wrażenie, że dopiero co przyłożyłam głowę do poduszki.

      Wiedziałam, że dziecię miewa kolki, ale nie wiedziałam, że większość cudownych sposobów na nie dziecię miewa w rzyci i że noszenie 4-kilowego tobołka w pozycji "na tygrysa zwisającego z gałęzi" przez godzinę dziennie jest porównywalne do godzinnego wiosłowania.

      Wiedziałam, że karmienie piersią bywa okropne, nie wiedziałam jednak, jak może frustrować to, że niby wszystko robi się dobrze, a dziecko i tak wrzeszczy i chyba jest głodne.

      Wydaje się, że człowiek jest na wszystko przygotowany, a dopiero rzeczywistość to weryfikuje. I może być miła niespodzianka, a może być zwyczajnie wielka kupa.
      • verdana Re: Kuku dzieciowe 31.12.08, 19:29
        Fakt. Zgadzam sie z kazdym słowem. Co gorsza, chociaz podręczniki
        uprzedzają, ze mozna mieć "obniżony nastroj", to zaden nie wspomina
        o pokusie uduszenia dziecka o 3 w nocy, zeby choc w więzieniu się
        wyspać. I mnie to zaskakiwalo nie jako niedoświadczona matke, ale
        przy kazdym kolejnym dziecku od nowa.
        Natomiast nie moge się zgodzic ze zdaniem Ginestry - amoze to tylko
        niezreczne sformulowanie - ze nie można "wpadce" dac odczuć, ze jest
        wpadka, że trzeba je kochać itd. Dlaczego? Bo zakłada, ze jednak
        do "wpadki" ma się nieco inny stosunek niż do tych planowych, ze
        coś i trzeba się jakoś starac, aby traktowac je jak inne. A tak nie
        jest.
        Mozna tez dziecku spokojnie powiedzieć, ze jest wadką, pod warunkiem
        jednak, ze bedzie to w tonie "wpadka, ale sie cieszę", a
        nie "wpadka, ale się poswiecilam". Moje dziecie wie, ze jest z
        wpadki i jest to wyłacznie powód do żartów.
        • ginestra Re: Kuku dzieciowe 02.01.09, 15:52
          Ja się odwoływałam do słów Lacitadelle, które zrozumiałam tak, że u pani
          Musierowicz (konkretnie u p. Musierowicz, a nie "ogólnie w życiu") jest taka
          sugestia w przedstawianiu ciąży Róży, że oni tak bezproblemowo się cieszą tym
          nowym życiem i tak to jest sielankowo opisane, również po urodzeniu Mili, że
          jest cała ta słodycz i te monologi Róży itp., żeby pokazać czytelnictwu, że
          nawet "dziecko z wpadki" to tak naprawdę żywe, konkretne dziecko, które się
          kocha, a nie intruz i komplikator planów, i jest tam sugestia, żeby tak robić od
          początku, to dziecko też to odczuje, że jest kochane.
          Ja napisałam, że tak zrozumiałam Lacitadelle, i że się z tym zgadzam.

          Natomiast co do prawdziwego życia, to ja mam tak, że zarówno moje pierwsze
          dziecko (poczęte przed ślubem), jak i drugie, pojawiły się jakby "z wpadki", ale
          ja nigdy nie miałam poczucia, że mi coś komplikują, bo miałam to szczęście, że
          od pierwszych chwil po dowiedzeniu się, że jestem w ciąży już je ogromnie
          kochałam i miałam poczucie, że owszem coś się nowego i ważnego dzieje, coś się
          zmienia, ale że po prostu jest to nowy scenariusz pisany przez życie, i że
          przecież i tak coś by się w tym życiu działo - jak nie to, to co innego, a więc
          może to być i ciąża, no bo przecież tak ściśle nie reżyseruję swojego życia i
          naiwnością byłoby wierzyć, że ktokolwiek może. I po prostu byłam przejęta tym
          wydarzeniem i od razu pełna wzruszenia i wdzięczności (do Życia, do Boga?), że
          jestem w ciąży (jakby to był taki prezent, wyróżnienie, nagroda, na które nie
          wiem czy zasłużyłam). W związku z tym dlatego, że ja nie traktowałam dzieci jako
          "wpadek", to nie dałam im tego odczuć. Wręcz przeciwnie, od razu słyszały
          mnóstwo opowieści o tym jak się cieszyliśmy wszyscy nimi i tak by było
          niezależnie od tego, czy pojawiły się z "wpadek" czy nie. Ponadto, jak moja
          starsza córka podrosła, to tak się złożyło, że niezależnie od siebie (to było
          już po rozwodzie) i ja i jej ojciec opowiedzieliśmy jej o tym, jak było z jej
          poczęciem, czyli o naszej miłości i o tym, że już wtedy chcieliśmy być razem na
          całe życie i o tym jak się ogromnie cieszyliśmy tym, że będziemy mieli dziecko i
          je kochaliśmy od początku, więc żeby nie myślała, że pobraliśmy się tylko
          dlatego, że ona miała się urodzić itp. To widocznie było dla niej ważne wiedzieć.

          A więc ja bym raczej nie mówiła, że "trzeba" (= z musu) okazywać dziecku, że się
          nim rodzice cieszą, ale po prostu wpadka czy nie, ale dziecko się przecież kocha
          i mu się to okazuje. Wydaje mi się, że prawdziwy dramat jest wtedy, jeśli
          rodzice nie kochają dziecka - no to mu nie okazują. :-( Ale, tak Bogiem a
          prawdą, czy nie jest tak (mimo różnych strasznych przykładów z życia), że matka
          ZAWSZE swoje dziecko kocha? Tylko czasem coś takiego się ekstremalnego dzieje w
          jej życiu, że ktoś ją tak krzywdzi (lub skrzywdził), że ona nie może (lub nie
          wolno jej) tej miłości realizować czy nawet musi się ona od niej odciąć
          psychicznie(z powodu strachu, poczucia zagrożenia, bezradności, wstydu, jakiejś
          presji itp.). To jest naprawdę straszny dramat.

          Osobiście zdaję sobie sprawę, że ja akurat miałam wielkie szczęście mieć dzieci
          z mężczyzną, z którym na tamtą chwilę była wzajemna miłość, było też jakieś
          poczucie życiowego bezpieczeństwa, nikt mnie nie namawiał do usunięcia ciąży
          itp., a więc mogłam komfortowo cieszyć się macierzyństwem. I teraz tak bardzo
          cieszę się zwłaszcza z tego, że to były wpadki, bo to wszystko było dzięki temu
          takie piękne, jak teraz wspominam. Moje dzieci zresztą mnie znają i wiedzą, że
          mają taką uczuciową (może wręcz egzaltowaną) mamę i po prostu ta cała nasza
          historia jest tak swojska i tak pasuje do mnie i do ich ojca, że po prostu nie
          mogło być inaczej.

          A co do takich chwil kiedy się odczuwa jakąś wielką złość (np. chęć uduszenia
          dziecka), to ja uważam, że to jest też wielka szansa i sposobność poznawania
          siebie i nie obawiania się żadnych swoich myśli, bo "myśli są jak chmury na
          niebie - przepływają i odchodzą" i jest wielka różnica przecież pomiędzy myślą,
          a zamiarem. Można mieć najbardziej krwawe i straszliwe myśli, a przecież tych
          myśli nie ma obowiązku realizować. (Ważne jest tylko nie przylegać do tych myśli
          i nie rozsmakowywać się w nich - tak ja uważam już ogólnie, życiowo, o myślach,
          bo są myśli, które pustoszą człowieka, wiem po sobie, że takowe są i nie trzeba
          dać się wciągać w ich wir). Można uczyć się zatem oswajać, że jest "i to i to" -
          i zmęczenie, złość na dziecko i miłość do niego. (Dlatego Kaliope - odwagi,
          otuchy i dobrego myślenia o sobie życzę, zamiast wyrzutów sumienia). Chodzi mi o
          to, żeby uważać za coś normalnego, że jak człowiek jest krańcowo niewyspany i
          zmęczony i rozdrażniony, to ma prawo odczuwać najkrwawsze myśli, grunt, żeby je
          świadomie uznać, że są, owszem, ale jest też i ta druga rzecz, że przecież
          dziecko nie zawiniło, że je przecież wciąż kocham itp. I uświadomienie sobie, że
          jest "i to i to" pomaga się jakoś uspokoić i na przykład nie zacząć tym
          dzieckiem szarpać jak workiem kartofli przy przewijaniu czy coś. Tylko wtedy,
          gdy uświadomimy sobie coś, to to coś ma szansę nami nie rządzić.
          Takie myśli, to po prostu ludzka rzecz. Grunt, że jest też to, co dobre, bo też
          jest. Warto myśleć jakoś pozytywnie i starać się lepiej przeżyć następny, nowy
          już dzień. Ja też pamiętam, że ta codzienność z dziećmi była trudna i dużo
          rzeczy było za duże jak na cierpliwość człowieka, ale jak się człowiek stara, to
          zawsze jest jakoś lepiej.

          Pozdrawiam!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka