croyance
03.04.09, 09:45
Zaniedbałam ostatnio swoje obowiązki, aby przeczytać od deski do
deski wszystkie, kolejno, książki Marian Keyes – i faktycznie czuję
się, jakbym dostała w głowę drewnianą okładką.
Tak czuć może się tylko fan The Simpsons, który odkrył istnienie
Family Guy.
Albo płaszczak, wprowadzony w świat trzech wymiarów.
A mówię, zauważcie, nie o dramatycznej Sonieczce i ponurym
Raskolnikovie – tylko o genre mającym w swoich szeregach Bridget
Jones. Zatkało mnie, bo nie spodziewałam się, że bohaterki
literatury uważanej za niższą biją na głowę i nokautują zupełnie
blade, wymęczone i papierowe postaci z ostatnich tomów naszej
tracącej wenę MM.
Chyba przez ten kontrast jeszcze bardziej dotarło do mnie to, o czym
pisałam na okoliczność ‘Sprężyny’. No bo jak porównać taką na
przykład pełnokrwistą Helen Walsh z
niskotłuszczową i udającą femme fatale Laurą? (spell check wyłożył
się na ‘fatale’, zmieniając mi je na ‘fatalne’ – i słusznie w sumie,
bo tak właśnie wypada to zestawienie). Czy w ogóle można, nawet
eksperymentalnie, postawić koło siebie Claire i Gabrysię? Wiem, że
powinnam być mądrzejsza z racji profesji i wieku, ale - na Boga! -
dopiero przy książce ‘Watermelon’ dotarło do mnie, jak kompletnie
sztuczna, bzdurna i pozbawiona realizmu psychologicznego jest
sytuacja Gaby (tym razem poprawione na ‘Laby’ – też niegłupio, bo
zaiste ma kobieta labę od rzeczywistości przez jakieś ostatnie 5
tomów). Jedynym moim wytłumaczeniem jest to, że nie patrzę na
książki MM trzeźwo, bo wchłonęłam je w siebie w wieku młodym i
niewinnym. Tak mi to wszystko krążyło po głowie, ale po tym, jak
spłakałam się i mało serce mi nie pękło przy ‘Anybody out there?’
(gdybym przez chwilę domyśliła się, o czym to jest, żadna siła nie
zmusiłaby mnie do przeczytania – na szczęście nie wiedziałam) –
ostatnie sentymenty do MM mnie opuściły i uciekły z krzykiem.
A jednak można, kurka wodna, pisać o sprawach poważnych, i robić to
jednocześnie dowcipnie i lekko, bez przerysowywania problemu w
karykaturę! Bohaterki mają infekcje uszu (‘Lucy Sullivan is Getting
Married’), popadają w nałogi (‘Rachel’s Holiday’), są bite,
maltretowane i gwałcone (‘This Charming Man’), a także zostawione w
połogu przez męża (‘Watermelon’) – a jednocześnie jest cholernie
zabawnie i człowiek śmieje się jak dziki. Opis depresji z ‘Lucy
Sullivan is Getting Married’ to IMHO jeden z bardziej celnych, jakie
zdarzyło mi się czytać – a wiem, niestety, o czym bohaterka mówi
(przepraszam za długi cytat, ale świetnie pokazuje to, o co mi
chodzi):
‘The worst bout of depression that I ever had was actually my first
one. I was seventeen and it was the summer that I had left school,
and for no reason – apart from all the obvious ones – I got the idea
into my head that the world was a very sad, lonely, unfair, cruel,
heart-breaking kind of place.
I got depressed about things that were happening to people in far-
flung corners of the world, people that I didn’t even know and
wasn’t likely to know, considering that the main reason that I felt
depressed about them was that they were dying of hunger or of a
plague or from their house falling in on top of them during an
earthquake.
I cried at every piece of news that I heard or saw – car crashes,
famines, wars, programmes about AIDS victims (…), interviews with
men who had been laid off in their thousands from coalmines and knew
that even they were only forty they would never work again (…). Even
the funny bit at the end of the news, where a dog cycles a bike or
says ‘sausages’ pierced me with pain, because I knew it was only a
matter of time before the dog would die.
I found a child’s blue and white mitten on the pavement near my
house one day and the grief that it triggered was almost unbearable.
The thought of a tiny chilled hand, or of the other mitten, all
alone without its mate was so poignant that I cried wet, hot,
choking tears every time I saw it.
After a while, I wouldn’t leave the house. And shortly after that I
wouldn’t get out of bed.
It was horrendous. I felt as though I was personally in touch with
every ounce of grief in the world, that I had an Internet of sorrow
in my head, that every atom of sadness that had ever existed was
being channelled through me, before being packaged up and
transported on to outlying areas, like I was a kind of centralized
misery depot.
(…) eventually dr Thornton was sent for (…). And he diagnosed
depression and – surprise, surprise – prescribed antidepressants for
me, which I didn’t want to take.
‘What good will they do? I sobbed at him. ‘Will the antidepressants
give those men in Yorkshire back their jobs? Will the
antidepressants find the pair to this … to this …’ (by now I was
gasping and incoherent with crying) ‘… to this MITTEN!?’ I wailed’.
No i to jest realizm, widziany ostatnio u mojej ukochanej Ewy
Jedwabińskiej, kiedy wyrzucała przez okno Pieska. Co się stało z
prawdziwością Jeżycjady? Źle nikomu nie życzę, ale depresja jednak
sprowadza człowieka down to earth.
(ciąg dalszy w następnym poście)