tydzien temu ugryzl mnie kleszcz i mam tez od tego czasu swadzaca wysypke (niestety nie wiem czy byla przed ukaszeniem kleszcza czy po (kleszcz najprawdopodobniej ze slowacji (beskidy)), a po 7 dniach wyskoczyly takie plamki:
belekkadett.republika.pl/PICT8782.JPG
no i sedno sprawy:
dzwonilem dzisiaj do tego centrum badan dna w poznaniu i tam mowia zeby robic PCR, zadzwonilem wiec tez do PZH w warszawie (jestem z warszawy) i tam lekarz powiedzial ze znalezienie boreliozy we krwi mialoby sens jakby mi pobrano pol litra krwi! inaczej jest 10% na to ze cos wyjdzie... powiedzial ze najlepsza metoda jest szukanie jej w wycinku skory gdzie ugryzl mnie kleszcz. mam tam jeszcze maciupenki strupek po igle wiec miejsce moge zlokalizowac. ale czy to rzeczywiscie prawda? ten lekarz powiedzial ze to bardzo inwazyjna metoda i malo kto mi pobierze taki wycinek. poza tym twierdzi ze brak rumienia przemawia ze to nie jest borelioza (a rumien moze sie pojawic po ok 10 dniach). i zeby poki co czekac... wiec co ja mam zrobic? moge wyslac ta krew do poznania i niech juz strace z ciezkim sercem to 200zl ale czy to ma sens? ostatecznie ten lekarz pracuje w laboratorium PZH i oni biora za to 300zl wiec chyba nie zniechecalby mnie jakby PCR mialo sens...
jak to w koncu z tym jest?
p.s.
w tym momencie w poznaniu tez nie robia real-time PCR