bigboyindigo
21.11.07, 11:05
Było sobie toksyczne z rodzicami rodzeństwo, siostra rozłożona i brat bez pyt.
Rodzicom nie dali bełcikowego tudzież znudziło im się kaźnienie rodcze progenitury, po woda po temu mogły być ruszno-rakie, niemniej pokazali dzieciom drzwi, co stanęły otworem, ustalili, którym i uprzejmie uprosili je won. To i poszły dzieci to tuł to tamtam, a generalnie po borze, choć kategorię miały raczej wstrzemięźliwie rezerwową. Bardziej się martwili niźli żywili, aż napotkali wiedźmę, co faktycznie była świadoma stanu swego posiadania i zapragnęła go poszerzyć o kanibalną grę z małymi. Jako że dzieci były z domu
patologicznego drwala, co więcej rżnąć umiał niż był umny w główkowaniu, nie grzeszyły one niczym poza gniewem, nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, bo to pycha co do piekła spycha. No i zaczęli swoją znajomość od pieca, bo wiedźma też liczyć nie umiała i rychło miało się okazać, że w ich trojgu nie ma miejsca na cztery kąty lecz co najwyżej o, boje o byt.
A ponieważ w kupie raźniej, prawem dżungli, co wychowała owcych w wilkim city to wiedźma zasiadła milkliwie w rzędzie kafelków w gorejącej atmosferze. I z braku laku noć puściła się z dymem.