Gość: aniol sprawiedliwo
IP: *.ssp.dialog.net.pl
31.07.08, 08:51
Anioł Sprawiedliwości narodził się 19 maja 2004 roku.
Był późny wieczór. W fotelu znajdującym się w oświetlonym trupio
bladym blaskiem grającego telewizora pokoju siedział postawny, łysy
mężczyzna. Drobnymi łykami popijał piwo. I myślał. - Nie może,
ku.., tak być! - zagrzmiał nieoczekiwanie. Tak narodził się
samozwańczy Anioł Sprawiedliwości. 11 maja 2004 roku lewym sierpowym
(tak jak Piotrek Ś.) rozkwasił nos korupcji w polskiej piłce. Tego
dnia, publikując na łamach "Gazety Wyborczej tekst dowodzący, że
Zagłębie Lubin kupiło mecz od Polaru Wrocław, Anioł przywdział
zbroję, chwycił za świetlisty mecz i rozpoczął walkę z patologią w
naszym futbolu. Prowadzi ją do dziś. I wszystko byłoby pięknie,
gdyby nie fakt, że śnieżnobiała szata Anioła uwalona jest
korupcyjnym gównem.
Anioł Sprawiedliwości przybrał postawną, łysogłową postać Artura
Brzozowskiego. "Piłka nożna to nie jest sprawa życia i śmierci, to o
wiele poważniejsza kwestia" - te słowa legendarnego trenera piłkarzy
Liverpoolu Billa Shankly'ego ze śmiertelną powagą traktuje Artur
Brzozowski. Co więcej, wciela je w życie już od 14 lat, najpierw
jako dziennikarz, a od ponad roku jako szef działu sportowego
wrocławskiego oddziału "Gazety" - czytaliśmy w 2005 roku w jednym z
wydań "GW", a ze zdjęcia z dobrotliwym uśmiechem ozdabiającym jego
pozbawioną korupcyjnych myśli twarz ozdabiał uśmiech. Anioł stał
oparty o słupek bramki. Nie groził palcem. Nie wymachiwał mieczem.
Ukazał swoje łaskawe oblicze. - Więcej zrobił złego wrocławskiej
piłce niż dobrego. Wiecznie pluje na Śląsk i sączy jadem. To nie
jest człowiek, który kocha piłkę to jest człowiek, który dzięki niej
zarabia na chleb i nic więcej. Wrocław zapamięta go jako tego, który
nienawidzi Śląsk i wszystko co go dotyczy - podpisał się poniżej
jakiś zaślepiony nienawiścią do bliźniego kibic. Pewnie wariat.
Przecież nie od wtedy było wiadomo, że łysogłowy Anioł sympatyzuje z
WKS. Podobnie jak z Barceloną. Dowód, nie pierwszy, swojego
miłosierdzia dał chociażby 19 maja 2001 roku. W maleńkim, liczącym
jedynie 90 tysięcy mieszkańców Lubinie, zaścianku piłkarskim jak
mawiał Anioł Sprawiedliwości, miejscowe Zagłębie konfrontowało w
ramach 27. kolejki Ekstraklasy swoje siły ze Śląskiem Wrocław.
Faworytem byli lubinianie, którzy wówczas byli w czubie tabeli,
Śląsk zaś mocno dołował. Kilka tygodni wcześniej na ławce
rezerwowych WKS w charakterze trenera pojawił się słynny Janusz
Wójcik. Pierwszą decyzją "Wójta" było sięgnięcie po dobrych
znajomych ze wspólnej pracy z warszawskiej Legii - bramkarza
Grzegorza Szamotulskiego oraz Leszka Pisza. Dwaj nowi liderzy słabej
dotąd drużyny mieli jej zapewnić kilka punktów. Tak brzmiała wersja
oficjalna deklamowana przez Wójcika w wywiadach. Nieoficjalnie
natomiast imał się on wszelkich środków, by utrzymać Śląsk w
pierwszoligowych szeregach.
Anioł Sprawiedliwości zajechał na stadion GOS w Lubinie na nieco
ponad godzinę przed meczem. Uśmiech zagościł na jego pochmurnym, a
może zamyślonym, zazwyczaj, obliczu. W rozmowach z kolegami po fachu
przekonywał, że dziś na pewno wygra Śląsk. Niektórzy dociekali:
- Artur, skąd wiesz? Przecież to Zagłębie jest faworytem!
- Bo wiem. Wygra Śląsk - odpowiadał stanowczo Anioł, który przed
pierwszym gwizdkiem Mirosława Ryszki sędziego rozpostarł swoje
skrzydła na trybunie głównej stadionu Zagłębia. Pierwsza połowa
spotkania stała pod znakiem absolutnej dominacji piłkarzy
prowadzonych przez Mirosława Jabłońskiego i rozpaczliwej obrony
zawodników ruganych niemiłosiernie po łacinie przez Janusza Wójcika.
Gospodarze mieli z dziesięć sytuacji bramkowych, wykorzystali zaś
jedynie jedną - w 14. minucie idol miejscowych fanów Zbigniew
Grzybowski strzałem z rzutu karnego doprowadził do
wściekłości "Szamo". W przerwie meczu trochę naigrywano się z
Anioła. "Śląsk wygra! He He He" - miał ubaw po pachy
niejaki "Jakubek", który kilka lat później na łamach
dolnośląskiego "Słowa Sportowego" pisał pod dyktando Andrzeja Kruga
i Jerzego Fiutowskiego (wtedy jeszcze bez zarzutów prokuratury, a
więc podajemy pełne nazwisko), kreując ich na mężów opatrznościowych
lubińskiej piłki i prężnych menadżerów zarazem.
Wróćmy jednak na zielone boisko, nawet jeśli rozstrzygnięcie
dolnośląskich derbów zapadło przy zielonym stoliku. W drugiej
połowie, dość nieoczekiwanie dla wszystkich zebranych na trybunach -
za wyjątkiem Anioła Sprawiedliwości - dominował Śląsk. Po bramkach
autorstwa Piotra Włodarczyka (niezwykle urodziwe trafienie, piłka po
strzale z ostrego kąta odbiła się od słupka i zatrzepotała w
siatce), Jacka Paszulewicza i Krzysztofa Sadzawickiego Anioł śmiał
się upiornie i w wniebogłosy. Dziennikarze zbaranieli, "Jakubkowi"
nie przechodziły już przez gardło delicje serwowane na
lubińskiej "Jaskółce" - bo tak zwano trybunę VIP, na której Zbychu
często, po znajomości gościł. Najlepszy występ dał w 1990 roku w
meczu Pucharu UEFA z Bologną, gdy jako korespondent "Sportu" usnął
jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Włoscy żurnaliści i
decydenci, gdy zobaczyli rozwalonego i kompletnie
pijanego "Jakubka", zdębieli. Nie o nim jednak ta historia,
przepraszamy, że wkroczyliśmy na poboczne wątki naszego tematu.
Więcej takich akcji w naszym wykonaniu już nie będzie.
Spotkanie Zagłębia ze Śląskiem zakończyło się porażką 1:3 faworyta i
skandalem z udziałem jego kibiców. Rozwścieczeni fani wrzucili do
klubowego budynku świecę dymną, a na boisko jeszcze przed końcem
meczu race świetlne. Piłkarze obu drużyn przez ponad godzinę
kolędowali na murawie, a kilka dni po meczu fani "Miedziowych"
dostrzegli na mieście Grzegorza Lewandowskiego. Były gracz Legii,
ongiś uczestnik Ligi Mistrzów w ich odczuciu był jednym z tych,
którzy odpuścili mecz Śląskowi. Przypuszczenia brały się ze względu
na osobę Wójcika, Pisza i Szamotulskiego we wrocławskim obozie.
Kilku, a może nawet kilkunastu - wersje są różne - ruszyło w
szaleńczy pościg za piłkarzem, na szczęście dla niego nieudanym.
Podobno godzinę później w rozmowie z Prezesem Jackiem Kardelą
Lewandowski rozwiązał swój kontrakt z Zagłębiem. Nie wiemy, czy
akurat stało się to równo sześćdziesiąt minut po wydarzeniu, ale
umowa faktycznie została rozwiązana.
A cóż zrobił Anioł? Otóż w poniedziałkowym wydaniu "Gazety
Wyborczej" człowiek, który wiedział, że - parafrazując słowa stopera
Aluminium Konin Rafała Witkowskiego z lubością cytowane przez Artura
B. w swoich późniejszych publikacjach - "mecz opie..ny, szkoda
pieniędzy na benzynę" słał peany pod adresem herosów z Oporowskiej i
cudownie skutecznego trenera Janusza Wójcika. Artur, Winkelried
polskiej piłki, stawiany za wzór dziennikarskiej walki z korupcją w
piłce, który jeszcze przed spotkaniem posiadł wiedzę tajemną, że
mecz jest sprzedany siedział na trybunach i śmiał się do rozpuku.
Tymczasem, piłkarze na boisku odstawiali teatrzyk według rozpisanych
wcześniej ról. Dlaczego samozwańczy Anioł Sprawiedliwości nie
zadzwonił do Prezesa PZPN, dlaczego nie opisał tego, co rzekomo
wiedział w piątkowym, albo nawet sobotnim wydaniu "GW"? Bo nie miał
dowodów? A, przepraszam, czy kreśląc w maju 2004 roku oskarżenia pod
adresem Zagłębia Lubin za mecz z Polarem trzymał w ręce garść
dowodów? Takich namacalnych. Nie dowodów, będących strzępkami
zasłyszanych, prywatnych rozmów. To nie są dowody. A jeśli się je za
takowe uzna, to wówczas można znaleźć potwierdzenie tego, że mecz
Zagłębia ze Śląskiem był "opie..ny". Dlaczego Anioł
Sprawiedliwości nie interweniował kilka miesięcy wcześniej, gdy
doskonale wiedział, że na obóz Śląska Wrocław do Austrii pojechał
jeden z czołowych polskich arbitrów.