Gość: de
IP: *.wh.uni-hannover.de
15.12.08, 08:32
z wiaralecha.pl/
""Mam nieodparte wrażenie, że dziennikarze sportowi Gazety Wyborczej chcą
pomóc Legii Warszawa w wyprzedzeniu Lecha Poznań w ligowej tabeli. Wymyślili
sobie, że jak odpowiednio zamieszają, to doprowadzą do takiego konfliktu
między klubem i kibicami, jaki od pewnego czasu panuje na stadionie przy ulicy
Łazienkowskiej. A wówczas, wiadomo – kibice nie będą dopingować, drużyna bez
wsparcia zacznie grać słabo i tytuł mistrzowski nie pojedzie do Poznania. Jak
się nie da pokonać Lecha na boisku, to spróbujemy załatwić go
pseudopsychologiczną zabawą, zdają się mówić panowie dziennikarze piszący o
sporcie w Wyborczej” – to fragment listu, jaki dotarł do Stowarzyszenia Wiara
Lecha w ostatnich dniach. Czy Gazeta naprawdę postanowiła włączyć się w
niesportowy sposób do sportowej rywalizacji? Podpisany niżej jest bardzo
daleki od dawania wiary teoriom spiskowym i za nic nie da sobie wmówić, że
dziennikarze jego ulubionej gazety prowadzą brudną kampanię. Woli wierzyć, że
błądzą, zwyczajnie po ludzku mylą się i zajęci przedświątecznymi zakupami nie
mają czasu na przemyślenie swoich słów. A jest o czym myśleć.
W piątek, 12 grudnia 2008 roku, każdy członek Stowarzyszenia Wiara Lecha, w
tym autor niniejszego tekstu, dowiedział się, że prawdopodobnie jest członkiem
zorganizowanej grupy przestępczej. Nie wiem jak inni, ale ja przejąłem się tą
wiadomością. Ja w mafii? Ja absolwent jednej z czołowych uczelni świata,
miłośnik poezji T.S.Eliota, fan jazzu rozczytujący się w książkach
poświęconych fizyce kwantowej? Ja?! Toż ja maniakalnie przestrzegam przepisów,
boję się broni i brzydzę przemocą. Ta mafia musi być jakaś lewa, skoro trzyma
u siebie kogoś takiego. Jestem członkiem Wiary Lecha, bo kocham Kolejorza i w
każdy możliwy sposób pragnę wspierać mój klub. Finansowo, organizacyjnie,
intelektualnie i wokalnie, choć zważywszy na moje marne zdolności śpiewacze
jest to raczej niedźwiedzia przysługa. Wiara Lecha zawsze wydawała mi się
najlepszym stowarzyszeniem kibicowskim na świecie i do piątku 12 grudnia w
swojej naiwności myślałem, że mogę być dumny z przynależności do tej, jak się
okazało, zbrodniczej organizacji. Skruszony, zabrałem się za lekturę tekstu
autorstwa panów M.Szadkowskiego i J.Ciastonia.
Zaczyna się jak w dobrym horrorze. Mamy oto sklepik gdzie obok koszulek Lecha
leżą ubrania z nadrukowaną maczetą, która na dodatek ocieka krwią. Doskonale
rozumiem poruszenie redaktorów, bo przeżyłem niedawno bardzo podobną przygodę.
Działo się to w kiosku z gazetami, gdzie obok Gazety Wyborczej leżały Fakty i
Mity. Wówczas do głowy mi nie przyszło łączyć oba tytuły, ale dziękuję panom
redaktorom za zwrócenie uwagi na możliwość takiej asocjacji. Po tym wstępie
rozpoczyna się prawdziwa kanonada.
Głównym zarzutem, jaki wysuwają dziennikarze Gazety Wyborczej wobec Wiary
Lecha jest odmówienie sprzedaży jednego biletu na mecz Feyenoord-Lech.
Zakładam, że osoba, którą odprawiono z kwitkiem jest znana redakcji Gazety
Wyborczej i uznawana za godną zaufania. Żałuję, że zaufaniem nie obdarzyli
tego człowieka ci, którzy prowadzą sprzedaż biletów. Ale to nie znaczy, że
popełnili oni wykroczenie i że nie mają prawa do zachowania najdalej idącej
ostrożności wobec kupujących, z odmówieniem sprzedaży biletu włącznie. Tak się
bowiem składa, że to oni odpowiedzialni są za organizację imprezy, jaką jest
wyjazd grupy kibiców Lecha Poznań na mecz w Rotterdamie. I w razie kłopotów,
to oni będą świecić oczami i tłumaczyć się za niewątpliwie sympatycznego pana
Waldka. Czy naprawdę tak niezwykłym jest, że organizator nie chce dopuścić do
sytuacji, jakie miewały już miejsce w historii występów polskich klubów i ich
kibiców na europejskich arenach? Bądźmy konsekwentni. Jeśli chcemy uniknąć
awantur, to promujmy rozwiązania eliminujące je i nie potępiajmy ludzi, którzy
zaprowadzają porządek na stadionach metodami oddolnymi, nie czekając na
rozwiązania ustawowe. Można przecież wypracować własny model zachowań, który
będzie godny dużego europejskiego klubu, jakim ma ambicje stać się Lech. Model
oparty na dialogu, w którym kibice są współodpowiedzialni i zaangażowani. W
którym są partnerami, a nie przykrą koniecznością. Owszem, czasem ucierpi
ktoś, komu nie zostanie sprzedany bilet. Być może całkowicie niesłusznie.
Przykra sprawa, ale przecież wydawałoby się, że selekcja jest już oswojonym
zjawiskiem polskiego życia zbiorowego. Proponuję przejść się do dowolnego
modnego klubu, by przekonać się o tym na własnej skórze. Odmowa prawa wstępu
przyjemna nie jest, ale trzeba choćby spróbować zrozumieć motywy postępowania
ludzi dokonujących selekcji. Czy bez takiego zrozumienia dziennikarz może
mówić o bezstronności?
Drugim działem, jakie wytoczono przeciw kibicom Kolejorza jest użycie
wulgarnego słowa, którym dość powszechnie zastępuje się określenie „odejdź”.
Mówię „powszechnie” nie dlatego, że akceptuję taki język, ale dlatego, że
słyszę co się dookoła mnie dzieje. Boleję bardzo nad tym, że kibice na
stadionie nie prezentują kultury słowa godnej Jeremiego Przybory, ale jest to
część dużo szerszego zjawiska. Pozwolę sobie odkryć brutalną prawdę: W Polsce
są tacy, co klną. W autobusie, w pubie, w kinie i w teatrze. W redakcjach i w
ministerstwach. W policji i w wojsku. Co przypomina mi historyjkę o przygodach
Melchiora Wańkowicza z komunistyczną cenzurą. Urzędnik z ulicy Mysiej, równie
dobrze zorientowany w realiach jak redaktorzy sportowi Gazety, wykreślił z
książki Wańkowicza słowa, które wykrzykiwali żołnierze wyruszający do ataku.
Słowa „ku... mać”. Cenzor orzekł, że żołnierze z pewnością krzyczeli „Niech
żyje Polska”, choć w okopach zapewne sam nigdy nie był. A’propos – kiedy
panowie redaktorzy byli ostatnio w okolicach ulicy Bułgarskiej w Poznaniu?
Wydawałoby się, że artykuł napisali dziennikarze sportowi, którzy powinni znać
realia polskiej piłki nożnej i zjawisk jej towarzyszących. Tymczasem zachowują
się tak, jak znany mi osobiście poszukiwacz niezdrowych emocji,
dziesięcioletni Rysio. Dziecku można wybaczyć, że podekscytowane opowiada jak
to zbiry szukały sąsiada, żeby go zlać (okazało się, że to zamówiona ekipa
remontowa). Od redaktorów poważnej gazety należy oczekiwać większego
zdystansowania i rzetelności przekazu. W relacji dziennikarzy Wyborczej
tajemniczy i groźny kibic zapowiedział, że jeśli ktoś nie będzie potrafił się
zachować, to może się liczyć z konsekwencjami. Czyż nie jest normalnym, że
każdy, kto łamie przyjęte zasady powinien się liczyć z reperkusjami? Mogę się
zgodzić z tym, że mówienie o „masażu twarzy” jest formą groźby, ale gdybyśmy
chcieli karać każdego, kto kiedykolwiek wypowiedział słowa „ja go zabiję” to
wszyscy siedzielibyśmy w więzieniu.
Grupa kibiców jadąca na mecz to zbiorowość, w ramach której ustalone są reguły
postępowania. Nie ma tam miejsca na chaos, improwizację, czy zachowania
niegodne. Nie ma też pełnej i nieskrępowanej wolności. Każdy ma obowiązek
zachowywać się poprawnie i uczestniczyć w dopingu, który, o zgrozo, także jest
zorganizowany i nie ma w nim miejsca na dowolność. Cytowane z lubością słowa o
„masażu twarzy” można potraktować to jako realną groźbę i wyciągnąć z tego
wnioski o brutalności kibiców Lecha, którzy na stadionie non-stop kogoś biją.
Można także „masaż twarzy” zrozumieć jako zabieg kosmetyczny wykonywany przez
seksowną Tajkę. Jedna i druga interpretacja ociera się o absurd. Kibice Lecha
nie są największą na świecie zbieraniną masochistów, którzy tak licznie
przybywają na stadion po to by dostać w twarz. Na stadionie Lecha oraz w
sektorach zajmowanych przez kibiców Kolejorza na meczach wyjazdowych panuje
fantastyczna atmosfera i to ona przyciąga tłumy. To właśnie tej atmosfery
zazdrości nam wielu. Bardzo uprzejmie proszę zrozumieć, że na L