Gość: Kinoman
IP: *.gdynia.mm.pl
21.01.04, 13:19
Król Zygmunt Bezdomny
"NIE" rozmawia z Zygmuntem KaŁużyńskim.
– Na okładce Pana ostatniej książki "Pamiętnik Orchidei" są splecione ze
sobą: swastyka, krzyż i kwiat, który wyraża pewną erotykę. Książka jest Pana
intelektualną biografią. To także intelektualna biografia XX wieku.
– He, he, he. To był po trosze taki bezczelny zamiar. Zresztą książka ma
taki podtytuł "Zapiski ocalonego z XX wieku". A pomysł na okładkę? Swastyka
to moja przeszłość. Wojna wywołana przez Hitlera była największą w dziejach
ludzkości hekatombą, a mnie się udało tę hekatombę przeżyć. Krzyż jest
symbolem religii chrześcijańskiej, która najbardziej mi się podoba ze
wszystkich poznanych religii. Uważam się za chrześcijanina, choć może
takiego niewierzącego chrześcijanina. He, he, he. Kwiat to orchidea. Jonasz
Kofta napisał wiersz o mnie – jedyny, jaki o mnie napisano – i nazwał mnie
orchideą. To miłe.
Ale aż dziw, że ta okładka nie wywołała jakichś przykrości.
– W "Pamiętniku Orchidei" pyta Pan: "Co zaś zmieniło się w rezultacie
wstrząsu, jaki u nas nastąpił w latach 90., w kulturze?". Ale w książce nie
ma bezpośredniej odpowiedzi. Chciałbym z Panem porozmawiać właśnie na ten
temat. Na temat kultury przed 1989 rokiem i kultury dzisiaj, kultury w
czasach "ucisku" i kultury "wolności". Pan żył wewnątrz tamtego świata i
żyje wewnątrz tego świata. Czy łatwiej było kulturalnie ocaleć wówczas, czy
łatwiej jest o ocalenie dzisiaj. W Polsce, na początku XXI wieku?
– W czasie "ucisku" tzw. systemu – ja oceniam pozytywnie ten okres nie
dlatego, że w nim żyłem i uczestniczyłem, ale staram się, jak Boga kocham, o
obiektywizm – dokonania były olbrzymie. Skończono z analfabetyzmem. To
dzisiaj może brzmi banalnie i niewiarygodnie jako argument, ale taka jest
historyczna prawda. Dzisiaj się nie bardzo wie o tym, ale w Polsce
przedwojennej w niektórych okolicach było do 80 proc. analfabetów. Ja sam
byłem w pierwszych latach po wojnie nauczycielem pisania i czytania. Dalej.
Skończono raz na zawsze z nędzą. W PRL było trudno umrzeć z głodu. Co prawda
trudniej było dojść do zamożności, ale każdy miał jakąś swoją szansę
zawodową. W tym czasie gospodarka, którą się dzisiaj tak surowo ocenia, była
w ciągłym ruchu. Zbudowano cały przemysł, nawet taki, którego Polacy
wcześniej nie mieli – jak stocznie. Jeśli chodzi o rozwój kultury w Polsce,
to był najbardziej udany, najbardziej twórczy okres. Wydawano książki w
niespotykanych nakładach, które z miejsca się rozchodziły. "Ulisses" Joyce’a
w 40 tys. egzemplarzy rozszedł się w trzy dni. Był poszukujący awangardowy
teatr, który zrobił karierę na świecie: Kantor, Grotowski, Szajna. Nasz film
też stał się światowy. To, co nazywano szkołą polską, filmy Munka, Wajdy,
Kutza, Kawalerowicza, które stanowiły typowo polski obrachunek z historią, w
świecie były przyjęte jako przejmujące dzieła sztuki pacyfistycznej.
– Ale w kraju uprawiano cenzurę. W debacie nad PRL te sukcesy w dziedzinie
kultury tłumaczy się dzisiaj tym, że twórcy starali się tę cenzurę ominąć,
oszukać.
– Ależ, redaktorze, to są brednie. Oczywiście była cenzura, była milicja,
państwo kontrolowało ruch obywateli poprzez wydawanie bądź niewydawanie
paszportów. Ale w debacie nad PRL pomija się prawie całkowicie sprawę
ówczesnej ideologii państwowej. A to ona napędzała intelektualnie, była
motorem twórczym. Po II wojnie państwo polskie miało być państwem
socjalistycznym, sprawiedliwym, postępowym, ze społeczeństwem jednoklasowym,
gdzie produkty pracy miały należeć do tych, którzy je wytwarzają, a człowiek
nie miał prawa wyzyskiwać człowieka. I ludzie kultury, intelektualiści
poparli tę ideologię. System socjalistyczny to nie było żadne oszustwo
narzucone, z którym trzeba było walczyć. I przy tym sytuacja była o tyle
charakterystyczna, że władze były w gruncie rzeczy w nieustannym konflikcie
ze swoimi intelektualistami – tymi, którzy byli związani z ówczesnym
systemem; tymi, którzy starali się go obsłużyć. Bo polityk zmuszony jest do
różnych ustępstw, krętactw, przemocy. A inteligenci przypominali władzy o
ideologii, o zasadach. A nie ma dla polityka nic bardziej kłopotliwego jak
ktoś, kto mu bez przerwy przypomina o ideologii. Ten konflikt był twórczy po
prostu.
– Czy "Solidarność" coś wniosła do kultury? Jakieś dziedzictwo, które dalej
istnieje, czy też jest to tradycja całkowicie już strupieszała?
– Nic nie wniosła, absolutnie nic. Ja oceniam "Solidarność" pod tym względem
jak najbardziej surowo. Tu nie ma w ogóle żadnej tradycji. Sztuka rozwija
się wtedy, gdy służy programowi społecznemu. To jest prawda historyczna. Na
moim odcinku, a jestem dziennikarzem filmowym, to się sprawdza w całych
dziejach kina. Kino japońskie, które się nagle rozwinęło i dało takiego
znakomitego reżysera jak Kurosawa, miało program społeczny, mianowicie
krytykę feudalizmu, który był nieszczęściem tamtego kraju. Kino włoskie,
realizm włoski, który też stanowi wielki okres w filmie, to była znowu
polemika z resztkami faszyzmu i walka o dobrobyt społeczeństwa włoskiego. I
kino polskie wtedy było twórcze, kiedy służyło ideologii, jakkolwiek by to
zabrzmiało, ideologii budowy państwa socjalistycznego, społeczeństwa
opartego na racjonalizmie. Wie pan, to jest zasada. Gdy kino nie ma programu
służby społecznej, przestaje być twórcze, staje się chaotyczne, rozproszone.
To jest zasada zresztą nie tylko w kinie, ale w całej kulturze.
– Ale przecież "Solidarność" miała ideę – chciała zmiany ówczesnego systemu.
– Wszyscy chcieli zmiany, problem tylko w tym, że nie bardzo wiedzieli,
czego. System był, jaki był, ale miał bardzo precyzyjną organizację we
wszystkich dziedzinach. I obalenie tego systemu wymagało zastąpienia go
innym, który byłby choć trochę tak precyzyjny, tak obmyślany, jak obmyślone
było państwo socjalistyczne. Tymczasem "Solidarność" w ogóle nie miała
takiego programu. Nie miała żadnego programu. Nie miała programu w kulturze,
bo nie miała programu społecznego. Była to rewolta wobec systemu, który do
tej pory panował, i w gruncie rzeczy do tej rewolty się ograniczała. Nie
mając programu państwa, żadnej nowej ideologii "Solidarność" uległa bez
żadnego oporu propozycji grupki intelektualistów wprowadzających
neoliberalizm. I w tej chwili mamy to, co mamy, czyli gospodarczy,
polityczny, ideowy neoliberalizm. System, który rujnuje zasady
sprawiedliwego podziału rezultatów pracy, a te rezultaty idą zaraz do
wielkich konsorcjów. Gdyby spojrzeć w dłuższej perspektywie społecznej na
czasy przed rokiem 1989 i na to, co się dzieje teraz, to nie wiem, który
czas jest czasem ucisku, a który czasem wolności. Przecież fakt istnienia
bezrobocia, które jest nieuniknione w systemie neoliberalnym, niszczy
godność, niezależność, podważa ludzką pewność siebie. Wszystkich. Bo to jest
sytuacja, która dotyczy nie tylko bezrobotnych, ale każdego, kto pracuje, bo
on też może w każdej chwili stracić pracę. To jest to, co mówi Marks: dopóki
praca jest towarem do nabycia na rynku, dopóty istnieje niewolnictwo.
– Czy Pana to nie śmieszy, że Andrzej Wajda uważany za świętego w kinie
polskim, za człowieka, który wolność od systemu niósł na sztandarach swoich
filmów, przegrywa dzisiaj w głosowaniach widowni choćby z komediami
Stanisława Barei? Wydawałoby się, że filmem kultowym w Polsce powinien
być "Człowiek z żelaza", a nie "Miś".
– Ależ przykład Wajdy jest doskonałą ilustracją tego, o czym rozmawiamy! Bo
cóż się dzieje? Nagle ten Wajda, który przecież jest pozycją światową, który
figuruje w słowniku Larousse’a jako jedyny polski filmowiec XX wieku, który
dostał Oscara, nagle ten Wajda fabrykuje knot za knotem, pieprzy jeden film
za drugim. Niektóre wyglądają wręcz na robotę amatorską. "Pann