kossmann
15.03.04, 20:40
Stało się - przed sądem stanął koronny świadek Agory w jej sprawie z Lwem
Rywinem. Nagranie. Ono to sprawiło, że nawet milczący dotąd Rywin kilka razy
odezwał się. / ... /Wszyscy zamarli w niemal pobożnym milczeniu. Starali
się nie oddychać, byle tylko Redaktorowi nic, ale to nic nie zakłóciło
słuchania tego, co nagrał. O tej porze roku muchy jeszcze nie latają, a więc
nawet one nie przeszkadzały. Nagranie cofano i odtwarzano wielokrotnie. W
końcu Redaktor wyprostował się i, jak to on, z godnością oświadczył (On
wyłącznie oświadcza): "Mam wrażenie, że to jednak ja powiedziałem". To ważne.
Bardzo ważne. To kluczowe wręcz dla tego dowodu słowa: nie Rywin powiedział
Michnikowi, że przyszedł "od Leszka". "Od Leszka" wyszło z ust Michnika. To -
w majestacie sądu - / .... / potwierdza, że nie Rywin powoływał się
na "premiera", tylko Michnik usiłował wtłoczyć mu tego "premiera" w usta. Z
nich dwóch tylko Michnik wiedział, że na półce stoi włączony magnetofon.
Tylko Michnik i Agora mieli interes w tym, żeby Rywin powiedział, co oni by
chcieli, żeby powiedział. Tylko Michnik i Agora potrzebowali bata
na "Leszka". Przyznanie przed sądem, że słowa "od Leszka", wbrew temu, co
przez rok z okładem Redaktor mówił, wyszły z jego ust, a nie z ust Rywina,
poważnie podkopuje cały scenariusz. Ale miało i inną też konsekwencję.
Eksperci mianowicie, którzy dotąd bez cienia wątpliwości zapewniali, że ich
odczytanie nagrania jest prawidłowe, a samo nagranie nie nosi śladów
manipulacji, w ślad za Redaktorem też przyznali, że, wbrew temu co w
ekspertyzie orzekli, słowa "od Leszka" rzeczywiście wypowiedział Michnik a
nie Rywin. Tym samym dali obronie pole do popisu, gdyż takich miejsc, kiedy
oni słyszą kogo innego lub co innego niż w rzeczywistości, jest w tym
nagraniu jeszcze trochę. Widać to gołym uchem, gdy porównać dwa nagrania - z
magnetofonu analogowego i cyfrowego. Bo, jak pamiętamy, rychło wydało się, że
Rywina nie nagrywali na jednym magnetofonie, tylko od razu na dwóch. Jednym
tradycyjnym, a drugim - supernowoczesnym Sonym, na który Michnik kazał
pieniędzy nie żałować. Przede wszystkim, co się przemilcza, nagranie na
zwykłym magnetofonie udało się. Słyszeliśmy dotąd, że nie, bo taśma się
splątała i zacięła. Otóż po jej wyprostowaniu okazało się, że dalej, "poza"
miejscem, w którym ona stanęła, nadal rozmowę słychać. To oznacza, że taśma
nie zacięła się podczas nagrania, tylko później, podczas przewijania. Czyli
słuchano jej, cofano, znów słuchano i dopiero za którymś razem się zacięła.
Ile razy ją przewijano, kto jej słuchał, czy tylko ci, o których już wiemy,
czy jeszcze ktoś? Czy była cofana po odsłuchaniu, czy może po przegraniu
rozmowy Michnik - Rywin na jakiś inny magnetofon? Jeśli zaś kopiowanie
wchodzi w rachubę, a w tej sytuacji wchodzi, to ile zrobiono kopii i w jakim
celu... Co pytanie to wątpliwość, co wątpliwość to pytanie. Poza tym skoro są
dwa nagrania tej samej rozmowy, to można porównać oba zapisy. Eksperci to
zrobili. Teoretycznie oba nagrania powinny być jak dwie krople wody, wszak to
ta sama rozmowa. Tymczasem na jednym jest na przykład: "wejdź, Lwie", a na
drugim: "chodź, Lwie", raz jest: "się nie nadaje", a raz: "to nie nadaje
się", "ten" - "tam", "ale co, co, co, co" - "powiedz co, co, co,
co", "przedstawił" - "mówił", "teraz nie ma żadnych ustaleń" - "teraz nie ma
żadnej zapłaty"... I tak ponad sto razy. W CZYM BIEGLI?Treść nagrania to
jedno z trzech kryteriów, na których biegli zbudowali swoją pewność, że
całość jest autentyczna. Jak widać, śmiało można pokusić się o stwierdzenie,
że treść analizowana była "na ucho" i to bardzo niedoskonale. Mimo to, jak
wykazuje przypadek słów "od Leszka", eksperci gotowi byli uszyć Rywinowi
śmiertelną koszulę. Cóż sądzić o wiarygodności ich stanowczej opinii, skoro
pod wpływem deklaracji Michnika w kwestii "od Leszka" zmienili ją w ślad za
Nim? Co więcej, biegli sami przyznali, że przy pomocy narzędzi softwerowych,
czyli przy pomocy technik komputerowych, wycinali pewne fragmenty nagrania i
ten ich zabieg był niewidoczny. Zatem skoro bez śladu można wyciąć dźwięk,
trzask, szum, to także słowo. Cała rozmowa Michnik - Rywin ma tzw. tło
elektromagnetyczne o określonej częstotliwości. To tło, razem z dowolnie
dobraną częstotliwością, można jednak odtwarzać. W sumie zmontowanie rozmowy,
a po uformowaniu pożądanej treści, nałożenie jej na tło elektromagnetyczne o
żądanej częstotliwości nie jest z gatunku sience fiction. Nagranie cyfrowe
daje naprawdę niesamowite pole do stosowania technik komputerowych.Za kolejny
dowód autentyczności nagrania biegli uznali wewnętrzny zegar urządzenia
nagrywającego. Z analizy jego zapisu wyszło im, że nagranie odbyło się 22
lipca. Tylko że ten zegar można przestawić! Można tak go zaprogramować, że
wykaże, iż rozmowa Michnika z Rywinem równie dobrze co 22 lipca mogła odbyć
się 15 albo 29 lipca... PYTAŃ MASAWątpliwości, wątpliwości... Czyż nie jest
aby tak, że podstawową zasadą procesową jest tłumaczenie wątpliwości na
korzyść oskarżonego? Sąd zdaje się o tym nie zapominać. Ośmielę się nawet
powiedzieć, że jakby już zaczął budować atmosferę dla rysującego się w oddali
orzeczenia, o którym z góry wiadomo, że będzie wywracane na nice. Na przykład
podczas swojego drugiego obcowania z Redaktorem już bardziej stanowczo niż za
pierwszym razem przywoływał Go do porządku. Upominając, że jest w sądzie
Rzeczypospolitej a nie przed komisją sejmową, dość jasno wyraził swój
stosunek do sprawy - przed sądem chodzi o prawdę i los oskarżonego a nie o
politykę i los politycznych koterii. Jeśli więc jeszcze Wysoki Sąd zapewni
obronie możliwość znacznie szybszego niż po miesiącu zapoznawania się z
protokołami przesłuchań świadków, to można będzie powiedzieć, iż proces
odbywa się wedle wszelkich reguł sztuki, że strony mają takie same szanse i
że nic nie jest przesądzone zawczasu. W kategoriach prawnych rzecz jasna, bo
w politycznych przesądzone zostało wszystko. Wiadomo, że w tej komedii happy
endu nie będzie. Adwersarze już ponieśli niepowetowane straty. To, że Agora
ma kłopoty, to pies z nią tańcował, to, że Redaktor - szkoda, ale cóż, nawet
inteligentni chłopcy nie powinni bawić się granatami. Żal mi tylko Rywina.
Zwyczajnie po ludzku, bo to okropne przecież, jak człowieka na oczach
gawiedzi kumple od interesów topią dla jakiegoś lepszego interesu.
Najbardziej żal mi oczywiście SLD i Millera. Nadal jestem przekonany, iż
intryga była w nich wymierzona. Po roku w całej krasie widać jej piekielną
skuteczność: SLD na kolanach, spychany do grobu przez chętnych pomagierów z
własnych szeregów i premier - słaniający się na nogach, balansujący między
fruwającymi w powietrzu pięściami, próbujący w narożniku dotrwać do końcowego
gongu z nadzieją na sprawiedliwy wyrok sędziów. Czy się doczeka - diabli
wiedzą.
MAREK BARAŃSKI