Gość: A.P.
IP: *.nanarb01.mi.comcast.net
01.03.02, 15:46
Za: http://www.medianet.pl/~naszapol/0209miai.html
W wielu wypowiedziach w bieżącym roku w prasie i radiu na temat wydarzeń w
Jedwabnem w lipcu 1941 r. uderzyło mnie podobieństwo w przebiegu, sposobie i
stopniu okrucieństwa tych wydarzeń do tych, które znam z relacji mojej matki z
lipca 1943 r., a w obecnej chwili również z relacji naocznych świadków. Dotyczą
one pacyfikacji wsi Krasowo Częstki, dokonanej przez Niemców 17 lipca 1943 r.
Niemiecki scenariusz eksterminacji
W pamiętnym roku 1943 miałam 10 lat i przebywałam wraz z matką Rozalią (lat 43)
i młodszą siostrą Heleną we wsi Piętki Gręzki, powiat Wysokie Mazowieckie.
Ojciec cały okres wojny przebywał w Warszawie, zginął w Powstaniu Warszawskim
15 sierpnia 1944 r.
Pewnego dnia w lipcu 1943 r. nagle pojawili się jacyś ludzie uciekający polami,
omijając drogę przez wieś w obawie przed Niemcami. Uciekali z odległych wsi
około 15 km. Opowiadali z przerażeniem, że Niemcy mordują całe wsie i palą
domy. Właśnie wymordowali wszystkich mieszkańców we Krasowo Częstki. W tej wsi
mieszkali nasi bliscy krewni - wujostwo Jankowscy, którzy w okresie okupacji
sowieckiej, gdy groziła nam Syberia, udzielili nam schronienia. Matka,
poruszona do głębi tą hiobową wieścią, postanowiła natychmiast zbadać
osobiście, co się wydarzyło. Nazajutrz pobiegła do Krasowa. Zastała tylko
zgliszcza. Z całej wsi, która liczyła około 300 mieszkańców, 60 gospodarstw,
wszyscy, którzy w tym dniu byli obecni we wsi - oprócz kilku osób, którym udało
się ujść z życiem - zginęli. 257 osób zostało bestialsko zamordowanych. Jednak
zrządzeniem Opatrzności pozostało kilku naocznych świadków zbrodni. Udało się
ujść z życiem dwóm braciom Żochowskim, Staszkowi lat 36 i Lutkowi lat 24,
dzięki temu, że ukryli się pod spichlerzem. Byli oni bezpośrednimi sąsiadami
wujostwa Jankowskich. Od nich to przede wszystkim dowiedziała się moja matka o
przebiegu wydarzeń.
Jeden z kreiskomisarzy zapytał, co się ma stać z Żydami. W związku z tym Erich
Koch dosłownie wyjaśnił: "Moi panowie, jeśli nie skończycie z Żydami w Okręgu
Białostockim, to przyprowadzę sobie SS i ona już z mojego polecenia z nimi się
załatwi". Dla uczestników tej odprawy nie ulegało wątpliwości, że było to
wezwanie do likwidowania Żydów w miarę możliwości.
Za: Materiały SS-obersturmführera Waldemara Macholla, poz. 5 "jako zbrodniarz
wojenny" [w:] Biuletyn GKBZH t. XV.
Kilka dni wcześniej - 11 lipca 1943 r. - jacyś partyzanci zaatakowali
przejeżdżających żandarmów; ośmiu Niemców zginęło, jeden został ciężko ranny,
jeden ocalał.
17 lipca 1943 r. nad ranem silne oddziały wojska i żandarmerii otoczyły wieś
szczelnym kordonem. Bracia Żochowscy, ukryci pod spichlerzem, mogli słyszeć i
częściowo widzieć, co zaczęło się dziać na sąsiedniej posesji, u Jankowskich.
Uzbrojeni żołnierze spędzali mieszkańców wsi do stodoły wuja Stanisława
Jankowskiego. Kazali wszystkim położyć się na klepisku i nie ruszać się. Gdy
któreś z dzieci nie wytrzymało, to trzask z bata lub wystrzał unieruchamiał je
natychmiast. Młodych mężczyzn wyprowadzili ze stodoły i kazali im kopać dwa
ogromne doły. Żołnierze kordonem otoczyli stodołę i kopiących doły.
Jednocześnie zaczęły nadciągać furmanki - to byli ludzie spędzeni przez
żandarmów z sąsiednich wsi w celu wywozu całego dobytku mieszkańców Krasowa. W
czasie tego załadunku jeden z przybyłych - Traszkowski z Dąbrówki - zauważył
pod spichlerzem siedzących braci Żochowskich. Gdy tylko Niemcy się oddalili,
dał braciom znak, by natychmiast włączyli się do akcji ładowania na wozy.
Dzięki sąsiadowi z Dąbrówki bracia przeżyli. Gdy doły były gotowe, Niemcy
zarzucili granatami kopiących i przystąpili do rozstrzeliwania. Naprzeciw
stodoły usiadł na kieracie landrat z Łomży - Karl von der Groeben. Bujając się
na kieracie, wydawał wyroki śmierci. Niemcy wyciągali ze stodoły swoje ofiary,
zaciągali nad doły i rozstrzeliwali z broni maszynowej - kobiety z dziećmi na
prawo, mężczyźni na lewo. Po zakończeniu "akcji" kazali sąsiadom z sąsiednich
wsi zasypać doły i posypać chlorkiem. Ponieważ ziemia ruszała się jeszcze,
kazali wozom przejechać po mogiłach. Gdy już cały dobytek został załadowany na
wozy, a zwierzęta przytroczone do wozów, kazano odwieźć to wszystko w kierunku
stacji kolejowej w Szepietowie. Po czym zaczęli podpalać budynki pociskami
zapalającymi. Pod wieczór odjechali.
Na miejscu kaźni staraniem księdza Józefa Kaczyńskiego, który pochodzi z
Krasowa i także stracił tam całą swoją rodzinę, została wybudowana kaplica oraz
granitowe mogiły i płyta pamiątkowa na miejscu, gdzie stała stodoła. Co roku w
tej kaplicy w rocznicę tragedii jest odpust. W bieżącym roku 17 lipca udałam
się na ten odpust w nadziei, że spotkam żyjących jeszcze świadków wydarzeń.
Przed nabożeństwem usłyszałam cichą rozmowę kilku starszych mężczyzn.
Rozmawiali na temat tych wydarzeń. Zbliżyłam się do nich. Jeden z nich, Julian
Żochowski, miał wtedy 17 lat. Był mieszkańcem Krasowa, lecz tego dnia przebywał
u krewnych w Kostrach Noskach. Gdy sołtys otrzymał od żandarmów rozkaz wysłania
do Krasowa furmanek, wybrał m.in. Juliana. Niemcy kazali mu zatrzymać się na
brzegu wsi. Toteż może tylko powiedzieć, że widział masę samochodów ciężarowych
i wojska. Wie, że około 2.00 nad ranem Niemcy otoczyli całą wieś i kazali kopać
doły ofiarom oraz to, że wyprowadzali ludzi ze stodoły i rozstrzeliwali nad
dołami.
Drugim moim rozmówcą był Stanisław Sokołowski we wsi Pułaź. Na furmance był
jego starszy brat Jan, który już nie żyje. Od Stanisława dowiedziałam się, że
samochody były ustawione wzdłuż całej wsi i wokół wsi. Brat jego mówił, że
mogło być ze 40 samochodów. Wieś bowiem była długa, jakieś 4-5 km. Pan
Stanisław przypomina ponadto, że rok wcześniej, 16 czerwca 1942 r., podobna
zagłada spotkała wieś Rajsk gmina Bielsk Podlaski, gdzie rozstrzelano około 150
osób, młodzież w wieku 14-16 lat zabrano na roboty do Niemiec, wieś spalono.
Dodaje jeszcze, że rok później, 8 marca 1944 r. Niemcy spalili 91 osób w oborze
we wsi Dobki, a wieś też puścili z dymem.
Kolejnymi moimi rozmówcami i naocznymi świadkami byli bracia Stanisław i
Kazimierz Jankowscy, mieszkańcy Krasowa Częstek, którym udało się wydostać z
okrążenia i uciec. Wspominają, że około godz. 2.00 nad ranem usłyszeć strzały
na postrach. Stanisław, nie zwlekając, wybiegł z domu, przeskoczył płot i ukrył
się w zbożu. Niemcy właśnie okrążali wieś i nie zauważyli go. Kazimierz ukrył
się na chlewie, a po chwili skoczył do pobliskiego zagajnika. Jednak w jego
kierunku posypały się kule. Dwie z nich trafiły go w ramię, jednak mógł się
poruszać i udało mu się ukryć. Słyszał, jak Niemcy zabawiają się grą na
instrumentach muzycznych Uszyńskiego. Siostra ich ukryła się w piwnicy, lecz ją
Niemcy wytropili, zastrzelili, a dom podpalili. Ojca Bolesława zabrali i
rozstrzelali. Mężczyzn, którzy kopali te doły, na koniec obrzucili granatami.
Potem kolejno wyprowadzali ze stodoły kobiety, dzieci, młodzież, starców
ciągnęli do dołów i rozstrzeliwali z karabinów maszynowych.
Dzięki wyjaśnieniom Macholla można było określić rolę "grup operacyjnych" w
okresie administracji wojskowej (czerwiec-lipiec 1941 r.) jako głównych
wykonawców lub inicjatorów rzezi ludności żydowskiej w miejscowościach:
Białystok, Radziłów, Jedwabne, Wąsosz i in. Ponadto stwierdzono, że
odpowiedzialność za te rzezie ponoszą pospołu z Wehrmachtem niemieccy
dostojnicy, jak Nebe, von dem Bach i in.
Za: Biuletyn GKBZH t. XV, 1995.
Następnym moim rozmówcą i naocznym świadkiem był Józef Szepietowski. Jego dom i
zabudowania znajdowały się naprzeciw zabudowań moich krewnych - Jankowskich.
Miał wtedy 22 lata. Była sobota nad ranem, usłyszał strzały, wyskoczył z domu i
ukrył się na chlewach. Przez szparę w deskach chlewów mógł obserwować drogę.
Widział, jak uzbrojeni Niemcy pędzą mie