basia.basia
15.06.04, 10:04
Dzisiaj zaczęła się sesja sejmu. I znowu zacznie
się polka z raportem Ziobry. O tym jest ten artykuł.
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040615/publicystyka/publicystyka_a_11.html
skrót:
Commedia alla polacca
Zbigniew Ziobro jako warchoł w sarmackim kontuszu wywijający szablą - pod
spodem duży tytuł: "Hulaj dusza, państwa nie ma". Tak wygląda okładka
ostatniego numeru tygodnika "Przegląd" - pisma związanego z SLD. "Przegląd"
oskarża o nieodpowiedzialność "polityków, którzy dopuścili do przyjęcia 28
maja raportu Ziobry grożącego postawieniem głowy państwa przed Trybunałem
Stanu". Tygodnik oburza się na "chęć podkopania ostatniego już autorytetu w
polskiej polityce". Histeria zwolenników SLD jest zrozumiała.
(...)
Wydawałoby się, że z sukcesu Ziobry powinni cieszyć się wszyscy oprócz
Sojuszu. Tymczasem "Gazeta Wyborcza" po chwilowej satysfakcji z zagrania się
SLD na śmierć, uderzyła na alarm. Uchwalenie raportu Ziobry nazwano
sejmową "awanturą". Uderzono w bębny zagrożenia państwa. "Gazeta" ogłosiła
werdykt: "Gdyby prezydent, jak to postuluje raport Ziobry, miał stanąć przed
Trybunałem Stanu - zło, jakie dokonało się w Sejmie uległoby
zwielokrotnieniu" - ostrzegł Dawid Warszawski i zagroził, że państwo polskie
może przestać funkcjonować. Nawet rozważny zazwyczaj w sądach prof. Edmund
Wnuk-Lipiński nazwał postulat postawienia Aleksandra Kwaśniewskiego przed
Trybunałem "politycznym awanturnictwem".
(...)
Głosiciele "państwotwórczych" jeremiad pośrednio stawiają tezę, że prezydent
Kwaśniewski jest politykiem, który znajduje się poza działaniem prawa. Jest
otwartym pytaniem, ile o sprawie wiedział zawczasu i potem Miller, a ile
Aleksander Kwaśniewski. Ale takie rzeczy rozstrzyga Trybunał. Tymczasem
okazuje się, że Polska nie powinna być państwem prawa, ale swoistą monarchią,
gdzie prezydent i były premier należą do innej, wyższej kasty. Co ciekawe
nikt z obrońców Kwaśniewskiego nie starał się nawet udowodnić, że Ziobro coś
zmyślił lub niesłusznie oskarżył prezydenta. Zazwyczaj wybierano dumne
milczenie nad prawniczym wywodem krakowskiego polityka PiS i cały raport
dyskredytowano jedynie tezą o zagrożeniu państwa.
Ta teza miała już swoje odbicie w politycznej praktyce. To w jej imię
wcześniej większość sejmowej komisji śledczej zwolniła prezydenta z obowiązku
stawania przed komisją. Teraz jej konsekwencją jest obrona majestatu
prezydenta.
(...)
Polska demokracja przegrała egzamin z afery ochrzczonej nazwiskiem filmowego
magnata. Jedyne co udało się o niej dowiedzieć zawdzięczamy uporowi Ziobry i
Rokity. Jednak samo tylko ujawnienie prawdy o łamaniu prawa bez ukarania
inspiratorów próby korupcyjnej to nie za wiele, jak na kraj aspirujący do
zachodnich standardów. Jej finał wskazuje, że do jakiegokolwiek zbliżenia się
do prawdy potrzeba było przypadku lub chwilowego zagapienia się SLD. Tak
zagapił się Sojusz, gdy pozwolił na utworzenie sejmowej komisji śledczej i
tak samo postkomuniści zagapili się, gdy przeszedł raport Ziobry.
Ale w pozostałych wypadkach kontrola Sojuszu działała sprawnie. Komisja
powołana do jej wyjaśnienia dzięki determinacji Sojuszu przyjęła raport poseł
Błochowiak, który udowadniał, że nie istniała żadna grupa trzymająca władzę.
Dzięki perswazji SLD większością głosów zwolniono od przesłuchań prezydenta
kraju.
(...)
Tak chwalony dziś raport Nałęcza uznawał istnienie grupy trzymającej władzę,
ale ograniczał ją tylko do czwórki: Czarzasty, Jakubowska, Kwiatkowski,
Nikolski. Ten właśnie zakres ujawnienia prawdy poparła "Gazeta Wyborcza" i
natychmiast zaczęła zwalczać inne raporty. Raport Rokity - z racji stawiania
pytań o rolę Agory w całej sprawie - uznano arbitralnie za wymysł, a raport
Ziobry za skandal, bo przekroczył wyznaczone granice,
oskarżając "nietykalnego" prezydenta i premiera.
Jak wytłumaczyć tak zajadłą obronę prezydenta Kwaśniewskiego, który przecież
dawno odsunął się od Adama Michnika? Trudno uciec od prostego wyjaśnienia.
Układ okrągłostołowy III RP widzi w Kwaśniewskim swój filar. Wiele
różni "Trybunę" od "Gazety", ale w tej kwestii są zaskakująco zgodne. Użyto
również straszaka Samoobrony i gorliwie dowodzono, że jakiekolwiek osłabienie
prezydenta to sabotaż na rzecz Leppera.
Zamieść pod dywan
SLD zrobi wszystko, by doprowadzić do powtórzenia głosowania nad raportem
Ziobry i w tym wypadku Samoobrona zachowa się już tak, jak sobie SLD życzy.
Raport posła PiS może upaść i zagrożenie prezydenta minie jak niemiły dla SLD
sen. Układ Okrągłego Stołu ma powrócić do równowagi. Problem jednak w tym, że
nie da się już nie zauważać rozkładu polskiej sceny politycznej.
Postkomuniści dziś są w stanie blokować jakiekolwiek próby wyjaśnienia afer i
odsuwać wybory, a jutro mogą stanąć na głowie, by nawet w wypadku zwycięstwa
wyborczego Platformy zwyciężył w niej realizm a la Andrzej Olechowski. Jak
wykazał stosunek Adama Michnika do wygranej raportu Ziobry i jego poparcie
dla Belki, postkomuniści mogą liczyć, że lęk liberalnej lewicy przed prawicą
i Rokitą zwycięży nad pokusą spisania postkomunistów na straty.
SLD generuje afery, bo jest partią, którą wciąż wiele różni od zachodnich
systemów demokratycznych. Jednocześnie świadomość kryzysu jest nie do
zniesienia i skłania część publicystów do szukania jakichś środków
zaradczych. Stąd szlachetne w intencji próby sugerowania ugody między
partiami czy wypatrywanie kandydata na premiera technokratę i rządu
fachowców. Stąd wiara w możliwość odbudowania jakiegoś układu pod
ponadpartyjnym patronatem Aleksandra Kwaśniewskiego. Wszystkie te szlachetne
pomysły ignorują jednak podstawowy problem III RP. Silną pozycję obozu
postkomunistycznego, który psuje i paraliżuje system demokracji w Polsce.
Obozu popieranego przez liberalną lewicę na zasadzie mniejszego zła od
demonizowanej prawicy.
(...)
Skompromitowani dziś postkomuniści ratują się wmawianiem, że wszyscy politycy
się skompromitowali. Dzięki temu uogólnieniu, przyjmowanemu niestety przez
wielu Polaków, sami giną w tłoku. W rezultacie, sukces raportu Ziobry
przedstawiono jako zwycięstwo chaosu i warcholstwa. Walka z układem
postkomunistycznym wymagałaby daleko idącej mobilizacji szerokiej koalicji.
Od partii prawicy, takich jak PO, PiS i LPR, po liberalne media z "Gazetą
Wyborczą" na czele. Jak wykazały reakcje na raport Ziobry mobilizacja taka na
razie nie jest możliwa.
I to jest najbardziej zasmucający wniosek z obserwowania finału afery Rywina.
Zbyt wiele potężnych sił nie chce demontażu III RP w imię rozmaitych
partykularnych interesów. Długo żyła z tego Unia Wolności. Dziś de facto
największe korzyści ciągną z tego postkomuniści. Nie oznacza to,
że "demokracja peryferii", by użyć odpowiedniego określenia Zdzisława
Krasnodębskiego, trwać będzie w nieskończoność. Po sprawie Rywina nic już nie
jest takie same.
Najbardziej realnym zwiastunem zmian może być wygrana Platformy Obywatelskiej
oraz Prawa i Sprawiedliwości w najbliższych wyborach. Być może dlatego
jesteśmy świadkami tak upartych prób wykreowania premiera Belki i odwlekania
kolejnych wyborów, jak długo się tylko da.
PIOTR SEMKA