Gość: pollak
IP: *.dip.t-dialin.net
03.08.04, 19:27
Do sklepu po wódkę, kafelki do łazienki, na grilla do cioci, a nawet na
wakacje - właśnie tak niektórzy posłowie wykorzystują opłacane przez nas
sejmowe auta z kierowcami.
Opowiada nam o tym znany polski poseł z jednej z czołowych opozycyjnych
partii. Za żadną cenę nie chce ujawnić swego nazwiska, bojąc się zemsty ze
strony rozpasanych kolegów po fachu.
Sejm od dawna trzęsie się od plotek o tym, że polskim politykom już do końca
przewróciło się w głowach i używają armii 55 sejmowych aut niemal do
wszystkiego. Ale nikt nigdy nie odważył się powiedzieć tego głośno. A sejmowi
kierowcy nawet nie próbują już protestować, kiedy każe im się jeździć po
zakupy czy na pocztę.
I tama pękła! Udało nam się namówić na wyznania znanego posła, który ma już
dość bezczelności swoich kolegów.
"Wśród sejmowych kierowców krążą legendy o tym, gdzie każą im jeździć
posłowie. Do kosmetyczki czy fryzjera - to niemal standard. Jakby nie było
taksówek czy autobusów. Ale to dopiero początek. Słyszałem o tym, że jeden z
posłów, który remontował mieszkanie, wysyłał kierowcę po kafelki do łazienki.
Inny słynie z tego, że wieczorami sejmową limuzyną podróżuje w towarzystwie...
psa".
"Posłowie lubią być tez wożeni do znajomych - to taki szpan pojechać do cioci
na grilla limuzyną z szoferem. Niemal oczywiste jest też wysyłanie asystentów
sejmowymi autami po to, by pozałatwiali jakieś sprawy. Tyle, że asystent nie
ma prawa jeździć takim samochodem" - podkreśla anonimowy informator dziennika.
"W zeszłym roku jeden z kierowców opowiadał mi, jak asystent skarbnika dużej
partii pojechał sejmowym autem na wakacje na drugi koniec Polski. Posłowie
lubią też wysyłać kierowców po zakupy. Absolutną czołówkę pod tym względem
stanowią ludzie z partii Leppera. Kierowcy bez żenady przyznają, że podczas
libacji Samoobrony musza jeździć do sklepu po wódkę. To absurd! Czas z tym
wreszcie skończyć".