lupus.lupus
04.10.04, 14:53
Ogłaszam otwarty, jednostopniowy konkurs na tekst "Gazety", w którym
słowo "nienawiść" zostało użyte w największej liczbie i odmienione przez jak
największą liczbę przypadków.
Moja propozycja: ( ha! "Nienawiść" jest już w tytule- od razu 2 pkt)
http://www.abcnet.com.pl/pl/artykul_zas.php?art_id=181&w=p&token=
TRYUMF NIENAWIŚCI by Andrzej Osęka z 1992 r.
Zanosiło się na to od dawna, jednak 28 maja, kiedy w Sejmie postawiono
wniosek „GŁOSOWAĆ BEZ DYSKUSJI!”, kiedy walono w pulpity, by zagłuszyć
posłów, którzy chcieli mówić - zaczęło się w Polsce coś dziwnego. Jedni widzą
w tym zwycięstwo (jeszcze niepełne) Prawdy i Sprawiedliwości, odrodzenie
moralne, wielkie OCZYSZCZENIE, cudowną mocą przychodzące w Dzień
Wniebowstąpienia a zarazem w 11. rocznicę śmierci Prymasa Tysiąclecia (poseł
[Stefan] Niesiołowski, ,Rzeczpospolita', 2 czerwca). Inni wspominają z tej
okazji o granacie wrzuconym do szamba, co - jak łatwo sobie wyobrazić -
oczyszczenia przynieść nie może.
Wydarzenia te przypominają tandetną powieść szpiegowską, z której puentą
autor nie mógł sobie poradzić i wszystko mu się rozlało. Minister policji
[Antoni Macierewicz], niczym detektyw-amator bawiąc się nieodstępną fajką,
zapewnia, że potrafi ustalić, kto był, a kto nie był tajnym agentem UB i SB.
Wiezie na Wiejską, do Belwederu i w parę innych jeszcze miejsc koperty z
napisem TAJNE, po czym okazuje się, że w kopertach nie ma wcale tego, co w
nich miało być, czyli list agentów; są tylko różne zapiski, zostawione przez
ubeków w szafie. A i to - jak szybko wyszło na jaw - pomocnicy ministra
pokręcili różne osoby lub kogoś, kto nie chciał być i nie został konfidentem -
włączyli spokojnie do rejestru donosicieli. Nieważne: ukradł, jemu ukradli.
Dalej blamaż następuje za blamażem. Minister, już na urlopie, prosi
wszystkich, by nie brali na serio tego, co włożył do tajnych kopert.
Rzecz w tym, że zamiast po tak dużej kompromitacji zreflektować się
nieco, minister Macierewicz kontynuuje robotę. Oświadcza, że - mówiąc wprost -
za Mazowieckiego i Bieleckiego usunięto dowody agenturalnej działalności ich
sojuszników. Dokonano „niebotycznego niszczenia” archiwum SB. To znaczy:
Unia, Kongres Liberałów i ich sojusznicze partie są w „niebotycznym” stopniu
nafaszerowane agentami UB i SB. Nie można tego udowodnić, ale kto udowodni,
że tak nie jest?
Gdyby chodziło o prawdę i sprawiedliwość - w tym momencie na
zwolenników „uchwały lustracyjnej” powinno przyjść opamiętanie. Nie dzieje
się nic takiego. W dalszym ciągu częstują naród kłamstwem, że istnieje gdzieś
w przestrzeni prawda o agentach i wystarczy „otworzyć teczki”, by ją
wypuścić. W dalszym ciągu tych, co dostrzegają podłość „lustracji” - jej
entuzjaści odmalowują jako obrońców obcej agentury, jeśli w ogóle nie
agentów. Zupełnie tak samo, jak z ustawą „antyaborcyjną”: każdy jej
przeciwnik stawał się od razu - wedle tego, co o nim mówili jej zwolennicy -
mordercą dzieci poczętych.
Trwa festiwal insynuacji
Tytuł z pierwszej strony pisma ,Nowy Świat': „Olszewski odchodzi - agenci
zostają”. A więc ci, co zostają po odejściu [Jana] Olszewskiego - sa
agentami. Sto razy już powiedziano, że „ujawnione” listy nie są listami
agentów; dziennikarskie hieny starają się jednak dopaść choćby ich kawałka,
wyrwać choćby dwa, trzy nazwiska. Stoją pod drzwiami sali nr 217 w gmachu
Sejmu i wpatrują się w twarze wychodzących stamtąd posłów, którym
wręczono „listy”. Mają „niewyraźne miny” - pisze się potem w „Nowym Świecie”
pod nagłówkiem „Spisy konfidentów UB i SB”.
Kiedy w Sejmie padła propozycja, by ujawnianie ubeckich rewelacji
przerwać, poseł [Jan] Łopuszański z ZChN sprzeciwił się temu, dając osobliwą -
jak na chrześcijanina - wykładnię pojęcia „sprawiedliwość”. Powiedział
mianowicie: zawieszając wykonywanie uchwały lustracyjnej „wyrządzilibyśmy
krzywdę tym osobom, które są już skutkami tej uchwały dotknięte”. Krzywda nie
polega więc na tym, że się kogoś na podstawie notatek zawodowych szubrawców
lekkomyślnie znieważa, lecz na tym, że się nie znieważa innych. Stara
komunistyczna zasada: dlaczego tylko mnie ma być źle?
Niech innym będzie nie lepiej.
Sprawę „ujawniania agentów” wielokrotnie wyjaśniał Krzysztof Kozłowski,
szef MSW w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Ostatnio powiedział w wywiadzie
dla „Gazety”, że woli i zawsze wolał, by uniknęło kary pięćdziesięciu
łajdaków, niżby dziesięciu niewinnym miała stać się krzywda. Tego rodzaju
skrupuły okazały się wielu dzisiejszym polskim politykom całkowicie obce. Tak
bardzo pragną pogrążyć swych przeciwników, że utopiliby wraz z nimi choćby
cały świat.
Geografia nienawiści zmienia się. Ci, którzy przyrzekli, że nie spoczną,
póki nie „rozliczą”, sami czasem stają się takich „rozliczeń” ofiarami. Albo
mądrzeją i bez tego, widząc do czego prowadzi wojna na górze, na dole,
wszystkich ze wszystkimi.
Byłoby jednak nieprawdą, gdybyśmy powiedzieli, że w tym zakresie wszystko
się może zdarzyć, każdy może ulec zaślepieniu. Byłoby też niedobrze, gdybyśmy
słysząc wielkie słowa z ust wykrzywionych złymi namiętnościami uznali, że te
słowa są wszystkiemu winne. Łatwo - i głupio - powtarzają niektórzy,
że „opozycja solidarnościowa jest już skompromitowana”. Przedstawiciel
dawnych komunistów powiedział z sejmowej trybuny - nie bardzo chyba wiedząc
sam, co mówi: „trzeba już odejść od tych etosów”. Sądzę raczej, że do etosu
dawnej opozycji trzeba wrócić.
Ujawniał się on najlepiej nie w deklaracjach, nie w hasłach, lecz w
działaniu i - co istotne - także w piosence. Wielu zapamiętało z tamtych
czasów dwie piosenki: „Modlitwę” Natana Tenenbauma i drugą, śpiewaną przez
[Jaceka] Kleyfa, której tytułu nie pamiętam - chyba „Źródło”. Były w niej
takie słowa: „Są w świecie dziś rachunki krzywd... lecz gdy zobaczę, jak tłum
goni kogoś, w strzępach munduru, ślepą drogą, to póki co - uchylę drzwi”. Zaś
autor pierwszej ze wspomnianych piosenek modli się do Boga: „ocal mnie od
nienawiści i od pogardy chroń mnie, Panie...”. Wiedziano wtedy doskonale -
dotyczy to najbardziej aktywnej części opozycji - jak bardzo niszczące są te
uczucia, te namiętności niewolników: pogarda dla ludzi i nienawiść do
myślących inaczej.
Wypada też przypomnieć, że działalność Komitetu Obrony Robotników i
innych, podobnych organizacji, polegała na bronieniu ludzi - ofiar przemocy.
Ludzi często słabych, przerażonych, sterroryzowanych. Nikt ich nie pytał, czy
są Dobrymi Polakami, czy chcą walczyć o Niepodległość, czy odpowiednio
zachowali się w śledztwie. Chodziło tylko o to, by nie czuli się sami, by im
zapewnić obronę, dać rodzinie jakieś pieniądze na życie, a także ujawnić,
upublicznić prawdę o bezprawiu. Była w tym wielka mądrość: obrona człowieka
to zawsze najskuteczniejsza walka ze złem. Nieporównanie bardziej skuteczna
niż wysadzanie pomników tyrana czy wygłaszanie patriotycznych tyrad.
Ten właśnie etos obrony praw człowieka bez użycia przemocy stał się
etosem „Solidarności” i to dzięki niemu runął komunizm w Polsce i świecie.
Nie dzięki antykomunistycznym deklaracjom.
Był jednak w antykomunistycznej opozycji od poczatku także nurt drugi.
Wyraził się on między innymi w „Traktacie o gnidach” Piotra Wierzbickiego.
Tekst ten był manifestacją pogardy wobec ludzi, którzy nie chcieli wówczas
otwarcie walczyć z reżimem - obawiając się dla tej walki narazić na ryzyko
rodzinę czy też swą twórczość. Wierzbicki takich ludzi nazwał gnidami.
Odpowiadał mu wtedy Adam Michnik - br