Gość: Lech
IP: *.serviceseta.org.za / 209.203.20.*
29.11.04, 00:03
O majątki przekazane niegdyś PAX-owi upominają się spadkobiercy osławionych
ojców założycieli: Dominika Horodyńskiego, Bolesława Piaseckiego, Jana
Szwykowskiego, Hanny Frydrychewicz i Wojciecha Kętrzyńskiego. To za nich
Józef Światło ręczył: "oni wszyscy są agentami NKWD lub bezpieki". Dziś z
roszczeniami boryka się Stowarzyszenie Civitas Christiana, organizacja
utworzona w 1993 r. na gruzach PAX.
Niechlubne początki
Początki Stowarzyszenia PAX (wtedy jeszcze działającego pod nazwą grupy "Dziś
i jutro") sięgają lat 1944-45. Wtedy to Iwan Sierow, generał NKWD, późniejszy
szef KGB, rozpoczął tworzenie grupy katolików świeckich,nazwanych "katolikami
postępowymi", w odróżnieniu od "reakcyjnych i klerykalnych" katolików,
wiernych papieżowi. - Szczególną rolę w tym procesie odegrał PAX z Bolesławem
Piaseckim na czele - mówi dr hab. Mirosław Piotrowski, kierownik Katedry
Historii Najnowszej KUL, autor opracowania poświęconego PAX i złożonego jako
dowód w procesie. - Przebywający po wojnie w więzieniu Piasecki,
prawdopodobnie ratując się przed śmiercią, zaproponował zorganizowanie
środowiska katolików świeckich kolaborujących z komunistycznym reżimem.
Zgadzał się też na podjęcie działalności agenturalnej. Na początku trudno
było ocenić prawdziwe zamierzenia nowej organizacji. Kamuflaż był tak dobry,
że udało się zmylić nawet prymasa Augusta Hlonda. Na działalność grupy,
której celem - jak się później okazało - było zniszczenie Kościoła, kardynał
wyłożył 500 dolarów w złocie. Po utworzeniu Ministerstwa Bezpieczeństwa
Publicznego nadzór nad Piaseckim i jego ludźmi sprawowała Julia Brystygier,
szefowa V Departamentu MBP - człowiek niejednoznaczny. Z jednej strony
wojująca komunistka i sadystka (mówiono o niej "krwawa Luna"), z drugiej
estetka, znająca kilka języków doktor filozofii. Po 1956 r. wyrzucona z MBP
pogodziła się z Kościołem i została nawet praktykującą katoliczką. Wcześniej
jednak jej departament ostro zwalczał wpływy Kościoła, a instrumentem tej
walki był właśnie PAX. Liderom Stowarzyszenia niczego nie brakowało. Mieli do
dyspozycji wille, mieszkania, luksusowe samochody. W archiwum PAX zachował
się list, jaki z Nowego Jorku do Piaseckiego wysłał Horodyński. W
październiku 1954 pisał: "Napisz mi, co mam ci kupić, bo naprawdę trudno dla
człowieka tak zaopatrzonego coś wymyślić. Może longplaye? Naprawdę nie wiem".
Mówiliśmy: depozyt
Prywatne firmy PAX - a było ich niemało, choćby "Inco", "Veritas" czy
fabryka "Ivis" - nie płaciły podatku dochodowego, władze stosowały wobec nich
ulgi i zwolnienia, anulowały długi, umożliwiały przejmowanie niektórych
prywatnych dóbr czy majątków. - Koncepcja funkcjonowania tej grupy oraz formy
jej finansowania uzgadniane były na szczeblu NKWD - nie pozostawia złudzeń dr
Piotrowski. - A cel tego był jeden: osłabienie wpływów Kościoła i stopniowa
jego wasalizacja. W pewnym momencie PAX stał się zbyt silny. Materialna
potęga twórców PAX i bezczelna otwartość, z jaką działali, mogły stanowić
zagrożenie dla władzy ludowej. Szczególnie niebezpieczna w tym względzie była
korupcja. W publikacji "Prawda o PAX - Piaseckim i Reiffie" wydanej w
Londynie w 1968 r., a wcześniej emitowanej w Radiu Wolna Europa, jest i taka
uwaga: "Zamiast przekupywać kler i katolików świeckich, Piasecki coraz
skuteczniej zaczyna uzależniać od siebie finansowo funkcjonariuszy
państwowych i partyjnych". Pogląd ten potwierdza cytowany wyżej dr
Piotrowski. - Działalność gospodarcza PAX w dużej mierze oparła się na
korumpowaniu urzędników, polityków, a także funkcjonariuszy MSW, którym
regularnie wypłacano wysokie comiesięczne pensje - przekonuje naukowiec.
W 1952 roku komuniści stracili cierpliwość. - Wedle nowego prawa w Polsce nie
mogła istnieć inicjatywa prywatna, śrubę przykręcano już wcześniej, ale w
1952 władza powiedziała: dość; wszystko trzeba było znacjonalizować - mówi
Ziemowit Gawski, przewodniczący Civitas Christiana, które powstało w 1997 r.
na gruzach dawnego PAX. By ustrzec swoje majątki przed upaństwowieniem,
wszyscy ówcześni właściciele prywatnej spółki wydawniczej PAX - Dominik
Horodyński, Bolesław Piasecki, Jan Szwykowski, Hanna Frydrychewicz i Wojciech
Kętrzyński - przekazali swe udziały nowo powołanemu stowarzyszeniu PAX za
symboliczną złotówkę. Umowa została spisana w obecności notariusza,
własnoręcznie podpisana przez darczyńców i oficjalnie zarejestrowana. - Teraz
jednak okazuje się, że jest nieważna - zżyma się przewodniczący Gawski.
Rok później, w maju 1998 r., do warszawskiego sądu trafił pozew. Jego
autorzy: żyjący jeszcze Horodyński oraz spadkobiercy pozostałych darczyńców z
1952 r. - Halina Szwykowska, Katarzyna Sonelska, Anastazja Kętrzyńska i Józef
Reicher - domagają się unieważnienia umowy sprzed półwiecza i zwrotu
przekazanego wówczas majątku. Ich interesy reprezentują mecenasi Wojciech
Tomczyk i Jan Rastafiński. Pierwszy z nich był dyrektorem Departamentu Kadr
Ministerstwa Sprawiedliwości, później wiceministrem w rządach Mieczysława
Rakowskiego i Tadeusza Mazowieckiego. Dziś Tomczyk jest obrońcą Lwa Rywina,
Józefa Oleksego i Zbigniewa Sobotki. W piśmie procesowym adwokaci dowodzą, że
przekazanie udziałów było "pozorne i nie wywołało żadnych skutków prawnych, a
powodowie w rzeczywistości nigdy nie utracili swoich praw". - Zagrożenia
dochodziły z kilku stron, był to czas różnego rodzaju prowokacji ze strony
władzy, był to dla nas najgorszy okres, zaczęło być też nerwowo w naszej
grupie - wspominała przed sądem Anastazja Kętrzyńska. - Sami wymyśliliśmy
Stowarzyszenie PAX. Właściwie to było tak, że właściciele spółki wydawniczej
sprzedali udziały samym sobie. Adwokaci powodów twierdzą, że o pozorności
całego procederu świadczy też fakt zbycia udziałów za symboliczną złotówkę. -
Sprzedaż za taką cenę byłaby nieracjonalna i nierozsądna - argumentują. -
Gdyby wspólnicy działali z rzeczywistym zamiarem przeniesienia udziałów,
dokonaliby tego za wysoką cenę, aby przynajmniej na jakiś czas zabezpieczyć
byt swych rodzin. Koronnym argumentem są jednak liczne uchybienia prawne,
rzekomo wprowadzone celowo. - Chodziło o taką redakcję przekazania majątku,
aby była możliwość odzyskania go po transformacji ustroju - wyjaśnia dziś
Ryszard Reiff, był szef PAX i przewodniczący Związku Sybiraków. - Był to akt
symbolicznego przekazania spółki stowarzyszeniu PAX. Dlatego nazywane to było
depozytem. Takiego pojęcia używaliśmy w rozmowach z Bolesławem Piaseckim.
Pomogę, ale za Ojrzanów
Piasecki, który zmarł w 1979 r., słów Reiffa nie potwierdzi. Sam Reiff, były
członek Rady Państwa PRL, przewodniczący PAX w latach 1979-82, ma zresztą
osobisty interes w tym, żeby sąd dał wiarę jego zeznaniom. Otóż w odrębnym
pozwie domaga się on zwrotu przekazanego PAX umową notarialną Ojrzanowa -
majątku dworskiego z parkiem, którego był właścicielem. "Oświadczam, że w
podpisanych aktach notarialnych nic nie jest prawdą: napisane jest, że była
sprzedaż, a sprzedaży nie było, napisane jest, że była zapłata, a zapłaty nie
było i pieniądze zostały w kasie PAX, napisane jest, że Ojrzanów zmienił
właściciela, a zmienił tylko na papierze. Celem tej operacji było ochronienie
Ojrzanowa przed upaństwowieniem". Reiff podaje też nazwiska osób, które
wiedziały o tym przedsięwzięciu "głęboko zakonspirowanym i opartym na
obopólnym zaufaniu": Jan Szwykowski, Jerzy Rutkowski, Ryszard Sienkiewicz.
Wszyscy nie żyją. Dziś Gawski mówi krótko: - Niedwuznacznie sugerował, że
pomoże nam w sporze ze spadkobiercami założycieli PAX pod warunkiem zwrotu
Ojrzanowa.
Walczą dalej
Wnioski o zabezpieczenie majątku Civitas Christiana na poczet wysuwanych
roszczeń trafiały do warszawskiego Sądu Rejonowego. Tu były odrzucane i w
apelacji trafiały do Sądu Okręgowego. Sytuacja taka miała miejsce
czterokrotnie i dziwnym zbiegiem okoliczności za każdym razem postępowanie
odwoławcze p