Dodaj do ulubionych

ŁAPA KTÓRA LECZY

18.05.02, 10:03
Łapa, która leczy

Ponad dwa tysiące lat temu w Gelilei pewnemu młodemu Żydowi udało się podobno
przemienić wodę w wino.
Dziś prof. Łapiński obiecuje, że dokona podobnego cudu i uleczy chorą służbę
zdrowia bez dodatkowych pieniędzy.

Wyjąwszy Samoobronę, cała opozycja żąda krwi prof. Łapińskiego. Zupełnie nie
liczy się to, że minister zdążył już zrobić coś dla biednych ludzi – na
przykład znosząc kary za nieuzasadnione wezwanie karetki pogotowia.

Nie ma znaczenia, że zmniejszył zyski producentów i sprzedawców leków.

Opozycyjni posłowie jakoś nie mogą ścierpieć tego, że SLD-owski minister chce
przerzucić większość kosztów leczenia ofiar wypadków drogowych na firmy
ubezpieczeniowe.

Niemal za zbrodnię stanu politycy prawicy uznają zapowiedzianą przez rząd i
prof. Łapińskiego likwidację kas chorych.

Zdaniem posłanki Elżbiety Radziszewskiej z Platformy Obywatelskiej minister
Łapiński: dąży do całościowego zawłaszczenia opieki zdrowotnej w Polsce... chce
sam nią kierować i dzielić pieniądze... oraz zaburza poczucie bezpieczeństwa.

Radziszewskiej wtóruje jej klubowa koleżanka posłanka Ewa Kopacz, która na
konferencji prasowej – ku rozbawieniu dziennikarzy – stwierdziła, że
Łapińskiego należy odwołać profilaktycznie, żeby ustrzec nas przed tym, co nas
jeszcze może spotkać („Rzeczpospolita” z 22 kwietnia 2002).

Obie panie wywodzą się z Unii Wolności, partii, która do spóły z reformatołami
z AWS uszczęśliwiła Polaków kasami chorych i kompletnie spartoliła reformę
ochrony zdrowia. Z tego choćby względu powinny nieco powstrzymać swe języki.

Po trzech latach AWSowsko-Uwolskiej reformy szpitale są zadłużone na ponad 5
mld zł, chociaż w 1997 r. darowano im ok. 7 mld długów. Połowa pielęgniarek nie
dostała podwyżki, owych nędznych 203 zł, choć nakazywała to ustawa. Ale za to
sporo pieniędzy, które powinny być przeznaczone na leczenie pacjentów, zostało
skierowanych na wynagradzanie brygad biurokratów zatrudnionych w kasach chorych.

Na początku roku 1999 w kasach chorych pracowało około 700 osób.
Już po 11 miesiącach zatrudnienie wzrosło do 2204 pracowników (w tym 57
członków zarządów ze średnią pensją ok. 9 tys. zł). Po upływie kolejnych 24
miesięcy podwoiły zatrudnienie. Obecnie w kasach przekłada papierki ponad 4800
osób. W dolnośląskiej mającej ok. 300 mln zł deficytu tylko w zeszłym roku
zatrudnienie wzrosło o 30 osób. Gdyby biurokracja kas chorych dalej rosła w
dotychczasowym tempie, to za 8 lat liczba urzędników zatrudnionych w kasach
byłaby niemal równa liczbie praktykujących lekarzy.

Na koszt płatników składek chore kasy zafundowały sobie okazałe siedziby.
Po piętrze zajmowanym przez zarząd Podkarpackiej Kasy Chorych można jeździć
rowerem. Obok imponującego gabinetu dyrektora jest sala kominkowa o powierzchni
ponad 100 mkw., ale windy dla niepełnosprawnych w budynku nie ma.

Śląska Kasa Chorych z braku pieniędzy nie zawarła kontraktu na prowadzenie
Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej z Centrum Onkologii w Gliwicach, ale
znalazła środki na organizację wyjazdu ok. 500 pracowników na dwa dni do
Szczyrku. Po to, aby mogli przespać się w drogim hotelu i potańczyć oraz
wysłuchać wykładu swego dyrektora o pracy w warunkach stresu („Super Express” z
22 stycznia 2001 r.).

Biurokratom w kasach chorych powodzi się więc całkiem nieźle. Pacjentom –
zdecydowanie gorzej. Na przykład 9 września 2000 r. opolski szpital przy ul.
Katowickiej odmówił przyjęcia 72-letniej Stanisławy L., która wymiotowała
krwią. Dyżurny lekarz stwierdził, że chora należy do branżowej kasy chorych,
powinna więc się leczyć w poliklinice policyjnej. Dwie godziny po przewiezieniu
chora zmarła. Nie otrzymała na czas pomocy, bo nie miała papierka. Był to
szczególnie drastyczny przypadek skrajnej bezduszności, toteż został
nagłośniony przez prasę. Ale przecież w całej Polsce codziennie tysiące chorych
ludzi niepotrzebnie cierpi z powodu wadliwych rozwiązań organizacyjnych,
czekając tygodniami na numerek do lekarza specjalisty.

Oczywiście nie jest tak, że występującym patologiom winien jest wyłącznie zły
system organizacyjny oparty na 17 kasach chorych. Prawdą jest natomiast, że
rozwiązania przyjęte przez koalicję AWS–UW praktycznie ubezwłasnowolniły
ministra zdrowia, czyniąc go zakładnikiem kas chorych, z których każda robiła,
co się jej podobało. Minister Łapiński jest politycznym ryzykantem i chce sam
decydować o tym, jak będą wydawane pieniądze z naszych składek. Chce zarazem
przyjąć na siebie pełną odpowiedzialność za funkcjonowanie całego systemu
ochrony zdrowia. Oznacza to w praktyce wyjęcie spod kontroli ludzi prawicy ok.
13 mld zł. Bo taką mniej więcej kwotą obraca dziś 8 kas chorych, których rady
nadzorcze i zarządy obsadziły prawicowe samorządy.

Racjonalne wydawanie pieniędzy przeznaczonych na ochronę zdrowia może poprawić
sytuację w tej dziedzinie. Ale bez zwiększenia ogólnej puli środków na ten cel
zbyt wiele zrobić się nie da.

W Polsce wydatki na lecznictwo wynoszą w przeliczeniu na jednego mieszkańca ok.
200 dolarów rocznie. W Wielkiej Brytanii ok. 2300 dolarów. Pomimo to
Brytyjczycy są skrajnie niezadowoleni z jakości opieki medycznej. Rząd Tony’ego
Blaira przymierza się właśnie do podniesienia o 1 proc. składki na
ubezpieczenie zdrowotne, by móc wywiązać się z przedwyborczej obietnicy poprawy
opieki zdrowotnej. (Już obecnie w Wielkiej Brytanii składka wynosi 10 proc.).

Minister Łapiński optymistycznie obiecuje niemal natychmiastową i odczuwalną
poprawę stanu lecznictwa. Po trosze obiecuje więc gruszki na wierzbie, ma
bowiem jedynie mglistą perspektywę ewentualnej zgody ministra finansów na
podniesienie składki na ochronę zdrowia z 7,75 proc. do 9 proc., i to w ciągu
czterech lat, czyli do 2006 r.

Przedwczesne rozbudzanie nadmiernych nadziei na poprawę ochrony zdrowia już za
rok może wyjść bokiem całemu rządowi Millera.

Autor : Henryk Schulz

www.nie.com.pl/main.php?dzial=akt&id=287
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka