Gość: ????????????!!!!!! kim jest EUROSCRIPT w Niemczech . IP: *.dip.t-dialin.net 10.01.05, 21:47 To są absolutne piranie. Zaczynali od tego, że zbierali latami monopol na tłumaczenie instrukcji obsługi rozmaitych urządzeń sprzedawanych na wschód Europy - od suszarek do włosów i krajaczek chleba (tak właśnie przetłumaczyli - krajaczka chleba)do instrukcji do dźwigów. Któż z nas nie czytał tych przekomicznie przetłumaczonych instrukcji! A w tej chwili podobno mają monopol na tłumaczenie i wydawanie niemieckiejczy polskiej, litewskiej, węgierskiej, czeskiej, słowackiej, estońskiej, maltańskiej i cypryjskiej też???) wersji Dziennika Urzędowego UE. Tutaj tak sie chwalą z kolejnej fuzji z inną firmą tłumaczeniową bijąc pianę: Die euroscript Deutschland GmbH (www.euroscript.de) gehört mit mehr als 120 Mitarbeitern in Berlin als Deutschland-Standort zur international tätigen euroscript-Gruppe, einem Komplett-dienstleister für alle Fragen rund um die Dokumentation in Industrie und Verwaltung. Bereits 1987 wurde die euroscript Luxembourg S.à r.l. (www.euroscript.com) - die "Mutter" der Gruppe - als 100% Tochter der Saarbrücker Zeitung Verlag und Druckerei GmbH (www.sz-sb.de) gegründet und gehört somit zur in Stuttgart ansässigen Verlagsgruppe Georg von Holtzbrinck (www.holtzbrinck.com). Seit ihrer Gründung bearbeitet euroscript industrielle und institutionelle Aufträge als Sprachendienstleister auf Basis eines prozessorientierten, ganzheitlichen Lösungsansatzes. Von der kompletten Produktion des Amtsblatts der Europäischen Gemeinschaften über die Entwicklung von Terminologie- Datenbanken, der Abwicklung komplexer Übersetzungsprojekte in der Technischen Dokumentation für international tätige Großunternehmen bis hin zu Outsourcing- Projekten ist das Angebot der Fachdienstleistungen breit gefächert. Mit rund 600 festangestellten Mitarbeitern an neun Standorten in Europa und einem Netzwerk von über 800 freien Mitarbeitern ist die euroscript-Gruppe auf dem Gebiet der mehrsprachigen Dokumentenverarbeitung die einzige Unternehmensgruppe mit einem derart breiten und flexiblen Angebot an Dienstleistungen. Die führende Stellung der euroscript begründet sich auf einer hohen Flexibilität im Angebot der Dienstleistung von der einzelnen Übersetzung bis hin zur Abwicklung komplexer Projekte einschließlich Prozessberatung, - übernahme und internationaler Abwicklung von Großprojekten rund um den Globus. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: mhmmmmm czyli EUROSCRIPT należy do Wyd. Holtzbrink IP: *.dip.t-dialin.net 10.01.05, 21:54 Holtzbrink (koncern prasowy z siedzibą w Stuttgarcie) wydaje w Polsce i całej Europie wschodniej i południowej wiele g.ó.w.n.i.a.n.y.ch tytułów prasowych kasując miliardy. Teraz jeszzce skupili w swoim ręku rynek tłumaczeń zarabiając na przystąpiejniu krajów Dziesiątki do Brukseli. Kto im tak w UKIE i w ogśle w polskim rządzie smaruje i mości drogę? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Znad Szprewy EUROSCRIPT -byle jak, byle szybko zarobić IP: *.dip.t-dialin.net 10.01.05, 22:02 Euroscript sprzątnął Wam sprzed nosa kasę, panowie tłumacze. Absolutnie uprzemysłowił tłumaczenia brukselskie, które są do d.u.p.y, ale to już idzie na konto Polaków. Tymczasem Niemcy się obłowili.(I tak to wygląda w każdej dziedzinie!) A teraz ktoś radzi zażalenia pisać do Brukseli na polski rząd! Tutaj NIK powinien wkroczyć! NIK powinien rzecz sprawdzić, organizatorów nielegalnego przetargu przesłuchać i oddać w ręce prokuratorów, a przeciwko Eurscriptowi skierować sprawę do sądu w Strassburgu (no i co z tego, że tam Holtzbrinck ma swoich?)Poza tym protest napisać do Brukseli na Eurscript! To przynajmniej nie sprzątną Wam kasy po raz kolejny! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Niebezkrytyczny Re: Błąd na błędzie w tłumaczeniach unijnych aktó IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.01.05, 23:07 Powiem krótko, a dotyczy to nie tylko tłumaczy, lecz każdego zawodu we wszystkich dziedzinach związanych z istnieniem i działalnością człowieka: NIE ŚWIĘCI GARNKI LEPIĄ, TYLKO... GARNCARZE Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: majka_tłumaczka tak jest jak sie wybiera niekompetentnych... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.01.05, 00:24 Gratuluję przede wszystkim tym którzy wybrali takich "tłumaczy". Pewnie zlecono to jakimś filologom nie mającym pojęcia o tłumaczeniu, a tym bardziej o uczciwości zawodowej. No i narobili nam kaszany... Teraz przyjdzie nam mocno popracować nad ratowaniem opinii :((( A te wszystkie wyjaśnienia o nieścisłości terminologicznej to bzdury z serii "złej tanecznicy zawadza...". Owszem, takowa istnieje, ale nie ma wpływu na jakość dokonywanego przekładu. Wiem bo sama dość dużo tłumaczę tekstów unijnych i jakoś nie zdarza mi się popełniać błędów.. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: carroty Re: tak jest jak sie wybiera niekompetentnych... IP: *.icpnet.pl 11.01.05, 22:53 Nigdy bym nie powiedziala o sobie jako o tlumaczu, ze nie zdarza mi sie popelniac bledow, bo to nie jest mozliwe. Nikt z nas nie jest nieomylny. Poza tym prawda, poprawnosc, blad, itd. to sa pojecia w wiekszosci subiektywne. Tak jak i subiektywnie niepoprawnym jest dla mnie slowo 'kaszana' padajace z ust tlumacza wypowiadajacego sie na forum w obronie honoru tlumaczy :) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: bambik Re: tak jest jak sie wybiera niekompetentnych... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.01.05, 23:45 Słusznie, nie zwróciłem na ten post uwagi. Do Majki tłumaczki: najlepsi są tłumacze przekonani o własnej nieomylności. Z reguły przekonanie to towarzyszy nam przez krótki czas po studiach. Ludzie, którzy robili te słynne tłumaczenia też pewnie działali w radosnej świadomości, że robią dobrze. Jeśli naprawdę robisz tłumaczenia unijne, to MUSISZ wiedzieć, że dotyczą tylu spraw i potrafią być tak skomplikowane, że jedna osoba nie udźwignie. NIE MA bezbłędnych tłumaczy unijnych!!! Robię te tłumaczenia od 1992 roku, więc mam podstawy, żeby tak twierdzić. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: carroty Re: Błąd na błędzie w tłumaczeniach unijnych aktó IP: *.icpnet.pl 11.01.05, 19:16 Tez zajmuje sie zawodowo tlumaczeniami, ale z angielskiego na rosyjski. Teksty, ktore mam do tlumaczenia z angielskiego sa przetlumaczone z polskiego :) Czasem musze poprosic o oryginal, aby zrozumiec o co chodzi. Z wyksztalcenia jestem anglista, wiec moglabym sie przeciez domyslec. Nic bardziej blednego. Po pierwsze, angielski nie jest jezykiem precyzyjnym. Mysle, ze dokumenty unijne powinny byc pisane na przyklad po francusku, albo niemiecku. Nie bylyby wtedy takie wieloznaczne. Pieprz i papryka na przyklad, to po angielsku jedno i to samo slowo - skad tlumacz ma wiedziec, o co chodzilo autorom. Po drugie, nie kazdy absolwent filologii nadaje sie na tlumacza, nie mowiac juz o tym, ze poziom jezykowy u magistrow filologii bywa rozny. Tlumacz pownien byc perfekcjonista, a to wymaga wielu lat pracy i samodoskonalenia. Czesto trzeba konsultowac sie ze specjalistami z danej dziedziny. Bywa, iz lepszymi tlumaczami sa wlasnie specjalisci z danej dziedziny. Prosciej jest bowiem opanowac jezyk, niz zglebic na przyklad znajomosc genetyki czy prawa miedzynarodowego. Poza tym, nie wazne jest to, czy ktos jest tlumaczem przysieglym czy tez nie, jesli chodzi o merytoryczna strone tlumaczen. Znam wiele osob, ktore sa bezbledne w tlumaczeniach, ale to sa pasjonaci jednej czy dwoch dziedzin. Nie ma osob, ktore moga dobrze przetlumaczyc teksty z wszystkich dziedzin, bo nie ma ludzi, ktorzy sie na wszystkim znaja. Spotkalam tez wielu tlumaczy przysieglych, ktorzy w krotkim tekscie potrafili uzyc 3 roznych polskich terminow na 1 termin angielski czy rosyjski, co jest niedopuszczalne w dokumentach prawnych. To taka typowa cecha piszacych Polakow - urozmaicanie stylu! W ten sposob mozna jedynie tlumaczyc literature:) Winny calej tej sytuacji jest tez brak dobrych specjalistycznych slownikow i materialow. W internecie nie latwo jest znalezc baze slwonikowa polsko- angielska z roznych dziedzin. Osobiscie, z tego wlasnie powodu pracuje wylacznie z materialami po angielsku (dobrej jakosci) i rosyjsku, z pomineciem polskiego, bo przynajmniej mam gdzie sprawdzic i gdzie poszukac. Reasumujac, znalezc dobrego tlumacza, ktory podejmie sie ekspresowego tlumaczenia kilkuset stron nie jest latwo. Niestety, praktykowane prze biura tlumaczenie jednego dokumentu przez kilka osob, bez pozniejszego ujednolicenia stylu i terminologii jest blednym i nieprofesjonalnym posunieciem. Coz, obecnie liczy sie przede wszystkim szybkosc tlumaczen i jak najnizsza cena. Kto i za jakie pieniadze mialby robic taka korekte... korektorow nie maja nawet duze gazety i czasopisma. W rezultacie mamy jezykowe i merytoryczne buble. Nie widze szans na poprawe sytuacji w najblizszym czasie. To nie tylko kwestia braku pieniedzy, ale i faktu, ze kazdy w tym kraju moze byc tlumaczem... 'nieweryfikowalnym'. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Gość - tłumacz Re: Polski rynek tłumaczeń i STP IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 11.01.05, 21:33 "Bywa, iz lepszymi tlumaczami sa wlasnie specjalisci z danej dziedziny. Prosciej jest bowiem opanowac jezyk, niz zglebic na przyklad znajomosc genetyki czy prawa miedzynarodowego." Zgadzam się jak najbardziej. Ale powiedz to tłumaczom filologom, a Cię uduszą. W Polsce usilnie próbowano ograniczyć dostęp do zawodu tylko dla filologów. Sam przed laty od nich usłyszałem - no tak, bo jak ktoś jest inżynierem, to mu łatwo. Skwitowalem, że 5 letnie studia na Elektronice PW na pewno były łatwiejsze od filologii na UW -;] Część z ludzi nie chciała się pogodzić z moim twierdzeniem, że ja się nie pcham do tłumaczenia literatury, bo tego nie umiem, ale będę wdzięczny, jak mi literacki tłumacz się nie będzie pchał do techniki, robiąc z PBXa "prywatną wymianę gałęziową" :) A poza tym pomagajmy sobie nawzajem. "Poza tym, nie wazne jest to, czy ktos jest tlumaczem przysieglym czy tez nie, jesli chodzi o merytoryczna strone tlumaczen." Nie ma żadnego znaczenia. Z tym, że z założenia status tłumacza przysięglego jest chory, bo ustawodawca z góry założył, że przysięgły musi być omnibusem i przetłumaczy wszystko z każdej dziedziny - od budowy okrętów, przez fizykę teoretyczną, medycynę, radiokomunikację do stomatologii. A to jest kompletna bzdura, bo nie ma omnibusów - wśród tłumaczy jest conajmniej tyle samo specjalizacji co wśród lekarzy (z uwzględnieniem weterynarzy -;]) "Znam wiele osob, ktore sa bezbledne w tlumaczeniach, ale to sa pasjonaci jednej czy dwoch dziedzin. Nie ma osob, ktore moga dobrze przetlumaczyc teksty z wszystkich dziedzin, bo nie ma ludzi, ktorzy sie na wszystkim znaja." Nie ma, ale polski ustawodawca w wypadku tłumaczy przysięgłych takiej myśli nie dopuścił. Przysięgły (o ile tego nie zmieniła ostatnia ustawa), ma przetłumaczyć z każdej dziedziny i koniec kropka. Między innymi dlatego bardzo dawno temu, (będzie z ponad 20 lat) zarzuciłem od razu zamiar zostania przysięgłym. "Spotkalam tez wielu tlumaczy przysieglych, ktorzy w krotkim tekscie potrafili uzyc 3 roznych polskich terminow na 1 termin angielski czy rosyjski, co jest niedopuszczalne w dokumentach prawnych." W czysto prawnych tak. Ale pamiętaj, że poza tym język polski nie znosi powtorzeń. "To taka typowa cecha piszacych Polakow - urozmaicanie stylu! W ten sposob mozna jedynie tlumaczyc literature:)" Nie tylko literaturę, także choćby teksty popularnonaukowe. Niestety w tym zakresie Amerykanie są ogromnie prymitywni i uwielbiają co chwila powtarzać taką samą wielowyrazową nazwę wymyśloną z trudem przez dział marketingu. To się zdaje się nazywa mantra -;] "Winny calej tej sytuacji jest tez brak dobrych specjalistycznych slownikow i materialow. W internecie nie latwo jest znalezc baze slwonikowa polsko- angielska z roznych dziedzin." Jeżeli ktoś się opiera tylko na słownikach, to ma ciężkie życie. Jeżeli znasz dziedzinę w której tłumaczysz, to wiesz co dane słowo oznacza, tylko nie znajdujesz na nie odpowiednika w drugim języku. Tutaj dla specjalistów niezastąpiony jest google. Niespecjaliście nic nie da, tylko zaszkodzi. "Osobiscie, z tego wlasnie powodu pracuje wylacznie z materialami po angielsku (dobrej jakosci) i rosyjsku, z pomineciem polskiego, bo przynajmniej mam gdzie sprawdzic i gdzie poszukac." Dobrze że zaznaczasz "dobrej jakości", bo z nią różnie bywa. Rzekłbym, że od 10 lat systematycznie spada. Dam Ci przykład: "dual headset sockets". Nie widząc urządzenia (pulpitu dyspozytorskiego, do którego podłącza się mikrotelefon nagłowny, obecnie częściej nazywany mikrofonosłuchawkami), szansa, że to poprawnie przetłumaczysz, wynosi 50 procent. Bo to może być para gniazd do jednego mikrotelefonu (jak w pececie, jedno do mikrofonu, drugie do słuchawek stereofonicznych) lub może być po jednym gnieździe dla dwóch mikrotelefonów (słuchawki monofoniczne i mikrofon "zmieszczą" się na jednym "jacku"). Słownik tutaj nic nie da, bo autor zrobił zbytni skrót myślowy. Uratujesz się tylko konsultacją z klientem albo znajdując googlem jpga. "Reasumujac, znalezc dobrego tlumacza, ktory podejmie sie ekspresowego tlumaczenia kilkuset stron nie jest latwo." Zgadza się. Mam kilkuosobowy zespół, który się w tym specjalizuje, ale pracujemy ze sobą od wielu lat i dzięki temu możemy się takich zadań podejmować. Przede wszystkim (patrz niżej) nigdy nie dzielimy jednego spójnego dokumentu na kilka osób. Zasada jest taka, że jedną całość logiczną tłumaczy jedna osoba. "Niestety, praktykowane prze biura tlumaczenie jednego dokumentu przez kilka osob, bez pozniejszego ujednolicenia stylu i terminologii jest blednym i nieprofesjonalnym posunieciem." Ja się spotykałem z sytuacjami, gdzie jeden duży spójny dokument był tłumaczony w ten sposob, że pani z agencj dzwoniła do tłumacza - mam 120 stron na pojutrze, zrobi pan? - Nie ma mowy. - No, ale niech pan coś weźmie, mamy kryzys. - Nie, nie dam rady. - Dobrze, ale może ze 20 stron? - Ok, tyle dam radę. Potem pani odrywała 20 stron od dokumentu i wysylała do tłumacza. Itp., itd. A wracające tłumaczenia wpinała do jednego skoroszytu :) A teraz to przecież różne Tradosy i podobne wynalazki "fantastycznie" to ujednolicają -;] Po ich obrobce tekst jest wprawdzie jednolity, ale zupełnie nieczytelny. Kiedyś, żeby nie mówić o czymś, czego nie miałem w ręku, spróbowałem skorygować niedługi tekst "wygenerowany" (bo o tłumaczeniu tu trudno mówić)takim urządzeniem. Po pierwsze, co chwila musiałem sięgać do oryginału, bo tekst się nie trzymał kupy. Po drugie błędne tłumaczenie potrafiło mi "zamknąć klapkę", tak że musiałem na dłuższą chwilę odłożyć pracę, żeby się "odsugerować" i znaleźć właściwy termin. Ostatecznie zrobiłem porównanie - znacznie szybciej poszło mi przetłumaczenie całego tekstu od nowa. Żeby nie było, że te programy do niczego się nie nadają. Owszem, nadają się. W sytuacji, gdy firma dała do przetłumaczenia instrukcję do urządzenia A w wersji 1.0, a potem musi przetłumaczyć instrukcję do urządzeń w wersji A1.1, A1.2, itd. Wtedy, pod warunkiem, że instrukcję do wersji A1.0 przetłumaczył dobry żywy tłumacz, taki program wyłuskuje tylko różnice między kolejnymi wersjami w języku oryginału i je przedstawia tłumaczowi do przetłumaczenia. Drugim zastosowaniem jest baza terminologiczna - np. nazwy ustaw czy organów rządowych, itp. Natomiast wieść gminna niesie, że oprogramowanie "wspomagające" tłumaczenie było używane przy "tłumaczeniu" prawa unijnego w ten sposób, że jeżeli jakieś zdanie raz przetłumaczone (załóżmy hipotetycznie, że w ustawie o rybołóstwie) program znalazł także w ustawie o handlu elektronicznym, to jego pierwotne tłumaczenie (robione w kontekście rybolóstwa) podstawiał na ślepo do ustawy o handlu elektronicznym. Teoretycznie korekta miała to wyłapać - wolne żarty. "Coz, obecnie liczy sie przede wszystkim szybkosc tlumaczen i jak najnizsza cena. Kto i za jakie pieniadze mialby robic taka korekte... korektorow nie maja nawet duze gazety i czasopisma. W rezultacie mamy jezykowe i merytoryczne buble." Zgadza się. Zawód korektora praktycznie zanika, są problemy ze znalezieniem takowych. Owszem, kiedyś znalazłem przypadkiem - na jakiejś konferencji rozmawiałem o tym problemie ze wspólnikiem. I podeszła do nas śliczna hostessa. Powiedziała - przepraszam, że się wtrącam, ale usłyszałam o czym panowie rozmawiacie. Jestem po polonistyce i zaczynałam pracę zawodową jako korektorka, ale teraz żeby zarobić na chleb pracuję jako ozdóbka imprez, bo w korekcie pracy nie ma. "Nie widze szans na poprawe sytuacji w najblizszym czasie. To nie tylko kwestia braku pieniedzy, ale i faktu, ze kazdy w tym kraju moze byc tlumaczem... 'nieweryfikowalnym'." Tutaj pozwolę sobie się nie zgodzić. Problem leży nie tylko w tym. Zobacz, że lekarze i prawnicy mają w Polsce izby zawodowe i licencje na wykonywanie pracy. I mają chyba jedne z najgorszych notowań jako grupy zawodowe (zaraz mi zrobią sekcję zwłok i podadzą Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: carroty Re: Polski rynek tłumaczeń i STP IP: *.icpnet.pl 11.01.05, 22:46 'Zgadzam się jak najbardziej. Ale powiedz to tłumaczom filologom, a Cię uduszą.' Sama jestem tlumaczem filologiem :), ale tlumacze tylko z angielskiego na rosyjski, choc rosyjskie mam tylko korzenie, a nie dyplom. Mam wielu znajomych anglistow, ktorzy nie chca podejmowac sie tlumaczen, bo jak przyznaja, nie znaja sie na nie-humanistycznych dziedzinach. Szanuje ich za taka decyzje, bo przeciez mogliby w ten sposob dorobic do pensji lektora, czy wykladowcy. A myslisz, ze to by cos dalo, jesli bylyby licencje? Kto mialby je nadawac, kto sprawdzac kompetencje? Rozumiem, ze angielski sporo ludzi zna dobrze, ale moja przyjaciolka jest tlumaczem technicznym chinskiego i japonskiego, wiec znalezc kogokolwiek, kto by ja zweryfikowal moze byc ciezko. Co do 'urozmaicania' - tak, literatura, teksty popularno-naukowe, dziennikarskie. Lecz nie mozna pisac w dokumencie, jakim jest na przyklad opis techniczny oprogramowania dla bankow, raz 'client' a raz 'customer', majac na mysli po prostu potencjalnego klienta banku, bo to moze wprowadzic w blad. Pamietajmy, ze anglosasi i amerykanie nie sa zbyt 'flexible', jesli chodzi o jezyk. Lubia porzadek 3C, jak ja to nazywam, czyli Consistency, Coherency and Cohesion, i nie leja wody! Inny przyklad, tlumacz przysiegly j. rosyjskiego przetlumaczyl mi dokument US o nadaniu NIP-u, w ktorym skrot NIP wystepowal 3 razy. Za kazdym razem zastosowal inny wariant rosyjski, dodam, ze zaden z nich nie byl poprawny. W Rosji prawnik zapytal sie tylko ze zdziweniem, czy u nas sa 3 rozne ewidencje platnikow podatkow? Bo tak to odebral... Sama nie moge tego przetlumaczyc, bo nie mam uprawnien tlumacza przysieglego. Nie moge tez poprosic tlumacza, zeby mi przetlumaczyl tak jak ja chce, czyli jak powinno byc, bo on przeciez wie lepiej. Takie sytuacje ciagle sie powtarzaja. Pan tlumacz przysiegy moglby siegnac do Internetu po jakikolwiek dokument o podatnikach w google.ru i od razu znalazlby poprawny, odpowiadajacy polskiemu NIP-owi, skrot wraz z jego rozwinieciem. Proste, ale za trudne. Najwiekszym grzechem tlumacza jest nierozwijanie swojej bazy jezykowej i lenistwo!!! Taki brak profesjonalizmu prowadzi do braku szacunku dla zawodu tlumacza, co odbija sie na nas wszystkich bez wyjatku (moze za wyjatkiem wybitnych i uznanych tlumaczy literatury). Slowniki zawsze sa potrzebne, ale u nas nie ma dobrych slwonikow pol-ang. Mam troche latwiej, bo Rosjanie maja wielkie tomiska wspolczesnych specjalistycznych slownikow rus-ang.(gielda, finanse, podatki, ubezpieczenia, itp.) W przypadku watpliwosci, tak w koncu siegam po Internet, wpisuje w 'google' slowo, ktorego nie jestem w 100% pewna, po czym szukam artykulow z danej dziedziny z tym slowem. Tak mozna znalezc wszystko i upewnic sie jakie tlumaczenia danego terminu wystepuja najczesciej w tekstach z danej dzedziny. To wymaga czasu i cierpliwosci, co teraz nie jest w cenie. Programow internetowych i komputerowych do tlumaczen calosciowych nie uzywam0. Szkoda czasu na poprawianie po nich. Raz tylko siegnelam po cos podobnego i ksiegowe 'general ledger entries', przetlumaczylo mi na wejscie Generala Ledzera :)czyli z ksiegowosci zrobila sie wojskowosc. Plakalam ze smiechu pol dnia. Mysle, ze dokumenty unijne tlumaczyli studenci i absolwenci filologii, wiec bedzie to dla nich jakas lekcja pokory. Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Goś - tłumacz Re: Polski rynek tłumaczeń i STP IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.01.05, 00:16 Skracam cytaty, bo poprzednią odpowiedź mi forum obcięło - była zbyt długa. ".......Szanuje ich za taka decyzje, bo przeciez mogliby w ten sposob dorobic do pensji lektora, czy wykladowcy." Ja też szanuję takich ludzi, bo stosuję tę samą zasadę. Wiele razy miałem propozycje - przecież jak pan jest świetny w tym temacie, to i z tamtym sobie pan poradzi. Nie muszę chyba dodawać, że propozycje pochodziły od pośredników, których interesowała tylko marża, a nie co będzie dalej. Klienci takich kruczków nie stosują - jeżeli pojawia się nowa "odmiana tematu", spokojnie siadamy do stołu i patrzymy, co z tym zrobić. I jeżeli nie czuję się kompetentny, nie mam zahamowań przed odesłaniem ich do "konkurencji". Bo wracają potem z "moim" tematem. Za to "konkurwencja" nie ma skrupułów i bierze się za wszystko - wytarczy pooglądać anglojęzyczne wersje witryn wielu polskich firm i urzędów. "A myslisz, ze to by cos dalo, jesli bylyby licencje?" Nic by to nie dało, w poprzedniej wypowiedzi starałem się to wyrazić. Jeżeli zbyt mało precyzyjnie, to powtarzam - licencje w polskich warunkach będą korupcjogenne. "Kto mialby je nadawac, kto sprawdzac kompetencje? Rozumiem, ze angielski sporo ludzi zna dobrze, ale moja przyjaciolka jest tlumaczem technicznym chinskiego i japonskiego, wiec znalezc kogokolwiek, kto by ja zweryfikowal moze byc ciezko." Szła o to całą walka podczas uchwalania sławetnej ustawy o "tłumaczach publicznych". To była próba zawłaszczenia branży. Bo termin "tłumacz publiczny" w Polsce nie ma żadnej definicji ani umocowania prawnego. Sugerowałem, że kojarzy mi się z, pardon, "dziwką wielojęzyczną". Gdyby przeszła ustawa o tłumaczach "publicznych", to byłby już tylko krok od wydania dekretu, że wszystko mogą tłumaczyć tylko tłumacze publiczni. Stowarzyszenie Tłumaczy Polskich (www.stp.org.pl) nie jeden raz tu opluwane (słusznie i niesłusznie) może sobie zaliczyć na plus to, że ustawę o tłumaczach publicznych przemianowano na ustawę o zawodzie tłumacza przysięgłego. Ktoś tu napisał, że STP jest martwe, wystarczy spojrzeć na jego witrynę. Chyba przed napisaniem tej wypowiedzi nie spojrzał, bo od kilku tygodni jest nowa witryna - z forum. Tylko, że nikt się na nim nie wypowiada. No i jest dalej martwa. "Co do 'urozmaicania' - tak, literatura, teksty popularno-naukowe, dziennikarskie. Lecz nie mozna pisac w dokumencie, jakim jest na przyklad opis techniczny oprogramowania dla bankow, raz 'client' a raz 'customer', majac na mysli po prostu potencjalnego klienta banku, bo to moze wprowadzic w blad." Pełna zgoda, ale tutaj ważny jest zdrowy rozsądek tłumacza (i wiedza), a komputer tego nie zastąpi. "Pamietajmy, ze anglosasi i amerykanie nie sa zbyt 'flexible', jesli chodzi o jezyk. Lubia porzadek 3C, jak ja to nazywam, czyli Consistency, Coherency and Cohesion, i nie leja wody!" Zgoda. Z tym że 3C dotyczy Amerykanów, nie Brytyjczyków, ktorych język był daleki od 3C. A z tą wodą sam miałem problemy po powrocie do Polski. Szkołę średnią skończyłem w systemie brytyjskim, gdzie na "summary" i "essay" narzucano ograniczenie objętości. Miałaś wyrazić swoje przemyślenia w "nie więcej niż" słowach. A tu w Polsce nagle stawiano mi zarzuty - zobacz, ty napisałeś wspomnienia z wakacji na jednej stronie, a koleżanka aż na szesnastu. No i dostałem gałę, bo odpowiedziałem przy całej klasie, że chyba koleżanka miała bogatsze przeżycia seksualne, a ja więcej piłem i tyle o tym napisać nie dam rady -;] "........Sama nie moge tego przetlumaczyc, bo nie mam uprawnien tlumacza przysieglego. Nie moge tez poprosic tlumacza, zeby mi przetlumaczyl tak jak ja chce, czyli jak powinno byc, bo on przeciez wie lepiej." W Polsce pojawiło się pojęcie "uprzysięglania" tłumaczeń. Czyli Ty tłumaczysz, a przysięgły to podbija. Jeżeli zespół jest zgrany jest to dobrodziejstwem, ale jeżeli trafi się "przysięgły handlarz" sprzedający swą pieczęć, może być katastrofalne. "...... Proste, ale za trudne." Tak, dla wielu ludzi. Okno z google mam otwarte w tle prawie cały czas. Ale co odpowiesz tłumaczowi dzwoniącemu po poradę, że właśnie wysyła maila do dyrektora XXX i mu odrzuca? Bo w pole "Do" wpisał - Dyrektor XXX. "Najwiekszym grzechem tlumacza jest nierozwijanie swojej bazy jezykowej i lenistwo!!!........" Niestety wielu z naszych kolegów w Polsce z lenistwa nie robi wielu rzeczy. I zawsze znajdzie na to tysiąc wykrętów. "......bo Rosjanie maja wielkie tomiska wspolczesnych specjalistycznych slownikow rus-ang.(gielda, finanse, podatki, ubezpieczenia, itp.)" W tym byli zawsze dobrzy i to im trzeba uczciwie przyznać. "To wymaga czasu i cierpliwosci, co teraz nie jest w cenie." Zawodowy tłumacz na pracę zarobkową jest w stanie poświęcić góra 50% czasu "zawodowego". Resztę zajmuje mu "prowadzenie firmy" i tzw. research. Oczywiście mówię w ujęciu lat, a nie dni. Ale wielu kolegów chciałoby, żeby tych drugich 50% nie było. A tak się nie da. "Programow internetowych i komputerowych do tlumaczen calosciowych nie uzywam." Całkowicie się zgadzam, ale w Polsce jest w tej chwili na to ogromna presja tudzież moda. Agencje się ogłaszają, że wymogiem jest korzystane z tego badziewia, inaczej nici ze współpracy. Nie podam nazwy firmy, ale jedna z nich używa hasła "XXX enabled translators", ktore ja złośliwie parafrazuję na "XXX disabled translators". Bo głupi program nie będzie mi wyrywał klawiatury spod palców. Ale właśnie takie agencje najbardziej psują rynek, bo działają na zasadzie - "i ty będziesz tłumaczem". Podpinają pod głupi program ludzi, którzy dają sobie wmówić, że dzięki niemu będą bożyszczami. "Mysle, ze dokumenty unijne tlumaczyli studenci i absolwenci filologii, wiec bedzie to dla nich jakas lekcja pokory." Sorry Winnetou -;] Wieść niesie, że robili to bardzo różni ludzie, którzy się dali skusić pozornie łatwym zarobkiem. Bo umowy byly bardzo paskudnie dla nich skonstruowane, wielu nie dostało za pracę oczekiwanych pieniędzy. Problem w tym, że upokorzeni zostali lepsi, którzy mają jakieś poczucie honoru i godności. Wiedzą, że wpakowali się w "mission impossible" i teraz klną. Dyletanci, którzy na tym "wyrwali kilka groszy" czują się świetnie i pewnie w "referencjach" piszą, że tłumaczyli dokumentację unijną. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: bambik Re: Polski rynek tłumaczeń i STP IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.01.05, 01:20 Carroty i Tłumaczu, zgadzam się całkowicie i kto siedzi w tym zawodzie i traktuje go poważnie - nie może myśleć inaczej. Ale czy możemy coś z tym zrobić, czy też nasze podejście pozostanie w sferze poetycko-marzycielskiej? Tłumaczę dokumenty unijne od 12 lat, od Traktatów. Od końca 2003 r. rzeczywiście przestałem dostawać taką pracę. Dzwonił do mnie Skrivanek i coś tam jeszcze, proponując ceny i terminy absolutnie niegodne wzmianki tutaj. Być może nadszedł czas dziadostwa, ale jakoś nie mogę w to uwierzyć. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Gość - tłumacz Re: Polski rynek tłumaczeń i STP IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.01.05, 12:07 > Carroty i Tłumaczu, zgadzam się całkowicie i kto siedzi w tym zawodzie i > traktuje go poważnie - nie może myśleć inaczej. Ale czy możemy coś z tym > zrobić, czy też nasze podejście pozostanie w sferze poetycko-marzycielskiej? Jako środowisko musimy coś z tym zrobić, bo za chwilę staniemy się wyrobnikami-niewolnikami pracującymi za grosze. Czytałeś wypowiedź kolegi z Niemiec? Niestety środowisko tłumaczy nie zauważa tego niebezpieczeństwa i kłóci się o rzeczy wprawdzie ważne dla samych tłumaczy, ale drugoplanowe z punktu widzenia przetrwania rynku tłumaczeń profesjonalnych. A gdy ten rynek padnie i zajmą go pseudoagencje wykorzystujące amatorów, to wszelkie dęte ustalenia wewnętrzne środowiska tłumaczy nie będą warte funta kłaków. (Pocieszeniem jest to, że takie historie zdażały się w innych krajach i po jakimś czasie rynek jednak wracał do zawdowców.) > Tłumaczę dokumenty unijne od 12 lat, od Traktatów. Od końca 2003 r. > rzeczywiście przestałem dostawać taką pracę. Dzwonił do mnie Skrivanek i coś > tam jeszcze, proponując ceny i terminy absolutnie niegodne wzmianki tutaj. Bo po 2000 roku, gdy pękł z hukiem mit interenetu i telefonii 3 generacji, firmy zaczęły bardzo ostro na wszystkim oszczędzać - wiele poupadało, a wiele silnie się pozmniejszało, nawet o połowę. Po prostu inwestorzy przykręcili kurek z pieniędzmi. To pozornie dotyczyło glównie firm z sektora informatyki i telekomunikacji, ale spowodowało łańcuchową reakcję we wszystkich sektorach gospodarki na całym świecie. Wtedy to klienci zaczęli wpadać na moim zdaniem samobójczy pomysł robienia przetargów na "kompleksową obsługę tłumaczeniową". Sama nazwa przetargów (i ich warunki) wyraźnie pokazują, że tłumacze nie mają po co tam startować - to jest pomyślane pod agencje. Bo żaden tłumacz przy zdrowych zmysłach nie zaoferuje się tłumaczyć wszystkiego, w niesprecyzowanych terminach (oczywiście wariackich) i specjalizacjach. Weźmy na przykład bank, który z pozoru będzie miał tłumaczenia bankowe. Ale to nieprawda. Będzie miał także tłumaczenia z dziedziny informatyki, telekomunikacji, systemów platności elektronicznych, bankomatów, POSów, a nawet ubezpieczeń. Klient chce, żeby mu zagwarantować obsługę w tych wszystkich dziedzinach, oczywiście za najniższą i stałą cenę. No i powstają pseudoagencyjki wy(g)rywające takie przetargi (bo nikt zdrowy na umyśle albo z góry nie zakładający możliwości przekrętu nie podpisałby umowy na oferowanych warunkach). Na drugi dzień portale internetowe są pełne ogłoszeń w stylu "biuro tłumaczeń ze względu na pozyskanie strategicznego klienta poszukuje pilnie tłunmaczy z dziedzin dddd i języków jjjj". Oczywiście oferuje stawki, za które zawodowi tłumacze pracować nie będą. Sami klienci będą w końcu musieli zrozumieć, że tłumaczenia wykonują tłumacze, a nie agencje. I jeżeli agencja wygrywa przetarg oferując ceny niższe, niż te za ktore pracują zawodowi tłumacze, to wiadomo kim będzie się wysługiwała - amatorami. Dumne twierdzenia takich pseudoagencji o ich "profesjonaliźmie" powinny podpadać pod Art 286 §1 KK -;] Jedna uwaga dla postronych, którzy uważają, że tłumaczom się we łbach poprzewracało i chcą Bóg wie ile zarabiać. Proszę pamiętać, że tłumacz zarabia nie tylko na bieżącą konsumpcję, ale na własny warsztat pracy i co najważniejsze, na zabezpieczenie przyszłości i emerytury. Bo z ZUSu wiele nie dostanie (a wielu tłumaczy nie dostanie nic). Dlatego tłumacze nie zejdą z cenami do poziomu studentów i dorabiaczy, którzy ZUS mają opłacony z innych źródeł, często nie mają jeszcze rodzin na utrzymaniu, a tłumaczenia traktują jako piękną fuchę dającą kilka dodatkowych złotych w budżecie. > Być może nadszedł czas dziadostwa, ale jakoś nie mogę w to uwierzyć. Inaczej - dziadostwo strasznie się panoszy i usiłuje zawładnąć rynkiem. To dotyczy nie tylko rynku tłumaczeń, ale prawie każdej dziedziny życia. Po prostu wszędzie jest tendencja zastępowania drogich fachowców tanimi wyrobnikami i spijania zysków przez pośredników. Ale to jest jak choroba - organizm musi się przechorować, wzmocnić i zwalczyć pasożyta. I już są pierwsze jaskółki, coraz więcej klientów jednak decyduje się wznowić współpracę ze starymi sprawdzonymi tłumaczami. Bo policzyli że per saldo oszczędności czynione na tanich tłumaczeniach są zjadane przez koszty które trzeba ponieść, żeby szkody płynące z tych tłumaczeń naprawić. Spotkałem się z podobną sytuacją rynkową w jednym z krajów UE kilkanaście lat temu. Nagły wzrost zapotrzebowania na tłumaczenia spowodował wysyp pośredników, którzy koniecznie na tym chcieli zarobić. Potrwało to kilka lat i zawodowcy zaczęli odzyskiwać rynek, bo klienci się mocno sparzyli na "tanio, szybko i dobrze" i sami zaczęli zawierać umowy ramowe z tłumaczami, których usług potrzebowali. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Władysław Moroz Re: Błąd na błędzie w tłumaczeniach unijnych aktó IP: 217.153.29.* 23.01.05, 11:00 Z tego co wiem, organizatorzy tych tłumaczeń nie wymagali posługiwania się jakimkolwiek programem wspomagającym tłumaczenia. Wiem też, że polskie agencje tłumaczeniowe też tych aplikacji nie używają - ale za to szczycą się setkami, a nawet tysiącami "swoich" tłumaczy, oczywiście szalenie kompetentnych, specjalistów, itd., itp. - tylko że kto te ich wypociny po 25 złotych za stronę (!) koordynuje w przypadku dużych zamówień, np. projekty konstytucji UE? A z kolei zapyziała biurokracja w Brukseli wymaga od kandydatów na tłumaczy ukończenia jakichś Akademii Tłumaczeniowych. Ciekawe, czy te czcigodne instytucje uczą tłumaczy biologii, mechaniki, techniki komputerowej (poza sztuką naciskania <Enter> :), itd.? Odpowiedz Link Zgłoś