dokowski
15.03.05, 19:57
Okrągły Stół nie był błędem z pewnego punktu widzenia, chociaż można sobie
wyobrazić inne, być może lepsze, ale nierealne scenariusze. Pamiętam program
dekomunizacji Moczulskiego, to był chyba jedyny polityk, który podczas
pierwszej kampanii wybiorczej otwarcie głosił program dekomunizacji. Częścią
jego programu było usunięcie ze wszystkich stanowisk kierowniczych ludzi
związanych z PZPR i innymi władzami PRL i mianowanie na ich miejsce ludzi
młodych, nieskażonych współpracą z ZMS, SZSP ani żadną pracą w strukturach
PRL. Jego przeciwnicy argumentowali, że zbyt wielu niedoświadczonych laików
weźmie się za poważne, odpowiedzialne i trudne działania i mogą sporo napsuć
zanim się czegoś nauczą i będą musieli i tak zatrudnić starych
komunistycznych wyjadaczy jako swoich doradców. I ciemny naród uwierzył w tę
debilną argumentację, i bał się oddać całkowicie w ręce młodych władzę w
najważniejszych przedsiębiorstwach i innych organizacjach. Program
Moczulskiego przepadł z kretesem – ludzie z Solidarności bali się dać pełnię
władzy w przedsiębiorstwach niedoświadczonym młodym bojownikom politycznym
bez żadnego doświadczenia zawodowego.
Obwinianie ludzi Okrągłego Stołu za kompromis z czerwonymi jest absurdem w
sytuacji, gdy ponad 90% Polaków zgadzało się z tym, że całkowite odsunięcie
czerwonych od władzy byłoby katastrofą z punktu widzenia organizacji i
zarządzania. Panowała powszechna opinia, że tacy ludzie jak Michnik,
Moczulski czy Wałęsa byli owszem dobrzy do walki z komuną, ale po jej
obaleniu, nawet przy wsparciu swoich młodych ulicznych rozrzucaczy ulotek,
nie są w stanie pokierować całą tą państwową dżunglą gospodarczą i
polityczną, szczególnie w warunkach, gdyby obrażeni czerwoni zaczęli uprawiać
sabotaż.
To właśnie te 90% ciemnych Polaków zadecydowało o tym, żeby przyjąć
kapitulację czerwonych, wysłuchać ich przeprosin i obietnic, że będą
grzecznie pomagać w budowie kapitalizmu. Jeśli lud zrezygnuje z zemsty, to
oni pokornie pomogą zbudować kapitalizm, będą służyć całym swoim
doświadczeniem w zarządzaniu, ale jeśli lud poprze takich ludzi jak Moczulski
czy Moraczewski (cholera, zapomniałem jak się nazywał ten najbardziej
antykomunistyczny działacz podziemia w stanie wojennym i dlaczego zniknął ze
sceny?), to oni zostawią nas samych sobie i nie podzielą się z nami swoją
wiedzą i doświadczeniem na temat przedsiębiorstw, którymi dotychczas
zarządzali, że zanim się zorientujemy jak to wszystko funkcjonuje, jakie
układy łączą te wszystkie organizacje i firmy, to popełnimy tyle błędów i
tyle napsujemy, że w kolejnych wyborach naród odda i tak całą władzę w ręce
PZPR, aby ta naprawiła to wszystko, co zepsuliśmy.
Kto nie pamięta tej atmosfery 16 lat temu, temu przypomnę, że to nie była
jeszcze czysta euforia z powodu upadającego socjalizmu, euforia zaczęła się
dopiero po wprowadzeniu w życie Planu Balcerowicza, który obiecał że w kilka
lat zbudujemy drugą Japonię. Wcześniej atmosfera była bardziej złożona.
Oczywiście dominowała pełna niedowierzania radość, że oto imperium zła upada,
Ameryka triumfuje, nadchodzi wolność i dobrobyt, ale było tez sporo dyskusji
bardziej przyziemnych, pełnych niepokoju o najbliższe lata.
Trudne pytania: jak odebrać czerwonym władzę, skąd wziąć kadry, kto się
podejmie zarządzania przedsiębiorstwem pozbawionym dawnych starych kadr.
Ludzie wiedzieli dobrze jakie to jest bagno takie państwowe przedsiębiorstwo,
taka centrala grupująca ileś tam państwowych przedsiębiorstw. Teraz przyjdzie
odebrać czerwonym władzę i jakoś to bagno zreformować (sprywatyzować?
uwłaszczyć?) a miliony czerwonych będą te reformy sabotować, bo będą chcieli
udowodnić, że po odsunięciu ich od władzy będzie jeszcze gorzej, będą chcieli
udowodnić narodowi, że nie ma lepszego ustroju dla wolnej polski niż
socjalizm.
Wielu z nas zapomniało, że były to miliony czerwonych złodziei, ale nie tylko
alkoholików i partyjnych buraków z awansu społecznego, ale były to też
miliony przedstawicieli elit, inżynierów i magistrów, wykształconych na
komunistycznych co prawda uczelniach, ale jednak coś tam umiejących, byli
specjaliści po technikach, kierownicy działów i wydziałów, ludzie z SD i
bezpartyjni, ale umoczeni po uszy w budowie socjalizmu – tzw. inteligencja
pracująca. Te miliony komuchów należałoby odsunąć od władzy, dać im podrzędne
stanowiska zwykłych pracowników i co najwyżej asystentów i modlić się, żeby
się to wszystko nie rozsypało, żeby fabryki nadal produkowały, żeby
elektrownie wytwarzały prąd, żeby transport dostarczał towary do sklepów,
żeby kolej woziła węgiel ...
Łatwo teraz różnym religijnym demagogom ogłupiać młodych i wrzeszczeć, że
trzeba było zaryzykować i odsunąć czerwonych od władzy, ale na szczęście
wielu z nas pamięta, jak zwykli ludzie reagowali na program Moczulskiego i
innych optymistów: „Kto ich zastąpi?”. „Ilu ludzi ma Solidarność i NZS, żeby
obsadzić milion stanowisk kierowniczych?” Jak oni poradzą sobie w warunkach,
gdy dwa miliony zdegradowanych starych komunistycznych wyjadaczy będzie kopać
pod nimi dołki, nic im nie powiedzą, jak to działa, będą tylko wprowadzać
nowych w błąd?” 90% Polaków bała się nie wojny domowej, nie rozlewu krwi, ale
bała się tej cichej wolny na wyniszczenie gospodarki. Ludzie bali się, że w
ciągu kilku lat wszystko zamieni się w ruinę i trzeba będzie wszystko budować
od nowa, jak po wojnie.
To nie Wałęsa, nie Mazowiecki i nie Michnik wybaczyli czerwonym i wyciągnęli
do nich rękę, ale zrobiło to 90% Polaków, którzy bali się sabotażu i
całkowitego zrujnowania gospodarki. Okrągły Stół był kompromisem wymuszonym
przez naród, który po 6 kwietnia odetchnął z ulgą, że nie ma już się czego
bać, że czerwoni pomogą zbudować kapitalizm, zamiast odejść, pozostawiając po
sobie tylko ziemie i wodę. Łatwo teraz krzyczeć, że to była głupota lub
zdrada, ale trzeba było wtedy być takim zwykłym pracownikiem jakiegoś
państwowego molocha i być zwykłym członkiem Solidarności i wyobrażać sobie
siebie nagle na jakimś kierowniczym stanowisku z podwładnymi byłymi
dyrektorami z PZPR, którzy będą się mścić za taką degradację i podkładać
świnię na każdym kroku, a byli to mistrzowie w podkładaniu świni.
16 lat temu przywódcy Solidarności byli w pełni świadomi tego, że naród nie
zgodzi się na degradację czerwonych ani tym bardziej na żadną masową zemstę
na partyjnych za ich złodziejstwo i za krzywdy. Pamiętam jak mówiło się po
cichu, że na razie trzeba dać im spokój, udawać że wybaczamy, a kiedy już
wszystko będzie w naszych rękach, to wtedy się zemścimy. Takie to były czasy,
że dla 90% Polaków najważniejsze było, żeby czerwoni nie odeszli i nie
zostawili nas samych z tym wszystkim.
A Solidarność nie mogła postąpić wbrew woli narodu, ponieważ nawet przywódcy
Solidarności bali się, że bez czerwonych nie dadzą sobie rady, że naród się
odwróci od Solidarności, kiedy ta przejmie władzę i pozwoli, aby pod jej
rządami kraj popadł w ruinę. Do tego Solidarność nie mogła dopuścić, bo to
oznaczałoby zwycięstwo czerwonych w kolejnych wyborach i triumfalny powrót
PZPR, tym razem już z mandatem narodu.
Teraz z perspektywy lat widzimy, że program Moczulskiego był najlepszym
programem, ale prawie nikt tego wtedy nie rozumiał. Z dzisiejszej perspektywy
wygląda na to, że nawet sam Moczulski tego nie rozumiał, że kierował się
tylko emocjami, bo bardzo szybko zrezygnował z programu dekomunizacji i
zabrał się za pomaganie bezrobotnym.
Takie były przyczyny Okrągłego Stołu, takie były przyczyny pozostania
czerwonych u władzy, w dyrekcjach przedsiębiorstw i w zarządach
prywatyzowanych firm. Naród bał się pozostać bez doświadczonych kadr, bał się
sabotażu zdegradowanych komunistów, bał się porażki nowych kadr
solidarnościowców. Nie było żadnej zdrady.
W następnym poście napiszę o skutkach tego stra