douglasmclloyd
21.06.02, 20:29
Dwa banki spod wschodniej granicy kontrolowane przez polski kapitał mają
poważne kłopoty. Nie jest to nowa sytuacja, jednak fakt, że wszystko przebiega
według stałego schematu, powinien budzić zaniepokojenie.
Tradycją jest, że w poważne kłopoty wpadają banki kontrolowane przez polski
kapitał. Nie oznacza to, że tylko kierownictwa krajowych banków mają monopol na
popełnianie błędów, ale, że zagraniczni właściciele w sytuacjach kryzysowych są
na tyle odpowiedzialni i bogaci, że zawsze dostarczą brakującego kapitału.
W polskich bankach właściciele zazwyczaj nie mają pieniędzy, którymi mogliby je
podeprzeć. Pomijając chęć ukrycia zdarzających się ciągle przypadków nadużyć,
kierownictwu banków i ich właścicielom cały czas się wydaje, że sytuacja nie
jest na tyle zła, by pozwolić innym inwestorom na przejęcie kontroli. W efekcie
interwencja przychodzi za późno - gdy bank traci płynność i na jego ratowanie
trzeba wyłożyć sumy znacznie przekraczające jego wartość. W przypadku banków ze
wschodu była szansa na uniknięcie ostatniej części tego scenariusza, czyli
upadłości banków i paniki wśród klientów. Wszystko wskazuje, że się to nie uda
na skutek gadatliwości kilku bankowców.
O złej sytuacji banku ze wschodu w redakcji "Rzeczpospolitej" wiadomo było już
przeszło rok. Nie pisaliśmy o tym, bo uważaliśmy, że nie powinniśmy się
przyczyniać do ustawienia się kolejek przed kasami. O planie ratowania banków
wiedzieliśmy i pisaliśmy o tym przed paroma dniami, nie podając jednak nazw
zagrożonych firm. Jednak wczoraj poważny bankowiec uznał, że można zasugerować
dziennikarzom istnienie takiej operacji. Wydawało mu się, że nigdy się nie
domyślą o kogo chodzi. Jednak inny pracownik sektora bankowego podał nazwy i w
ten sposób postawił wczoraj Komisję Nadzoru Bankowego przed ryzykiem, że po raz
kolejny przed okienkami bankowymi ustawią się kolejki.