Dodaj do ulubionych

Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny?

08.05.05, 14:28
Bo przecież powazna publicystyka ma jakieś swoje granice.
A może to jednak żart?


polityka.onet.pl/artykul.asp?M=FS&NR=2501-2005-17

Obserwuj wątek
    • ayran Re: Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny? 08.05.05, 14:35
      goniacy.pielegniarz napisał:

      > Bo przecież powazna publicystyka ma jakieś swoje granice.
      > A może to jednak żart?

      Najwyraźniej rzadko miałeś okazję czytać tego autora. Żadan strata, nawiasem
      mówiąc, natomiast możesz być pewny, że to jak najbardziej serio.
      • goniacy.pielegniarz Re: Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny? 08.05.05, 14:40
        Masz rację. Sporadycznie czytuję felietony w Polityce. Tym większe moje
        zaskoczenie.
    • kataryna.kataryna Re: Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny? 08.05.05, 14:56
      goniacy.pielegniarz napisał:

      > Bo przecież powazna publicystyka ma jakieś swoje granice.
      > A może to jednak żart?



      A czy pismo gdzie głównym analitykiem politycznym jest Paradoska może być
      poważne?

      Ten felieton faktycznie niezły :) Autor zapomniało o argumencie nr 9 "Rywin nic
      złego nie zrobił bo przecież nie chciał dla siebie" (Barbara Pec-Ślesicka).

      A propos Polityki i żenady, co się dzieje z "Summą zdarzeń"? Zdjęli prawicowi
      siepacze czy jak?
      • ayran Re: Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny? 08.05.05, 14:59
        kataryna.kataryna napisała:

        > A propos Polityki i żenady, co się dzieje z "Summą zdarzeń"? Zdjęli prawicowi
        > siepacze czy jak?

        A gdzie w ten weekend są wszyscy potencjalni rozsądni rozmówcy redaktora
        Żakowskiego?
        • kataryna.kataryna Re: Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny? 08.05.05, 15:05
          ayran napisał:

          > kataryna.kataryna napisała:
          >
          > > A propos Polityki i żenady, co się dzieje z "Summą zdarzeń"? Zdjęli prawi
          > cowi
          > > siepacze czy jak?
          >
          > A gdzie w ten weekend są wszyscy potencjalni rozsądni rozmówcy redaktora
          > Żakowskiego?



          Racja :)
          • pro.filutek1 Re: Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny? 08.05.05, 19:20
            Ządam wypuścić mego somsiadaz mamra, bo:
            -to dobry chłopak był i mało pił
            - nie zamykajcie drzwi, zostawcie uchylone
            - żeby Polska, żeby Polska, żeby Polska była Polksą
      • goniacy.pielegniarz Re: Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny? 08.05.05, 15:05
        kataryna.kataryna napisała:


        > A czy pismo gdzie głównym analitykiem politycznym jest Paradoska może być
        > poważne?

        Ty się nie śmiej, bo ja nie czytywałem regularnie tych felietonów właśnie
        dlatego, że myślałem, iż teksty Paradowskiej wystarczają za cały obraz
        politycznej rzeczywistości w Polsce.

        > Ten felieton faktycznie niezły :) Autor zapomniało o argumencie nr 9 "Rywin nic
        > złego nie zrobił bo przecież nie chciał dla siebie" (Barbara Pec-Ślesicka).

        Może pisał pod wpływem chwilowego uniesienia i niektóre rzeczy pominął.

        > A propos Polityki i żenady, co się dzieje z "Summą zdarzeń"? Zdjęli prawicowi
        > siepacze czy jak?


        Też się zdziwiłem. Szykowałem się już na szeroką debatę na temat wyjazdu Kwacha
        przy udziale rozsądnych dziennikarzy. Ale nic straconego. "7 Dni Świat" chyba
        nadadzą?
        • goniacy.pielegniarz A tak w ogóle 08.05.05, 15:13
          To te osiem punktów robi wrażenie, ale moim uluboinym fragmentem jest jednak
          chyba ten Kwaśniewskim na wyżynach:

          "U nas nienawistnicy i pieniacze narzucili inne zasady gry. Już sobie wyobrażam,
          co by się działo, gdyby Aleksandrowi Kwaśniewskiemu odnaleziono zatajone
          nieślubne dziecko! Ale właśnie dlatego, w przeciwieństwie do przywódcy
          francuskiego, Aleksander Kwaśniewski musi bez przerwy swój autorytet, że nie
          powiem majestat, budować. Nie widzę zaś na to innego sposobu, jak pozostawanie
          na pewnych wyżynach, gdzie nie dociera ujadanie."

          A także mocne moralne zakończenie:

          "Lew Rywin w zbiorowej celi jest jakąś plamą na naszych sumieniach."
          • t-800 Re: A tak w ogóle 08.05.05, 15:17
            Lech Rywin w więzieniu jest plamą dla tego, kto go - swojego przyjaciela - sprzedał.
          • kataryna.kataryna Re: A tak w ogóle 08.05.05, 15:21
            goniacy.pielegniarz napisał:

            > "U nas nienawistnicy i pieniacze narzucili inne zasady gry. Już sobie
            wyobrażam
            > ,
            > co by się działo, gdyby Aleksandrowi Kwaśniewskiemu odnaleziono zatajone
            > nieślubne dziecko! Ale właśnie dlatego, w przeciwieństwie do przywódcy
            > francuskiego, Aleksander Kwaśniewski musi bez przerwy swój autorytet, że nie
            > powiem majestat, budować. Nie widzę zaś na to innego sposobu, jak pozostawanie
            > na pewnych wyżynach, gdzie nie dociera ujadanie."



            Tak, to jest ładne :) Ciekawe czy na te wyżyny gdzie nie dociera ujadanie,
            dociera wazelina.


            > A także mocne moralne zakończenie:
            >
            > "Lew Rywin w zbiorowej celi jest jakąś plamą na naszych sumieniach."



            Może autor mówi w imieniu GTW?
            • goniacy.pielegniarz Re: A tak w ogóle 08.05.05, 15:31
              kataryna.kataryna napisała:


              > Tak, to jest ładne :) Ciekawe czy na te wyżyny gdzie nie dociera ujadanie,
              > dociera wazelina.

              Na dworze powinien być zdecydowanie ktoś, kto odrzucałby chwasty, gdy idzie o
              dostarczanie prasy panującemu na wyżynach.

              > > A także mocne moralne zakończenie:
              > >
              > > "Lew Rywin w zbiorowej celi jest jakąś plamą na naszych sumieniach."
              >
              >
              >
              > Może autor mówi w imieniu GTW?


              Przecież nie było GTW, tylko grupa ludzi, która próbowała chronić polskie media
              i polską kulturę.
      • nabukko Re: Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny? 09.05.05, 14:08
        całe szczęście że nie ty zarozumiała babo
    • kropekuk Obawiam sie, ze prof.Stomma popelnia jeden blad: 08.05.05, 15:30
      zaczyna Polakow uczyc myslenia po europejsku, zamiast ich polskie myslenie -
      jak Bog przykazal - badac...Widac wieloletnia praca jako wykladowcy Sorbony
      Polakom wyraznie szkodzi i sposrod rodakow alienuje;)
      Ja bym sie pod jego tekstem podpisal, ale...nie jestem Polakiem.
      • goniacy.pielegniarz Bóg zapłać, dobry człowieku 08.05.05, 15:34
        W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak wybrać myślenie ponad myśleniem
        europejskim.
        • kropekuk Myslenie mysleniu nie rowne...Indyk tez myslal. 08.05.05, 16:32
          A szanowny kolega zmieni napewno optyke, gdy dorosnie do profesury Sorbony...Na
          tych, co tylko "mysla" jest tam srednie zapotrzebowanie ;)
          • ayran Re: Myslenie mysleniu nie rowne...Indyk tez mysla 08.05.05, 18:02
            kropekuk napisał:

            > A szanowny kolega zmieni napewno optyke, gdy dorosnie do profesury Sorbony...Na
            >
            > tych, co tylko "mysla" jest tam srednie zapotrzebowanie ;)

            A zna szanowny kolega inne wybitne dzieło owego profesora Sorbonym wydaną w 2001
            roku książkę "Leszek Miller"? Pogratulować autorytetów.
            • kropekuk Nie: znam francuskie wydanie "Ludwika Swietego, 08.05.05, 18:10
              Ludwika Szalonego" - mowilem, ze Stomma lepiej sie zna na badaniu "mysli
              nieoswojonej", nizli na tej mysli nieoswojonej ksztaltowaniu ;)
              • ayran Re: Nie: znam francuskie wydanie "Ludwika Swieteg 08.05.05, 18:16
                To ciewkawe skąd twoje uznanie dla prorywinowych przemyśleń z "Polityki" którym
                bliżej do "Leszka Millera"
            • goniacy.pielegniarz Re: Myslenie mysleniu nie rowne...Indyk tez mysla 08.05.05, 18:18
              ayran napisał:


              > A zna szanowny kolega inne wybitne dzieło owego profesora Sorbonym wydaną w 2001
              > roku książkę "Leszek Miller"? Pogratulować autorytetów.


              Niestety w Merlinie jej nie ma. Zakupiłbym nawet, a tak chyba skuszę się na tę
              pracę zbiorową. Tytuł mnie zaciekawił. Autorzy zresztą też.


              www.merlin.com.pl/frontend/towar/374019

              Czy tego "Millera" można gdzieś kupić z necie?
              • ayran Re: Myslenie mysleniu nie rowne...Indyk tez mysla 08.05.05, 18:36
                goniacy.pielegniarz napisał:

                > Czy tego "Millera" można gdzieś kupić z necie?

                Pewnie używaną, choć kto by się pozbywał tak bezcennej pamiątki. Nakład rozszedł
                się prawie tak samo szybko jak nakład "Strategii dla Polski" i zapewne podobną
                techniką.
                • goniacy.pielegniarz Re: Myslenie mysleniu nie rowne...Indyk tez mysla 08.05.05, 18:49
                  Rzeczywiście musiało iść jak świeże bułeczki. Tylko ślad po niej pozostał.


                  wysylkowa.pl/ks30541.html
          • goniacy.pielegniarz Re: Myslenie mysleniu nie rowne...Indyk tez mysla 08.05.05, 18:02
            I tam go nauczyli, że wsadzenie przestępcy za kratki jet plamą na sumieniu?
            • kropekuk Tak, jak mnie, ze wsadzenie Lorda Archera bylo 08.05.05, 18:11
              pokazowka zawistnikow, ze slawa i multimilioner tez moze siedziec ;)
    • homosovieticus Polityka nie jest tygodnikiem satyrycznym. Jest 08.05.05, 16:18
      głosem ludzi "towarzystwa".Ludzi nad wyraz prawych i inteligentnych, ale o
      pogladach róznych od tych, które tradycyjnie uważane są za prawe.
      Do "towarzystwa" nie nalezy nikt z forumowiczów.Do "towarzystwa"należy Ludwik
      Stomma. Profesor, literat, inteligent i intelektualista. Jeszcze z czasów PRL-
      u.W "towrzystwie", Ludwik Stomma stawiał pierwsze kroki już w 1969. Dostać się
      do "towrzystwa " jest bardzo trudno.
      Opowiadał o tym Wieczerzak przed komisją śledczą.
      Posiadam spis ludzi z "towarzystwa" i jesli GP, zażyczy sobie to ten spis
      umieszczę na ogłoszeniowym słupie forumowym.
      Tyle tytułem wyjaśnienia o charakterze tygodnika "Polityka".

      ps
      Politycznie, apel Ludwika Stommy do Prezydenta Kwaśniewskiego należy rozumieć
      jako głos całej, świadomej części polskiej opinii publicznej, na głos , której
      Prezydent nie może pozostać obojetnym.
      Po powrocie z Moskwy i danej tam lekcji, bon tonu, Putinowi, Prezydent, rozważy
      w gronie przyjaciół, apel Ludwika Stommy i całego "towarzystwa".
      Pewien jestem ,że zechce pomóc biednemu zwierzęciu.
      • kropekuk Ludwik Stomma urodzil sie w 1951 roku. 08.05.05, 16:35
        Byl - jak widac - beniaminkiem tego "towarzystwa". Opluskwiac tez trzeba
        potrafic, moj dobry czlowieku! Czyzbys go z jego PAX-owskim ojcem pomylil?
        • homosovieticus Re: Ludwik Stomma urodzil sie w 1951 roku. 08.05.05, 17:03
          i już, w roku 1969, zadebiutował w TP.To zdolny i pracowity człowiek i
          eurydyta. Nie, nie pomyliłem Ludwika ze Stanisławem, drogi kropekuku. Zdarza
          mi się natomiast, coraz częściej, uważać Twoje uwagi, za uwagi osła
          dardanelskiego.
          Popraw się, bo ludzie, w naszym Kraju, nie bardzo lubią nie polskich osłów.
          • kropekuk Gorzej bedzie, gdy w naszym znielubia Polakow... 08.05.05, 17:07
            A na to sie zanosi;)
    • homosovieticus O Stommmie Ludwiku pisze Maciej Rybiński 08.05.05, 16:51
      nie tylko o Stommie , ale i o innych znanych felietonistach. Zabawne. Polecam
      zainteresowanym pisaniem felietonów.

      (...)Ludwik Stomma natomiast jest twórcą nowego gatunku felietonistyki -
      felietonu dworskiego. Często podejrzewam, że zachwyty Stommy nad Leszkiem
      Millerem, okadzanie szefa SLD, jest szczególnie wyrafinowanym szyderstwem i że
      Stomma, jak przyjdzie co do czego, udowodni nam wszystkim, że ośmieszał wodza z
      premedytacją. A przy okazji i siebie. (...)

      www.press.pl/press/pokaz.php?id=62
      • kropekuk To Rybinski juz nauczyl sie pisac? Nie wierze... 08.05.05, 16:53
        Od czasowe komuny za cholere mu to nie wychodzilo ;)
    • homosovieticus Lista osób z "towarzystwa" - za Jackiem Łęskim 08.05.05, 17:17
      Lista nazwisk w porzadku alfabetycznym.Stommy należy szukać pod literą "S" . To
      uwaga dla kropekuka.

      www.bezcenzury.net/index.php?main=article&action=view&article=47&images=thumb180
      • goniacy.pielegniarz Re: Lista osób z "towarzystwa" - za Jackiem Łęski 08.05.05, 18:07
        Dzięki, już na tę listę trafiłem wcześniej. Czy znane są kryteria, według
        których Łęski spisał te nazwiska?
        • homosovieticus Re: Lista osób z "towarzystwa" - za Jackiem Łęski 08.05.05, 18:10
          goniacy.pielegniarz napisał:

          > Dzięki, już na tę listę trafiłem wcześniej. Czy znane są kryteria, według
          > których Łęski spisał te nazwiska?

          Jemu pewnie tak.
          Mnie nie. :(
          • goniacy.pielegniarz Re: Lista osób z "towarzystwa" - za Jackiem Łęski 08.05.05, 18:15
            homosovieticus napisał:

            > goniacy.pielegniarz napisał:
            >
            > > Dzięki, już na tę listę trafiłem wcześniej. Czy znane są kryteria, według
            > > których Łęski spisał te nazwiska?
            >
            > Jemu pewnie tak.
            > Mnie nie. :(


            Czy w takim razie możemy taką listę uznać za wartościową?
            • homosovieticus Re: Lista osób z "towarzystwa" - za Jackiem Łęski 08.05.05, 18:31
              goniacy.pielegniarz napisał:

              > homosovieticus napisał:
              >
              > > goniacy.pielegniarz napisał:
              > >
              > > > Dzięki, już na tę listę trafiłem wcześniej. Czy znane są kryteria,
              > według
              > > > których Łęski spisał te nazwiska?
              > >
              > > Jemu pewnie tak.
              > > Mnie nie. :(
              >
              >
              > Czy w takim razie możemy taką listę uznać za wartościową?

              Są ludzie ,którzy tę listę za taką uznają.
              • imagistyk Rywin został już wystarczająco ukarany 08.05.05, 19:04
                Dlaczego Rywin ma siedzieć w więzieniu skoro nie stanowi żadnego zagrożenia dla społeczeństwa ? Więzienia nie mogą doczekać się mordercy i sprawcy rozbojów,napadów z bronią w ręku stanowiący rzeczywiste zagrożenie dla bezpieczeństwa innych ludzi.Rywinowi wystarczyłby zwykły areszt domowy.To także jest bardzo okrutna kara,bardziej adekwatna do jego przestępstwa.
                • homosovieticus Michnik pojedna się i wybaczy Lwu ! 08.05.05, 19:28
                  Niedługo Michnik wybaczy Rywinowi, że, ten, śmiał zaproponować Gazecie -czyli
                  samem Adamowi Wielkiemu taki nieświeży interes. Całę szczęście, że Lew - kot
                  duży, ale niezby mądry - dał się namówić i wykrztusił z siebie - na wyrażną
                  prośbę samego Adama- że przysyła go Premier Miller.Dzięki temu, duet naiwnych
                  przyjaciół(M-K) pozbył się mafijnego kanclerza i jednoczesnie rywala
                  politycznego.
                  Sprawy przybrały pożądany obrót. Powstaje nowa, polirtyczna siła rozumnych i
                  honorowych, w której znajdzie się i miejsce dla Lwa.
                  Będziemy niedługo świadkami głośnego i publicznego, michnikowego wybaczenia.
        • joannabarska Jacek Łęski? Dziękuję ! 09.05.05, 00:35
          Jacek Łęski to ten, co katował nas kiedys w TVP1 za pampersiaków,a potem wył
          w "Życiu" Wołka i zełgał. Nie zniżę sie, by go czytac! Wychował sie chyba w
          lubelskim wydaniu "Gazety Wyborczej" i "poszedł w górę" po aferze z Bogatinem.
      • kropekuk Cannot find server... 08.05.05, 18:12
        A jakie to "autorytety" te liste sporzadzily? O.Hejmo?
        • goniacy.pielegniarz Re: Cannot find server... 08.05.05, 18:28
          Od redakcji: Kilka tygodni temu autor przekazał ten felieton znanemu
          ogólnopolskiemu tygodnikowi politycznemu, nazywanemu niekiedy pismem spoza
          towarzystwa. Redakcja odmówiła druku... Felieton powędrował więc do pewnego,
          mniej znanego, tygodnika katolickiego, ale i ten odmówił druku... Od kilku
          tygodni tekst krąży w internecie, a autor nadal uzupełnia go o nowe nazwiska.
          Robi to, co zaniedbali - lub nie odważyli się - zrobić inni.

          Kazimierz Adamczyk, Andrzej Arendarski, Jerzy Baczyński, Hanna Bakuła, Artur
          Balazs, Leszek Balcerowicz, Bogusław Bagsik, Marek Barański, Andrzej
          Barcikowski, Marek Belka, Aleksander Bentkowski, Jan Krzysztof Bielecki, Henryka
          Bochniarz, Marek Borowski, Piotr Buechner, Aleksander Chećko, Wiesław
          Ciesielski, Włodzimierz Cimoszewicz, Stanisław Ciosek, Włodzimierz Czarzasty,
          Janusz Czapiński, Gromosław Czempiński, Ewa Czeszejko-Sochacka, Krzysztof
          Czeszejko-Sochacki, Waldemar Dąbrowski, Stanisław Dobrzański, Jerzy Domański,
          Waldemar Dubaniowski, Marek Dukaczewski, Kamil Durczok, Tadeusz Drozda, Marek
          Dyduch, Władysław Frasyniuk, Andrzej Gdula, Bronisław Geremek, Marek
          Goliszewski, January Gościmski, Witold Graboś, Aleksander Gudzowaty, Jerzy
          Hertel, Jerzy Hoffman, Roman Jagieliński, Aleksandra Jakubowska, Krzysztof
          Janik, Grigorij Jankielewicz, Jerzy Jaskiernia, Wojciech Jaruzelski, Włodzimierz
          Jurkowski, Wiesław Kaczmarek, Ryszard Kalisz, Czesław Kiszczak, Krystyna Kofta,
          Grzegorz Kołodko, Bogusław Kott, Wojciech Kostrzewa, Jerzy Koźmiński, Ludwik
          Klinkosz, Jacek Kluczkowski, Piotr Kraśko, Andrzej Kratiuk, Ryszard Krauze,
          Marek Król, Edward Kuczera, Jan Kulczyk, Aleksander Kwaśniewski, Jolanta
          Kwaśniewska, Leszek Kwiatek, Andrzej Kwiatkowski, Robert Kwiatkowski, Bogusław
          Liberadzki, Cezary Lipert, Olga Lipińska, Mariusz Łapiński, Krystyna Łybacka,
          Janusz Majewski, Andrzej Majkowski, Jacek Merkel, Ryszard Miazek, Adam Michnik,
          Leszek Miller, Karol Modzelewski, Jan Montkiewicz, Krzysztof Mroziewicz,
          Sergiusz Najar, Daria Nałęcz, Tomasz Nałęcz, Ireneusz Nawrocki, Zbigniew
          Niemczycki, Lech Nikolski, Marek Nowakowski (GDS), Paweł Obrębski, Józef Oleksy,
          Witold Orłowski, Jarosław Pachowski, Janina Paradowska, Longin Pastusiak, Daniel
          Passent, Stefan Paszczyk, Cezary Pazura, Andrzej Piłat, Janusz Pieńkowski, Paweł
          Piskorski, Tomasz Posadzki, Leonard Praśniewski, Mieczysław Franciszek Rakowski,
          Janusz Reykowski, Maryla Rodowicz, Krzysztof Rogala, Dariusz Rosati, Lew Rywin,
          Irena Santor, Zbigniew Siemiątkowski, Ireneusz Sitarski, Marek Siwiec, Tadeusz
          Skoczek, Piotr Sławiński, Aleksander Smolar, Wiaczesław Smołokowski, Robert
          Smoktunowicz, Jacek Snopkiewicz, Stanisław Speczik, Zbigniew Sobotka, Zygmunt
          (Piotr) Solorz, Michał Sołowow, Jerzy Starak, Janusz Steinhoff, Ludwik Stomma,
          Cezary Stypułkowski, Bolesław Sulik, Krzysztof Szamałek, Janusz Szlanta, Jerzy
          Szmajdziński, Andrzej Szarawarski, Jolanta Szymanek-Deresz, Dariusz Szymczycha,
          Andrzej Śmietanko, Adam Tański, Nina Terentiew, Krzysztof Teodor Toeplitz,
          Andrzej Turski, Jacek Uczkiewicz, Ryszard Ulicki, Marek Ungier, Jerzy Urban,
          Mieczysław Wachowski, Marek Wagner, Mariusz Walter, Danuta Waniek, Włodzimierz
          Wapiński, Jerzy Wiatr, Sławomir Wiatr, Jan Wejchert, Mieczysław Wilczek, Jan
          Wieteska, Bogusław Wontor, Zbigniew Wróbel, Ryszard Varisella, Sobiesław Zasada,
          Andrzej Zarębski, Sławomir Zieliński, Grzegorz Żemek.


          autor:
          Jacek Łęski
          • kropekuk Materii dziwne przemieszanie... 08.05.05, 18:58
            Jedyne, co laczy tych ludzi, to ich znielubienie przez statystycznych Polakow.
            Jako czlowiek, ktory - w czasie pobytu w Polsce (bo obcokrajowiec itp) - bywal
            w "towarzystwie" moge ci zareczyc, ze wszyscy ci ludzie razem wodki nie pija,
            ze zbior dzieli sie na bardzo wiele - i to zwalczajacych sie - podzbiorow. A
            przy tym konfiguracje sie zmieniaja, bo tu sie gra o wladze, powazanie i
            pieniadze. Vide: Michnik i Rywin, by zaczac od klasyki.
            Pytales o Millera: nie mam pojecia, czy i czemu Stomma go sobie upatrzyl (moze
            chcial poplynac pod prad - to czesto robi, i z choru Polakow spiewajacych
            jednym glosem sobie zakpic?) - owej pracy nie znam, a sam gdybym mial
            powiedziec dobre slowo powiedzialbym je raczej o Cimoszewiczu. Niemniej Miller
            (zwlaszcza na wozku inwalidzkim) mial swietna prase w UK - "brave Pole" etc; to
            bylo wowczas, gdy nie oddawano Nicei ;)
            • ayran Re: Materii dziwne przemieszanie... 08.05.05, 19:47
              kropekuk napisał:

              > Pytales o Millera: nie mam pojecia, czy i czemu Stomma go sobie upatrzyl (moze
              > chcial poplynac pod prad - to czesto robi, i z choru Polakow spiewajacych
              > jednym glosem sobie zakpic?) - owej pracy nie znam,

              Pod prąd? Latem 2001? Z prądem i to z jakim. To była typowa książka kampanijna
              Fragment recenzji tej "pracy" autorstwa Elizy Olczyk z Rzepy:

              "Mąż opatrznościowy polskiej lewicy, polityk dalekowzroczny, przewidujący,
              inteligentny i błyskotliwy, prawy, honorowy i dżentelmen w każdym calu. Kim jest
              ten nieprzeciętny człowiek? Pomyli się każdy, kto sądzi, że powyższe
              przymiotniki opisują Aleksandra Kwaśniewskiego, po odejściu którego - na
              stanowisko prezydenta zresztą - działacze lewicy długo nosili żałobę.

              Owym nieprzeciętnym politykiem jest... Leszek Miller. Przewodniczący SLD tak
              właśnie wygląda w oczach Ludwika Stommy, felietonisty i członka Unii Pracy.
              Stomma napisał książkę pod tytułem "Leszek Miller". "


              I końcówka:

              "Witkacy, malarz znany i uznany, zarabiając na życie, prowadził firmę
              portretową, świadczącą usługi dla ludności. Firma oferowała portrety różnego
              rodzaju wśród nich portret "wylizany". W regulaminie firmy napisano: typ A -
              rodzaj stosunkowo najbardziej "wylizany". Odpowiedni raczej dla twarzy kobiecych
              niż męskich. Wykonanie "gładkie" z pewnym zatraceniem charakteru na korzyść
              upiększenia, względnie zaakcentowania "ładności".
              Portret Leszka Millera pióra Ludwika Stommy należy z całą pewnością do portretu
              typu A."

              (Rz. 7.7.2001)


              > Niemniej Miller
              > (zwlaszcza na wozku inwalidzkim) mial swietna prase w UK

              No tak - udział w negocjacjach na wózku inwalidzkim to faktycznie szczytowe
              osiągnięcie tego męża stanu.
              • kropekuk Pod prad OPINII LUDU POLSKIEGO... 08.05.05, 19:50
                Powinines wiedziec, ze Stomma ma naukowe spojrzenie na ow lud. A po 30 latach
                pracy juz bez zludzen...
                • imagistyk L.Stomma wielokrotnie naraził się 08.05.05, 20:41
                  klerykałom i polskiej "prawicy" przypominając niewygodne im fakty z historii.Szczególnie śmiesznie wypadł KUL,który wypierał się zatrudniania Stommy jako wykładowcy.Stomma wykazał także obłudę JP II w sprawie Galileusza.Opisał także faktyczny stan naszej wiedzy o sporze Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem.Innych polemik z zakłamywaniem historii Polski przez Kościół już nie będę opisywał.Nic dziwnego ,że jest tak znienawidzony przez "autorytety moralne i religijne",których czółka nie zhańbiły się nauką i myśleniem.Nie będę oceniał jego tekstów o Millerze i spółce,gdyż ich nie czytałem."Polityka" stała się moim zdaniem pismem pewnej grupy towarzyskiej,której nie darzę sympatią i zaprzestałem ją czytać.Co i innym polecam.
                • ayran Re: Pod prad OPINII LUDU POLSKIEGO... 08.05.05, 22:36
                  Jsne. I z wyżyn tych 30 lat postanowił wesprzeć Millera piszac jego
                  (grafomoańską zresztą) hagiografię. Pewnie przeczuwał, że za trzy lata "brave
                  Pole" rzuci na kolana całą Europę zajeżdzając do Brukseli wózkiem inwalidzkim.
                  BTW na Sorbonie Stomma specjalizuje się w religiach słowiańskich - marna to
                  kompetencja do oceny Rywina&Co. Chyba ze coś przegapiłem.
                  • kropekuk W "religiach slowianskich" ? Bo to przegapiles!!! 09.05.05, 13:11

                    • ayran Re: W "religiach slowianskich" ? Bo to przegapile 09.05.05, 13:15
                      Nie rozumiem, z czym się zgadzasz bądź nie.
                      • kropekuk W tematyce wykladow Stommy na Sorbonie... 09.05.05, 14:47
                        A powiesc detektywistyczna to tez "religie slowian"?
                        • ayran Re: W tematyce wykladow Stommy na Sorbonie... 09.05.05, 15:02
                          kropekuk napisał:

                          > A powiesc detektywistyczna to tez "religie slowian"?

                          Informacje czerpię z oficjalnej strony Sorbony. Nie jestem aż takim fanem
                          Stommy Juniora by znać tematykę wszystkich wygłąszaneych przezeń wykładów.
    • homosovieticus Ziemkiewicz o felietonistach i o Stommie też! 08.05.05, 23:30
      Zero zdziwień 1999


      Śmierć felietonu
      Felieton jest w życiu kulturalnym tym, czym pstrąg w rzece. Jak wie chyba
      każdy, nie tylko wędkarze, szlachetna ta ryba organicznie niezdolna jest do
      życia w brudnej wodzie. Tam, gdzie dojrzysz jej charakterystyczny grzbiet, tam
      wchodź śmiało - kąpiel będzie rozkoszą. Z felietonem dokładnie tak samo.

      Felieton to forma niezwykła. Wychodzi od konkretu, od doraźności, najczęściej
      politycznej - ale cały jego sens leży w wydobyciu z niej nieprzeczuwanych
      iskier morału, skojarzenia, jakiejś prawidłowości. Felietoniście wolno postawić
      tezę szaloną, byle to szaleństwo urzekało. Wolno nie mieć słuszności, byle swe
      niesłuszne tezy umiał przekonująco uargumentować. W ogóle wiele mu wolno, byle
      tylko nie nudził; inteligentny czytelnik umie docenić sam sposób gry,
      przeskakiwania z tematu na temat, doboru słów, zabawiania się skojarzeniami.
      Bo, właśnie - felieton jest dla czytelników mających pewną wiedzę, obycie i
      własne zdanie, zdolnych podjąć rzucaną przez autora rękawicę. Nie dla
      półinteligenta, który w gazecie, jak w podręczniku kawiarnianego surwiwalu,
      szuka pilnie konkretnej wskazówki: co myśleć, co mówić, w jakie frazesy i miny
      się ubrać, aby zaś nie narazić się na zdemaskowanie jako intelektualny nuworysz
      ze słomą w butach.

      Taki osobnik nie potrzebuje felietonów, tylko wstępniaków: jasno postawionej
      tezy oraz podwójnie podkreślonego morału, do wkucia na pamięć i recytowania
      jako własnej, głębokiej myśli. Dlatego na dzisiejszy głęboki upadek felietonu
      trzeba patrzeć jako na objaw rozpanoszenia się w polskim życiu umysłowym
      inteligencji zastępczej. Rzecz nie tylko w tym, że w miejsce felietonów wiodące
      gazety i pisma drukują wypociny ludzi o literackich talentach, poczuciu humoru
      i błyskotliwości sierżantów sztabowych. Rzecz w tym, że nawet ludzie, którzy w
      innej, zdrowszej sytuacji, zmuszeni stawać na palcach, mogli by wykrzesać z
      siebie coś ciekawego, staczają się ochoczo do ogólnego poziomu.

      Bolesnym przykladem takiego stoczenia się jest Stanisław Tym. Kto pamięta jego
      dawne występy kabaretowe czy współtworzone ze Stefanem Bareją komedie,
      zdumieniem przyjmuje wiadomość, iż to ten sam Tym, który na łamach "Wprost"
      oblewa pomyjami postrachy warszawki i krakówka. Prałat Jankowski to dla jego
      giętkiego pióra "bęcwał i obrzydliwiec", politycy AWS "inwalidzi umysłowi"...
      Wybryku Skiby nie ma co bronić, ale jeśli najinteligentniejszym komentarzem na
      jaki "felietonistę" stać pozostaje słowo "dureń", lepiej było nie komentować w
      ogóle. Zresztą czemuż się akurat Tym Skiby czepia, skoro co tydzień robi
      we "Wproście" rychtyk to samo, co Skiba w katowickim "Spodku"?

      A ileż trzeba inteligencji, by wytknąć Walendziakowi, że jest "kluskowaty" -
      koncept, z którego Tym wydaje się szczególnie dumny, bo powtórzył go
      wielokrotnie? Gdyby ktoś z nim chciał nawiąząć polemikę na tak wysokim
      poziomie, winien nazwać Tyma, dajmy na to, "łysą pałą". Ale wtedy, ho - wtedy
      dopiero by się okazało, że to nie przystoi, nie wypada! Bo kiedy chamskimi
      inwektywami sypie się na Wrzodaka czy Rydzyka, to "kpiarstwa w stylu Kisiela"
      (Tfu! Tej profancji Mistrza nie wybaczę "Wprostowi" nigdy!) - ale w odrotną
      stronę?! Ileż oburzenia i obelg wzbudziły występy Cejrowskiego, który przecież
      nigdy nie posunął się do dowcipów bardziej wątpliwych czy niesmacznych niż
      dyżurny pajac poznańskiego tygodnika.

      Zresztą Tymowi przynajmniej o coś chodzi - choć tylko o zmieszanie z błotem i
      ulżenie starczej zapiekłości. Jeszcze straszniejsi od bluzgających jadem Tymów
      czy Małachowskich są felietoniści mianowani. Tacy zdają się wierzyć w całkiem
      odwrotny od rzeczywistego porządek rzeczy: skoro zostałem stałym felietonistą
      poczytnego pisma, to widać to, co mam do powiedzenia, jest interesujące.
      Klinicznym przykładem takiej postawy jest nieznośne smędzenie, jaki uprawia
      w "Polityce" Ludwik Stomma. Od czasu do czasu rywalizuje z innymi w miotaniu
      wiecznie tych samych, prymitywnych bluzgów na "durniów i oszołomów", częściej
      jednak nie chce mu się i tego, raczy więc czytelników opisami, co jadł ostatnio
      na śniadanie i jak mu kwitną drzewka w ogródku albo swoimi listami ulubionych
      pisarzy, polityków i manikiurzystek. Co ciekawe, czytelnicy tę grę pozorów
      przyjmują - wszak to nasz stały felietonista, widocznie na tym to polega.
      Czytelnik - surwiwalowiec (patrz wyżej) kupi wszystko. Nawet ogłoszenie wielkim
      stylistą i mistrzem polszczyzny pana Pilcha, człowieka w istocie chorego na
      słowną biegunkę, który jak zacznie zdanie, nie umie go skończyć przed końcem
      akapitu. Ostatnio zresztą z owej "zawiesistej polszczyzny" zakpił pan
      Słojewski. Jakiejż błyskotliwej a cienkiej riposty udzielił mu rzekomy "wielki
      stylista", który wyraźnie nieopatrznie w swą dętą wielkość uwierzył? Ano
      napisał, żeby Słojewski "przestał bredzić". Ha, cóż za mistrzowskie pchnięcie!
      Jak lekko, pięknie piszesz Pan - że sobie pozwolę sparafrazować wieszcza. Ot,
      poziom naszych luminarzy kultury!

      Cóż zresztą chcieć. Pstrągi żyć mogą tylko w rwącym, czystym potoku. Nie w
      zaśmiardłym bagienku.
      • yossarian18 Re: Ziemkiewicz o felietonistach i o Stommie też! 08.05.05, 23:47
        Pilch to dobry pisarz, ale słabiutki felietonista.
        Najlepszą publicystykę w Polsce uprawia Łysiak-poczytajcie sobie któregkolwiek
        z Łysiaków na łamach...
      • kropekuk A w jakich nakladach wychodzi pan Ziemkiewicz? 09.05.05, 13:13

    • yossarian18 Łysiak o felietonie 08.05.05, 23:49
      Było felietonistów wielu...

      Felietonistów zawsze jest wielu, odkąd Francuz J. L. Geoffroy wprowadził ten
      gatunek publicystyczno-literacki na łamy "Journal de debats" (1800), lecz
      niewielu jest mistrzów. Jak w każdej dziedzinie twórczości. Stanisław
      Michalkiewicz bezspornie należy do wirtuozów felietonistyki polskiej; nawet
      jego wrogowie nie mogliby mu tego miana odmówić. Teraz zaś - nim ruszę dalej -
      rozbierzmy powyższy akapit na części i przeanalizujmy każdą osobno.

      Abbe Geoflroy użył jako pierwszy nazwy felieton ("feuilleton "), lecz nie on
      był pierwszym felietonistą, bo głośny G. E. Lessing prowadził felieton na
      łamach "Yossische Zeitung" już w latach 1751 - 1755, a i wcześniej moglibyśmy
      znaleźć formy felietonopodobne u sławnych Europejczyków. Francuskie imperium
      felietonowe pierwszej połowy XIX stulecia wywarło wpływ na kraje sąsiednie, a
      jedyną skuteczną barierą dla podbijającego kontynent felietonu okazał się Kanał
      La Manche - Anglicy przyjmowali felietonową formę uprawiania publicystyki z
      trudem i właściwie nigdy nie przyjęli jej do końca. Za to Niemcy bardzo
      chętnie - od lat czterdziestych XIX wieku felieton robił tam świetną karierę. W
      Polsce zadomowił się trwale dopiero po Powstaniu Styczniowym, by przez cały XX
      wiek stanowić królewską dziedzinę nadwiślańskiej publicystyki.

      "Niewielu jest mistrzów"- rzekłem. Nigdy nie było wielu, albowiem felieton z
      prawdziwego zdarzenia wymaga znakomitego warsztatu. I to warsztatu dużo
      bardziej literackiego niż dziennikarskiego, słowem: jest felietonistyka
      dziedziną artystyczną, szczytem artyzmu wśród gatunków dziennikarskich
      zapełniających łamy czasopism. W parze z dyscypliną objętościową, czyli z dużą
      lapidarnością (nie bez przyczyny "feuilleton " to po francusku listek,
      karteluszka) musi tu iść wrażliwość prozatorska lub nawet quasi-poetycka,
      umiejętność barwnego metaforyzowania, zgrabnego komponowania, celnego
      puentowania, wreszcie zabójczego wyszydzania, czyli poczucie humoru, bądź
      precyzyjnego argumentowania, czyli pancerna logika gazetowych harcowników.
      Dopiero gdy wszystkie te elementy mają pięciogwiazdkową jakość i pływają w
      sosie metafizyki, czyli tego czegoś nieuchwytnego, co zwiemy talentem danym od
      Boga - możemy mówić o rasowym felietoniście. Stanisław Michalkiewicz jest
      więcej niż felietonistą rasowym - jest felietonistą wybitnym. Jako felietonista
      przejdzie do historii pośród niewielkiej grupy asów felietonistyki sarmackiej.
      Świętochowski, Prus, Nowaczyński, Żeleński (Boy), Mackiewicz (Cat), Kisiel i
      jeszcze paru innych - to czołówka. Niełatwo dorównać takim monumentom.
      Michalkiewiczowi się udało, czemu uczciwie zaprzeczyć - co już mówiłem - nie
      może nikt. Rzecz jasna nie każdy felieton Pana Stanisława jest arcydziełem
      gatunku, lecz żaden twórca w dziejach (bez względu na rodzaj sztuki) nie tłukł
      samych arcydzieł. Chodzi o tzw. średnią, vulgo: o nie schodzenie poniżej
      pewnego (szlachetnego) poziomu. Rutynowy poziom Michalkiewicza jest bardzo
      wysoki. Co mnie zdumiewa.

      Wspomniane wyżej zdumienie ogarnia mnie dlatego, że Michalkiewicz jest
      felietonistą niesłychanie płodnym. Pisuje regularnie cotygodniowe felietony do
      kilku tygodników (m. in. "Najwyższy Czas!", "Nasza Polska", "Gazeta Polska"),
      tudzież wygłasza felietony radiowe, co razem daje felietonowy kierat, któremu
      podołać może jedynie natura tytaniczna par excellence. Już w XIX wieku ktoś
      celnie parsknął, iż "stały felieton jest jak regularny stolec na rozkaz".
      Przekonałem się o tym sam swego czasu, gdy dałem się pewnemu tygodnikowi nająć
      jako stały felietonista. Niedzielna męka myślowa: "Co by tu??..." (felietony
      oddawałem redakcji w poniedziałek) wkurzała mnie okropnie, więc rzuciłem fach
      felietonisty tak, jak niewolnik zrzuca jarzmo. Tymczasem Michalkiewicz tłucze
      kilka felietonów tygodniowo bez oznak męczennictwa, i do tego ilość przechodzi
      mu w jakość, czyli owa produkcja nie staje się nadprodukcją wskutek zaniżania
      poziomu - średni poziom jest zawsze doskonały, a co i raz trafiają się takie
      perełki, że przysłowiowe palce lizać. To właśnie budzi moje zdumienie.

      Prawdziwie wybitny felietonista ma pióro nie tylko ostre, celne dowcipne i
      ujmujące. Wszystko to byłoby mało. Rysem charakterystycznym felietonistyki
      najwyższego lotu jest jej automatyczna rozpoznawalność. Mówię o wypracowaniu
      przez felietonistę własnego, oryginalnego stylu, którego melodia powoduje u
      odbiorców warunkowy odruch rozpoznawania. Tak właśnie jest z Michalkiewiczem -
      można wyrwać z całości jakikolwiek akapit jego felietonu i przeczytać jego
      koneserowi, a ten od razu rozpozna manierę Stanisława Michalkiewicza.

      Gdyby chciało się felietony Pana Stanisława szufladkować rodzajowo, pierwszy
      przymiotnik brzmiałby: polityczne. Są to felietony kulturowe, socjologiczne,
      polemiczne, lecz przede wszystkim polityczne. Wieloletni redaktor
      naczelny "Najwyższego Czasu!", a obecnie szef konserwatywno-liberalnej partii
      (Unia Polityki Realnej), był, jest i po kres dni swoich będzie szermierzem
      politycznym, człowiekiem toczącym polityczny bój. Felieton to bardzo ważny
      rodzaj miecza w takiej walce. A już zwłaszcza felieton prześmiewczy bądź
      przekonujący nieodpartą logiką i argumentacją, gdyż starodawni Chińczycy mieli
      całkowitą rację mówiąc: "Język jest ostrym mieczem, który zabija, chociaż nie
      utacza krwi". Bogato niuansowane, czasami tryskające humorem prostolinijnym,
      częściej zaś kpiną metaforyczną, delikatną, wielowarstwową, choć zawsze ostrą
      niby brzytwa - felietony Michalkiewicza dosięgają wrogów (głównie wszelkiej
      maści lewaków i farmazonów) w czułe miejsca. Tam zaś, gdzie autor rezygnuje z
      kpiarstwa na rzecz przekazu prelekcyjnego - dostajemy wykład charakteryzujący
      się żelazną logiką i użyciem argumentów, których celność demoluje przeciwnika.

      Specyficzny styl Michalkiewicza ma więc dwie maniery - drwiącą i wykładową.
      W "Najwyższym Czasie!" przeważa ta pierwsza - Michalkiewicz jest tam
      renesansowym trefhisiem-prawdomówcą i trefhisiem-filozofem, niczym Triboulet
      lub Stańczyk, kpiąc z głupoty i wredności człowieczej. W "Naszej Polsce"
      częściej zakłada, jako felietonista, togę błyskotliwego wykładowcy, który z
      morderczą dla przeciwników logiką ujawnia ich nędzę duchową i sekrety, kulisy,
      mechanizmy politycznych, rasowych lub finansowych matactw. Tematyka jest różna,
      a to, iż raz po raz zjawiają się problemy tyczące stosunków polsko-żydowskich
      wynika z faktu, że "Nasza Polska" przyjęła niewdzięczną rolę (można rzec
      brzemię) pisma wiodącego wśród tych, które zwalczają oszczerczy antypolonizm
      uprawiany przez światowe Żydostwo.

      Walka polityczna ma to do siebie, że mnoży walczącemu wrogów. Lecz cóż jest
      wart człowiek bez wrogów? Stanisław Michalkiewicz ma ich wielu - zwano go
      już "oszołomem", "antysemitą", "szowinistą" itp. Felietony drukowane w "Naszej
      Polsce" przysparzają mu nieprzyjaciół zwłaszcza wśród ludzi źle życzących
      Polsce i Polakom. Lecz równocześnie przysparzają mu wielbicieli wśród ludzi,
      których serca biją szczerze po polsku. Co jest nagrodą wielką, nie do
      przecenienia.

      Waldemar Łysiak
      Z przedmowy do "W przededniu końca świata"
      • czur-czur-ra tózy 09.05.05, 00:07
        "lecz niewielu jest mistrzów. Jak w każdej dziedzinie twórczości. Stanisław
        Michalkiewicz bezspornie należy do wirtuozów felietonistyki polskiej"

        Powiedzmy sobie wprost, Michalkiewicz Michalkiewiczem, ale to Łysiak jest
        mistrzem bezspornie felietonistyki wirtuozem polskiej. Niemal tak wielkim, a
        może nawet większym niż Ludwik Stomma. I serce jego bije, oczywiście, po polsku,
        bo to szczery Polak dobrze życzący Polakom, choć nie wszystkim, a zwłaszcza tym
        o żydowskim pochodzeniu. A poza tym Shakira pozostaje wierna swojemu
        narzeczonemu "mimo licznych pokus", marzy o tym, żeby mieć dzieci i uprawiać
        pomidory.
        • wartburg4 Re: tózy 09.05.05, 11:43
          czur-czur-ra napisał:

          > "lecz niewielu jest mistrzów. Jak w każdej dziedzinie twórczości. Stanisław
          > Michalkiewicz bezspornie należy do wirtuozów felietonistyki polskiej"
          >

          Łysiak i Michałkiewicz upili się w Weimarze? Goethe i Schiller????
    • joannabarska Stomma ma rację 09.05.05, 00:21
      goniacy.pielegniarz napisał:

      > Bo przecież powazna publicystyka ma jakieś swoje granice.
      > A może to jednak żart?
      >
      >
      > polityka.onet.pl/artykul.asp?M=FS&NR=2501-2005-17
      >
      Nie czytam dalszych wpisow. Uwazam,ze Stomma,znakomity felietonista, ma w tym
      przypadku 100 proc. racji!!!
      • janbezziemi Re: Stomma ma rację 09.05.05, 12:11
        Michalkiewicz jest felietonistą? To najlepszy dowcip roku w opiniach GW!
    • wartburg4 Stomma minął sie z powołaniem 09.05.05, 11:38
      goniacy.pielegniarz napisał:

      > Bo przecież powazna publicystyka ma jakieś swoje granice.
      > A może to jednak żart?
      >
      >
      > polityka.onet.pl/artykul.asp?M=FS&NR=2501-2005-17
      >


      Stomma minął sie z powołaniem. Tym felietonem zasłużył sobie na Oscara w
      kategorii "najlepszy dowcip roku". Dałbym mu też honorowe członkowstwo w
      "Salonie Niezależnych" albo w "Piwnicy pod Baranami". Brawo Lutek! Satyra
      jest najlepsza, kiedy pisana jest ze śmiertelną powagą. Wiedzą o tym tylko
      najwytrawniejsi zawodowcy. Osobiście miałem skojarznia ze wczesnymi
      produkcjami "Monty Pythona" w BBC. Pokazywali tam np. jakiś filmik, z którego
      wynikało, że kadeci z Royal Navy chodzą na bale w podwiązkach i zaraz potem
      odczytywali dementi (bardzo bełkotliwe) pisane przez jakiegoś admirała, który
      siedział przy biurku w damskiej bieliźnie.
      • czur-czur-ra Re: Stomma minął sie z powołaniem 09.05.05, 18:00
        Z Monty Pythonem koarzy się też kandydatura Szyszkowskiej do Nobla. Chociaż...
        MP by chyba tego nie wymyślił.
    • tees1 ten autor tak ma 09.05.05, 12:19
      on swego czasu bronil w swym felietonie czasopisma "Zly" (kto pamieta?)
      • imagistyk Podpierać się takimi pajacami jak 09.05.05, 13:05
        Michalkiewicz,Ziemkiewicz,Rybiński czy Łysiak muszą ludzie nie potrafiący samodzielnie myśleć i bez znajomości historii Polski,Europy i świata.Razem wzięci nie są godni czyścić ziemi przed grobem Kisiela.Propagandziści nigdy nie będą felionistami.Chyba, że w oczach towarzystwa wzajemnej adoracji.
    • homosovieticus Media rosyjskie szanują Stommę - jak Urbana 09.05.05, 13:56
      i chętnie zamieszczają jego felietony. Sczególnie w ostatnim okresie, kiedy to,
      wskutek wzniecanej przez "polskie lewicowo - liberalne" środowiska fali żalu,
      pretensji i antyrosyjskich fobii,media rosyjskie w odpowiedzi, " mniejszemu i
      głupszemu bratu " z lubością drukują felietony takich wybitnych i mądrych
      Polaków, jak Urban czy Stomma.
      Obaj Panowie znani są, zapewne nie tylko w Polsce, z miłości do polskiej
      kultury oraz z dumy, że urodzili się Polakami.
      Nie wiem, czy poniższy felieton był drukowany w majowych numerach "Polityki" -
      pisma ludzi z "towarzystwa". Towarzystwa z "dobrą "genealogią", chociaż
      większość nawet dziadka nie znała z opowieści.
      Przeczytajcie, jeśli czytać potraficie.
      Warto!
      www.inosmi.ru/stories/05/04/14/3445/219422.html
      • kropekuk Mam cicha nadzieje, ze ci Lutek morde skuje... 09.05.05, 14:51
        A sodzac po burzliwych latach mlodosci, a i dzisiejszej posturze jeszcze to
        potrafi...
        • homosovieticus Nie wierz chłopie sile fizycznej wierz rozumowi 09.05.05, 14:58
          kropekuk napisał:

          > A sodzac po burzliwych latach mlodosci, a i dzisiejszej posturze jeszcze to
          > potrafi...

          Kiedyś biegałem.Na 400m. miałem 51 sec.
          Myslisz ,że dogoni?
          A jak dogoni, to czy będzie miał siłę skuć mordę?
          Bardzo wątpię.
          Nie biegam, z reguły sam.
          • kropekuk No to na IQ ze Stomma JUZ jestes znokautowany ;) 09.05.05, 15:28

    • nabukko Re: Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny? 09.05.05, 14:28
      Jednego nie rozumiem. Jak to jest, że stali czytelnicy "Naszego
      dziennika", ""Gościa niedzielnego" i wybranych tematów z Rzepy
      itp. "literatury" - a takich widzę tu większość, czytają "Politykę" i jeszcze
      udają że coś rozumieją. Kataryno, ayran i wam podobni: nie wysilajcie resztek
      mózgu bo się wam przegrzeje i całkiem wyjałowi. Ja wiem, że wasze racje są
      jedynie słuszne ale mam dla was przykrą wiadomość - słuszne jedynie dla was.
      Kisicie się na tym forum we własnym sosie nienawidząc "Wyborczej", pobijacie
      sobie nawzajem bębenek onanizując się "otwartościa umysłów,szerokim widzeniem
      tematu,wyrazistością poglądów,troską o Ojczyznę" itp. Czy to nie schizofrenia?.
      Każdego o innych poglądach odsądzacie od czci i wiary. Radzę złożyć wizytę u
      psychiatry. Buźka niedowarzeni politykierzy.Żal mi was.
    • lupus.lupus P jak Polityka 09.05.05, 15:23
      Ciekawy tekst Piotr Zaremby."Fronda" nr 2. Rok Pański 1994 od narodzenia
      Chrystusa, 7502 od powstania świata, 2748 od założenia Miasta

      "W latach 70. jako człowiek nieopierzony lubiłem „Politykę". Występowali w niej
      ludzie znani mi dobrze z ówczesnej bardzo zabawnej, gierkowskiej telewizji.
      Byli dowcipni. - Odkąd w radomskim kiosku wypłacono mi resztę prezerwatywą, nic
      mnie już nie zdziwi - ten dowcip Daniela Passenta rozśmieszał mnie w liceum do
      łez.
      W roku 1982, gdy nastała „noc stanu wojennego" zastanawiałem się, jak będzie,
      gdy upadnie komunizm. Zdawało mi się wówczas, że wraz z PRL-em
      zniknie „Polityka". Zdążyła mi w międzyczasie obrzydnąć. „Powraca w warunkach
      stanu wojennego" - pisała o samej sobie w artykule wstępnym, pisanym pewnie
      przez Mieczysława F. Rakowskiego. - który położył kres postępującej
      anarchizacji życia społeczno-gospodarczego i rosnącemu chaosowi oraz pozbawił
      siły antysocjalistyczne możliwości działania". To wystarczyło bym wydał wyrok,
      zwłaszcza, że część dziennikarzy z „Polityki" odeszła na znak protestu.
      - Komu będzie potrzebna, jeśli komunizm zniknie? - rozumowałem naiwnie. -Samym
      komunistom nie, bo albo sami także znikną, albo nie będą się musieli uciekać do
      takich sztuczek. Zwykłym czytelnikom też nie, bo cała jej pokrętna retoryka
      stanie się nieprzydatna i martwa w warunkach demokracji i wolnego rynku.
      Okazałem się naiwny. Po pierwsze nie do końca rozumiałem, że ten drętwy
      wstępniak z 1982 roku to tylko naturalna konsekwencja zadań i
      kształtu „Polityki" poprzednich lat. Najpierw pisma stworzonego pod koniec lat
      50. po to, by zastąpić inne tygodniki, bardziej wówczas krnąbrnych
      rewizjonistów partyjnych. Później okna na świat ambitnych technokratów z
      legitymacjami PZPR w kieszeniach.
      Ale co gorsza nie przewidziałem również, że przy „Polityce" pozostaną po 1989
      roku jakże wierni czytelnicy. Czy i jak z nimi wojować? Jak wojować z ludzkimi
      potrzebami, gustami?
      - Co za uczucie ulgi, że jest „Polityka" - pisała w 1982 roku jedna z
      czytelniczek, kiedy inni martwili się - być może naiwnie - aresztowanymi,
      pobitymi, wyrzuconymi z pracy -To znak, że mimo bardzo skomplikowanej sytuacji
      autentycznie sprzyjające socjalistycznej demokracji siły funkcjonują i są
      gotowe w każdej chwili kontynuować, to co kontynuować musimy, aby do tragedii
      nie doszło - demokratyczny proces rozwoju we wszystkich sferach naszego życia".
      Bardzo prawdopodobne, że dziś pani tej pismo nadal dostarcza masę
      przyjemności, choć może ona sama posługuje się już inną (nowo) mową.
      Pastwić się nad „Polityką" z 1982 roku to dziś jałowe zajęcie. Passentowi
      pozwolono tam wówczas na powtarzane wtedy po kilkakroć wyznanie, które brzmiało
      mniej więcej tak: „skoro nie ma dziś szansy na bardziej liberalną władzę,
      popieram z konieczności władzę taką jaka jest". Piszę pozwolono, bo przecież
      dla tamtej władzy było to oczywiście nie do końca pochlebne. Nie wiadomo nawet,
      czy cytowana przed chwilą pani czytelniczka podzielała do końca to zdanie (może
      jednak podzielała, tylko uważała, że Passentowi wolno więcej niż jej).
      Dziś - tak jak zresztą i wtedy - wobec takiej argumentacji opadają ręce, a
      języka strzępić nie chce się tym bardziej. Już widzę uśmiechniętego z wdziękiem
      Passenta, który słucha komunikatów stanu wojennego i zmrużeniem oka wyraża
      wobec nich subtelny dystans. Mówić, że robił coś niewłaściwego? Po co? l w jaki
      sposób?
      Ciekawsza dla mnie jest „Polityka" dzisiejsza, ta, która zachowała wiernych
      czytelników, ba, nawet zdobyła nowych, bo przecież część inteligencji
      solidarnościowej o ław. liberalno-laickich inklinacjach szybko przywykła do
      dawniej wrażego sobie tygodnika i uważa go dziś za własny. Prawdopodobnie już
      nie pamiętają, jak delektowali się w latach osiemdziesiątych piosenką Jacka
      Kaczmarskiego dedykowaną z patetyczną pogardą Passentowi właśnie. Jak czytali z
      wypiekami na twarzach subtelne, a przesycone moralnym oburzeniem analizy
      cynizmu Politykowych mistrzów dialektyki.
      To zresztą świadectwo pewnej słabości tego środowiska. Dwa sztandarowe
      tygodniki musieli im zafundować wychowanek Rakowskiego, Jan Bijak oraz były
      sekretarz KC Marek Król (mowa oczywiście o „Wproście"). W obu dąsa się od czasu
      do czasu na kołtunów Andrzej Szczypiorski. Dziś to w pełni już wystarczy, by
      uświęcić te łamy. Czego lub raczej kogo szukają w „Polityce" jej czytelnicy.
      • lupus.lupus P jak Passent 09.05.05, 15:24
        P JAK PASSENT
        W czasie stanu wojennego wielu opozycyjnych moralistów usiłowało się pastwić
        nad Passentem. Nie mogli znieść jego precyzyjnej logiki, która kazała mu głosić
        twardą konieczność dziejową pośród wytrawnych dywagacji (a czasem dyrdymałków)
        o amerykańskich uniwersytetach i zachodnich politykach. Jego ówczesny szef,
        komunistyczny wicepremier Rakowski pewnie mu tego zazdrościł. On umiał jedynie
        chwalić się na spotkaniu z Wałęsą i gdańskimi stoczniowcami tym, że kanclerz
        Schmidt poklepał go w kolano. Stylu jednak nie miał, nadawał się do pisania
        topornych wstępniaków. Np. tego o wprowadzeniu stanu wojennego.
        Passent miał styl i trudno go dzisiaj zmóc innymi argumentami niż estetyczne.
        Sztukę ówczesnej dialektyki posiadł jak mało kto. Oto wiosną 1982 roku
        polemizował z Koźniewskim, a później z intelektualistami-dogmatykami - Januszem
        Roszko i Januszem Gaworskim. Koźniewski domagał się w języku szczególnie
        odpowiednim dla tamtego momentu bezwzględnego posłuszeństwa dla każdego państwa
        bez wyjątku. Podobało się to - co zrozumiałe -intelektualistom-komunistom.
        Passent komunistą nie był. l dlatego w kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu
        wojennego heroicznie sprzeciwiał się Koźniewskiemu. - Państwo ma przecież
        kontekst klasowy - oburzał się i przypominał, że taka filozofia mogłaby
        prowadzić do apologii gnębicielskich funkcji państwa sanacyjnego czy Anglii
        rządzonej przez krwawą Margaret Thatcher. A między wierszami robił perskie oko
        do publiczności. -Nie każde państwo mi się podoba - sugeruje wbrew rygoryście
        Koźniewskimu. - W tym obecnym także nie wszystko.
        Jednak żywiołem ówczesnego Passenta było co innego. W maju 1982 roku
        relacjonował telewizyjną wymianę zdań (a była to telewizja stanu wojennego,
        chroniona chyba jeszcze przez strażników w mundurach) między narodowo-
        komunistycznym aktorem Ryszardem Filipskim i publicystą „Polityki" Zygmuntem
        Kałużyńskim. Passent relacjonuje subtelnie, ale nie skrywa sympatii dla
        Kałużyńskiego. Nazywał go (zresztą za Filipskim) właśnie „liberałem". W ustach
        Passenta, bywalca amerykańskich środowisk akademickich, to wielka pochwała.
        „Liberał" Kałużyński przeżył wtedy gwałtowny przypływ aktywności. Zajmujący się
        na ogół filmami, przystąpił wówczas do intelektualnej ofensywy. Nie skrywając
        wrogości wobec szeroko rozumianej „prawicy" ogłaszał swoje kolejne odkrycia. Na
        przykład, że Józef Stalin nie był wcale tak zły, jak go do tej pory
        przedstawiano.

        Albo, że George Orwell pisząc „Rok 1984" miał w gruncie rzeczy na myśli nie
        radziecki komunizm, ale rządy angielskich labourzystów.
        Dla Passenta był Kałużyński sojusznikiem, nie tylko dlatego, że od lat pisali w
        jednym piśmie. U schyłku lat 70. „Polityka" wdała się w wymianę ciosów z tzw.
        opcją „patriotyczną", a tak naprawdę narodowo-komunistyczną - reprezentowały ją
        takie pisma jak „Barwy", „Stolica" czy „Ekran". Toczono homeryckie boje o
        poszczególne dzieła artystyczne i oceny wydarzeń historycznych, w podtekstach i
        aluzjach tamci oskarżali „Politykę" o kosmopolityzm, publicyści zaś tego pisma
        swoich oponentów o antysemityzm. Pasja jaką wkładały obie strony w te spory
        przypominała pasję ugrupowań politycznych walczących o władzę w parlamentarnej
        demokracji.
        Rzecz w tym, że była to co najwyżej dintojra hodowanych przez KC PZPR koterii i
        po 1982 spór ten nie obchodził prawie nikogo poza ich uczestnikami. Obchodził
        Passenta, który na bazie dziwacznego „kombatanctwa", sojuszu sił „zdrowego
        rozsądku" odnajdywał jedność z Kałużyńskim i Koźniewskim, skądinąd
        nieubłaganymi zwolennikami silnego, karzącego wichrzycieli państwa.
        Ten sojusz chciałby zapewne weteran Passent podtrzymywać i dziś, a nawet
        poszerzać, bo narodowych komunistów wprawdzie nie widać, ale są katoliccy
        narodowcy. l rzeczywiście, w „Polityce" wciąż piszą kochani przez polską
        inteligencję, postarzały Kałużyński, postarzały Koźniewski. Bywa, że pojawia
        się wciąż krzepki Jerzy Urban, z którym w 1982 Passent także w rozkoszny sposób
        polemizował i przez którego bywał z lekka besztany jako pięknoduch, a którego w
        1994 przewrotnie broni jako trochę „nieuładzonej" źrenicy wolności.
        W 1989 roku Passent uznał, że historyczne wypadki potwierdziły, jak zwykle
        zresztą, słuszność wszystkich jego tez. Także słuszność postawy, skoro Kuroń i
        Michnik okazali się mięczakami, i choć Koźniewski cieszył się w 1982 z ich
        internowania, oni wezwali niezwłocznie do pojednania. Przez kilka ostatnich
        lat, w przerwach między niezmiennymi opowieściami o amerykańskich
        peregrynacjach i kolejnych prezydentach USA, Passent dyskutował głównie o
        dziedzictwie PRL-u. Polemizował z „duchowymi dekomunizatorami", nawet wówczas,
        gdy oni w praktyce już milkli lub w najlepszym razie byli bardzo słabo
        słyszani. Dawał ustawicznie odpór tym, którzy poważyli się na rozliczanie
        cudzych życiorysów. Robił to chwilami wręcz obsesyjnie przerastając w swej
        gorliwości tych, z którymi walczył. Sam sięgał z upodobaniem po życiorysy tych,
        którzy przeszli na drugą stronę barykady - Jacka Maziarskiego, czy Jerzego
        Klechty.
        - Przeszłość stoi człowiekowi w gardle i ani ją przełknąć, ani wypluć -
        konkludował wiosną 1993 roku. Dalej było o pułkowniku Kuklińskim i paleniu
        kukieł przez prawicę. W rok później przy jednym z kolejnych jego rozważań tego
        typu pojawiła się karykatura Andrzeja Mleczki. Ojciec rodziny skonfrontowany
        przez synka z książką przypomina sobie: PRL, PRL rzeczywiście było coś takiego.
        Tylko co to ma właściwie oznaczać w przypadku „Polityki"?
        Epigoni dawno zresztą przerośli mistrza gorliwością - Ryszard Marek Groński,
        Ludwik Stomma, do niedawna Krzysztof Teodor Toeplitz prowadzą swe uporczywe
        kampanie.
        Groński przyszedł do „Polityki" w drugiej połowie lat 80., był zaś starym
        kumplem Passenta „od satyry". Zrazu zajmował się głównie wspominkami tego czego
        tak naprawdę nie pamiętał, wskrzeszaniem tradycji dawnych kabaretów,
        bulwarowych teatrzyków, tradycji Boya-Żeleńskiego. Później zajął się
        mocniejszym repertuarem. Jeszcze przed 1989 rokiem sięgnął po antyklerykalizm
        sugerując, że kraj trzymany jeszcze dość krzepką ręką PZPR, jęczy w istocie pod
        jarzmem Kościoła.

        W 1993 roku wali z grubej rury: - Niełatwa sprawa z rozliczeniami - rozprawia. -
        Zgoda, PZPR rządziła przez wiele lat. Ale partie prawicowe też sobie
        porządziły, l jakoś nie słychać wezwań, by co chwila odcinały się od
        przeszłości.
        W rok później bardzo zręcznie nawiązuje do tradycji peerelowskiej satyry,
        zwłaszcza z czasów walki z „reakcją" w pierwszych, jakże heroicznych lat po II
        Wojnie. W skreślonym naprędce kuplecie pojawiają się groteskowe postaci:
        Wojewoda, „ofiara koalicyjnej swawoli", zaszczuty Hrabia z MSZ i Kombatant-
        Wykrywacz, który z komunizmem zaczął walczyć już w szpitalu położniczym.
        Trudno nie być bezradnym wobec takiej dialektyki, bo faktycznie wszystko jakby
        się zgadza. Czego chcą w istocie publicyści „Polityki"? Wyrzeczenia się
        jakiegokolwiek grzebania się w PRL-u? Przeczyłaby temu karykatura Mleczki i
        częste utyskiwania Passenta, Toeplitza, że tego okresu wymazać ze świadomości
        się nie da. Nie o to więc chodzi.
        Chodzi o zadekretowanie raz na zawsze, że tamto państwo było takie samo jak
        obecne i takie samo jak każde inne, a pod pewnymi względami nawet lepsze, bo
        przecież obrzydliwa prawica, zbiorowa bohaterka 99 procent kupletów, dowcipów i
        paradoksów Grońskiego, o rządzeniu jednak marzyć nie mogła. Czasem łączy się to
        z na poły autentycznym, na poły urojonym poczuciem przynależności do jakiejś
        dawnej elity.
        Toeplitz atakuje nagle z niezwykłą swadą Jacka Żakowskiego z „Gazety Wyborczej"
        za to, że miał rzekomo ośmieszyć pewien intelektualny i w gruncie rzeczy od
        pewnego momentu opozycyjny wobec PRL-u stolik intelektualistów w
        kawiarni „Czytelnik"
        • lupus.lupus Re: P jak Passent 09.05.05, 15:25
          Toeplitz atakuje nagle z niezwykłą swadą Jacka Żakowskiego z „Gazety Wyborczej"
          za to, że miał rzekomo ośmieszyć pewien intelektualny i w gruncie rzeczy od
          pewnego momentu opozycyjny wobec PRL-u stolik intelektualistów w
          kawiarni „Czytelnik". Atakuje na wyrost, to, co jest, jego zdaniem pamfletem,
          było w gruncie rzeczy apologią. Tyle, że „bohaterowie się poobrażali".
          Toeplitz denerwuje się: oto młodzi autorzy „GW" nie mogą znać tamtych czasów i
          źle je przedstawiają. „Polityka" chce mieć monopol na ludzką pamięć, a jej
          autorzy mają ku temu powody - jak inaczej powołać do życia cukierkową wizję
          życia elity, w której opozycjoniści mieszali się z intelektualistami
          koncesjonowanymi, Toeplitz był Stańczykiem i mędrcem na równi ze Słonimskim, a
          konflikty wewnątrz tej grupy były równie nieistotne i niezrozumiałe jak wojny
          między piłsudczykami i endekami w międzywojennym dwudziestoleciu. Jest to w
          gruncie rzeczy wizja, jaką z drugiej strony kreuje - tyle że w tonacji
          pamfletowej, a czasem i spiskowej - - radykalna prawica.
          Zabawne jest też coś innego. Passent, Toeplitz, Stomma, Groński mówią o
          ugrupowaniach prawicowych, czasem solidarnościowych jako zapatrzonych w
          przeszłość, anachronicznych, historycznych. Gdyby jednak próbować rozpoznać ich
          własne poglądy na kwestie społeczno-gospodarcze, byłyby z tym niejakie
          trudności.
          Niegdyś wytyczały je granice decyzji wydziałów KC, a w stanie wojennym -
          generałów rządzących Polską. Pisząc w 1982 roku o ekonomicznych koniecznościach
          Toeplitz czy Passent nie mieli przecież w istocie rzeczy pojęcia na czym one
          mają polegać.
          Jeśli w 1994 Passent broni ostentacyjnie rządu Pawlaka, a Toeplitz osobiście
          samego Pawlaka przed sforą pismaków, nie robią tego w imię jakichkolwiek racji,
          bo trudno byłoby ich się doszukać w felietonowych łamańcach. „Solidarność" jest
          dla Toeplitza niezmiennie populistyczna, tak jak była nią w dobie stanu
          wojennego, operujący natomiast podobnymi, prospołecznymi argumentami politycy
          SLD lub PSL nie budzą żadnych emocji.
          Chodzi im bowiem tak naprawdę tylko o jedno. Wyraził to dobitnie Ludwik Stomma,
          kolejny z loży intelektualistów, drugie wcielenie Passenta, importowane z
          Francji, a

          nie z Ameryki, a dokooptowane już po zwycięstwie wyborczym „Solidarności".
          Oglądając w telewizji Stefana Niesiołowskiego w kilka miesięcy po zwycięstwie
          SLD i PSL, triumfował on. - Jego argumenty brzmiały jak teksty z zupełnie innej
          operetki, po której już opuszczono kurtynę.
          Należy podejrzewać, że człowiek ten niewiele więcej zrozumiał z rezultatów
          wyborczych 19 września. Otwarta połowicznie na środowiska unijne „Polityka"
          wydrukowała jakiś czas temu tekst Marcina Króla „Koalicja strachu". Jeśli
          określenie to pasuje do postkomunistycznego bloku rządowego, to do środowisk,
          które chciałby integrować tygodnik Passenta, Grońskiego i Stommy w sam raz
          pasuje nazwa „koalicja strachu przed Niesiołowskim".
          Strach to sztucznie podsycany, naiwny, a równocześnie nieomal mistyczny.
          Niechęć do ludzi nawiązujących do tradycji narodowych, kochających polski
          Kościół, a jeszcze, nie daj Boże, chlubiących się dawną walką z komunizmem,
          pozwala Politykowemu inteligentowi kochać Passenta, tolerować Kałużyńskiego, a
          Stommie wybaczać, że czasem beznadziejnie nudzi.
        • joannabarska Henryk,"psie"! 09.05.05, 17:28
          "Lupus" Gaworski,naczelny "Barw" mial na imie Henryk! A Passent z nim sie
          procesowal i wygrał sprawę! Bo Gaworski go znieważył.
      • lupus.lupus P jak Podemski 09.05.05, 15:26
        P JAK PODEMSKI
        Podemski to zjawisko zupełnie innego rodzaju. Nie jest błyskotliwym,
        felietonowym ironistą, który kocha robić coś z niczego. Przeciwnie, to rzetelny
        publicysta prawny, badacz konkretnych problemów, obrońca konkretnych spraw. W
        1980 i 1981 roku tak gorliwie zajął się praworządnością i reformami państwa (na
        ówczesną miarę, zgodnie jednak z intencjami „Solidarności"), tak chętnie
        pisywał o zmianach w sądownictwie, o autonomii szkół wyższych, o konsultacjach
        społecznych, o prawach obywatela wobec wymiaru sprawiedliwości, że po
        wprowadzeniu stanu wojennego niektórzy oczekiwali jego odejścia wraz z wcale
        niemałą grupą dziennikarzy, zbuntowanych przeciw logice stanu wojennego.
        Tymczasem został i kilkakrotnie wyjaśniał swoje motywy. - Nie jestem
        kolaborantem - przekonywał w maju 1982 roku. - Pochodzę z Wielkopolski, z
        której posłowie do szlacheckiego Sejmu najrzadziej korzystali z liberum veto.
        Trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do Passenta czy Toeplitza, Podemski nigdy
        nie zabierał się za wyjaśnianie twardych konieczności dziejowych. Właściwie
        realizował sformułowaną niedługo później maksymę Wojciecha Młynarskiego „róbmy
        swoje". Stale pisał o reformie państwa, o demokratyzacji, o niezawisłych
        sądach, o autonomii szkolnictwa. Przeprowadzając wywiad z komunistycznym
        ministrem sprawiedliwości Sylwestrem Zawadzkim, wyrażał nawet swoje zatroskanie
        o stan praworządności w Polsce stanu wojennego. Napomykał o urzędniczej
        arogancji, podpierając się ostrożnie krytycznymi opiniami posłów na PRL-owski
        Sejm.
        Być może był to jakiś wybór. Sam Podemski uważał się - jak można wnosić z jego
        ówczesnych tekstów - za pożyteczniejszego od tych, którzy wybrali „czcze
        manifestacje". Pewnie uważał się nawet za rodzaj kropli, która drąży skałę, l
        rzeczywiście, władze stanu wojennego nie zlikwidowały początkowo autonomii
        szkół wyższych, a sądom przyznały bardzo ograniczone prawo unieważniania
        niektórych decyzji administracji. Czy zrobiłyby to samo, gdyby nie było
        Podemskiego? Trudno powiedzieć.
        Być może więc tylko mojej małostkowości może zawdzięczać redaktor Podemski
        ówczesne skojarzenie. Tym razem przywołam Przemysława Gintrowskiego.

        Śpiewał on o „ornamentatorach", którzy skłonni są pomalować na różowo wszystko,
        nawet plecy tych, których zamknięto w więzieniu.
        - Redaktor Podemski niczego nie upiększał - zakrzykną jego obrońcy. To tylko ja
        miałem takie niemiłe wrażenie, gdy pod koniec maja 1982 roku w atmosferze
        tysięcy przykładów autentycznego bezprawia snuł on misterne rozważania
        prawnicze na temat pojęcia oszczerstwa, l kiedy w następnych latach sekundował
        na łamach pisma kolejnym, czysto pozornym krokom w kierunku „demokratyzacji" -
        fikcyjnym wyborom samorządowym, fikcyjnemu referendum, fikcyjnemu wówczas
        Trybunałowi Konstytucyjnemu i równie fikcyjnemu rzecznikowi praw obywatelskich.
        W 1994 roku ani Trybunał Konstytucyjny, ani rzecznik praw fikcją już nie są.
        Podemski uważa się dziś zaś nadal za stróża prawa. Pojmuje je na modłę
        rzecznika Tadeusza Zielińskiego. Możliwość jego usunięcia przez Sejm nazywał w
        1993 roku „hańbą".
        l znów czasem tylko pojawiają się wątpliwości. W miesiącu w którym ujawniono
        Instrukcję UOP numer 0015, Podemski prowadził właśnie wielką kampanię przeciw
        decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sprawie religii w szkołach. To skądinąd
        zrozumiałe, orientacja laicka „Polityki" nie podlega dyskusji.
        Czemu jednak ten niezależny prawniczy autorytet nie zdecydował się na podjęcie
        tematu, który połączył na moment centroprawicowe PC i lewicową Unię Pracy?
        Czemu nie zaniepokoiła go możliwość inwigilowania opozycyjnych polityków? Czy
        dlatego, że nie wywołała ona również żadnej reakcji polityków UD i SLD, które
        nie uznały za stosowne walczyć ze „starymi fachowcami" z UOP, choć podlegali
        oni niezbyt przez te środowiska lubianemu prezydentowi Wałęsie? A może
        wystarczyło, że nie chciał się wypowiedzieć w tej sprawie rzecznik Zieliński? A
        może wolność w ujęciu „Polityki" to w pierwszym rzędzie „wolność od pasa w
        dół"? W tym samym wszak czasie Podemski znalazł czas, aby napiętnować marszałka
        Chrzanowskiego za to, że „ciężko znieważył" Anastazję Potocką nazywając ją
        prostytutką. Gdy zaś wspomni się jego wymowne milczenie w latach 80. trudno mu
        nawet zadać pytanie, dlaczego nie upominał się o zadośćuczynienie ofiarom
        komunizmu. Dedykuje im dziś co najwyżej tekst broniący (z pryncypialnych
        pozycji państwa prawa) wyroku sądu w sprawie Ciastonia i Płatka, l wezwanie do
        abolicji, bo „po co przecież grzebać się w tamtych sprawach"?
      • lupus.lupus P jak Parandowska 09.05.05, 15:28
        P JAK PARADOWSKA
        O ile Passent, Toeplitz czy Podemski to weterani „Polityki" taką jaką była ona
        od czasu, gdy tworzyły ją komunistyczne władze, o tyle czołowa komentatorka
        polityczna Janina Paradowska jest postacią względnie nową.
        Dziennikarka „Kuriera Polskiego", która otarła się o „Solidarność" i w 1982
        roku o mało nie została negatywnie zweryfikowana, pisywała w latach 80.
        do „Życia Warszawy" teksty bezbarwne, więc względnie przyzwoite. Teraz uchodzi
        w piśmie za reprezentantkę opcji „liberalnej".
        Polską scenę polityczną opisuje z ironią, a czasem zgryźliwością mentorki. -
        Nie powinny w niej obowiązywać reguły jak z piaskownicy - dowodziła przy okazji
        pierwszego, spektakularnego sporu prezydenta Wałęsy z postkomunistycznym
        parlamentem. Politycy, którzy znają jej charakterystyczną postać,
        przemierzającą korytarze Sejmu twierdzą, że traktuje ich czasami jak niesforne
        dzieci.
        Co można jej zarzucić? To, że swoje analizy-komentarze produkuje kompilując
        teksty z gazet codziennych? Nawet jeśli tak czasem robi, nikt nie może jej
        odmówić

        koneksji wychłodzonych cierpliwością, a czasem namolnością, która jest wszak
        główną cnotą dziennikarza.
        Czy to, że czasem w swych poszczególnych pouczeniach galopuje tak daleko, że
        przekracza granice śmieszności? Podchwytując czysto instrumentalną wypowiedź
        Jana M. Rokity ze schyłkowego okresu rządu Suchockiej, porzuciła nagle ironię i
        spytała patetycznie: Jakie jest właściwie stanowisko Kościoła nie w sprawie
        lekcji religii, czy dziecka poczętego, ale przemian w sferze gospodarczej,
        najtrudniejszych i dla społeczeństwa uciążliwych? To są pytania, na które
        wreszcie należy udzielić odpowiedzi.
        Czy to, że nierówno traktuje różne strony politycznych sporów? Nikt nie dorówna
        zjadliwością jej opisom, pokazującym już nie w krzywym, a w superkrzywym
        zwierciadle polską prawicę. Prawicowi liderzy podkładają się jej się skądinąd
        nieustannie. Rok 1992 przedstawiła w podsumowaniu jako ciąg nie kończącej się
        groteski z solidarnościowymi politykami w głównych rolach. Rok 1994 podobnej
        relacji już się pewnie nie doczeka, choć obecna koalicja zrobiła tysiące rzeczy
        śmiesznych. Na racje pewnych ugrupowań, lub przynajmniej przyczyny ich obecnej
        kondycji jest zamknięta totalnie. Na racje innych odwrotnie. Takie są po prostu
        jej poglądy.
        To Paradowska sformułowała w swoim czasie tezę: jeśli ludzie starego systemu
        zajmują w naszym państwie pozycję uprzywilejowaną, to dlatego, że są lepsi. Nic
        dziwnego, że z potworną irytacją reaguje na wszelkie spory o politykę kadrową,
        że demonstracyjnie ich nie rozumie. Że nie może zrozumieć, o co chodzi w
        kampanii dotyczącej niedoszłego szefa wywiadu Mariana Zacharskiego. Tak się
        wtedy zagniewała, że na posła Bugaja, w końcu nie prawicowca pokrzykiwała w
        Sejmie zadając kolejne pytanie i nawet nie słuchając odpowiedzi.
        W roku 1990 będąc dziennikarką „Życia" poparła prezydenta Wałęsę, licząc, że
        właśnie on pomoże jej w wewnątrzredakcyjnej rozgrywce z rządzącymi tamtą gazetą
        Kazimierzem Wóycickim i Tomaszem Wołkiem, zwolennikami „mięczaka"
        Mazowieckiego. Jeśli była w stanie przewidzieć, że cały wałęsowski
        program „Przyśpieszenia" nie jest wcale sprzeczny z jej mniemaniami o
        dominacji „fachowców", że chodzi tylko o wymianę kilku osób, świadczyłoby to o
        jej wielkiej przenikliwości. W każdym razie jeszcze u schyłku 1991 rozpatrywano
        ją jako kandydatkę na rzecznika prasowego rządu Olszewskiego. Żyła wówczas
        dobrze z centroprawicą, bo centroprawica była siłą.
        Dziś wie, że to ludzie starego systemu są siłą trwałą, więc jej komentarze-
        analizy są bezlitosne przede wszystkim dla przegranej prawicy, a względnie
        wyrozumiałe dla innych. Jej twórczość wyraża dwie proste prawdy. Pierwsza - nie
        ma co się bawić w koalicje solidarnościowe (np. po wyborach samorządowych).
        Druga - dobry jest kapitalizm jaki jest,- więc powinni go razem
        budować „światli" z UW i SLD.
        Paradowska unika „lewackich" odruchów Passenta i Toeplitza, którzy skłonni są
        wdawać się czasem w fechtunki w obronie takich ludzi jak Miller czy Pawlak. Jej
        teksty o populizmie tchną sterylnym banałem. Ulepszoną wersję planu
        Balcerowicza powinien realizować Grzegorz Kołodko, a innym wara od sporów, bo
        są one zawsze „populistyczne".
        To właśnie ona reprezentuje nową generację nie tylko ze względu na metrykę, co
        na biografię i poglądy. A już całkowitym beniaminkiem jest wywodzący się ze
        środowisk akademickich, kontestujących niegdyś komunizm i pokolenie Daniela
        Passenta, Mirosław Pęczak
      • lupus.lupus P jak Pęczak (Mirosław) 09.05.05, 15:29
        P JAK PĘCZAK
        Jako specjalista od „luzu", od zespołów rockowych i trudnej młodzieży jest
        Pęczak bardzo mało interesujący, wpisany w logikę ideowej orientacji pisma. Gdy
        pisze, że za plecami „Frondy" czają się Dziarscy Chłopcy z „Szewców" Witkacego,
        to wizja konserwatywnej młodzieży wdzierającej się do redakcji „Polityki" i
        tłukącej pragmatyczce Paradowskiej okulary, może jedynie bawić.
        Ważniejszy jest Pęczak jako spec od mediów. Od pół roku już toczy z pomocą
        kilku dziennikarzy, pozbawionych stanowisk czy wysokich dochodów homerycki bój
        o telewizję, zagrożoną przez prawicę. Bronią są korytarzowe plotki,
        wrogiem „Dziarscy Chłopcy", którzy nie przyszli wprawdzie po okulary
        Paradowskiej, ale sięgnęli bezczelnie po stanowiska i gabinety.
        Zaczęło się wielkie polowanie z nagonką. Pęczaka, obiektywnego opisywacza
        telewizji, nie interesuje jakie są poglądy szefa TAI czy dyrektora II Programu.
        Prawicowe poglądy zastępcy szefa „Wiadomości" wykryje natychmiast pracując nad
        jego życiorysem. „Polityka" nigdy nie była gorliwa w tropieniu patologicznych
        układów, astronomicznych dochodów, niegospodarności funkcjonariuszy TV (chyba,
        że TV Olszewskiego). A tu nagle zaczęła zaglądać „Dziarskim Chłopcom" pod
        biurka. - Obrzydliwe pampersy, zarabiają po 30 milionów i są łase na komórkowe
        telefony - trąbi Pęczak, herold środowiska ascetów.
        Że obecność w telewizji paru osób o prawicowych poglądach zaowocuje najwyżej
        nieśmiałą próbą zaprowadzenia jakiej takiej równowagi między różnymi opcjami,
        co już widać po programach? Że główni informatorzy i faworyci Pęczaka
        zapraszają do swoich audycji przedstawicieli jednej racji, a potem krzyczą, że
        szefowie się im wtrącają i cenzurują? Że „reakcyjne Wiadomości" dwoją się i
        troją pokazując polityków SLD i PSL ponad miarę, bo każdy telefon może być
        wyrokiem? To dla tropiciela prawdy nie ma znaczenia.
        Bo w istocie rzeczy chodzi o co innego. Gwarantem wolnej telewizji była do tej
        pory audycja „Gorąca linia", prowadzona przez pięć dni w tygodniu przez
        publicystów „Polityki" właśnie. Nowa ekipa audycję w imię równowagi
        zlikwidowała. Kierownictwo „Polityki" zaprzysięgło zemstę. Paradowskiej czy
        Baczyńskiemu, niedawnym telewizyjnym gwiazdom wykonać jej nie wypada.
        Wizja świata redaktor Paradowskiej, redaktorów Baczyńskiego, Mroziewicza czy
        Wojny to po prostu obiektywna rzeczywistość, utrwalona ich słowami niczym na
        fotografii. Poglądy prawicowców, choćby najłagodniejsze i choćby tylko
        przemycane między wierszami są natomiast jedynie nędznymi, z natury rzeczy
        subiektywnymi urojeniami. Zasługują na wykrycie , napiętnowanie, a czasami na
        donos do tronu. - Dobrze rozumiem niepokój ministra Strąka o telewizję - zdążył
        napisać Toeplitz przed swoim przejściem do dotowanych z budżetu
        państwa „Wiadomości Kulturalnych". Więc rękami SLD spokój próbuje zaprowadzić
        dawny antykomunista, a dziś człowiek od mokrej roboty - Pęczak. Ktoś z jego
        środowiska charakteryzował go jako wiecznego adiunkta w średnim wieku, który
        nosi warkoczyk i stale boi się, że przyjdzie ZChN i zetnie mu ten kucyk.
        Lęki Pęczaka są oczywiście jego prywatną sprawą. Natomiast jego działalność na
        polu telewizyjnym wpisuje się w starą, dobrą tradycję „Polityki" - poparcia dla
        administracyjnego zaprowadzania porządku. W chwilach przełomu umiłowanie
        pluralizmu gdzieś się na moment gubi. Jak w 1982 roku.
      • lupus.lupus P jak podsumowanie 09.05.05, 15:30
        Lewicowej inteligencji - odpowiedzą jej publicyści. Co jakiś czas na jej łamach
        pojawiają się rozważania nad kryzysem inteligencji i nad jej trwaniem. Raz są
        one nostalgiczne jak stare kabarety (Groński), raz pragmatyczne do bólu
        (Paradowska, Władyka). Zawsze za główną cechę inteligenckiego etosu uznaje się
        w niej antyklerykalizm i wierność tradycjom Boya.
        Ta inteligenckość może zresztą przybrać postać wynaturzoną. Np. wiecznie
        żywego „państwowca" Koźniewskiego, który w 1982 roku przyklaskiwał pozbawieniu
        wolności setek przedstawicieli swojej klasy, za to w 1994 poświęca cały, pełen
        oburzenia felieton jakiemuś staruszkowi (najpewniej wariatowi), który wdarł się
        na wystawę poświęconą postępowej zwolenniczce kontroli urodzin Ireny
        Krzywickiej i zdarł parę plakatów.


        Z drugiej strony kierunek myślenia „Polityki" wyznacza też tekst Jerzego
        Baczyńskiego z czerwca 1989 roku. - Nie widzę lepszego sposobu na nomenklaturę
        niż jej uwłaszczenie - konkludował wtedy. Tej zasadzie „Polityka" pozostała
        wierna. Kiedyś reprezentowała PZPR-owską technokrację, dziś nową klasę średnią
        o mocnych, komunistycznych korzeniach.
        To na przecięciu tych dwóch grup, dwóch tradycji, dwóch sposobów myślenia
        działa redakcja tego pisma. Opcje partyjne są mniej istotne. Przed 19 września
        atakując bez pardonu prawicowy segment rządu Suchockiej „Polityka" żyła dobrze
        z Unią Demokratyczną, promowała KLD. Dziś postawiła na SLD.
        Ten nowy kerunek symbolizują dobrze felietony wicepremiera Grzegorza Kołodki.
        Zajmuje się on zarówno propagowaniem własnych poglądów, jak i besztaniem prasy
        (także unijnej) za to, że go nieustannie „szkaluje".
        - Co to za wolny rynek, na którym można kupić kłamstwa? - pyta gniewnie.
        Wolałby zapewne, aby wszystkie gazety zostały zastąpione jedną,
        wielką „Polityką". Najlepiej tą z 1982 roku, w którym on, podówczas tylko PZPR-
        owski profesor pisał śmiertelnie nudne, przeładowane liczbami artykuły, równie
        abstrakcyjne jak ówczesna gospodarka. Nikt z nim nie polemizował. Wtórować
        mógłby mu zaś Passent, udowadniający dziś racje SLD w oparciu o teksty
        w „Financial Times", zupełnie jak w 1982, gdy argumenty administracji stanu
        wojennego popierał cytatami z zachodniej prasy.
        Nowa „Polityka" ma oczywiście większy sznyt niż w czasach „twardych
        konieczności" i tylko z rzadka musi pokazać swą bezwzględną, „starą" twarz. Na
        przykład wtedy gdy Aleksander Chećko, uporczywy rzecznik racji ludzi starego i
        nowego MSW nazywa ludzi bezradnie oburzonych wyrokiem w sprawie Ciastonia i
        Płatka „oszalałym z nienawiści tłumem". Albo gdy Passent podejmuje polemikę z
        kimś, kto broni młodocianego zabójcy sierżanta Karosa, zmuszonego w 1982 roku
        biciem do przyznania się do winy. l obsesyjnie walczy ze słowem „chłopiec", bo
        może ono wzbudzić niepożądane sympatie dla 17-latka, który uwierzył, że
        wyprowadzenie czołgów na ulice w porozumieniu z ZSRR to dla Polaka czas walki o
        wolność.
        Także wtedy, gdy Ludwik Stomma zajmuje się prawem karnym. - Tymczasem
        subiektywne motywy bandyty Helskiego nie są w stanie mnie zainteresować -
        wyznaje. - Wiem po prostu i to musi być naczelną zasadą, że w państwie
        demokratycznym nie dochodzi się sprawiedliwości brukowcem. Stała się rzecz
        ?
        podła i haniebna, lecz pięknoduchych oparach stronniczych psychologizacji nie
        została napiętnowana jako taka.
        A przecież to właśnie „Polityka" wraz z całą lewicową prasą rzuciła się na
        Jarosława Kaczyńskiego, gdy zaproponował zaostrzenie przepisów prawa karnego.
        To przecież redaktor Podemski i inne prawnicze autorytety dowodziły, że to
        społeczeństwo ponosi część winy za przestępstwa, że wszystko jest trochę
        względne. Nie byliż pięknoduchami? Nie byli, bo nie zajmowali się człowiekiem,
        który podniósł rękę na generała Jaruzelskiego. Gdy ma się do czynienia z kimś
        takim, najsubtelniejszy intelektualista zakrzyknie: ukarać tego wściekłego psa!
        To w „Polityce" Ewa Lętowska porównuje Jana Rokitę (wszak nie sztandarowego
        antykomunistę) do prokuratora stalinowskiego Andrieja Wyszyńskiego, bo mu się
        nie podoba przebieg procesu Humera. Zarazem działalność tych, którzy byli
        naprawdę kontynuatorami Wyszyńskiego wywołuje co najwyżej ironiczne uśmieszki i
        bon moty Passenta.
        Opcja ideowa „Polityki" także jest jasna i nic w tym złego. Z rozbawieniem
        można przyjąć co najwyżej histerię Ludwika Stommy, który w przerwie między
        wybaczaniem Jaruzelskiemu, a gromieniem jego prześladowców, co wybaczyć nie
        chcą, zajął się jakże pryncypialnie kwestią homoseksualistów.
        - Profesor Kurowski pisze to samo co prasa hitlerowska - grzmi Stomma. l
        dalejże żądać, bez ducha wybaczenia, aby za tekst korzyli się inni publicyści
        katolickiego „Lądu" - Piotr Naimski, Marcin Gugulski. Toż to już czysta
        odpowiedzialność zbiorowa.
        Patrzymy co napisał profesor. Wzywał do eksterminacji gejów? Nie, stwierdził
        tylko, że poprawka konstytucyjna gwarantująca im równouprawnienie
        to „nieuprawniony przywilej". Dla niego także nie będzie wyrozumiałości.
        Wszak: „nie ma wolności dla wrogów wolności".
        Te dwie twarze „Polityki" - anielskiej wyrozumiałości i histerycznej
        bezwzględności w walce o „wolność od pasa w dół", połączyły wokół niej znaczną
        część starych i nowych elit. Prawica bardzo źle znosi tę integrację, zapluwa
        się na dźwięk nazwy
        pisma.
        Zakończę jednak przewrotnie. Porozmawiamy, gdy „Gazeta Polska" będzie
        robiona równie inteligentnie, równie profesjonalnie jak „Polityka".
        Bo mimo obsesji i zwykłych sku..syństw, to pismo ciekawe, wszechstronne, z
        dobrym zespołem, poszerzanym o nowych ludzi, z których nie każdy jest Pęczakiem
        od mokrej roboty.
        Ale wizja prawicowej „Polityki" jest chyba równie nierealna, jak wizja Jana
        Olszewskiego dorównującego zręcznością Józefowi Oleksemu.

        Piotr Zaremba
        • kropekuk Re: P jak podsumowanie 09.05.05, 15:34
          A propos Stommy, bo o nim w tym watku mowa: jako znany "pies na kobity" jest
          wyjatkowo upowazniony do brania w obrone homoseksualistow - jako ten
          BEZINTERESOWNY.
      • kropekuk Wiesz, ze "Fronda" tez ma prawo do wlasnych 09.05.05, 15:31
        pogladow. Ale od tego jednak nadal niezmiernie daleko do Absolutnej Prawdy...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka