Gość: zka
IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl
31.10.02, 08:48
Publicysta "Życia Warszawy" Marcin Przewoźniak zastanawia się, kto właściwie
ponosi odpowiedzialność za skandaliczną awarię systemu komputerowego do
zliczania wyników wyborów. Mimo, iż jesteśmy krajem europejskim, który
najwolniej podsumowuje swoje wybory, przewodniczący Państwowej Komisji
Wyborczej nie traci dobrego humoru, ponieważ jest praktycznie nieodwoływalny -
pisze dziennik.
Informatyczna obsługa wyborów samorządowych kosztowała 25 milionów złotych.
Mimo to głosy liczone są ręcznie, a wyniki opóźniają się dramatycznie.
Państwowa Komisja Wyborcza i Prokom, który był jednym z głównych wykonawców
systemu, nawzajem zrzucają na siebie winę za bałagan.
Marcin Przewoźniak zastanawia się, kto podjął decyzję o wybraniu akurat tych,
a nie innych firm? Pisze on, że najlepiej na całej sprawie wyszedł zawsze
prorządowy Ryszard Krauze, szefujący informatycznym potentatem Prokomem oraz
pewna firma komputerowa Pixel, przypadkiem wywodząca się z bliskiej
premierowi Łodzi.
Wielu informatyków pracujących przy obsłudze wyborczych komputerów jest
zdania, że drogie wyborcze oprogramowanie najprawdopodobniej nie było nowe,
ale zastosowano po prostu gotowe moduły oprogramowania doraźnie dostosowane
do potrzeb zamówienia. I stąd ta klapa - pisze "Życie Warszawy".
Natomiast od winnych - nawet jeżeli się ich znajdzie - będzie niezmiernie
trudno wyegzekwować zwrot kosztów - wiadomo bowiem, że spora część z 25
milionów została już zapłacona wykonawcom - dodaje komentator gazety.