emerytka2006
08.02.06, 03:52
Tą zgrabną antynomią zainteresował mnie dziś wnuczek (na Uniwersytecie
Śląskim zdaje przedmioty związane z historią regionalną, stąd te Wasser...
itd.) - miałoby to być jakieś tam nawiązanie do sławetnego podziału PZPR na
natolińczyków i puławian (tak samo jak SLD dzieliło się swego czasu
na "nałęczowian" i "opolan" - ale to szczegół).
JURGIELTNICY to wedle wnuczka ludzie blisko związani z kościołem - nawet za
cenę działania na niekorzyść skarbu państwa. Są w stanie użyczać samochodu
księdzu, gdy ten w potrzebie, Owsiaka chcą okładać 90% podatkiem na Caritas,
a ojczyznę bardziej widzą w ponurych kancelariach Watykanu niż na łąkach i
polach Mazowsza. To swoiści targowiczanie, choć teraz targuje się nie w
kresowym miesteczku na granicy z Turcją, ale wytwornych bazarach Rzymu,
Berlina czy Waszyngtonu.
WASSERPOLACKEN to z kolei osoby mniej związane z KK, mniej dewockie i mniej
podatne na cały ten watykański blichtr (bo wychowaniu na "Lochach Watykanu"
i "Kapitale", choć tego drugiego już się wyrzekli), trochę psychiczni
(cyklofrenicy, schizofrenicy, osobowości "z pogranicza"). W ich oczach (kto
ogląda Trwam, ten wie) żarzy się prawdziwa dzierżyńszczyzna, w młodości
fascynowali się prawdopodobnie Jagodą, Jeżowem i Żdanowem - otrzeźwienie
przyszło w 1956 i 1968 roku. Nie bez powodu cyklowi poezji o ministrze
koordynatorze nadaliśmy razem z wnuczkiem tytuł "Wassermannszczina" (co nie
zostało w ogóle zrozumiane przez internautów).
Te antynomię trzeba twórczo rozwijać. Od siebie powiem - w obozie PiS wolę
już jurgieltników. Branie pieniędzy od Watykanu świadczy co prawda o
umiłowaniu luksusu (co nie może mi być jako socjalistce miłe) i w pewnym
sensie podpada pod zdradę narodową, ale jest jakoś tam po ludzku
wytłumaczalne. Żaru dzierżyńszczyzny w oczach W. Z. i D. boję się zaś
bardziej niż katolicy ognia piekielnego. Po prostu mieszkałam w ZSRR (Donbas)
parę latek i wiem do czego prowadzi fanatyzm w RÓŻNYCH wydaniach.