Gość: Oszołom z RM
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
16.11.02, 21:53
Góra urodziła mysz
Przez prawie dwa i pół roku, czyli od początku "afery" Jedwabnego, "Nasza
Polska" informowała Czytelników o wszystkim, co dotyczyło tej sprawy. Jako
jedni z pierwszych publikowaliśmy dokumenty, ujawnialiśmy niekonsekwencje
śledztwa, selektywne podejście do źródeł. Głos na łamach "NP" zabierały różne
osoby, na ogół zorientowane w zachowanej dokumentacji, wskazujące źródła nie
znane IPN-owi. Domagaliśmy się ujawnienia wszystkich, powtarzam - wszystkich -
dokumentów dotyczących bezpośrednio i pośrednio sprawy Jedwabnego,
rozumiejąc jej konsekwencje międzynarodowe. Nie było odzewu. Byliśmy
natomiast wszyscy uspokajani, że trwa śledztwo, że jest tajemnica, że po jego
zakończeniu dowiemy się całej prawdy.
Rzeczy pominięte
Finałem miała być Biała księga, której publikację przekładano z miesiąca na
miesiąc, co mogło świadczyć, że trwa jej dalsze doskonalenie lub też, że IPN
liczy na zmęczenie opinii publicznej i jeśli otrzymamy niekoniecznie to, co
było zapowiadane, to nic się nie stanie.
I tak się stało. W Księdze - a właściwie w "Księgach", bo całość (w dwóch
tomach) liczy około tysiąca stron dokumentów i kilkaset stron analiz,
wprowadzeń i artykułów, zarówno historycznych, jak i prawnych - nie ma rzeczy
współczesnych: zeznań świadków i materiałów zgromadzonych dla potrzeb
śledztwa. Nie wiemy zatem, dlaczego pewne zeznania zostały całkowicie
zignorowane i uznane za niewiarygodne, a inne przeciwnie. Na jakiej podstawie
prokurator orzekł, że ze strony polskiej brało udział w mordowaniu Żydów
kilkadziesiąt osób, a nie na przykład kilkanaście. Dlaczego rola Niemców
została sprowadzona wyłącznie do inspiracji i kiedy to oni
dyskretnie "usunęli się" z Jedwabnego, choć jeszcze rano była tam grupa
gestapowców? Nie ma wyników pseudoekshumacji ani ekspertyz, na jakiej
podstawie prawnej ją nagle przerwano. Wielu rzeczy w dalszym ciągu nie
wiemy...
Kieres znów mija się z prawdą
Prezes IPN prof. Leon Kieres zapowiada w przedmowie, że w księgach zawarta
jest "cała wiedza" na temat Jedwabnego. Jest to nieprawda: poza brakiem
dokumentów wytworzonych w śledztwie (a ich publikację prof. Kieres zapowiadał
wielokrotnie) nie ma też innych dokumentów, do których IPN z jakichś powodów
nie dotarł. Nie ma więc opracowania (z 1949 roku) Waldemara Macholla z
białostockiego SS (szefa referatu IV A3) o działalności niemieckich grup
specjalnych na Białostocczyźnie latem 1941 roku. Nie ma też relacji Ryvki
Kajzer (zamieszczonej w żydowskiej księdze pamiątkowej miejscowości Sokoły w
1962 roku), która 10 lipca 1941 roku była na rynku w Jedwabnem. Według niej,
zbrodnię popełnili Niemcy z pomocą miejscowych chłopów. Z jej opowieści
skorzystał w 1980 roku rabin Baker, opracowując żydowską księgę Jedwabnego,
ale - jakoś tak mu wyszło? - nie bardzo trzymał się oryginału i rolę Niemców
pominął.
Nie ma informacji, jak należy traktować rzekomy "odpis" relacji Szmula
Wasersztejna sporządzony dla potrzeb śledztwa w 1949 roku przez Żydowski
Instytut Historyczny w Warszawie, zawierający... więcej danych niż oryginał.
Nie ma też jednoznacznych rozstrzygnięć, czy jego relacje (obie, choć w
szczegółach wykluczają się) są w ogóle wiarygodne, bo przecież nawet IPN
pośrednio uznał, że nie był on świadkiem wydarzeń.
Warstwa interpretacyjna - deprecjonowanie relacji polskich
Publikacja dokumentów (nawet nie wszystkich) jest faktycznie wydarzeniem:
przy wszelkich wyłuszczonych wyżej uwarunkowaniach rozszerza to znacznie
naszą wiedzę i pozwala na wyrobienie osądu, który może być poparty materiałem
źródłowym. Nie da się tego powiedzieć o warstwie interpretacyjnej, czyli o
artykułach i analizach zamieszczonych w pierwszym tomie Księgi, a jest tego,
jak już wspomniałem, ponad 1000 stron. Paweł Machcewicz, autor merytorycznego
wstępu zapowiada, że Księga jest próbą - cząstkową i wstępną - przedstawienia
zjawisk pomijanych dotąd milczeniem, tak jakby nigdy przedtem nie było o tym
mowy. Jeśli tak, to taka postawa do czegoś zobowiązuje. A mamy zjawisko
deprecjonowania (oczywiście na ogół w "białych rękawiczkach") wszystkich
relacji, dokumentów i ocen strony polskiej i jednoczesnego podkreślania roli
źródeł żydowskich, choć wielokrotnie wyszło na jaw, że są krzywdzące,
stronnicze i bywają całkowicie nieprawdziwe.
Paweł Machcewicz tak bowiem ocenia relacje polskie: nacechowane są
subiektywizmem, emocjami, często zawierają informacje zasłyszane,
nieprawdziwe, będące wyrazem obiegowych (czy wręcz stereotypowych) sądów.
Dalej autor twierdzi, że są bardzo ważnym źródłem dla odtworzenia nastrojów
polskiej ludności, między innymi ocen zachowań Żydów (zapamiętajmy to - to
tylko "oceny" i "nastroje", zatem jako źródło wiedzy o wydarzeniach i faktach
są już bezwartościowe?) i od razu ponownie zastrzega się: z pewnością jest w
nich wiele niesłusznych czy wręcz krzywdzących generalizacji. Wobec relacji i
wspomnień żydowskich nie jest już taki podejrzliwy: Relacje żydowskie (...)
nacechowane są emocjami, skądinąd w pełni zrozumiałymi (...) niektóre są
zapisem wiedzy zbiorowej przeżyć kilku osób (...). Zawierają wiele
nieścisłych informacji (...) co jest w pełni zrozumiałe (...). Prawda, jak
ładnie i "politycznie poprawnie" można wybrnąć z niezręcznej sytuacji, gdy ma
się do czynienia ze stereotypami i nieprawdziwymi informacjami? Można to po
prostu "w pełni zrozumieć", czyli faktycznie przyjąć je bez zastrzeżeń...
Szkoda, że Machcewicz nie stosuje tu zasady równości. Czymże bowiem
jest "relacja" Szymona Datnera oparta na "wspomnieniu" osoby czy osób,
które... nie były świadkami wydarzeń?
Przy takim podejściu zrozumiałe stają się zaskakujące, nienaukowe i niczym
nie poparte twierdzenia zawarte w analizach szczegółowych. Tenże Paweł
Machcewicz twierdzi np., że jakoby latem 1941 roku został wprowadzony zakaz
sprzedaży Żydom artykułów żywnościowych, co miało być nawiązaniem... do akcji
antyżydowskich z lat trzydziestych. Istnieje jednak wystarczająco dużo
mocnych relacji i wspomnień żydowskich, że taka akcja miała miejsce, ale ze
strony handlarzy żydowskich wobec ludności polskiej jesienią 1939 roku. Takie
rozumowanie nazwać można odwracaniem kota ogonem, a nie rzetelną analizą
historyczną.
Kolaboracja Żydów z Sowietami to wytwór wyobraźni Polaków
Jan Milewski odkrywa, że kolaboracja żydowska w latach 1939-1941 nie
wyróżniała się niczym szczególnym, a tak naprawdę była wytworem... wyobraźni
polskich mieszkańców. Co na to świadkowie historii, ci wywożeni w bydlęcych
wagonach, którzy byli denuncjowani przez miejscowych Żydów (sąsiadów!)
przychodzących z czerwonymi opaskami na ramieniu, z karabinami, w
towarzystwie NKWD? Czy to ich chorobliwe, przesycone antysemityzmem urojenia?
A kto rabował dobra materialne wywożonych? Przecież to nie tylko polska
wyobraźnia, bo mówią o tym liczne źródła żydowskie. I - czy są znane
przypadki, że to Polacy przychodzili pomagać NKWD-zistom w deportacji Żydów,
czy jednak odwrotnie?
Naciąganie statystyki
Marcin Urynowicz, autor wielce uczonej analizy demograficznej, dochodzi do
wniosku: najbardziej prawdopodobne wydaje się, że na przełomie czerwca i
lipca 1941 r. społeczność żydowska w Jedwabnem, licząca najprawdopodobniej
około tysiąca osób, została powiększona o bliżej nieokreśloną liczbę
uchodźców z okolicznych miejscowości. Na koniec łagodzi nieco swe rozdęte
rozumowanie, pisząc, że liczba 1600 Żydów (...) wydaje się w świetle
dzisiejszego stanu wiedzy nie do utrzymania. Co tu ma się "wydawać" -
przecież od dawna wiemy, że w całym rejonie jedwabieńskim było raptem 1200
Żydów (z tego zaś, według relacji żydowskich, aż... 1500 miało zginąć tylko w
Radziłowie, a gdzie inne miejscowości?). Z Jedwabnego, liczącego niespełna
600 Żydów, część z nich uciekła przecież z Sowietami, część młodych mężczyzn
Sowieci powołali do wojska, uchodźcy żydowscy w