wolnypolak
01.03.03, 19:09
W Tylawie na Podkarpaciu ludzie boją się biedy i bezrobocia
Pani Maria utrzymuje swoją wielodzietną rodzinę - 7 dzieci - z renty męża.
Pieniędzy wystarcza na chleb i masło zaledwie przez kilka dni. Nie ma mowy o
biletach miesięcznych na autobus, który zawiezie dzieci do szkoły, czy
lekarstwach dla chorego męża. Często więc pani Maria wędruje do opieki
społecznej po jakiś grosz, a każdy liczy się niemal na wagę złota.
Tylawa to malownicza wioska leżąca w gminie Dukla w Beskidzie Niskim,
otoczona lasami. Miejscowość nie jest jednak odcięta od świata. Posiada dobre
połączenia drogowe z większymi miastami na Podkarpaciu oraz z sąsiednimi
gminami. Przez Tylawę biegnie trasa międzynarodowa E371 z Radomia do granicy
państwa w Barwinku. Największy ruch turystyczny i handlowy odbywa się właśnie
tą drogą w kierunkach na Słowację i Węgry, Rumunię i Ukrainę Zakarpacką oraz
do Czech, Austrii i Niemiec. Stąd także blisko do niedawno otwartego
przejścia granicznego z Ukrainą w Krościenku. To wszystko powinno sprawiać,
że miejscowość ta okaże się atrakcyjna nie tylko dla turystów, ale przede
wszystkim dla jej mieszkańców. Tymczasem, tak jak w wielu innych wioskach,
zobaczyć tam można typową biedę.
W Tylawie jest 112 domostw, w których mieszka około 380 osób. Większość
dorosłych stanowią renciści i emeryci. Ludzie w średnim wieku, czyli między
30. a 40. rokiem życia, zajmują się gospodarką, a młodzi... toczą codzienną
walką z bezrobociem. Myślą, jak i za co przeżyć następny dzień. Zatrudnionych
na etatach w pobliskiej Dukli, trochę dalszym Krośnie i Jaśle czy na
przejściu w Barwinku jest w sumie zaledwie ok. 15 osób. Wielkim sukcesem jest
to, że w ostatnim czasie na wybudowanej stacji CPN znalazło pracę czterech
młodych chłopaków. Mieli szczęście, bo w Tylawie częściej traci się pracę niż
ją znajduje...
Co robić?
Gmina, do której należy Tylawa, ma nie tylko rolniczy charakter, ale też
turystyczny. - Nie ma jednak pieniędzy na rozwój turystyki. Władze gminy
robią, co mogą. Organizują różne kursy dla bezrobotnych, np. jak prowadzić
gospodarstwo agroturystyczne czy jak rozwinąć rękodzieło. Jeśli jednak nie
włoży się w to odpowiednich środków, to nic nie zacznie dobrze funkcjonować -
mówi. A pieniędzy nie ma.
W Tylawie są zaledwie dwa gospodarstwa agroturystyczne. - Jeszcze kilka lat
temu wielu z nas pracowało, chociażby w miejscowym pegeerze, w krośnieńskich
zakładach: "Lniance" czy "Polmo". Niestety, wszystko zostało zlikwidowane, a
my zostaliśmy zwolnieni. Jakoś trzeba żyć. Zajęliśmy się rolnictwem - mówi
jedna z właścicielek gospodarstwa rolnego.
Biedę i niedostatek mieszkańców wsi widać w wielu miejscach (np. w szkole czy
w kościele). Nie wynika to jednak z niezaradności czy lenistwa ludzi. Po
prostu nikt nie interesuje się ich losem, tym, czy mają co włożyć do garnka,
czy nie. - Tylko nieliczni mają pieniądze. Reszta to naprawdę biedni, ale
dobrzy ludzie. Gdyby dano im możliwość pracy, zarobku, radziliby sobie
całkiem nieźle w życiu. Mają w sobie dobrą wolę, ale cóż, żyją w takich, a
nie innych warunkach - mówi miejscowy ksiądz proboszcz.
Pracy nie ma
Sołtys Tylawy Józef Michalak podkreśla, że niemal w każdym domu we wsi jest
ktoś bez pracy. Trudną sytuację materialną w wielu gospodarstwach ratują
renciści i emeryci, ich pieniądze często muszą wystarczyć na utrzymanie całej
rodziny. W najgorszej sytuacji jest młodzież, która właściwie nie ma gdzie
pracować. - Skończyliśmy szkoły, mamy różne zawody. Są wśród nas stolarze,
mechanicy, murarze czy cieśle. Nigdzie jednak nie ma dla nas roboty.
Nieważne, co kto potrafi. Jest nawet dziewczyna po studiach wyższych, ona
także nie ma gdzie się podziać. Po co więc się uczyć? - pytają zrozpaczeni
młodzi ludzie. Opowiadają o swoich odwiedzinach w Powiatowym Urzędzie Pracy w
Dukli, gdzie przez kilka miesięcy nie pojawiła się żadna nowa oferta. - Nic
nam nie zaproponowano, zasiłek już nam się nie należy, a za przejazd
autobusem trzeba przecież płacić - mówią.
Większość z nich zrezygnowała z wizyt w PUP. Często tylawska młodzież
wyjeżdża więc za granicę: do Włoch, Szwecji czy Grecji, i tam przez kilka
miesięcy zarabia na życie, najczęściej przy pracach sezonowych, np. przy
zbieraniu truskawek lub winogron. Nierzadko zdarza się tak, że na trzy czy
cztery miesiące matka lub ojciec zostawia rodzinę i jedzie za chlebem. - Co
robić, jeśli tu nie ma możliwości zarobku? - mówią.
Nie wszyscy jednak mogą zostawić dom i pojechać.
Żyjemy z mleka
Na terenie wsi działa 25 gospodarstw rolnych. W większości prowadzą je ludzie
po 35. roku życia. - Nie ma ani jednego rolnika w wieku 20-25 lat - podkreśla
sołtys. Średnio jedno gospodarstwo to 10 ha. - Uprawiamy tu w większości
jęczmień, owies i pszenicę, zbieramy siano - mówi Józef Michalak. -
Nastawieni jesteśmy na produkcję mleka, bo hodowla bydła zupełnie się nie
opłaca w naszym kraju - dodaje.
Średnio każde gospodarstwo w Tylawie oddaje od 12 do 20 tys. litrów mleka
rocznie. - Od dłuższego czasu żyjemy w strachu, co będzie, jeśli wejdziemy do
Unii Europejskiej. Teraz mamy zbyt i jakieś pieniądze. Jeśli na mleko nie
będzie zbytu, okaże się to dla nas prawdziwym krachem, bo tu aż 75 procent
ludzi żyje, biednie, bo biednie, ale właśnie z mleka - mówi sołtys. Rolnicy z
Tylawy, w większości niemłodzi już ludzie, obawiają się, czy będą umieli
gospodarzyć według "standardów" UE. - Czy w naszym wieku będziemy umieli się
przystosować, czy będziemy mieli pieniądze, żeby odpowiednio wyposażyć
stajnie, zakupić odpowiednie narzędzia? Czy będzie nas stać na ciągłe
odmładzanie zwierząt? Na razie wymagania są duże, a pieniędzy nie ma - mówią
z nieukrywaną troską.
Tylawianie mają świadomość, że jeśli nie sprostają wymaganiom, to ich
gospodarstwa zostaną zniszczone, wyeliminowane z rynku, a na ich miejsce
znajdą się inne. To, co zarabiają obecnie na mleku, wystarcza im jedynie na
codzienne życie. Nie mogą odłożyć pieniędzy, by unowocześniać gospodarstwa.
Rolnicy z Tylawy zastanawiają się, czy ich mleko po ewentualnym wejściu do UE
będzie skupowane w takich ilościach, jak dotychczas.
- Uczestniczymy w tzw. kwocie mlecznej, która daje nam zapewnienie, że
będziemy mogli oddawać tyle mleka, ile dotychczas do spółdzielni mleczarskiej
w Sanoku, z którą mamy podpisaną umowę. Czy jednak to będzie respektowane? -
pytają.
Tylawianie mają wiele żalu do polskiego rządu za ostatnie negocjacje, a
właściwie ich brak, z przedstawicielami Unii Europejskiej. - My właściwie nie
wiemy, na czym stoimy i jak będziemy funkcjonować w przyszłości. W takiej
sytuacji trudno o jakieś plany czy marzenia. Żyjemy dniem dzisiejszym. Jeżeli
jeszcze nawet wierzymy w 25-procentowe dopłaty z Unii, to w ogóle nie
wierzymy, że jakiekolwiek wsparcie dostaniemy od naszego państwa. Skąd na to
znajdą się pieniądze, jeśli dziś nie ma na nic i wszędzie szuka się
oszczędności? - zastanawiają się głośno.
Sołtys Michalak podkreśla, że rolnikom towarzyszą ciagły strach i stres, a to
nie stwarza dobrych warunków do pracy. Mają jednak nadzieję, iż mimo
wszelkich przeciwności, dzięki ciężkiej pracy, uporowi i zaciętości
przetrwają.