obseerwator
28.09.06, 23:48
Nie miałem o Jarosławie Kaczyńskim nigdy dobrego zdania. Zawsze, odkąd
pojawiał się w życiu publicznym miałem go za awanturnika owładniętego żądzą
władzy. Nie tak dawno okazało się dodatkowo, że jest wyjątkowym kłamcą, który
nie zawaha się łgac w zywe oczy, jeśli tylko ma w tym interes.
Ale nigdy nie odmawiałem mu inteligencji. Aż do wczoraj.
I to jest w pewnym sensie moje wielkie rozczarowanie.
Okazał się osobnikiem pozbawionym elemntarnej zdolności przewidywania.
Gdyby Kaczyński, rano po ujawnieniu taśm, zwołał konferencję i ogłosił :
brzydzę się Lipińskim , nie rozumiem dlaczego mój przyjaciel tak zrobił, to
cała afera natychmiast by się zakończyła. Więcej, Kaczyński zyskałby, bo
wyszedł by na osobę, która brzydzi się korupcją i manipulacją, osobę, która
rzeczywiście dąży - nawet kosztem poświęcenia przyjaciela - do odnwoy
moralnej.
Warto wspomniec w tym momencie dziadka Tuska. Gdy Kurski ogłosił swoje
kłamstwo, jakoby dziadek Tuska na ochotnika wstąpił do Wehrmachtu, Lech
Kaczyński przeprosił Tuska. Zyskał na tym podwójnie. Z jednej strony jego
ekipa grała o glosy "ciemnego ludu" na najprymitywniejszych antyniemieckich
fobiach, z drugiej strony zyskał głosy niezdecydowanych, którzy mogli mie
wrażenie, że o to o urząd Prezydenta ubiega się człowiek, który jest
przywoity i nawet jeśli uzyskał korzyśc z tego kłamstwa, to usuwając
odpowiedzialnego za to Kurskiego brzydzi się niegodnymi metodami.
Jarosław Kaczyński mógł zrobic to samo. Szybko odciąc się do Lipińskiego i
Mojzesowicza i wyjśc z afery jako ten, który nie stosuje takich metod.
Oczywiście Lipiński z Mojzesowiczem - tak jak wcześniej Kurski - szybko
wrócili by do łask, a nawet awansowali w nagrodę za swoje poświęcenie. Ale
było by po aferze.
A tak Kaczyński osobiście, własnymi rękami pogrzebał PiS i ideę IV RP.