bryt.bryt
04.04.07, 12:24
Ciekawy jestem, jak to bylo w PRL, kiedy okazywalo sie nagle, ze czlowiek nie
majacy nic do czynienia ze sluzbami (bo na przyklad nie byl w opozycji)
zostawal wezwany do smutnego urzedu i musial odpowiadac na pytania budzace
strach (przerazenie?), cos podpisywac. Znajdowal sie w sytuacji, ktora znal
byc moze z filmow o szpiegach. Czy mial szanse logicznie myslec i logicznie
postepowac? Czy mial swiadomosc, jak funkcjonuje aparat bezpieczenstwa? Czy
zdawal sobie sprawe, ze nawet nieistotne z jego punktu widzenia informacje
moga zostac wykorzystane? Czy mial mozliwosc skonsultowania sie z ludzmi,
ktorzy znali metody dzialania SB i wiedzial, ze najlepiej bedzie, jak opowie
znajomym, ze podpisal i zeby nic istotnego mu nie mowili? Czy znal sposob
funkcjonowania Kuronia albo Michnika? Czy mogl miec swiadomosc, ze w sumie to
sie wykpil niczym i nie jest swinia?
Jak taki ktos, kto podobnie mogl myslec, czuje sie teraz? Teraz, kiedy cale
spoleczenstwo przeszlo juz wielowatkowe przeszkolenie z tego, co jest w
archiwach, jak to czytac, jak interpretowac itp.?