witek.bis
14.04.07, 10:14
Dlaczego Jarosław Kaczyński odrzucił wczorajszą, poranną propozycję marszałka
Jurka, wg której i PiS i LPR miały wycofać swoje poprawki i zgodnie, razem z
Samoobroną i częścią PO, przegłosować poprawkę "godnościową"? Przecież wtedy
cała ta afera skończyłaby się stosunkowo szczęśliwie. Czy Jarosław Kaczyński
uznał, że w piątek 13-go szczęśliwe rozwiązania w ogóle nie wchodzą w rachubę?
Raczej nie. Może i jest fatalnym premierem, ale przecież nie fatalistą.
Jakiś czas temu pan prezydent, który w pewnych kręgach uchodzi podobno za
prawnika, wyprodukował poprawkę do konstytucji. Panu premierowi – genialnemu
prawnikowi i przy okazji bratu pana prezydenta – tak bardzo się ta poprawka
spodobała, że postanowił uznać ją za własną. To samo zrobił oczywiście jego
klub parlamentarny.
Jednak z czasem w klubie pojawiły się wątpliwości, co zaowocowało tym
niefortunnym listem, wzywającym do wycofania prezydenckich poprawek. I być
może zostałyby one wycofane, gdyby sygnatariusze tej epistoły użyli jakichś
sensownych argumentów. Mogli przecież powołać się na niski stan wody na Wiśle,
spadek produkcji orzeszków ziemnych w Gabonie, albo aktywność wulkanów na
wyspach Hula-Gula. Tymczasem oni postanowili sięgnąć po argument NIE DO
PRZYJĘCIA. Stwierdzili mianowicie, że prezydenckie poprawki obaczone są
BŁĘDAMI PRAWNYMI. Nie wiem czy to był przejaw głupoty czy ordynarna
prowokacja, ale od tego momentu wycofanie tych ułomnych poprawek stało się po
prostu NIEMOŻLIWE. Partyjna "hołota" podniosła brudną rękę na prawniczy
autorytet premiera i prezydenta, a jak wiadomo – co za dużo, to i świnia nie zje.
Bracia Kaczyńscy mają przecież niezłego fioła na punkcie swojej prawniczej
wiedzy i nieomylności. Widać to szczególnie u Jarosława, który wielokrotnie z
nieukrywaną pogardą recenzował zawodowe kompetencje innych prawników. A kiedy
na początku 2006 wpadł na chytry pomysł rozwiązania parlamentu, to mało nie
pękł z dumy. Wydawał się wtedy ze dwa razy wyższy, co czyniło go człowiekiem
niemal średniego wzrostu. "To JA to odkryłem, to JA! Bo Ja jestem PRAWNIKIEM!"
I właśnie dlatego klęska PiS-u stała się nieunikniona. Urażony PRAWNIK
poprowadził swoją partię do nieuchronnej i malowniczej klęski. Na początek
zmusił własny klub do zjedzenia tej żaby. Zagroził swoim posłom
przedterminowymi wyborami, dając im do zrozumienia, że są jedynie przystawkami
nie lepszymi od tych z LPR i SO. Przypomniał uprzejmie, że solą PiSu jest PC,
a przybłędy z ZChN i PP powinny całować jego premierowską dupę za to, że się w
parlamencie w ogóle znalazły. A później, już na oczach całej Polski, forsowane
przez premiera poprawki padły z wielkim hukiem, uzyskując mniej głosów od
poprawek LPR-u.
I właśnie w ten iście genialny sposób Jarosław Kaczyński ocalił jedność
swojej partii. Na pięć minut, ale zawsze. Nie wymagajmy, by geniusz premiera
był większy od niego samego.