Dodaj do ulubionych

Tarcza, Gruzja - komentarz

23.11.08, 20:50
W czasie wizyty Prezydenta RP w Brukseli napisałem, że spróbuję przedstawić Państwu coś do przeczytania. Będzie o tym, co rozpalało emocje w ostatnich miesiącach – amerykańskich antyrakietach, wojnie w Gruzji i sprawach około tego. W wątku, w kawałkach, komentarz (dość obszerny, ok. 60.000 znaków) oraz opublikowany w „Internet vs teleekran” artykuł Olega Greczeniewskiego „Bitwa klanów” o Kazachstanie (ten dokleję jak nie dziś, to jutro). Miłej, mam nadzieję, lektury : ). Oczywiście, zapraszam do dyskusji

buldog.
Obserwuj wątek
    • buldog2 komentarz cz. I 23.11.08, 20:51
      Zanim zajęły nas perypetie kryzysu finansowego, nadciągająca światowa recesja i amerykańska kampania wyborcza, zdominowane zostało przez negocjacje i polską zgodę na instalację amerykańskich antyrakiet, oraz wszystko to, co działo się w związku z wybuchem rosyjsko-gruzińskich walk w Południowej Osetii i samej Gruzji.

      Zgodnie z klasyczną definicją, o wojnie mówimy wtedy, gdy środkami militarnymi dąży się do osiągnięcia celów politycznych (w stosunkach pomiędzy państwami). Saakaszwili dążył do osiągnięcia celów politycznych bez wojny z Rosją, a poprzez zmasakrowanie faktycznie bezbronnego terytorium (tam nie miał się kto przeciwstawić armii – wyłącznie oddziały samoobrony bez ciężkiego uzbrojenia). Wbrew składanym w czasie walk oświadczeniom, Sowieci do osiągnięcia celów politycznych na drodze wojny również nie dążyli – mając sytuację opanowaną militarnie, zatrzymali się przed zajęciem, czy choćby zniszczeniem infrastruktury gospodarczej Gruzji, choć siłę potrzebną do tego posiadali.

      Rozpalanie nastrojów przynosiło korzyści obydwu stronom, zaś duży konflikt zbrojny mógłby przynieść im (i przyniósł) nieodwracalny uszczerbek. Zdawało się, że jeśli ta wojna szkodzi interesom Rosji, to dowódcy wojskowi i ludzie z partii wojny nie będą gotowi do niej doprowadzić, nawet jeśli będą o tym myśleć. Systematycznym błędem, jaki popełniam od lat, jest przypisywanie ludziom nazbyt wiele racjonalności w postępowaniu, jednak w tym przypadku wyjaśnienie to nie jest uprawnione – dla stawiających na wojnę w Gruzji rosyjskich grup władzy miała być ona sposobem osiągnięcia celów politycznych wewnątrz kraju.

      Prowokowano Saakaszwilego od dawna, jednak istnieje szereg przesłanek przemawiających za tym, że oczekiwano reakcji, która skompromituje go w oczach opinii publicznej, ale nie na wywołanie wojny. Ustawienie na głównym placu Cchinwali stanowisk artylerii dość regularnie ostrzeliwującej gruzińskie wioski, to działanie obliczone na taki efekt. Z dużą pewnością można powiedzieć, że oczekiwano zniszczenia ich przez armię gruzińską i liczono na wiele ofiar cywilnych, które można było wykorzystać w propagandzie na użytek wewnętrzny i za granicą. Podobnych „haczyków” było więcej. Prowokacje były na porządku dziennym obu stron, każda rozgrywała je we własnym celu, jednak nic nie wskazywało na możliwość wybuchu walk na dużą skalę. Saakaszwili systematycznie pogrążał się kolejnymi zawierającymi sprzeczności oświadczeniami (ostatnie wytknięte mu kłamstwo miało miejsce w wypowiedzi na temat przyczyn konfliktu – miał się jakoby wziąć ze złamania wydanego przez Juszczenkę zakazu opuszczania Sewastopola przez okręty Floty Czarnomorskiej, co miało miejsce już po wybuchu walk).

      Saakaszwili potrzebował sukcesu, który pozwoliłby mu zneutralizować opozycję w kraju, dążył ku konfrontacji. Na prowokacje zareagował w stylu watażki, licząc na szczęście – chciał zająć i podporządkować sobie Osetię. Przez pierwsze dwa dni urządził w Cchinwali jatkę, bombardowanie dywanowe z wyrzutni Grad oraz przy użyciu bomb kasetowych, co po kilku dniach Gruzini przyznali sami. Poza tym, prawdopodobnie, użyto tych szczególnych i zakazanych kul, które po wbiciu się w ciało człowieka krążą w nim i zdaje się, że używały ich tylko oddziały paramilitarne. Wzmianki o tym były skąpe i tylko na blogach). Brak wyczerpujących informacji – typowy wpis, to kilka zdjęć i kilka zdań, czasem krótka historyjka (dużo blogów nie czytałem, zaledwie kilka). Najstraszniejsze były porachunki pomiędzy sąsiadami – najpierw Gruzini mordowali cywilnych Osetyńców, później oddziały osetyńskie wymordowały kilkanaście gruzińskich wsi. Zdewastowane, ograbione domy i rozkładające się ciała na ulicach – dziennikarz Kommersant’a pisał, że to był najbardziej ponury widok, jaki tam oglądał. Tych Gruzinów nie miał kto pochować, ciała ofiar w Cchinwali pochowali Osetyńcy.

      Inaczej, niż w przypadku Ukrainy, administracyjnie wytyczone przez komunistów granice Gruzji nigdy nie były uznane przez wszystkie zainteresowane strony. Jeszcze w końcu lat osiemdziesiątych komentatorzy RWE, którzy popierali dążenia niepodległośiowe Gruzji, mieli wyraźny problem z odniesieniem się do prób oderwania się Osetyńców od Gruzinów, mówili wtedy, że „buntują się obszary”, Wtedy, tak jak i dziś, Gruzja nie chce przyznać własnym mniejszościom tego samego prawa do samostanowienia, które legło u podstaw jej secesji z ZSRR. Z punktu widzenia historii Gruzini nie mają do Osetii żadnych praw, a może nawet mają mniejsze, niż żadne.


      W czasach Imperium Rosyjskiego i dawniej Osetia nie była częścią Gruzji. Po rewolucji Gruzja została siłą włączona do Związku Sowieckiego, zaś Osetię podzielono na części północną i południową; w pierwszej rdzenna ludność była rusyfikowana, w drugiej – przymusowymi metodami przerabiano Osetyńców na Gruzinów. W roku 1922 na mocy dekretu Rady Komisarzy Ludowych Gruzińskiej Republiki Radzieckiej utworzono Południowo-Osetyński Obwód Autonomiczny. W końcu lat osiemdziesiątych rozpoczął się proces odzyskiwania przez Gruzję niepodległości. W listopadzie 1989 r. gruzińskie oddziały pod dowództwem Zwiada Gamsahurdii weszły do Osetii i wobec obrony przez mieszkańców dokonały oblężenia Chinwali, były setki rannych i ofiary śmiertelne. W roku 1990 parlament Gruzji unieważnił wszystkie podstawowe akty prawne, określające jej status w składzie ZSRR. Nocą w styczniu 1991 r. wprowadzono do Osetii oddziały milicji i gwardii narodowej. Zaczęły się walki, których skutkiem było wyparcie sił gruzińskich z miasta. Zaproszony przez Gruzinów na rozmowy w Tbilisi przewodniczący Rady Najwyższej Południowej Osetii Torez Kułumbiegow został aresztowany. Konflikt nasilał się, ilość rannych, zabitych i zaginionych po obu stronach szła w setki, w Osetii przerwano dostawy prądu. We wrześniu 1991 r. Osetyńcy utworzyli struktury przedstawicielskie (parlament) i ustanowili Republikę Południowej Osetii. Miesiąc później gruzińska artyleria rozpoczęła ostrzał dzielnic mieszkalnych Cchinwali. 20 maja gruzińskie bojówki rozstrzelały grupę kobiet, starców i dzieci, zmierzającą do Osetii Północnej, zamordowano kilkadziesiąt osób. Na teren Osetii Płd. weszły rozjemcze siły rosyjskie (WNP), które stanęły po stronie Osetyńców. Nastąpiła masowa migracja Gruzinów, przy czym nie miało to charakteru czystek etnicznych znanych z Jugosławii, a bardzo wielu Gruzinów znalazło miejsce w Moskwie. Po secesji Kosowa Rosjanie wskazywali na podobieństwa sytuacji w Serbii i Gruzji. Za prawem do samostanowienia Osetii Płd. przemawia to, że historycznie (za wyjątkiem okresu sowieckiego) nie była częścią Gruzji. Od kilku lat trwały obustronne, nasilające się, prowokacje i powiększanie napięcia, zakończone próbą blitzkriegu Saakaszwilego i rosyjską odpowiedzią, ustalającą paraimperialne status quo, przygotowane według zasad tych samych, co ustalone przez Gruzinów. Co więcej, działania wojsk rosyjskich kosztowały wielokrotnie mniej ofiar cywilnych, niż strony gruzińskiej. Róznica jest jakościowa, o rząd wielkości, lub większa.

      Tym niemniej, nieskazitelna Gazeta.Ru wypomniała: „Podawaną przez Rosjan liczbę zabitych w walkach Osetyńców należy uznać za zawyżoną, bo na blisko 2000 zabitych winno przypadać 4-6 tys. rannych – gdzie oni są (w takiej liczbie – bul)? Gruzińskie władze są bez wątpienia winne. Jednak zawyżając liczbę ofiar, Rosja zabiega o wartości odległe od humanitarnych”.
    • buldog2 komentarz - cz. II 23.11.08, 20:53
      Czy Rosja ma, czy, jak powiedział Prezydent, nie ma prawa dawać innym państwom nauczki, to temat do dyskusji. Z polskiej perspektywy wygląda to tak: jeśli ktokolwiek miałby dawać Gruzji nauczkę, Rosja powinna być być może ostatnią w kolejności. Nawet gdyby miała pełną rację. Polska dyplomacja występuje przeciw składowej neoimperialnej rosyjskiej polityki, natomiast nie możemy nie odnotować z uznaniem bezprecedensowej czystości działań zbrojnych (o humanitarności wojny, jakiejkolwiek, mówić trudno). I dalej: po tym, co Saakaszwili zrobił cywilnym mieszkańcom Osetii, bierność byłaby przyzwoleniem na zbrodnie (wojenne, czy nie, obojętne). Trudno powiedzieć, w którym miejscu umieścić tę uwagę: brutalność i bestialstwa armii gruzińskiej były bez porównania większe. Na równi z bestialstwem Osetyńców.

      Ustalanie granic wciąż jest powszechną konsekwencją działań zbrojnych, widać to było tak w minionych wiekach, jak i dziś, w przypadku Kosowa i kurdyjskiej autonomii, która bliższa jest suwerennemu państwu, niżeli podmiotowi federacji. Formalne uznanie przez świat zmiany granic Gruzji wydaje się mało prawdopodobne, jednak powrót Osetyńców pod rządy Tbilisi – niemal niewyobrażalny.

      Niewspółmierne użycie przez Rosjan siły, to fakt. To argument rodem z Europy, dotąd całkowicie obcy tej części świata. Historycznie, w tym rejonie od zawsze decydowała siła, argumenty innej natury nigdy nie miały racji bytu. W identyczny sposób, na swojej przewadze polegał prezydent Gruzji. Zarzut odwoływania się do siły jest zasadny w odniesieniu do obydwu antagonistów. Różnica pomiędzy nimi taka, że jeden miał jej mniej.

      Niezrozumiałe jest twierdzenie, że nie wolno siłą odpowiadać na zmasowany atak z użyciem ciężkiej broni, lotnictwa i zakazanych rodzajów broni. Granice odpowiedzi są płynne i jeśli atak wychodzi z terenu kontrolowanego przez władze Gruzji, nie dziwią zniszczenia zadane gruzińskiej armii i infrastrukturze. Przy czym, trzeba stwierdzić bardzo ograniczony zakres zniszczeń obiektów cywilnych – daleko mniejszy, niż w czasie bombardowań Belgradu. Za wyjątkiem rakiet na Su-24 Sowieci praktycznie nie posiadają broni precyzyjnych i żeby trafiać dokładnie w wyznaczone cele, nie niszczyć obiektów cywilnych i nie powodować ofiar cywilnych (Gruzini sami przyznali prawie całkowity brak ofiar cywilnych), poszli na bombardowania z małej wysokości. W pierwszym dniu walk stracili bodajże siedem samolotów, w tym naddźwiękowy Tu-22M.

      Odnotować należy, jednakowoż, budzący moje zdziwienie postęp, jaki dokonuje się w Rosji ostatnich lat. Zarówno pierwszą, jak i drugą wojnę czeczeńską cechowały okrucieństwo i całkowita, historyczna już obojętność władz na losy ludzi (cały czas dzieją się tam bestialstwa, jeszcze gorsze!, ale dziś dokonują ich sami Czeczeni). Widzieliśmy ją w czasie zatopienia „Kurska”, likwidacji terrorystów w Nord Ost i szkole w Biesłanie, jednak za każdym razem wrzawa podnoszona przez nie do końca uległe media coś zmieniała. Kiedy w straszny sposób ginęli marynarze „Kurska”, Putin nie przerwał urlopu, nikt nie wdrożył postępowania sprawdzającego prawidłowość metod użytych podczas likwidacji terrorystów Nord Ost i Biesłanie (o „ćwiczeniach” w Riazani nie wspomnę – to metody Ala Capone). Ale już w czasie powodzi na Dalekim Wschodzie to Putin zmusił władze regionu do zatroszczenia się o los powodzian i, powiem, było to coś, co na mnie zrobiło prawdziwe wrażenie. W skrajnie zmerkantylizowanym i odhumanizowanym (w stosunku do własnych obywateli) państwie taki precedens.

      Niesłuszne są powszechne opinie o odradzaniu się byłej imperialnej potęgi ZSRR, najprędzej można mówić o próbie przejęcia kontroli nad tym strategicznym miejscem, przez które muszą przechodzić rurociągi z Azji do Europy. Próbie nieudanej, być może dokonanej także w celu realizacji wielu różnych celów, przede wszystkim w polityce wewnętrznej. Jeśli zaś chodzi o zgodę amerykańską, to najprawdopodobniej (być może tylko nieoficjalnie) Rosjanie otrzymali ją od USA. Wskazują na to upublicznione fragmenty rozmów amerykańsko-rosyjskich, zatrzymanie transportu izraelskiej broni do Gruzji, oraz całkowity spokój Białego Domu trwający do dopóty, dopóki obiegające świat doniesienia nie zmusiły Busha do okazania formalnego sprzeciwu. Nie należy doszukiwać się w tym woli wspierania rosyjskiej państwowości, a tylko afirmacji wydarzeń wpisujących się w schemat umacniania pozycji USA. Ograniczono współpracę w przemyśle atomowym i odwołano udział jednostek rosyjskich w amerykańskich manewrach – wszystko to osłabiało państwo (jego struktury, prestiż), natomiast nie podjęto działań wymierzonych w tych, którzy tym państwem rządzą. Brak było choćby wzmianki o możliwości rozważenia takich kroków – nawet pozorowane wzbudziłyby niepokój, a tego chciały uniknąć rządy UE i USA. To, czego oczekiwała rosyjska partia wojny, nie stało się faktem.

      Brak zablokowania (zniszczenia) przez Saakaszwilego Tunelu Rokskiego wskazuje jeszcze jedną charakterystyczną i bardzo ważną okoliczność: Saakaszwili był przekonany, że wojska rosyjskie nie zmuszą go do odwrotu, a, przeciwnie, w przypadku interwencji doznają tym większej porażki. Od ponad roku w poważnych rosyjskich publikacjach dyskutowano scenariusze wojny rosyjsko-gruzińskiej. W każdym wariancie konfliktu nie rozważano prowadzenia walk bez udziału lotnictwa NATO (po stronie Gruzji) i zgodnie twierdzono, że w takiej konfrontacji Rosja nie ma żadnych szans. Wszystko wskazuje na to, że Saakaszwili był przekonany o pomocy US Air Force, ktoś musiał pracować nad tym, by w nim to przekonanie umocnić, wiele przemawia za tym, że przyłożyli się do tego wspólnie Rosjanie i Amerykanie.

      Dziś z całkowitą pewnością można stwierdzić, że o gruzińskim ataku wiedziała strona rosyjska (a przynajmniej jej część, niekoniecznie najwyższe oficjalne władze). Wiedzieli Amerykanie, część (ale czy całość?) kierownictwa rosyjskich służb specjalnych i dowództwo armii, dzień wcześniej służącym w 58 Armii poborowym (z obwodu permskiego) wyłączono telefony komórkowe. Wiele wskazuje na to, że Miedwiediew i Putin zostali poinformowani po fakcie, wskazują na to zarówno ich reakcje (Putin wyraził ubolewanie i próbował przejść nad wszystkim do porządku, podobnie Miedwiediew), jak i dalsza ewolucja konfliktu. Przez dwa dni nie było praktycznie żadnej reakcji oficjalnych rosyjskich władz, bądź to oskarżanych publicznie o bezczynność i słabość, bądź tłumaczonych na zasadzie nas to nie dotyczy. Dopiero później nastąpił kontratak specnazu i 58 Armii. Nie jest prawdą, że wszystko dopięte było na ostatni guzik – przeciwnie, rosyjskie działania były w swojej masie chaotyczne, do Południowej Osetii nie zabrano uzbrojenia pozwalającego niszczyć gruzińskie Grady, a użycie Tu-22M do bombardowań z niskiego pułapu pokazało skrajną improwizację działań. Taką sama improwizacja miała miejsce w działaniach dowództwa 58 Armii – jej kolumnę sztabową zaatakowano i rozbito na przedmieściach Chcinwali, a dowodzący akcją generał, ciężko ranny, ledwo uszedł z życiem (przeżył, przywalony ciałem innego żołnierza). Po ataku (najpierw podawano, że dokonanym przez gruziński specnaz, później – co wydaje się najbardziej prawdopodobne, przez gruzińskie bojówki) brak było jakiejkolwiek natychmiastowej pomocy medycznej (rzecz działa się na przedmieściach miasta, o krok od głównych sił). Szczególną wymowę ma to, że kryjących się (bardzo kiepsko) Gruzinów zauważył jadący z dowodzącym generałem (dowódca w nieopancerzonym samochodzie!) dziennikarz. Nie żołnierze!
    • buldog2 komentarz, cz. III 23.11.08, 20:56
      W opozycji można spotkać twierdzenie o tym, że w tych dniach dokonała się próba sił, właściwie pucz wymierzony przeciwko Putinowi i Miedwiediewowi, skutki konfliktu w całości potwierdzają te przypuszczenia. Po tym, jak na urząd prezydenta przeforsowano kandydata nie uznanego przez ogromną część aparatu władzy, mogliśmy mieć pewność, że czeka nas szereg ciekawych wydarzeń. W walce o fotel (przeforsowanie własnego kandydata) przegrała zarówno grupa byłego ministra obrony Iwanowa, jak też frakcja GB pod przewodnictwem Seczina i Patruszewa. Kandydat sobczakowskich liberałów wspólnie z Putinem zapowiedział wprowadzanie państwa prawa, walkę z korupcją i reformę sądownictwa, która miała położyć podwaliny pod reformę państwa. Komentatorzy mówili, że to najodważniejszy plan pokomunistycznych władz Rosji, prowadzi do zwrócenia się przeciw nim nomenklatury i grozi nieobliczalnymi konsekwencjami. Sabotujące oficjalne władze grupy (już nie tylko przegrane w wyścigu do fotela prezydenckiego, ale i zagrożone ewentualnymi reformami) otrzymały nowy impuls do działania oraz szereg sprzymierzeńców. Komentator Gazety.Ru policzył, że w miesiącu poprzedzającym walki w Osetii Miedwiediew publicznie 40 razy mówił o walce z korupcją, a w czasie miesiąca liczonym od wybuchu – 4 razy, te same proporcje zachowały się w kwestii reformy sądownictwa (albo się pomyliłem i liczby 40 i 4 odnoszą się do reformy sądownictwa, a nie podano ilości deklaracji na temat walki z korupcją). Wygląda na to, że Miedwiediew naprawdę chciał walczyć z korupcją (jeśli chodzi o Putina – cała jego władza opierała się na skorumpowanych kadrach), tak mówiono. I jeszcze, że to najbardziej niebezpieczna walka, przeciw całej administracji.

      Komentatorzy wstrzymują się przed wymienianiem nazwisk przywódców puczu, jednak można być przekonanym, że największy interes mają w nim powiązani z wymienienionymi. Komentator Grani.Ru Andriej Piontkowski mówi o puczu kleptopatriotów, którzy nie posiadają gigantycznych majątków ulokowanych za granicą, co wskazywałoby na większą rolę wojska. Mieliby to być ludzie, którzy uważają, że urlopy trzeba spędzać niekoniecznie we Francji, Włoszech czy Szwajcarii, nie trzeba posiadać tam zamków, pałaców i innych włości, jeśli tylko uda się zdobyć władzę w kraju. Andriej Piontkowski utrzymuje, że mając do wyboru oddać władzę puczystom, albo stanąć na ich czele, Putin wybrał to drugie. Wydaje się być to niedopuszczalnym przerysowaniem – prędzej już można mówić o zawarciu zawieszenia broni w warunkach klinczu.

      12 sierpnia br. rosyjski portal AiF relacjonował polemikę Busha z wystąpieniem Putina. Pominiemy standardową retorykę i przejdziemy do sedna sprawy, – w pewnej chwili Bush, nieuważnie przeglądając tekst, stracił kontrolę nad sytuacją i zamiast czytać z kartki, czy czego tam, mówił z głowy:

      Похоже, что сейчас предпринимаются усилия по свержению законно избранного правительства России, - произнёс он.

      Заявление о том, что действия российских вооружённых сил направлены на свержение собственного правительства уже были прокомментированы пресс-службой Белого дома. Они признали, что президент оговорился.


      Najprawdopodobniej, podejmowane są wysiłki w celu obalenia legalnie wybranego rządu Rosji, – powiedział.

      Oświadczenie o tym, że działania rosyjskich sił zbrojnych nakierowane były na obalenie własnego rządu zostały już skomentowane przez służby prasowe Białego Domu. Te przyznały, że prezydent powiedział nie to, co zamierzał.



      Oczywiście, najprędzej wygląda to na klasyczną czynność omyłkową, albo zwyczajne powiedzenie tego co było wiadome. Bush pogubił się w tym, co tajne i jawne i powiedział to, co wiedział, a nie, co dostał do przeczytania. Później były przeprosiny. Charakterystyczne; nawet autorytet rzecznika nie został tu położony na szalę, a tylko anonimowe służby prasowe rozesłały sprostowanie (wykrzywienie, chciałoby się powiedzieć). Za każdym razem, kiedy czy to Bushowi, czy Condoleezzie Rice przydarzy się wiele mniejsza wpadka, Sowieci mają uciechę i jadą po nich jak po łysej kobyle, ostatnio kiedy Condie powiedziała „gdybym to ja była Rosją”. A w tym przypadku – nic. Żadnych złośliwości, suche stwierdzenie faktu. Niepodobne do nich. Bardzo się nie starałem, ale w angielskojęzycznym necie nie natknąłem się choćby na wzmiankę o wydarzeniu. Kilka dni później w kontekście walk w Gruzji Condoleezza Rice w przytomności umysłu (inaczej się nie wypowiada) bardzo dyplomatycznie zapytała, czy aby na pewno oficjalne wladze kontrolują sytuację w Rosji, – i tym razem nie mogło być już cienia wątpliwości.

      Na okoliczność morderstwa mianowanego przez Putina kierownictwa nowoutworzonego koncernu Almaz-Antej już wtedy mówiło się o głębokim podziale w rosyjskiej elicie wladzy, służbach specjalnych w szczególności (utrzymywany siłą monolit padł we wczesnych latach 90‑ych). Kolejne powierdzenie przypuszczeń dało zachowanie rosyjskich mediów kilka miesięcy po pomarańczowej rewolucji na Ukrainie (opowiem o tym innym razem), Mit o wszechwładzy ośrodka prezydenckiego nadwyrężyła również głośna swego czasu afera „Trzech wielorybów”. WWP zdymisjonował wtedy grupę generałów GB, po czym okazało się, że nie wszyscy oni opuścili stanowiska. Jakiś czas temu jeden z komentatorów wyraził przypuszczenie, że, być może, to nie Putin (jednoosobowo) znajduje się na szczycie piramidy władzy. Dziś odważę się także wypowiedzieć opinię, która kilka lat temu zdawała się zaledwie ryzykownym przypuszczeniem: duża część rosyjskich środowisk władzy funkcjonuje dzięki mocnemu oparciu w USA. Jakkolwiek widać bardzo wyraźnie wyhamowanie działań destabilizujących Rosję, konflikt z Gruzją bardzo dobrze się w ten schemat (dezintegracji Rosji) wpisuje.

      W wielostronnej konfrontacji z Gruzją straciła i degradacji uległa Rosyjska Federacja (zatrzymane zostają procesy modernizacyjne, zostaje tylko propagandowa oprawka), natomiast powiększyły się wpływy armii i nomenklatury, czego efekty już obserwujemy. Stanom Zjednoczonym przyniosło to korzyści, wpisało się w schemat powiększania możliwości wpływu na bieg wydarzeń w regionie, w kierunku destabilizacji i kontrolowanego chaosu. Są podstawy do przypuszczeń, że wszystko to dokonane zostało za wiedzą i z poparciem Amerykanów, więcej, że była to wspólna operacja części służb rosyjskich i amerykańskich. Wszystko to wydaje
    • buldog2 komentarz, cz. IV 23.11.08, 20:57
      Rosyjski przemysł i niemal cała gospodarka (z sektorem paliwowym włącznie) od lat są w stanie maskowanego przez dopływ kapitału zagranicznego (kredyty zaciągane na spłatę długów księguje się jako inwestycje), i przekładanego na nie wiadomo kiedy kryzysu (praktyka kreatywnej księgowości okazała się skuteczna), który obecnie otrzymuje możliwość ujawnienia się. Już walki w Gruzji i Osetii spowodowały gwałtowne spadki na rosyjskiej giełdzie i mocno zachwiały poparciem dla „partii wojny”, a narastający kryzys finansowy (powoli już także – gospodarczy) zmieniają prognozy w zbliżającą się rzeczywistość. W artykule Łarissy Sinienko, jednym z wielu poświęconym tematowi (jest tu – russianews.ru/project/18314/19035), dyskutuje się wpływ spadku cen nośników energii na rosyjską gospodarkę. Rosyjski budżet na rok 2009 planowany jest jako zrównoważony przy średniej cenie ropy $70 za baryłkę, a nie, jak się u nas mówi, 60 dolarów. Obecnie cena ropy spadła poniżej 50 dolarów, co już przekłada się tak na komplikacje w gospodarce, wzburzenie społecznych nastrojów w Rosji (temat na oddzielną opowieść), wpływa to i na relacje ze światem zewnętrznym. Jakkolwiek jestem daleki od spiskowych teorii świata i brak bezpośrednich dowodów na umyślne działania państw trzecich, bezwzględnie trzeba stwierdzić koincydencję zmiany władzy w Rosji z wystąpieniem zewnętrznych uwarunkowań ujawniających kryzys rosyjskiej gospodarki, destabilizujący państwo zawieszone na naftowym i czekistowskim haczykach. Dodam, że przypuszczenia na temat wystąpienia takiej koincydencji były wypowiadane publicznie z dużym wyprzedzeniem.

      Obraz rzeczywistości, jaki rysuje się po choćby pobieżnym zapoznaniu się dostępnymi materiałami, wskazuje na daleko posuniętą „autonomię” służb. W przypadku rzeczywistej i istotnej nielojalności obozu władzy Putina i Miedwiediewa Zachód (Amerykanie przede wszystkim) ma gotowe do użycia środki odwetowe – zajęcie aktywów rosyjskiej nomenklatury, ulokowanych w UE i USA. Kilka miesięcy przed wyborami była mowa o zastosowaniu takich środków w stosunku do oligarchów z „prywatnego” biznesu oraz nomenklatury, sam Putin miał być z tego wyłączony. Tymczasem, jak wspomnieliśmy, nikt o tym słowa nie powiedział, ani w trakcie, ani po zakończeniu walk w Osetii.

      Od lat rosyjskie władze z żelazną konsekwencją realizują program restrukturyzacji rosyjskiej armii. Z najgroźniejszych broni pozostałych po ZSRR – kolejowych rakiet SS-23 nie ma już ani sztuki, rakiet SS-18 Satana było 308 szt., zostało 75. Zmasowanego ataku przy użyciu tych rakiet nie można istniejącymi środkami powstrzymać. Rosjanie twierdzą, że jedna Satana jest w przybliżeniu warta tyle, co cały program Topol’ (uwzględniają współczynnik zniszczenia podziemnego stanowiska Minuteman – 0,8 dla SS-18 Satana, 0,2 – dla Topol’. Porównanie naciągane, ale już 4 Satany w każdym zastosowaniu są warte więcej, niż cały program Topol’. Jeśli chodzi o Buławę (morska wersja Topol’), choć rakiety przestały zaraz po starcie wybuchać, cały program wciąż stoi pod znakiem zapytania. Wdrożenie Buławy do produkcji i montażu na specjalnie budowanych okrętach podwodnych (pierwszy, „Jurij Dołgorukij”, jest już prawie cały zbudowany i żadnego innego typu rakiet, np. Siniewy, nie da się na nich, ze względu na wymiary, instalować) jest bardziej uznaniowe, niż oparte na wynikach testów. Nieprawdziwe są pokutujące w Polsce opinie na temat wzrostu potencjału wojskowego i ogólnej militaryzacji Rosji i jakiś wybór argumentów na rzecz tej tezy przedstawię, jeśli te uwagi okażą się przydatne choćby niektórym z Państwa. W tym miejsu powiem tylko, że nawet okrzyczana riposta na ewentualną instalację tarczy w postaci rozmieszczenia w Obwodzie Kaliningradzkim rakiet „Iskander”, to dużym stopniu humbug, artykuł na ten temat zamieściło renomowane Niezawisimoje Wojennoje Obozrenije, jest tu – www.ng.ru/printed/218497. Rosyjskie lotnictwo wojskowe posiada ok. 2800 samolotów i śmigłowców, z czego w przybliżeniu połowa służy jako magazyn części zapasowych dla reszty, która coraz bardziej się starzeje (przez ostatnich kilka lat do linii trafiły dwa Su-34, jeden Tu-160 i chyba kilka śmigłowców). Liczebność rosyjskiego lotnictwa wojskowego wynosi obecnie 183.000 ludzi, w ciągu najbliższych czterech lat ma się zmniejszyć o ponad 50 tysięcy, co już wywołuje protesty kadry oficerskiej. W artykule Anatolija Baranowa na forum.msk stan techniczny samolotów przedstawia się następująco: „…w jednostkach lotnictwa myśliwskiego znajduje się 270 MiG-29, a 300 na składach jako źródło części zamiennych, dla MiG-31 będzie to w przybliżeniu 200 samolotów w jednostkach i 200 na składach, Su-27/Su-37 – do 300 i 100 na składach. W Lotnictwie Dalekiego Zasięgu – 115+8 szkoleniowych Tu-22M3 i 90 na składach. […] A za kilka lat ubędzie jeszcze ze 20 procent.” Brakło tu danych o Tu-160 (16 szt.), prawdopodobnie wszystkie sprawne.

      Sowieci zauważają, że już niedługo Amerykanie zbudują niewykrywalne samoloty bezzałogowe, które na wysokości ok. 20 km lub większej będą stale latać w okolicach rosyjskich wyrzutni i w przypadku wystrzelenia rakiety zniszczą ją w początkowej fazie lotu. Na razie takich możliwości nie ma i choć samoloty napędzane ogniwami fotoelektrycznymi i utrzymujące się w powietrzu miesiącami istnieją, o istnieniu takiego systemu broni nie wiadomo.

      Od wielu lat systematycznie przezbrajana rosyjska armia jest sprowadzana do poziomu, który pozwala (pytanie: jak długo) pełnić funkcję odstraszającą wyłącznie Chiny. Na przykład: na początku 2008 r. w składzie strategicznych sił jądrowych Rosji znajdowały się 702 strategiczne środki przenoszenia, zdolne nieść 3155 głowic jądrowych. W porównaniu z rokiem 2007 liczba środków przenoszenia zmniejszyła się o 39 szt. (5,3%), liczba głowic – o 177 szt. (5,3%). Warto obejrzeć (szkoda, że mówią tylko po rosyjsku):

      rutube.ru/tracks/991071.html?related=1&v=080ba07b0abd7c46e7ff872644943da1 (Satana)

      rutube.ru/tracks/688516.html?v=9deb098429be0df5ba7cdabbe69712eb (przede wszystkim o wyrzutni kolejowej, którą również nazywają tam Sataną).

      Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele i były one szczegółowo omawiane w rosyjskiej prasie, tu wymienienia najważniejszych – rozkład większości sowieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, brak finansowania, zerwanie kooperacji i ruina wielu fabryk, likwidacja szeregu progamów badawczych, pracowni i instytutów i utrata setek technologii, odejście kwalifikowanych kadr. Rosyjskie zapóźnienie technologiczne jest oceniane na ponad dwie dekady, a wskutek konieczności odtwarzania utraconych mocy produkcyjnych, zmiejszenia ilości zamówień i tolerowania specyficznych metod kalkulacji koszty produkcji uzbrojenia rosną lawinowo. Do tego wszystkiego dodać na niebywały poziom wzniesione metody „wyprowadzania” z systemu pieniędzy przeznaczonych czy to na sprzęt, czy nawet na wypłaty. I dzieje się tak, że pomimo corocznego zwiększania wydatków na obronę, ilość dostaw uzbrojenia i sprzętu trafiającego do jednostek z roku na rok spada.
    • buldog2 komentarz, cz. V 23.11.08, 20:59
      Powszechna jest opinia o małej skuteczności negocjatorów unijnych w rozmowach z Rosją. Tymczasem, po odrzuceniu propagandowych haseł identyczna opinia na temat rosyjskich starań w Europie przeważa w wypowiedziach poważnych komentatorów w Rosji. W ostatnim czasie (dwóch lat, może roku) dokonała się zasadnicza zmiana w traktowaniu przez główne państwa członkowskie UE – unijna dyplomacja nie przestała być niezwykle wyważona i powściągliwa, natomiast w stopniu dotąd niewidzianym wzrosło poczucie jedności i porzucenie dominacji myślenia w kategoriach wyłącznie własnych interesów i w przeciwstawieniu interesom innych państw członkowskich i UE en bloc. W słynnym monachijskim przemówieniu WWP w najbardziej przerysowanej formie została wyrażona wola integracji z Europą na określonych przez siebie warunkach. W przeciwnym do założonego rezultacie po raz pierwszy zarysowała się zmiana w stosunku państw „oświeconej Europy” do Rosji. Wydaje się, że ich przywódcy zaczynają myśleć kategoriami ogólnoeuropejskimi. Jeszcze kilka lat temu nie było to możliwe, stało się pomimo kłód rzucanych pod nogi unijnej integracji, także przez obóz polityczny pod skrzydłami Ojca Dyrektora.

      W stosunku Niemiec oraz niektórych innych zachodnioeuropejskich państw do Rosji ujawniły się dystans i skrywane poczucie wyższości z domieszką jeszcze innych, bazujących na poczuciu kulturowej odrębności, pokazuje to np. blokada dostępu Rosji do szerokiego inwestowania w zachodnie firmy. Konflikt gruziński te zmiany spotęgował i w czasie trwania konfliktu nawet Włochy nie udzieliły Rosji poparcia (uczyniły to w ostatnich dniach).

      W jednym z wpisów na Forum wyraziłem opinię o niemożliwości wybuchu wojny pomiędzy Rosją i Gruzją, ponieważ obydwu stronom przyszłoby ponieść koszty tak wysokie, że niewarte zapłacenia. Konflikt w Gruzji i Osetii był czymś znacznie przekraczającym wymiar lokalnych walk i prowokacji. Nie prawdziwą wojnę, a na blitzkrieg na wzór anschlussu Austrii i Czech liczył Saakaszwili (chciał również rzucić na żer swoim apologetom nieco czystek). Część Rosjan, uszczęśliwionych brakiem rozumu Saakaszwili, również liczyła na łatwy łup będący w granicach posiadanego marginesu swobody, oraz możliwość ustanowienia bardziej przychylnego sobie rzadu w Tbilisi. Waszyngton w sposób bardzo umiejętny podprowadził obie strony, a tylko zachowanie UE wymusiło na nim dość gwałtowną, przede wszystkim werbalną, krytykę Moskwy. Rzeczywiste skutki konfliktu to destabilizacja struktur państwowych Rosji (ze strony Amerykanów – wyłącznie zakończenie współpracy w przemysłach atomowym i obronnym, rezygnacja ze wspólnych ćwiczeń wojskowych), ujawnienie starań o bezpieczeństwo współdziałającej z Amerykanami dużej części rosyjskiej oligarchii, oraz nowe możliwości o wiele szerszej destabilizacji całego szeregu rosyjskich regionów, w których i bez tego żywe są idee separacji i secesji.

      Niezależnie od rosyjskich (a także gruzińskich, bo do wzrostu napięcia przyłożyły się obie strony) prowokacji, wybuch walk na dużą skalę nie byłby możliwy bez utrzymywania się stanu ostrego konfliktu pomiędzy wrogimi narodami. Sztuczne utrzymywanie posowieckich granic w regionie, wielokrotne gruzińskie najazdy na Osetię i trwające kilkanaście lat próby zgniecenia oporu Osetyńców, wszystko to radykalnie zmienia ocenę skonfliktowanych stron. Uczestnicząc w realizacji jakichkolwiek planów (np. przyjęcia Gruzji do NATO) zawsze powinniśmy zdawać sobie sprawę ze wszystkich okoliczności.

      Wyjazd do Gruzji spełnił rolę bardzo ograniczoną rolę i, wobec braku jakichkolwiek konkretnych rezultatów, cokolwiek groteskową.
      Adam Michnik pisał, że był (ja – nie, byłem zbulwersowany amatorszczyzną, pustą teatralnością i brakiem treści tego PR) wzruszony wizytą prezydenta Kaczyńskiego w Tbilisi. Można zgodzić się z tym, że wszystkim nam chodziło – by polski prezydent zademonstrował korzystanie z prawa do wolnego wyrażania polskiego stanowiska. Byłoby jednak lepiej, gdyby słowa i całe postępowanie były mądre i przemyślane, bardziej niż dotychczas.

      Prezydent powinien był zrobić znacznie więcej. Przed wyjazdem do Gruzji powinien złożyć wizyty przynajmniej w Berlinie i Paryżu/Brukseli, przynajmniej tam, ze względu na czas. W komentarzach TOK FM powiedziano, że parada przywódców niektórych tylko nowych krajów UE i Ukrainy, sojusz słabych, to mało, to marginalizacja tej inicjatywy, a nawet, po części, przeciwstawienie ich państwom „Europy pierwszej prędkości”. Rosjanie, cokolwiek życzeniowo, komentowali to jako przejaw powrotu Europy do wcześniejszego kształtu, sprzed ostatniego rozszerzenia. Obecna wizyta, mimo kilku salw oddanych w kierunku prezydenckiej kawalkady, również nie osiągnie w świecie rozgłosu i trudno powiedzieć, jakie pozytywne rezultaty miałaby przynieść. Jeśli prawdą jest (dojść tego nie będziemy mogli chyba nigdy), że Rosjanie strzelali w kierunku prezydenckiej kolumny (nawet gdyby umyślnie celowali obok), byłby to ogromny afront (TVP donosi, że są i przesłanki na rzecz tezy o prowokacji gruzińskiej). Gdyby doszło do wizyty przywódcy któregoś z państw zachodnich, strony konfliktu nie dość, że nie próbowałyby podobnych incydentów, to jeszcze zadbałyby o to, żeby podobne wydarzenie nie mogło mieć miejsca, tak jak było z przydziałem honorowej (i nie tylko honorowej) eskorty prezydentowi Sarkozy’emu. Różnica jest porażająca i każe głęboko zastanowić się (pochylić) nad miejscem Prezydenta RP w europejskiej polityce.

      Zamiast dołączyć do coraz bardziej twardego rdzenia Europy i zyskać nowe możliwości działania, pustymi merytorycznie wyjazdami i groteskowymi deklaracjami Polska wyklucza się z potężnej grupy państw zachodnich państw UE. Także ze względu na skuteczność zabiegów o przerwanie walk do ekipy wyruszającej do Gruzji należało włączyć dyplomatów z państw starej Europy, a dopiero gdyby się ten plan nie powiódł, uzgodnić z nimi własne działania i zyskać ich poparcie, tak jak to miało to miejsce w przypadku pomarańczowej rewolucji w Ukrainie. Prezydent Sarkozy załatwił w Moskwie więcej, niż kilku prezydentów państw naszego regionu, a gdy udał się stamtąd do Tbilisi, leciał w eskorcie rosyjskich samolotów. Czego mogli się nauczyć Min. Sikorski i Prezydent w czasie podróży do Gruzji? Być może tego, jak postępować nie warto. Też nauka. Podczas prezydenckiej gali okazało się, że jakby nie dość było wcześniejszych lekcji, Juszczenko i Saakaszwili kolejny raz skorygowali wyobrażenia Kancelarii Prezydenta na temat wzajemnej zażyłości.
      ____

      W ostatnich latach zmieniły się obraz Rosji w świecie i stosunek do niej państw Zachodu. Jeszcze kilka lat temu na kontynencie dominowało myślenie kategoriami supremacji Niemiec, Francji i Rosji, dziś – zimny rachunek salda, w coraz większym stopniu kalkulowanego pomiędzy Unią braną jako całość, i Rosją. Wydaje się, że tej zmianie sprzyjała globalizacja, wobec której nawet wielkie w skali Europy państwa w celu skutecznego zabiegania o własne interesy uznają za właściwe łączenie się w większe struktury, oraz ten fakt, że (wbrew temu, co utrzymuje antyeuropejska koalicja pod sztandarami Ojca Dyrektora) w stosunkach gospodarczych UE z Rosją interesy Polski, Niemiec i Francji zasadniczo nie różnią się. Co najwyżej, u nas często się rzeczywistość zastępuje się politycznymi kalkami z przeszłości. Skutek taki, że działania mieszczące się w schemacie osłabiają korzyści z integracji i wzmacniają utrzymujący się negatywny wpływ przeciwstawienia nas reszcie świata (za wyjątkiem cokolwiek zmitologizowanych USA oraz przyjaciół w rodzaju Gruzji, Mongolii, Albanii i podobnych).

      W TOK FM P. Jacek Żakowski zastanawiał się, czy Sowieci rzeczywiście uznali nas za część Zachodu, czy tylko mówili to, co chcieliśmy i co było nam miło usłyszeć. Cytowano Adama Rotfelta, który stwierdził, że słowa – słowami, a polityka – polityką. Min. Adam Rotfelt powiedział prawdę.
    • buldog2 komentarz, cz. VI 23.11.08, 21:00
      W roku 2001, kiedy Rosjanie przyjechali do Polski na rozmowy o dostawach gazu, stronie polskiej bardzo zależało, by potraktowano nas poważnie. Na okrągło powtarzano jedno – czy oni traktują nas poważnie? Rosjanie chcieli byśmy uwierzyli, że traktują nas poważnie (i nic ponadto) i myśmy chcieli tego samego. Rosjanie wrócili z wizyty z tarczą – uwierzyliśmy (no, prawie wszyscy).

      Jeszcze trzy‑cztery lata temu na rosyjskich portalach ukazywały się artykuły przypominające pakt Ribbentrop-Mołotow i deklarujące chęć powrotu do tradycji. Na ile wyrażały one prawdziwe intencje Kremla, a w jakim stopniu były retorycznymi sloganami, trudno powiedzieć. Faktem jest, że rosyjska klasa polityczna wykazywała wtedy tradycyjny silny instynkt państwowy, bardzo w stosunku do Polski agresywny. Zmiana dokonała się w latach 2005/2007, ale jakakolwiek próba przedstawienia tego, bardzo złożonego, procesu, wykracza poza ramy tego tekstu.

      Sami Rosjanie widzą siebie dziś w przeciwstawieniu tak do USA, jak Europy, którą coraz powszechniej zaczynają traktować jako jakościowo nowy podmiot (nowe „centrum siły”) polityki światowej. Nie widać tego bezpośrednio w stosunkach gospodarczych z krajami Unii, prędzej już w relacjach politycznych Unii z Rosją, a najbardziej w literackich przestawieniach stanu umysłów, które, jak się wydaje, są pierwszymi zwiastunami zmian w innych sferach życia. Polskę widzi się jako integralną część UE, i nie jako biernego statystę, ale uczestnika skutecznie wpływającego na bieg wydarzeń w Rosji. Jeśli chodzi o Niemców, w ostatnich latach coraz częściej można napotkać przypomnienia tradycji niesienia kaganka cywilizacji, kolonizacji Wschodu i obietnic rozdawania majątków na rozległych terytoriach Rosji, nie tylko Obwodu Saratowskiego i okolic nadwołżańskich. Działania Sojuszu Północnoatlantyckiego, rozbudowa instalacji wojskowych NATO, w tym wyrzutnie antyrakiet w Polsce, odbierane są jako elementy przygotowań do ewentualnego złamania i podziału Rosji na strefy wpływów USA, UE i Chin.

      Podstawowym celem, jaki chcieliśmy osiągnąć poprzez zgodę na instalację tarczy, było uzyskanie statusu bliskiego sojusznika USA. W powszechnym rozumieniu tego słowa bycie sojusznikiem oznacza obustronne starania o interesy drugiej strony. W przypadku bliskiego (specjalnego) sojuszu, starania o bezpieczeństwo zbliżone do ochrony własnego terytorium. To nasze rozumienie tej relacji. Jeśli chodzi o Rosjan, minął okres rozpętywania burzy wokół instalacji dziesięciu antyrakiet – nawet w przypadku uderzenia odwetowego, po zniszczeniu większości rosyjskich rakiet, dziesięć antyrakiet to ilość za mała na to, by wpłynąć na wynik globalnej równowagi (co innego radar w Czechach). Pozytywne jest, że w przedstawionym przez INS raporcie o stanie armii (półoficjalnym, bez względu na opozycyjny charakter APN) stwierdza się wprost, że zagrożenia ze strony Polski należy określić jako raczej wirtualne. Co innego w stosunkach Rosji z USA, czy Ukrainą, w przypadku Polski nawet groźba rozmieszczenia w Obwodzie Kaliningradzkim wyrzutni Iskanderów również nie jest propozycją serio, a tylko obliczoną na jak największe zbulwersowanie opinii publicznej w krajach zainteresowanych, a także na użytek wewnętrzny.

      Po doświadczeniach z offsetem do F‑16 wiemy, że na zapewnieniu nam takich możliwości Stanom Zjednoczonym nie zależy. Nie pozwoliły nam na zakup nowocześnie wyposażonych systemów broni, na przykład samolotów wyposażonych w antenę fazową (Izraelowi sprzedali), która w Air Force jest wyposażeniem standardowym. Warto dodać, o samym F‑16, oczywiście głęboko zmodernizowanym, wyposażonym w cały szereg innowacji, szef sztabu (Powell, bodajże) powiedział – „substutu myśliwca Stany Zjednoczone nie potrzebują”.

      Czego potrzebujemy najbardziej, to nie bezzwłocznych dostaw uzbrojenia, ale programu rozwoju przemysłowego potencjału obronnego i, w ogólności, technologicznego, w ramach szerszego systemu, jakiego ubogi (a i bogaty też) trzydziestoparomilionowy kraj nie jest w stanie stworzyć. Dopiero budowa centrum serwisowego F-16 w Bydgoszczy mieści się w tej koncepcji i charakterystyczne, że Amerykanie zaczęli zwracać się ku niej dopiero wtedy, gdy zaczęła ukazywać niedostatki nadrzędna w stosunku do innych koncepcja politycznej i gospodarczej supremacji, oraz, w stosunku do Polski, kompletnej obojętności na nasze postulaty.

      Kiedy w Warszawie trwały rozmowy na temat instalacji amerykańskich antyrakiet, miałem przyjemność rozmawiać z kimś, kto brał w nich czynny udział. Rozmowa nie była interesująca o tyle, że brak było różnic w widzeniu problemu. Jeśli chodzi o wybór samolotu wielozadaniowego, gdyby właśnie nie zaprzestano jednej i nie rozpoczęto jeszcze produkcji kolejnej wersji F-18, zapewne kupilibyśmy ten samolot i z pewnością byłby to świetny wybór. Na porządku dnia stało wtedy zdefiniowanie zadań polskiego lotnictwa, stosownie do tego należało wytyczyć strategie jego rozwoju. Wygrała koncepcja imperialna – wybraliśmy samolot będący w stanie walczyć na całym świecie (z baz amerykańskich), jednocześnie najtańszy. Kilka lat temu podobał mi się ten wybór – w sytuacji, kiedy bezpośrednich zagrożeń nie widać, kupujemy samoloty nie do walki, ale w celu możliwie najtańszego spełnienia natowskich wymagań oraz powiązania się z Amerykanami. Gdyby jednak miały walczyć w obronie kraju, a nie pełnić funkcji pomocniczych w rozrzuconych po świecie natowskich akcjach, lepiej, żeby to były inne samoloty.

      Zdaniem prof. Zbigniewa Lewickiego targowanie się z USA o dostawy uzbrojenia, parkowanie ciężarówki Patriotów na terenie Polski, to cwaniactwo polskich władz, z którego zdają sobie sprawę i śmieją się Amerykanie: „jak się Rosja naprawdę obrazi, nie pomogą żadne Patrioty, a jeśli na niby, są niepotrzebne.” Amerykanie mogą śmiać się z żądań unowocześnienia polskiej armii, jednak umacnianie własnej do niebotycznego poziomu uznają za celowe i konieczne, co pokazuje z gruntu różne podejście do siebie i polskiego, tzw. strategicznego, sojusznika.

      Prof. Lewicki ma rację, w przypadku zmasowanego rosyjskiego atomowego ataku (póki co kilka tysięcy głowic plus fałszywe cele), nawet zdziesiątkowanego prewencyjnym atakiem USA, z Polski, pozostającej w zasięgu taktycznej broni jądrowej, zostanie popiół. Posiadanie jednej baterii Patriotów ma sens w przypadku wojny ze scenariusza wariata, kiedy przeciwnik atakuje na niby, a nam starczy jednej baterii, do obrony nawet nie całej Warszawy, zaledwie Śródmieścia, Belwederu, URM-u, pałacu prezydenckiego, oraz miejsca zamieszkania i terenów łownych… no, tego… kota. Inne dzielnice i inne miasta już się nie liczą – oto koncepcja godna przywódców Trzeciego Świata. Rzeczywistą ochronę, a i to bez gwarancji sukcesu, kraju w całości narażonego na zniszczenie mogłoby dać sto lub więcej baterii Patriotów. Kupimy je? Dostaniemy?
    • buldog2 komentarz, cz. VII 23.11.08, 21:02
      Nie chodzi o to, by rosyjskie, czy czyjekolwiek inne veto miało być równoznaczne z zakazem wyrażenia zgody na budowę tarczy, nie może być też tak, by odpowiedzią na nie musiała być automatyczna (jak twierdził poseł Rokita) zgoda na tarczę – o tym powinien decydować rzetelny rachunek naszych zysków i strat, nie opinie z zewnątrz. Jednak o ile wpływ instalacji na wzrost różnorakich zagrożeń (realnie – najprędzej ze strony terrorystów) i niedogodności (głównie ze strony Rosji) był szczegółowo omawiany i jest powszechnie znany, natomiast rejestr korzyści zmieniał się i dziś jest zupełnie inny, niż ten z początku negocjacji. Przypomnijmy: po apetycie na iracką ropę i intratne kontrakty został kac i chęć zaleczenia go amerykańskimi rekompensatami za instalację tarczy, bo co do tego, że jakieś ciężary i straty poniesiemy, nigdy nie było wątpliwości. Na początku argumentowano, że skoro przed kampanią w Iraku za samo pozowolenie skorzystania z swojego terytorium Amerykanie proponowali Turcji 15 miliardów dolarów, powinniśmy oczekiwać, na przykład, trzydziestu. Nikt nie opowiadał, że tarcza przed czymkolwiek nas chroni, miał to być po prostu dobry interes, pierwszy z USA. Dopiero kiedy Amerykanie wyprowadzili nas ze stanu błogiej szczęśliwości, zaczęto szukać nowego uzasadnienia utrwalonej już tezy o potrzebie stacjonowania amerykańskich antyrakiet w Polsce. Cokolwiek pomogli nam w tym dziele Rosjanie swoimi protestami. Jak oni tak, my powinniśmy (wariant Rokity: musimy) na odwrót. Jeszcze później na łamach poważnego Nezawisimogo Wojennogo Obozrenija przyznali, że dziesięć antyrakiet, to nic wielkiego (wcześniej mowili – to przykrywka dla tajnego umieszczenia kolejnych dziewięćdziesięciu), ale dla celów bieżącej polityki nie myśleli rezygnować z wygodnego środka propagandy. Wtedy to w Polsce do rangi zasadniczej podniesiono strategiczny sojusz z USA. Koronnym argumentem zwolenników instalacji tarczy jest bezpośrednie powiązanie nas, bliskiego już sojusznika USA, z amerykańskim systemem obrony oraz uzyskanie niezależnych od NATO amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Obiegowa opinia głosi dziś, że Amerykanie będą bronić swojej bazy jak socjalizmu i, przy okazji, obronią nas. Jednak owo twierdzenie, powszechnie przyjmowane jako aksjomat – wydaje się być mocno dyskusyjne. Pozostaje zastanowić się nad zasadnością argumentacji przedstawianej na rzecz tej tezy.

      Pierwsze, co przychodzi na myśl, to amerykańska baza na Kubie zajętej przez komunistów Castro. To ilustracja zaprzeczenia tezy o tym, że samo amerykańska baza na terytorium kraju daje gwarancję bezpieczeństwa. Kolejnymi są zmienne losy Korei Południowej, Taiwanu i Izraela. Każdy z nich w sposób nie pozostawiający wątpliwości przemawia na rzecz tezy o z założenia pragmatycznym, wręcz przedmiotowym traktowaniu przez USA sojuszów i samych strategicznych sojuszników. Inaczej mówiąc, wszystkie te sojusze są wypełniane treścią wtedy i tylko wtedy, gdy jest to po drodze Stanom Zjednoczonym. Nawet Izrael, pomimo ogromne wpływy, jakie diaspora żydowska posiada w USA, coraz mocniej odczuwa samotność w konfrontacji z Arabami. Jedynym wyjątkiem, być może, jest Wielka Brytania, a i tego, wobec rozwoju wydarzeń w konflikcie sueskim, ukrywania przed nią technologii wojskowych, nie można być do końca pewnym. Ani amerykańskie instalacje obronne, ani obecność amerykańskich żołnierzy nie są gwarancją bezpieczeństwa kraju ich stacjonowania (widzieliśmy w Gruzji).

      Tezę nie o szczególnym, ale choćby poważnym charakterze związków Polski z USA podważa nie tylko los inwestycji offsetowych, ignorowanie polskich ofert w przetargach na odbudowę Iraku i starań o zakup taniej irackiej ropy (Amerykanie i Brytyjczycy kupują ją po 9-12 dolarów). Znacznie mniej znana jest obojętność na starania prezydenta Kaczyńskiego o zakup ropy i gazu w Kazachstanie. Rzecz w tym, że akurat tam w handlu ropą i gazem bardzo wiele, być może najwięcej, mają Amerykanie. Także nagłaśniana rola Prezydenta RP w kształtowaniu stosunków pomiędzy Rosją i Gruzją, to złudzenie, wskazujące na podprowadzenia go przez strony konfliktu. Wojna w Gruzji, prócz swojego znaczenia lokalnego, wpisuje się w sekwencję wydarzeń kształtujących sytuację w regionie.

      Wiadomo, że to USA były głównym orędownikiem niepodległości Kosowa. Niektórzy rosyjscy komentatorzy twierdzą, że uznanie Kosowa niosło wiele konsekwencji, w tym i zanętę do uznania przez Rosję niepodległości Osetii Południowej i Abchazji. Godząc się na rewizję istniejących granic, Rosja połknęła wyłożony w pułapce ser i dała Zachodowi (czyli nam) pretekst do postulowania zmian granic Rosji i uznania niepodległości podmiotów RF. O ile nie sposób orzec, czy takie właśnie były zamiary administracji Busha, wymienione konsekwencje uznania niepodległości Abchazji i Osetii i płynące z nich zagrożenia dla Rosji wskazywane były na długo przed wybuchem sierpniowego konfliktu. Łańcuszek przyczynowo-skutkowy jest następujący: najpierw Amerykanie i największe państwa UE uznały niepodległość Kosowa, następnie Rosjanie, posługując się precedensem zmiany powojennych granic, uznali niepodległość Południowej Osetii i Abchazji, co, w konsekwencji, dało podstawę do bardziej otwartego kwestionowania integralności Rosji i demonstrowania dążeń secesjonistycznych nie tylko w republikach kaukaskich, ale i na Powołżu, w Jakucji, oraz kilku innych regionach Rosyjskiej Federacji. Dlatego, bez względu na makiawelliczność takiego postawienia sprawy, trzeba powiedzieć, rosyjskie wladze uczyniły ten krok z pełną świadomościa destrukcji, jaką niósł.

      Kiedy w ostatnich tygodniach przed najazdem Saakaszwilego na Płd. Osetię Prezydent RP i jego minister (Fotyga) dokonywali peregrynacji do Gruzji i USA, Condoleezza Rice komentowała rosyjskie, nie polskie, stanowisko w sprawie konfliktów w Osetii i Abchazji. Przed wybuchem walk w Osetii i Gruzji Rice oświadczyła, że Stany Zjednoczone prowadzą aktywne konsultacje w ramach ONZ w celu pokojowego uregulowania konfliktu w Abchazji. „Szczególnie aktywnie konsultujemy się z Niemcami” powiedziała Condie Rice. Sama Gruzja o naszym udziale nie wspomniała ani słowem, dopiero w sytuacji krytycznej Saakaszwili tylko na chwilę przypomniał sobie o Kaczyńskim, by błyskawicznie wrócić do rozmów z Amerykanami i prób rozmowy z Rosjanami. Dziś chyba już tylko polski Prezydent RP jest orędownikiem oficjalnych granic Gruzji, Saakaszwili wielkość Gruzji chce tworzyć poprzez rozwój gospodarczy, o tyle łatwiejszy, że w pomniejszonym państwie.

      Zwraca uwagę twierdzenie ekspertów PiS o „większej znajomości tematu przez min. Fotygę, niż profesora Brzezińskiego”, wiele mówi, nie o przedmiocie rozmowy, a o autorach. Być może sława pani minister dorówna kiedyś popularności Zbigniewa Brzezińskiego, nie ma tylko cienia wątpliwości, śmiać się, czy płakać. Prezydent szczyci się wykonywaniem gestów przepisanych z cudzego scenariusza. Czy coś w przybliżeniu podobnego robi którykolwiek z krajów takich jak Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Niemcy i im podobne? Recenzją inicjatyw Kaczyńskiego i Fotygi jest przemilczenie ich przez wszystkie strony. Departament Stanu, którego niewypowiedziane życzenia Prezydent RP wykonuje ponad oczekiwania gorliwie, nie dopuścił się do zbratania większego, niż kolacja z Sakaszwilim w jednej gruzińskich knajp.
    • buldog2 komentarz, cz. VIII 23.11.08, 21:05
      Niezwykle trudno utrzymywać, że Polska jest dla USA wartością, wypada się więc zastanowić, czy i co przemawia na rzecz trwałości układu, w którym Stanom opłaca się być gwarantem bezpieczeństwa Polski. Z całą pewnością korzyści, jakie daje Stanom możliwość korzystania z całości polskich zasobów, mają swoją wartość, jednak wydaje się, że ostatnie lata przynoszą widoczne zmniejszenie roli Europy jako podmiotu przeciwstawionego USA. W tej sytuacji biedne, zadłużone i zadłużające się coraz bardziej, niewielkie państwo o jeszcze mniejszej gospodarce, skonfliktowane z najbliższym otoczeniem staje się prędzej balastem, aniżeli partnerem, z którym należy się liczyć. Co nie przeszkadza tej gąbki, ile się da, wycisnąć. W sprawach takich, jak wyjazdy i organizacja wieców w Gruzji polskie władze są jedyne i niezastąpione, ale rzeczywiste negocjacje w imieniu Zachodu prowadzić będą inni.

      Podobnie w kwestii przypisywanego nam udostępnienia CIA więzień dla afgańskich talibów. Kiedy przecieki na ten temat pochodzą bezpośrednio z administracji USA (ktoś wierzy, że NYT posiadł je z innych źródeł?), to niezależnie od tego, prawdziwe czy nie, dowodzą specyficznego stosunku do polskiego, strategicznego sojusznika. Jeśli zaś są prawdą, pokazują, że jest on zbliżony do tego, jaki Stany Zjednoczone tradycyjnie mają do republik Ameryki Łacińskiej. Dokladnie taki sam stosunek zawarty jest w pomyśle przedstawienia nam do podpisania gotowej, wypełnionej przez Departament Stanu ankiety z polską zgodą na instalację antyrakiet. W czasie kampanii irackiej proponowano Turcji 15 miliardów dolarów za pozwolenie na przemarsz amerykańskich wojsk, udostępnienie przestrzeni powietrznej, transport zaopatrzenia itd. A za co ta zgoda?

      Można powiedzieć, trudno, Stany Zjednoczone traktują nas jak Panamę, czy Wybrzeże Kości Słoniowej, a polskie władze z ochotą na to przystają, jednak rzecz nie w tym, by dramatyzować obraz sytuacji, ale spokojnie zastanowić się, czego się spodziewać i co z tym wszystkim zrobić. Polskie władze, przede wszystkim ośrodek prezydencki, uważają, że jeśli USA będą stać na straży naszego bezpieczeństwa, przełkniemy i to, i amerykańskie antyrakiety. Byłoby dobrze, gdybyśmy za naszą wolę współpracy otrzymali rzeczywiste gwarancje bezpieczeństwa, jednak póki co, takie gwarancje pozostaje odnieść wyłącznie do sfery życzeń.

      Stanowisko amerykańskie jest czytelne i jednoznaczne: Przyjmujecie tarczę jak jest, przez co zyskacie naszą życzliwość, trochę sprzętu z demobilu i rowery dla krakowskiej policji, ponadto pozwolimy wam ciężarówkę Patriotów. Nie możemy ograniczać się sojuszami, które w przyszłości mogłyby się stać niewygodne. Póki co, nic poważnego wam nie grozi. A jak zagrozi, będziemy się zastanawiać i postąpimy zgodnie z naszą (amerykańską) racją stanu. Traktatowe gwarancje bezpieczeństwa USA dla Polski są do przyjęcia pod warunkiem, że będą to nic lub niewiele znaczące ogólniki (takie były ujawnione zobowiązania USA).

      Można, ze względów strategicznych, popierać wstąpienie Gruzji do instytucji świata zachodniego, ale to coś szczególnego, patrzeć jak najwyższy przedstawiciel Polski robi z siebie przyjaciela Saakaszwilego i jak podobnie wątpliwe akcje propagandowe stają się dominantą myślenia o polskiej racji stanu. Dla ogromnej większości państw UE w relacjach wewnątrzunijnych najważniejsze wydaje się być uzyskanie większej spójności Unii. W stosunkach z Rosją coraz ważniejszy okazuje się brak akceptacji klasy politycznej i opinii publicznej Zachodu dla użycia przez Rosję wobec innego państwa siły. To nowa jakość: nie potępiono odwetu dlatego, że Rosja zrobiła coś gorszego, niż Gruzja, ale dlatego, że dokonała go Rosja. Potępienie nie było skutkiem rosyjskich działań, ale ekspresją panujących nastrojów, które zostały przez owe działania ujawnione. A jeszcze tak niedawno świat był zupełnie inny.

      Około roku 2005 zaczęły się walić konstruktywne, rzeczywiste rosyjskie pomysły na państwo (ustanowienie monarchii). Pozostały doraźne akcje ukierunkowane na trzymanie się władzy oraz imperialne dekoracje, mentalność i wygrywanie tych motywów w polityce wewnętrznej. Dziś, choć wielu tęskni za przeszłością, Rosjanie uznają nie tylko naszą suwerenność, ale, powoli, nasze prawo głosu oraz potrzebę liczenia się z naszymi, rzeczywistymi czy wydumanymi, obawami i szukaniem wyjścia z opresji. Warto odnotować zbieżność, niemal identyczność, frustracji rosyjskich i polskich na temat stanu oblężenia i zagrożenia. Z tym, że dziś to Rosjanie mają bez porównania więcej powodów do zmartwień, a Iskandery nad granicą z Chinami już stoją, bynajmniej nie na pokaz.

      Coraz bardziej odczuwalne staje się poczucie kurczenia się hegemonistycznej pozycji Rosji na obszarze postsowieckim. W 2005 roku na okoliczność skomplikowanych stosunków Rosji z Estonią Fiodor Łukianow pisał, że dawniej to Rosja (ZSRR) była tym państwem, które się z innymi zmawiało, a dziś sama staje się przedmiotem zmowy. Później nastąpiła jeszcze jedna próba restauracji, ale politycy europejscy zaczęli myśleć kategoriami europejskimi. Wytłumaczenie, jakie przychodzi na myśl, to chęć zapisania się złotymi zgłoskami w przyszłej historii Europy (ojcowie założyciele, czy podobnie). To może być silny motor działania. Jeszcze, ostatnio, poczucie urażonej godności Francuzów znakomicie widoczne po tym, jak zlekceważone zostały wstępne ustalenia z Sarkozym. Dziś ani u Sarkozy’ego, ani u Francuzów Rosjanie nie znajdują wiele życzliwości, w Wielkiej Brytanii (Miełkobrytanii – zgodnie z popularnym na rosyjskich blogach określeniem) przez ocieplenie rozumie się już sam powrót do relacji pozbawionych elementów konfrontacji (bo się opłaca).

      Naiwnością byłoby sądzić, że jakiekolwiek powodujące się rozumem państwo na ołtarzu sympatii i antypatii złoży własne interesy gospodarcze, co oglądamy w stanowisku Prezydenta RP. Kontestacja rzeczywistości i trwanie w uporze pomniejszają naszą pozycję i możliwości oddziaływania wewnątrz Unii, do tego okazują się być całkowicie nieskuteczne. W sumie, nierozumne i szkodliwe. Bogate państwa Zachodu nie postępują tak w przypadku Chin i nie widać jakichkolwiek powodów, dla których inaczej miałaby się mieć rzecz z Rosją. Wielka Brytania, pomimo całkiem już poważnego ochłodzenia stosunków politycznych, zamierza rozszerzyć kontakty gospodarcze, powyższe w co najmniej równym stopniu odnosi się do Francji i Niemiec.

      Jakkolwiek różnie wychodzi to w przypadku Amerykanów i choć sukces na polskim podwórku może dać tylko przedsmak prawdziwej satysfakcji, przyznać trzeba, że francuskiemu prezydentowi udało się doprowadzić do paraliżu polskiej dyplomacji. Politykę zagraniczną tworzy i odpowiada za nią MSZ i rząd w całości, ale jednym tylko mistrzowskim posunięciem Sarkozy podważył ład konstytucyjny w Polsce. Możemy się zastanawiać, co ważniejsze: uniknięcie jeszcze większego skandalu na kolejnym spotkaniu UE, czy blokowanie próby zawoalowanej i pełzającej reinterpretacji (zmiany) porządku konstytucyjnego RP. To nie przesada, w identyczny sposób postępowali Czornowił, Łukaszenko, Kuczma i Saakaszwili. Na naszą korzyść przemawia to, że mechanizmy demokratyczne są dość silne, by nie ulec kolejnej próbie falandyzacji prawa.
    • buldog2 komentarz, cz. IX, ostatnia 23.11.08, 21:06
      Niektórzy z Rosjan utrzymują, że jesteśmy nacją, która najlepiej potrafi ich zrozumieć. Czytając wypowiedzi na polskich forach można dojść do zgoła różnych wniosków, jednak można się zgodzić z powyższym, kiedy mowa o warstwie emocjonalnej, jeśli chodzi o rozumienie zachodzących w Rosji procesów, sama empatia nie starcza, potrzebna znajomość przedmiotu.

      Kilka miesięcy temu w Le Monde ukazał się ciekawy komentarz na temat sytuacji w Rosji, dla mnie szczególny o tyle, że można byłoby się podpisać pod każdym jego zdaniem, co najwyżej, rozwinąć i uzasadnić postawione tezy, ponieważ autor niemal we wszystkim kazał we własną nieomylność wierzyć i argumentów na rzecz swoich tez nie podawał – w sumie, nic dziwnego, postępowanie dla Francuza właściwe. Główna teza artykułu mówiła o sprawowaniu władzy nie przez jednego człowieka, ale przez wąską grupę ludzi stojących na czele najważniejszych grup władzy.

      Miałem okazję usłyszeć skróconą relację z długiej i, wydaje się, szczerej rozmowy z osobą uczestniczącą w przygotowaniach do wizyty prezydenta J. Chiraca w Polsce. Na zarzut o krytykę i protekcjonalne traktowanie Polski (żebyśmy siedzieli cicho, kiedy mówią starsi, jakoś tak to było) na okoliczność naszego udziału w kampanii irackiej, odpowiedziała, że przecież szczerość jest świadectwem partnerskiego (czy prawie) stosunku do strony polskiej.

      – Tak? A co powiedzić o tym, jak rozmawiacie z Rosją? – zapytał mój rozmówca.

      – To zupełnie co innego. Rosja jest wielkim krajem, współpraca z nią przynosi wiele korzyści, dlatego jesteśmy uprzejmi i czarujący i tak samo będziemy postępować z każdym innym Burkina Faso. Sami pokazujecie, że musicie się jeszcze wiele uczyć, bo tylko ktoś mało obyty albo z kompleksami nie potrafi dostrzec różnicy pomiędzy szczerą prezentacją poglądów, a dyplomatyczną elegancją. Dla nas – Putin, czy Amin – bez różnicy.

      Cokolwiek to przerysowane, brak wzmianki o francuskiej doskonałości (rozumiem, domyślna), imperatywie stawania kością w gardle Amerykanom, ale sedno sprawy oddane prawidłowo. Jednak kontrowersyjne wypowiedzi obecnego prezydenta Sarkozy’ego na temat tarczy odnosiły się przede wszystkim do stanowiska Polski i nie pozwalają zapomnieć o ciągotkach do traktowania nas jak rodzaj Gabonu czy Senegalu. Zobaczymy, jak się to będzie sprawdzać w budowie europejskiej spójności i solidarnych relacji państw Unii z dużymi partnerami spoza UE.
      Póki co, wszystko na swoim miejscu. Kwalifikacja Polski jako [tego] kraju, dla którego zachowaniem właściwym jest siedzieć cicho, gdy mówią starsi, pozostaje aktualna. Jednak, z biegiem lat, niewykluczone, może i ona zostanie kiedyś poddana korekcie.
    • buldog2 Oleg Greczeniewski - Bitwa klanów, cz. I 23.11.08, 21:15
      Internet vs Teleekran, 11.12.2007

      Bitwa klanów.

      W Kazachstanie znajdują się ogromne zapasy kopalin – dlatego zainteresowanie tym krajem stale przejawiają wszystkie wielkie mocarstwa świata oraz liczne ponadpaństwowe korporacje. Kazachstanowi starczyłoby samej ropy naftowej, żeby zapewnić sobie popularność w świecie wielkiej polityki i wielkiego biznesu. Ale w ziemi Kazachstanu oprócz ropy naftowej i gazu, mieści się też cały przysłowiowy «układ Mendelejewa». Zazwyczaj takie określenie trzeba rozumieć jako pewną poetycką przesadę – tylko nie w przypadku Kazachstanu: tutaj jest dosłownie wszystko, przy czym w ogromnych ilościach. W przypadku niektórych pozycji kraj ten zajmuje nawet pierwsze miejsce w świecie – a pod względem wielkości złóż licznych innych kopalin wchodzi co najmniej do pierwszej dziesiątki. Są i takie metale, które w ogóle na skalę przemysłową są wydobywane tylko w Kazachstanie.


      Na przykład, jeden z liderów kazachskiej opozycji (Ż. Tujakbaj) w jakiś sposób przekazał nam taką oto interesującą informację: tylko w Kazachstanie wydobywane są metale ziem rzadkich osm i ren – po pięć kilogramów rocznie każdego. Żadnej ceny rynkowej na ten strategiczny surowiec nie ma – określa ją sam producent. Już oficjalna cena wynosi 10 tysięcy dolarów za gram – w rzeczywistości sprzedaje się je i po 100 tysięcy… Wychodzi na to, że ktoś w z kazachstańskiej „góry” każdego roku wkłada sobie do kieszeni miliard dolarów tylko z tytułu tych «dwu kratek» w układzie okresowym Mendelejewa.

      Lider opozycji wie lepiej: sam był wysokim urzędnikiem w rządzie Kazachstanu – powinien świetnie orientować się w takich sprawach…

      W ogóle, tego rodzaju biznes z metalami ziem rzadkich podchodzi im najbardziej: raz do roku wywozi się za granicę mały pakunek – i nikt nic nie zauważy! W deklaracji celnej w takich sytuacjach pisze się: «Wzory geologiczne» - albo cokolwiek w tym stylu… Dla porównania, na przykład, eksport cynku z Kazachstanu przynosi ten sam miliard dolarów rocznie – ale cynku dla uzyskania tej kwoty wywozi się ponad 300 tysięcy ton. Taki biznes znacznie już trudniej ukryć (ale i tu kazachstańska mafia jakoś się wykręca, eby ukraść prawie cały zysk).

      Nie będziemy szczegółowo wyliczać, co takiego wywozi się z Kazachstanu, w jakich cenach i w jakich ilościach – ten «układ okresowy» staje się już nazbyt wielki: chrom, aluminium, miedź, złoto, uran itd. Aż do całkiem już egzotycznych pierwiastków chemicznych włącznie…

      W istocie rzeczy wszystko to nie jest aż tak ważne – głównym naturalnym bogactwem kraju była i pozostaje ropa naftowa. Wydobywa się jej w Kazachstanie ponad 60 milionów ton rocznie – i liczba ta niezmiennie rośnie. Przy czym prawie cały ten biznes dawno został oddany w ręce różnych zagranicznych spółek. Wzorcowy obraz jest tam teraz następujący: niemal połowę ropy naftowej wydobywają Amerykanie, jedną trzecią – Chińczycy. Udział spółek państwowych Kazachstanu wynosi 15 %. A Rosja jest gdzieś w ogonie, z 5 % wydobycia.

      Tak że w Kazachstanie jest co grabić – dlatego pod drzwiami tego «naturalnego skarbca» zgromadził się wielki tłum i trwa nieustanna bójka (daleko nie wszystkim udaje się wyjść z napchanymi kieszeniami) … Zupełnie tak jak u nas, w Rosji - tylko że u nas mimo wszystko jest mniej cudzoziemców i bardziej harcują «swojacy».

      Ale zakończmy już tę przedmowę i przejdźmy do sedna sprawy.

      MAFIJNE KLANY KAZACHSTANU

      Powinienem przyznać się, że zorientować się w systemie kazachstańskich klanów było znacznie trudniej, niż w analogicznym systemie wewnątrz rządzącej elity Ukrainy. Przyszło przetrzepać w tym celu omal cały tamtejszy Internet (szczęście, prawie cały rosyjskojęzyczny).


      W odniesieniu do zagranicznych korporacji szczególnych problemów nie było – wszystko te amerykańskie «Shevrony» i inne «Mobile», które wypompowują z Kazachstanu ropę naftową, niemal cały czas pozostają w ścisłych związkach z tą mafią CIA-KGB, której w Rosji odpowiada «rodzinny» klan KGB.



      Trudniej było zorientować się w sytuacji mafinych klanów wewnątrz wierchuszki samego Kazachstanu.

      W Ukrainie również jest masa wyrafinowanych intryg i «walk buldogów pod dywanem»… Ale są tam i otwarte zderzenia różnych politycznych sił i w ogóle, faktycznie, jest to jedyny kraj WNP, w którym mimo wszystko jest jeszcze prawdziwa demokracja (choćby jakaś tam). A proszę spróbować zorientować się w stosunkach pomiędzy politycznymi i finansowymi ugrupowaniami w takim kraju, w którym wszyscy współzawodniczą pomiędzy sobą tylko w jednym: kto najbardziej kocha Wielkiego Prezydenta! Prawda, i w Kazachstanie jest polityczna opozycja, ale istnieje najprędzej dla zachowania pozorów i żadnej rzeczywistej siły sobą nie przedstawia. Rosja dopiero ostatnio szczelnie przylgnęła do takiej formy «demokracji» – w Kazachstanie zapanowała ona od pierwszych dni niepodległości.



      Mnie samemu długo w żaden sposób nie udawało się odnaleźć związków pomiędzy rządzącymi ugrupowaniami Kazachstanu i naszymi czekistowskimi klanami – pewna ilość wariantów została wypróbowana i wszystkie one okazały się fałszywe… Można było pomyśleć, że Kazachstan to prawdziwie niepodległe państwo – a nie rządzone przez nasze i amerykańskie czekistowskie mafijne ugrupowania!


      Ale muszę rozczarować obywateli Kazachstanu: jak się okazuje, jednak ich kraj też znajduje się w pełnej władzy tych samych sił, które panują na całej pozostałej przestrzeni posowieckiej. I w Kazachstanie jest mniej więcej taki sam «czekistowski trójkąt», jak w Rosji i Ukrainie – choć z istotnymi narodowymi naleciałościami, które mocno zbijają z tropu…

      Oto co się okazało – prezentację naszej wersji rozpoczniemy od, rozumie się, najważniejszej mafii Kazachstanu.


      KLAN PREZYDENTA NAZARBAJEWA

      W samym Kazachstanie żaden tutejszy analityk nigdy nie wyróżniał grupy prezydenta Nursułtan Nazarbajewa jako oddzielnego i samodzielnego klanu. Uważa się tam, że ten wielki prezydent stoi ponad klanami i ugrupowaniami Kazachstanu – jak orzeł panuje nad nimi wszystkimi! I tylko czasami rzuca je do walki pomiędzy sobą – w celu utrzymania «równowagi władzy», żeby żaden nie wzmacnił się ponad miarę…

      Z zewnątrz wszystko wygląda właśnie tak – ale to wszystko nieprawda. W takich sprawach trzeba odrzucić dosłownie wszystkie prekoncepcje – i patrzeć tylko na przepływy «finansowych strumieni». I kiedy się to zrobi, okaże się, że swoją osobistą «czarną kasę» prezydent Nazarbajew powierzył działaczom należącym do dwóch wpływowych ugrupowań Kazachstanu:

      1. Ugrupowania Bałgimbajewa-Giffena.

      2. Ugrupowania Kulibajewa.

      Oto ci trzej ludzie zawsze trzymali w swoich rękach system przepompowywania państwowych funduszy Kazachstanu z eksportu ropy naftowej na osobiste konta prezydenta Nazarbajewa w zachodnich bankach: były premier Bałgimbajew, amerykański doradca James Giffen i zięć prezydenta Timur Kulibajew, mąż Dinar Nazarbajewy (drugiej córki prezydenta Kazachstanu).


      Co zaś tyczy się starszego zięcia Rachata Alijewa (męża Darigi Nazarbajewy), na którego temat powszechne były domysły, że to jego lada chwila prezydent ogłosi następcą tronu – to Alijewa do tych «strumieni finansowych» Nazarbajew nawet nigdy blisko nie dopuszczał.

      Prawda, istnieje niewielkie złoże naftowe («Mangistaumunajgaz», roczne wydobycie 5 milionów ton), które przez jakiś czas przypisywano Rachatowi Alijewowi, jako jego rzeczywistemu właścicielowi – ale to historia bardzo wątpliwa: Alijew mógł posiadać co najwyżej jakiś pakiet akcji tej spółki… Dokładnie nikt nic nie wie – nazbyt wielka jest w Kazachstanie konspiracja otaczająca te interesy.
      • buldog2 Oleg Greczeniewski - Bitwa klanów, cz. II 23.11.08, 21:17
        W każdym razie, Rachat Alijew zawsze miał w Kazachstanie reputację «najbiedniejszego z oligarchów» – w porównaniu z działaczami, którym prezydent Nazarbajew pozwolił zajmować się eksportem ropy. Zgodnie z naszą wersją, przyczyną takiego «ograniczania» starszego zięcia prezydenta jest to, że po rozłamie w czekistowskiej mafii z jakichś powodów prezydent Nazarbajew i Rachat Alijew znaleźli się w różnych klanach.

        Ale o tym rozłamie w Kazachstanie porozmawiamy później – tymczasem wrócimy do klanu Nazarbajewa.

        Nursułtan Nazarbajew stanął na czele Kazachstanu jeszcze w okresie sowieckim, kiedy to Michaił Gorbaczew mianował go na stanowisko pierwszego sekretarza miejscowego KC (w 1989 roku).

        Nie będziemy wchodzić w szczegóły biografii prezydenta Nazarbajewa – wskażemy tylko pewne interesujące nas momenty.

        Ale najpierw przynajmniej kilka uwag trzeba poświęcić szczególnym cechom narodowym kazachskiego społeczeństwa. Rzecz w tym, że Kazachowie po dziś dzień zachowali dawny rodowo-plemienny ustrój. Każdy Kazach wie, z jakiego jest rodu i plemienia – i zna wszystkich swoich krewnych, nawet najdalszych. I to nie z czystej ciekawości: wszyscy zobowiązani są pomagać swym krewnym. Prócz tego, wszyscy Kazachowie pierwotnie dzielą się na trzy największe grupy plemion, tak zwane «żuzy»: «Starszy żuz» (Południe Kazachstanu), «średni żuz» (Północ) i «młodszy żuz» (część zachodnia) – wszystko to też musi być uwzględniane przy powołaniach na każde stanowisko itd.

        Ten system «trajbalizmu» (jak nazywają go sami Kazachowie), pomyślnie przetrwał radziecką władzę i teraz rozkwita jeszcze bardziej…

        Tak oto, wszyscy analitycy, którzy studiowali biografię Nursułtan Nazarbajewa, zgodni są co do tego, że Nazarbajew zrobił w okresie sowieckim błyskotliwą karierę nie dzięki «trajbalizmowi», a wyłącznie dlatego, że jeszcze w młodości zerwał wszelkie stosunki z swoimi krewnymi.

        Nazarbajew pochodzi z najbardziej poważanego w Kazachstanie starszego żuza – ale jego tiejp (plemię) był w owym czasie odsunięty od wpływów… Gdyby Nazarbajew pozostał w domu – byłby w stanie dojść do co najwyżej jakiego powiatowego stanowiska (i to przy wielkiej dozie szczęścia)… Ale w życiu młodego Nursułtana nagle wydarzyła się jakaś ciemna, omal nie kryminalna historia (o której nikt w Kazachstanie niczego sensownego nie potrafi powiedzieć – tylko jakieś niejasne plotki krążą), po której w wieku 18 lat pośpiesznie porzucił rodzinne okolice – i znalazł sobie miejsce w hotelu robotniczym na w Karagandyńskim Kombinacie Metalurgicznym (wtedy jeszcze w budowie). Nazarbajew zrobił to nie ze poczucia zbytku – na obszarze średniego żuza uważany był obcym-banitą. Ale Nazarbajewowi się udało: zwróciła na niego uwagę go pewna wpływowa siła, której akurat tacy odszczepieńcy, którzy oderwali się od kazachskiej rodowo-plemiennego systemu, byli potrzebni! Miejscowa organizacija partyjna zaczęła promować Nursułtana Nazarbajewa po «linii społecznej» – on sam mocno pochwycił szansę wyjścia na ludzi.

        Już po dwóch latach pracy w KMK przyjęto Nazarbajewa do partii, zaczął jeździć na przeróżne komsomolskie zjazdy i festiwale itd. itp. Oficjalnie jeszcze wtedy kontynuował pracę odlewnika – jednak, najprędzej, już tylko dla zachowania pozorów… Była w radzieckim okresie taka moda: dla niższych funkcjonariuszy Komsomołu i pozostałych aktywistów, którzy formalnie byli zaliczani do «pracowników niesamodzielnych» i powinni byli tkwić na produkcji, dyrekcja przedsiębiorstw urządzała fikcyjne stanowiska «robotnicze» z dobrymi pensjami.

        Nazarbajew otrzymał wkrótce najwyższe wykształcenie («bez odrywania się od produkcji» skończył wyższą szkołę przy kombinacie) i rozpoczął swój szybki awans po linii partyjnej. Co więcej, bardzo pomyślnie się wtedy ożenił: jego żona (bufetowa w kombinacie) posiadała ścisłe związki rodzinne z kierownictwem handlu Karagandy…

        Dalej wszystko jasne i opowiadać całej politycznej biografii Nazarbajewa nie będziemy – o tym napisano wiele. Zatrzymamy się tylko przy jednym istotnym momencie kariery Nazarbajewa na KMK.

        Pośród lat 70-ych były i takie, w których Nursułtan Nazarbajew pracował już jako partorg Karagandyńskogo Kombinatu Metalurgicznego, poznał przyszłego działacza państwowego (Kazachstanu i Rosji) Olega Soskowca, który był wtedy naczelnikiem działu kombinatu. W roku 1988 Soskowca mianowano na stanowisko dyrektora generalnego KKM – Nazarbajew kierował wtedy rządem Kazachstanu i, najprędzej, pomógł Soskowcowi objąć tak poważne stanowisko. A kiedy Nazarbajew został prezydentem niepodległego Kazachstanu, Soskowiec na początku roku 1992 został mianowany na urząd pierwszego wicepremiera i otrzymał kontrolę nad całą gospodarką Kazachstanu. Prawda, już jesienią 1992 roku musiał to stanowisko porzucić i przedostać się do rządu Rosji. Uważa się, że przyczyną jego dymisji była rozpoczynająca się wtedy «kazachizacja» – eliminacja niekazachów z prawie wszystkich stanowisk kierowniczych. Prawda, w 1992 roku proces ten daleki był jeszcze od swej kulminacji, ale Soskowiec mógł zawczasu przewidzieć, że pozostanie w Kazachstanie oznacza dla niego brak perspektyw – za to w Rosji takie «kadry» były nawet bardzo potrzebne…

        Teraz znajdujemy jakiś punkt zaczepienia dla określenia klanowej przynależności prezydenta Nazarbajewa: związek z Olegiem Soskowcem. Oczywiście, wielu urzędników musiał Nursułtan Nazarbajew w tych latach awansować na wysokie stanowiska (i wielu z nich z powrotem «usuwać») - ale wśród nich tak zwany «klan karagandyński» zawsze odgrywał szczególną rolę: to był jego «najbliższy krąg», zufani ludzie prezydenta…

        Oleg Nikołajewicz Soskowiec po rozłamie monolitu czekistowskiej mafii Rosji (w roku 1994) stał się jednym z głównych liderów proamerykańskiego klanu Korżakowa. Co się tyczy związków Soskowca z mafią wywiadu zewnętrznego KGB, dojrzały one jeszcze w roku 1988 – natychmiast po tym, jak wyznaczono go na stanowisko dyrektora generalnego Kombinatu Karagandyńskiego, Soskowiec natychmiast założył wspólne (z Szwajcarią) przedsiębiorstwo «TSK – Stił» i na eksporcie metalu zaczął zarabiać twardą walutę.

        Wszystkie te fikcyjne «wspólne przedsiębiorstwa» powstawały wtedy w jednym celu: z ich pomocą czekiści sprzedawali za granicę wszystko, co tylko można i rozkradali całą otrzymaną walutę. A ich tajni współpracownicy, dyrektorzy przedsiębiorstw, otrzymywali tylko stosunkowo niewielki procent zysków ze wszystkich tych machinacji …

        Jeśli chodzi o SP «TSK – Stił», to w jego statucie było zapisane, że przedsiębiorstwo wywozi za granicę «złom metali czarnych» i pozostały niepotrzebny chłam. Trzeba powiedzieć, że ani jedno «wspólne przedsiębiorstwo» w ZSSR podobnych reguł nigdy nie przestrzegało – czego tylko nie wywozili wtedy z naszego kraju ci biznesmeni pod hasłem «złomu metalowego», nawet najnowszy sprzęt wojskowy…

        Firma Soskowca też dobrze popracowała: w roku 1994 okazało się, że Kombinat Karagandyński ma do spłacenia prawie 400 milionów dolarów długu i że przyszedł czas ogłosić jego bankructwo. Prawda, nie cała ta suma przypada konkretnie na dyrektora generalnego Soskowca – ten opuścił KKM jeszcze w roku 1991…

        Przejdziemy teraz do doradców Olega Soskowca w jego pracy w KKM. Znany rosyjski oligarcha Władimir Lisin również zaczynał karierę w pracy w Kombinacie Karagandyńskim – był zastępcą dyrektora generalnego Soskowca i jego «prawą ręką» w firmie «TSK - Stił». Potem obaj ci przyjaciele jednocześnie przenieśli się do Rosji…


        «Król aluminium» Lisin, właściciel największego Kombinatu Nowolipieckogo, postać p
      • buldog2 Oleg Greczeniewski - Bitwa klanów, cz. III 23.11.08, 21:19
        Oto jak historia ta jest opowiadana na jednej z kazachstańskiej stron internetowych (artykuł O. Gubajdułlina na caravan.kz). Po Soskowcu w roku 1991 stanowisko dyrektora generalnego KMK objął Aleksander Swiczynski – ale popracował bardzo krótko: 28 grudnia 1992 roku został zamordowany przed drzwiami swojego biura. Cała milicja Kazachstanu została wtedy postawiona na nogi –w rezultacie morderców szybko zatrzymano. Za głównego inicjatora tego przestępstwa został w sądzie uznany Borys Timofiej, którego Soskowiec mianował kiedyś na stanowisko zastępcy dyrektora generalnego ds. handlu międzynarodowego. Nowy dyrektor generalny Swiczynski zdjął Timofiejewa z tej nadzwyczaj intratnej posady i przeniósł na stanowisko naczelnika działu – ten zemścił się za to, że zmuszono go do powrotu do martenowskich pieców i «życia z samej tylko pensji»…



        Innym udziałowcem w spisku przeciw nowemu dyrektorowi generalnemu został naczelnik ekonomii międzynarodowej działu kombinatu Michaił Czernow. O jego motywach nie zostało powiedziane nic konkretnego – jednak należy przypuszczać, że Aleksander Swiczynski z jakichś powodów i jego oderwał od słodkiego walutowego «koryta».

        Swiczynski jakoby chciał «zaprowadzić w fabryce porządek» – za to zabili go złodzieje z dawnego zespołu dyrektora generalnego Soskowca. Mamy wątpliwości odnośnie tej wersji, według której Aleksandrę Swiczynski zginął z powodu swojej uczciwości – najprędzej, w KKM miały wtedy miejsce jakieś kryminalne porachunki… Możliwe, że nawet nie lokalne – a na poziomie klanów wewnątrz czekistowskiej mafii. Z jakiej to racji miano by w roku 1991 w byłej radzieckiej republice na stanowisko dyrektora generalnego takiego dużego kombinatu mianować uczciwego człowieka – na co to komu było wtedy potrzebne?!



        Co zaś tyczy się bezpośrednich «wykonawców» tego morderstwa na zamówienie, to niczego interesującego tu nie ma: Timofiejew i Czernow na Litwie wynajęli jakichś dwóch drobnych kryminalistów. Litwini wzięli za swoją «pracę» wszystkiego po 3 tysiące dolarów na głowę, ale za to śladów pozostawili tyle, że funkcjonariusze operacyjni milicji odnaleźli ich w ciągu kilku dni, a potem zatrzymali i dosłownie wywrócili na lewą stronę. W ogóle, podług dzisiejszych standardów, wydaje się to jakimś «przedszkolem»: do wykonania morderstwa użyty został skradziony «Zaporożec» (nie bardziej niezawodne auto zagraniczne), strzelano z obciętej myśliwskiej strzelby itd.… Ale takie były początki epoki postsowieckiej «demokracji» – wkrótce potem armię killerów zapełnią byli specnazowcy i podniosą to zajęcie na niezrównany poziom fachowości.


        Formalnie sprawa w żaden sposób nie sięga samego Olega Soskowca - od dawna był już w Rosji i ma żelazne alibi. Mowa o czym innym: ciekawie jest przyjrzeć się temu, jacy ludzie kierowali Karagandyńskim Kombinatem - i jaka w ogóle atmosfera panowała w kierownictwie przedsiębiorstwa, w którym wychowano i wprowadzono w szeregi partyjnej nomenklatury przyszłego prezydenta Nazarbajewa.

        Nic szczególnego – we wszystkich dużych sowieckich zakładach było wtedy tak samo. Kiedy nastąpiła przebudowa i zdjęto uzdę, wszyscy dyrektorzy zaczęli na potęgę rabować własne przedsiębiorstwa. A niewiele zwlekając, ta zgraja wygłodniałych «sowków» przy podziale łupów zaczęła zabijać i siebie samych…

        Wracamy do klanu prezydenta Nazarbajewa.


        Proamerykańskiego charakteru tego klanu domyślamy się już w ostatnich latach władzy radzieckiej. W końcu lat 80‑ych zaczęły się w Moskwie pierwsze negocjacje radzieckiego rządu z Amerykanami na okoliczność oddawania im w wynajem pól naftowych na terenie ZSSR. I już wtedy Nursułtan Nazarbajew zdołał przylepić się do tych sowiecko-amerykańskich negocjacji i nawiązał własne kontakty z naftową korporacją «Shevron» (taka nakładka, naszywka na Chevron – bul) – na okoliczność dzierżawy wielkiego kazachstańskiego pola naftowego w Tengizie. Wtedy to Nazarbajew poznał się z niejakim amerykańskim biznesmenem Jamesem Giffenem, który najpierw uczestniczył w tych negocjacjach jako pośrednik, a później został głównym doradcą prezydenta Nazarbajewa w naftowym biznesie.


        Obecnie od paru lat toczy się w USA proces przeciwko Jamesowi Giffenowi – oskarżonemu o korupcję, pośrednictwo w łapówkach, pranie brudnych pieniędzy praz inne przestępstwa, jakie wykonał w służbie u prezydenta Nazarbajewa i jego mafijnego ugrupowania. O związkach Giffena z amerykańskimi służbami specjalnymi plotki krążyły w Kazachstanie i wcześniej – ale mimo wszystko stało się sensacją, kiedy później Giffen otwarcie przyznał się do tego w sądzie: «Rzeczywiście, uczestniczyłem w korumpowaniu kierownictwa Kazachstanu – ale wszystko to robiłem na polecenie CIA w interesie amerykańskiego biznesu w tym kraju!» Mówiąc ściślej, Giffen oświadczył, że przekazywał Centrali szczegółowe informacje o wszystkich przeprowadzanych tam przekierwaniach «strumieni finansowych» z Kazachstanu do zachodnich banków – i że miał na to sankcję kierownictwa CIA w zakresie rozgrabiania naturalnych bogactw Kazachstanu przez ugrupowanie prezydenta Nazarbajewa.
        Administracja USA zmuszona była wtedy potwierdzić, że James Giffen to w rzeczywistości dawny i wieloletni agent CIA. Ale że w rządzie Kazachstanie są takie złodziejstwo i korupcja – o tym w kierownictwie CIA nigdy wcześniej nie wiedziano: «Giffen niczego takiego nam w swoich raportach nie donosił!»

        Naturalnie, żadnej oficjalnej sankcji od CIA na uczestnictwo w kazachstańskiej korupcji Giffen nie miał i mieć nie mógł – tym bardziej, że w USA ustanowione jest specjalne prawo, które takiej działalności na terenie innych państw kategorycznie zabrania. Tak że chętnych usiąść z Giffenem na ławie oskarżonych w CIA nie było…

        Złodziejstwem i korupcją na szczytach władzy nikogo się w krajach WNP nie zdziwi – ale gdzie znajdziecie choćby jednego należącego do amerykańskich służb specjalnych członka mafii, który byłby schwytany za rękę i złożył w sądzie zeznania?!


        JAMES GIFFEN – albo KARIERA AMERYKAŃSKIEGO WYWIADOWCY

        Na dobry początek winniśmy tu niewielkie wyjaśnienie, w celu uniknięcia plątaniny. Rzecz w tym, że w CIA nie ma żadnych stopni wojskowych – formalnie jest to «organizacja obywatelska». Tak że nawet wojskowi, przeszedłszy z armii USA do CIA, zmuszeni są zdejmować swoje dystynkcje… Nasi czekiści również od dawna chodzą w marynarkach i rzadko zakładają swoje mundury – ale mimo wszystko stopnie wojskowe mają. I zawsze w naszych służbach specjalnych była ostra granica pomiędzy kadrowymi funkcjonariuszami i ich zawerbowanymi «informatorami».



        A w CIA wszyscy co do jednego są po prostu «agentami» – od dyrektora CIA po ostatniego płatnego informatora. Rozumie się, tak naprawdę ta «demokracja» jest czysto pozorna: wewnątrz amerykańskiego wywiadu również panuje własna ścisła hierarchia – żadnej różnicy w stosunku do naszych służb specjalnych pod tym względem nie ma. Tak oto, James Giffen był agentem CIA – ale w żadnym razie nie był prawdziwym kadrowym funkcjonariuszem tej służby. Sądząc z wyrywkowych danych na temat biografii Giffena mimo wszystko nie był on nikim więcej, jak tylko «informatorem», choć bardzo wysokiego stopnia. Jeszcze takie wyjaśnienie: ranga «stukacza» w służbach specjalnych określona jest przez rangę jego oficera prowadzącego.



        W naszym nielegalnym wywiadzie również używano takich agentów wysokiego poziomu, którzy nie posiadali żadnego stopnia wojskowego – chociaż przeszli krótkotrwałe kursy, na których uczono ich podstawowych zasad konspiracji (w rodzaju Szabtaja Kałmanowicza, który swoje odsiedział za szpiegostwo przeciw Izraelowi).
      • buldog2 Oleg Greczeniewski - Bitwa klanów, cz. IV 23.11.08, 21:21
        Taka oto interesująca wiadomość jakoś do nas trafiła: pewnego razu w rozmowie z prezydentem Nazarbajewem Giffen pochwalił się, że w młodości należał do komunistycznej partii (dla porządku: partia komunistyczna USA była wtedy drobnym ugrupowaniem liczącym wszystkiego kilka tysięcy ludzi – i całkowicie polegała na radzieckich dotacjach). Poprzestaniemy na tym, że w odpowiedzi prezydent Nazarbajew bardzo błyskotliwie zażartował: «Ja też jestem byłym komunistą!»


        James Giffen trafił do Kazachstanu bynajmniej nie z ulicy: już w końcu lat 80‑ych posiadał szerokie służbowe znajomości – tak w rządzie USA, jak i w świecie wielkiego biznesu. Istnieje tylko jedno wyjaśnienie, w jaki sposób Giffenowi udało się wejść do wewnątrz elity rządzącej USA, pomimo «komunistycznej przeszłości» (w Ameryce zazwyczaj nikomu takich rzeczy się nie przebacza): Giffen był informatorem FBI w amerykańskich kręgach lewicowych. A dopiero potem przerzucono go na kierunek sowiecki i przeniesiono do wywiadu. Na początku lat 70‑ych James Giffen zaczął zajmować się lobbowaniem przeróżnych projektów w zakresie tworzenia związków gospodarczych pomiędzy USA i ZSSR: dostaw wyposażenia dla przemysłu naftowego, kontraktu na budowę zakładu odlewniczego w Rosji itd. To na tej handlowo-szpiegowskiej niwie, gdzie biznes ściśle splata się z wywiadem, Giffen trafił w początkach lat 90‑ych do Kazachstanu – i pozostał w tym kraju na długie lata …


        Tak że obydwaj ci wielcy «komuniści» (zgryźliwość zamierzona, contr-tv to portal komunistyczny! – bul), Giffen i Nazarbajew, mają w swoich karierach wiele wspólnego. Obaj zostali najpierw w swoich krajach zwerbowani, jako zwykli donosiciele (to tylko nasza hipoteza, żadnych dowodów nie) – potem obaj dostali się każdy do swojej mafii wywiadu – potem obie te mafie zlały się w jedną mafię KGB-CIA (gdzieś na początku 90-ch lat)… I właśnie wtedy obaj działacze wspólnie wzięli się do swojej «pracy»: zaczęli rozkradać naturalne bogactwa Kazachstanu.


        Główna część skradzionych pieniędzy, najprędzej, trafiła do «obszczaka» (wspólnej, jak to w komunizmie, kasy – bul) zjednoczonej mafii czekistowskiej – ale zawsze zostawało coś i dla Giffena z Nazarbajewem. Po przedstawieniu materiałów sądowych procesu okazało się, że na osobistych rachunkach Giffena zebrało się wszystkiego gdzieś około 60 milionów dolarów. Wielkości osobistego majątku prezydenta Nazarbajewa nikt nie zna nawet w przybliżeniu. W roku 2000, kiedy zaczęła rozpalać się ta «Kazachgate», jak ją ochrzczono w prasie, prezydent Nazarbajew i jego ugrupowanie miały zamrożone w zachodnich bankach rachunki na miliard dolarów. Ale jaka część tych pieniędzy rzeczywiście należała do Nursułtana Nazarbajewa, a jaką (być może) tylko przechowuje, jak stróż wspólnej kasy mafii, trudno powiedzieć… Jeszcze możemy podać taką liczbę: rzeczoznawcy uważają, że przez lata niezależności z Kazachstanu na Zachód wywieziono nie mniej, niż 20 miliardów dolarów.


        Głównym pomocnikiem Jamesa Giffena w tym «biznesie» w Kazachstanie był Nurłan Bałgimbajew, minister przemysłu naftowego (później został premierem). Trudno powiedzieć, który z tych dwóch nierozłącznych przyjaciół był w mafii prezydenta Nazarbajewa ważniejszy – ale, najprędzej, był nim, mimo wszystko, Giffen. W Internecie można znaleźć świadectwo przedstawiciela pewnej niewielkiej amerykańskiej spółki, który w tych latach bywał w Kazachstanie, żeby zabiegać o kontrakty na wydobycie ropy naftowej. Nie znał miejscowych porządków i poszedł bezpośrednio do ministra Bałgimbajewa… Swoje niezadowolenie Giffen wyraził później Amerykaninowi w taki oto sposób: «Nikt nie spotyka się z Bałgimbajewem, nie porozmawiawszy najpierw ze mną!... A w ogóle, Kazachstan bardzo dziwne miejsce – zabić człowieka nic tu nie kosztuje».


        Co zaś tyczy się Nurłana Bałgimbajewa, w pierwszym okresie uważano go za protegowanego amerykańskiej korporacji «Shevron» (chyba jednak chodzi o Chevron – Shevron Munay Gaz Inc. jest zarejestrowana w Kazachstanie – bul) – nawet staż odbywał w tej firmie, kiedy na początku 90‑ych lat kształcił się w USA. Z początku Bałgimbajew miał z «Shevronem» znakomite relacje – dopóki w roku 1997 nie nastąpił rozłam w proamerykańskim klanie mafii. I oto jesienią roku 1997 Bałgimbajew został mianowany premierem zamieniając na tym stanowisku Każegieldina. A niedługo później stosunek rządu Kazachstanu do spółki «Shevron» przestał być tak serdeczny…

        Właśnie za czasów Bałgimbajewa pomiędzy «Shevronem» i rządem rozpoczęła się ta przewlekła wojna, która trwa i po dziś dzień – to przygasając, to znów wybuchając na nowo. Zerwać kontraktu z tą korporacją rząd Kazachstanu nie może – został zawarty na okres 40 lat (opozycja uważa tę umowę 1993 roku z «Shevronem» za ubezwłasnowolniającą kraj). Ale za to każdą zagraniczną spółkę naftową w Kazachstanie rząd może naciskać jak tylko chce – i w chwilach zaostrzenia konfliktu z «Naszywką» wszystko to wychodzi na wierzch: egzekwuje się jakieś ogromne «długi wobec budżetu», karze grzywnami za naruszenie środowiska naturalnego itp. Innym amerykańskim spółkom naftowym też się to przydarza – teraz w Kazachstanie z nich z wszystkich po prostu drze się skóre, obrazowo wyrażając się… Dochodzi do tego, że od czasu do czasu nawet cofa się na jakiś czas licencję na wydobycie ropy naftowej, jak to miało miejsce w sierpniu 2007 roku z konsorcjum naftowych spółek w Kaszaganie (licencja była cofnięta na trzy miesiące).


        Mówimy o tym nie dlatego, że bardzo żal nam amerykańskich korporacji – te rekiny same potrafią się obronić, a i wszelki haracz ściąga się z nich w Kazachstanie zwykle zgodnie z literą prawa … Tutaj jest dla nas teraz ważne co innego: za plecami wszystkich tych «Naszywek» stoi mafia CIA. To oznacza, że klan prezydenta Nazarbajewa związany jest z inną proamerykańskiej czekistowską ugrupowaniem – mafią DIA-KGB, czyli klanem Cheneya w USA i petersburskim klanem w Rosji.


        To nie nazbyt ścisły dowód, oczywiście – ale nawet takich nie ma co lekceważyć … Tymczasem po prostu przyjmiemy go do wiadomości i pójdziemy dalej.


        W tym kontekście zrozumiała staje się zagadka «sprawy Giffena»: w jaki w ogóle sposób możliwy był w Ameryce sąd nad agentem CIA – władza w tym kraju od dawna już znajduje się w rękach mafii amerykańskich służb specjalnych (począwszy, przynajmniej, od administracji podstawionego przez nie prezydenta Reagana)…


        Wszystko jest bardzo proste: Departament Sprawiedliwości USA w danym czasie kontrolowany był przez mafię CIA, to właśnie ten sam klan Clintonów-Bushów – od zawsze zajmował pozycję dominującą w Stanach Zjednoczonych. Ten klan musiał w jakiś sposób bronić w Kazachstanie wszystkie te swoje «Naszywki» przed najazdami klanu prezydenta Nazarbajewa – tak oto James Giffen dostał się w żarna amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości… Rozumie się, sam z siebie ten «James Bond» nie jest w Ameryce nikomu potrzebny – chodziło tylko o to, by nałożyć pętlę na szyję prezydenta Nazarbajewa i jego mafii.


        Ogólnie rzecz biorąc, w USA współpracowników służb specjalnych sadza się do więzienia podobnie skrajnie rzadko, jak u nas w Rosji: widocznie, tam też na tę okoliczność działa jakieś tajne porozumienie pomiędzy klanami rządzącej mafii. Ale, jak już powiedzieliśmy, James Giffen to, najprędzej, nie kadrowy funkcjonariusz CIA, a prosty «informator» – z takimi «agentami» i w Rosji i w USA ceregielą się znacznie mniej. I wreszcie, w końcu jeszcze przecież Giffena nie posadzili – został tylko na krótki okres (w marcu 2003 roku) aresztowany i natychmiast wypuszczony za k
      • buldog2 Oleg Greczeniewski - Bitwa klanów, cz. V 23.11.08, 21:23
        Sprawa przeciwko Giffenowi została wszczęta jeszcze w roku 2000 – i ciągnie się tak już siedem lat. Najprędzej, sąd nad Giffenem zakończy się, kiedy prezydent Nazarbajew opuści swoje wysokie stanowisko, a także ten grzeszny świat … Mafia CIA do ostatniej chwili będzie trzymać tę «sądową pętlę» na szyi prezydenta Nazarbajewa – to zaciągać, to znów popuszczać … Do rzeczy będzie dodać, że u nas w Rosji w latach panowania «demokracji» kilku byłych współpracowników KGB z czekistowskiej mafii trafilo pod sąd oskarżonych o korupcję i złodziejstwo – wszyscy oni jakoś wykręcili się: kto tam otrzymał kilka lat warunkowo, ktoś inny szczęśliwie podpadł pod amnestię …


        Jest jeszcze taki oto interesujący szczegół w sprawie Giffena. W materiałach sądowych stwierdza się, że James Giffen był doradcą prezydenta Nazarbajewa od roku 1992 do roku 1997. Skąd tu w ogóle wziął się ten «rok 1997» – przecież tak naprawdę Giffen zawiadywał «czarną kasą» prezydenta Nazarbajewa znacznie dłużej! Jeszcze w roku 1999, kiedy w Szwajcarii zaczęto już rozkręcać «Kazachgate», Giffen przerzucał pieniądze mafii Nazarbajewa z jednych zachodnich banków do drugich, żeby zatrzeć ślady …

        Nasza wersja następująca: Ta data nie jest przypadkowa – rok 1997 to ten rok, w którym mafia amerykańskich służb specjalnych rozpadła się na dwa wrogie klany.

        Najprędzej, właśnie tego roku Giffen przedostał się do mafii wywiadu wojskowego DIA i przestał efektywnie pracować dla CIA – wtedy to zaczął w swoich sprawozdaniach dla Centrali pisać różne puste frazesy. I, rozumie się, przestał przekazywać CIA dokładne informacje o transferach pieniędzy mafii prezydenta Nazarbajewa. Na usprawiedliwienie Giffen mógł posłać kierwnictwu CIA «dezinfę», że odsunęto go od tych delikatnych operacji i zdjęto ze stanowiska doradcy prezydenta Kazachstanu. Pokłócić się ze swoimi kuratorami w CIA i po prostu posłać ich (no, wiadomo, gdzie posyłają… tego nie będę wprost tłumaczyć – bul) Giffen nie zaryzykował – byłoby to w oczywisty sposób wbrew interesowi tego «żołnierza niewidzialnego frontu».


        Trzeba powiedzieć, że akurat w roku 1997 James Giffen miał świetny pretekst, żeby otrzymać tę formalną dymisję ze stanowiska doradcy prezydenta. W tym to roku do prasy Kazachstanu przedostał się «wyciek informacji» o tym, że Giffen pracuje dla CIA. Pierwsza zakomunikowała o tym najbardziej popularna gazeta «Karawana», która później okazała się należeć do imperium medialnego prezydenckiego zięcia Rachata Alijewa. Przewodniczący KBN (Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego) Alnur Musajew, chociaż był «człowiekiem Alijewa», mimo to na interpelację gazety odpowiedział wtedy, że na ten temat nie ma w KBN żadnych informacji.

        Inaczej Musajew nie mógł wtedy odpowiedzieć – Nazarbajew po prostu by mu głowę urwał! Nawiasem mówiąc, dziś ten współtowarzysz Alijewa jest w Kazachstanie poszukiwany i chowa się nie wiadomo gdzie. A sam Rachat Alijew był poszukiwany jeszcze wcześniej – w maju 2007 roku...


        Adwokaci Giffena sami podnieśli w sądzie zdemaskowanie szpiegowskiej działalności ich podpiecznego, żeby kolejny raz podkreślić, jak bardzo ten «James Bond» ryzykował dla swojej Ojczyzny, zbierając wywiadowcze dane w Kazachstanie. Rzeczywiście Giffen zajmował się w Kazachstanie nie tylko swoim «biznesem» – dostarczał także do CIA bardzo cenne informacje (przynajmniej, do chwili rozłamu mafii amerykańskich służb specjalnych). Przede wszystkim były to tajne informacje dotyczące przemysłu naftowego Kazachstanu (tam jest wiele tajemnic!), ale nie tylko … Wiadomo, na przykład, że posyłał do Centrali także informacje o tajnej wojskowej bazie w Kazachstanie, z której Służba Wywiadu Zewnętrznego Rosji prześwietla terytorium Chin.

        Z materiałów sądowych można wnioskować, że wszystkie demaskujące szpiegowską działalność Giffena materiały trafiały do kierownictwa Kazachstanu z Rosji – wymienia się co najmniej trzy takie przykłady odnoszące się do różnego czasu. Niestety, obrona Giffena mówi o tym zbyt mgliście i niewyraźnie – brak jakichkolwiek dokładnych dat itd. Wiadomo tylko, że pierwsze kompromitujące Giffena materiały zostały wysłane «nie późnej, niż latem 1996 roku» przez jakąś «finansową policję Rosji». Jak wiadomo, u nas w Rosji organizacji o takiej nazwie nie ma i nigdy nie było, a w strukturach siłowych istniał wtedy omal tuzin różnych resortów i departamentów o takiej specjalności – tak że nie ma co nawet sobie głowy łamać, że to sprawka Amerykanów… Tym bardziej, że niczego szczególnego w tej informacji nie ma – w wszystkich siłowych resortach Rosji było wtedy dostatecznie dużo przedstawicieli moskiewskiego klanu KGB, by ten bardzo łatwo mógł «wystawić» amerykańskiego szpiega.

        Wymienia się jeszcze (bez dat) próbę «otwarcia oczu» prezydentowi Nazarbajewu na jego ukochanego doradcę Giffena przez Aleksandra Wołoszyna, kierownika Administracji Prezydenta. Również i tu wszystko jest zrozumiałe – Wołoszyn należał do «rodzinnego» klanu KGB.


        Za to trzeci przypadek wzbudził w nas pewne zdumienie: dyrektor FSB W. W. Putin też niby «sygnalizował» prezydentowi Nazarbajewu coś na temat Jamesa Giffena! Putin co, nie wiedział wtedy, że razem z Giffenom pracują dla DIA-KGB?! Zapytałby swoich kuratorów! To jedno wnosi poważną sprzeczność w naszą teorię o przynależności prezydenta Nazarbajewa i jego doradcy Giffena do wspólnej z petersburskim klanem KGB mafii.


        Musimy jakoś wyplątać się z tej sprzeczności. I wyplątać się z niej, mimo wszystko, można … Przy czym nawet nie będziemy utrzymywać, że wszystko to wymysł adwokatów Giffena – i żądać, by adwokaci Giffena przedstawili dowody uczestnictwa naszego przyszłego Wielkiego Prezydenta w tej aferze (jasne że i tak niczego podobnego nie mają i mieć nie mogą).


        Niech będzie prawdą i to – że był taki «sygnał» od Putina… No i co z tego!! W kwestii ataku terorystycznego we wrześniu 2001 roku Putin też uprzedzał prezydenta Busha – i co, czy przeszkodziło to w czymś bojownikom Al-Khaidy?! Szepnąć po cichu komuś na ucho – w pewnych przypadkach znaczy dokładnie nic! Gdyby kierownictwo Rosji rzeczywiście chciało zatrzymać ten masowy mord, mogło dokonać przedtem jakiegokolwiek «przecieku» informacji do gazet… Wtedy amerykańskim służbom nie pozostawałoby nic, jak tylko unieważnić tę operację! A tak było to proste zabezpieczenie sobie alibi: «O wszystkim uprzedzałem zawczasu – tak że mnie w to nie mieszajcie!» W rodzaju analogicznego «ostrzeżenia», jakie dyrektor CIA Thenet przekazał prezydentowi Bushowi mniej więcej w tym samym czasie (w sierpniu 2001 roku)…

        Można byłoby wspomnieć tu i to, że Putin był dyrektorem FSB w czasie, gdy na Kremlu całkowicie panował klan «rodzinny» – tak że Putin mógł przekazać prezydentowi Nazarbajewowi «ostrzeżenie» na temat Giffena (najprędzej) na bezpośredni rozkaz «prezydenta Jelcyna», jakim w istocie rzeczy był wtedy Borys Bieriezowski…



        Ale lepiej będzie nam odłożyć ten temat całkowicie: jeśli putinowskie «ostrzeżenie» w niczym Giffenowi nie zaszkodziło – znaczy to tyle samo, co gdyby wcale go nie było!

        Obecnie James Giffen zamieszkuje w USA – do ukochanego Kazachstanu i w ogóle za granicę więcej go nie puszczają (zakaz wyjazdu za granicę). Posiedzenia sądu odbywają się rzadko – często są przekładane i następują z wielkimi przerwami: amerykańska «Temida» wyraźnie gra na zwłokę... Następują doniesienia o tym, że Giffen zaczął się już upijać, z tej bezczynności… Posadzić go chyba nie posadzą – ale skradzione pieniądze mogą mu odebrać.

        Zresztą, mafia
      • buldog2 Oleg Greczeniewski - Bitwa klanów, cz. VI 23.11.08, 21:26
        TIMUR KULIBAJEW – UKOCHANY ZIĘĆ PREZYDENTA


        Kulibajew – syn byłego ministra według budownictwa Kazachskiej SSR i mąż Dinar, średniej córki prezydenta Nazarbajewa.

        Swój ogromny podług miejscowych wyobrażeń stan posiadania (ponad 4 miliardy dolarów wspólnie z żoną) Timur Kulibajew «zarobił» zajmując kierownicze stanowiska w państwowych naftowych spółkach Kazachstanu. Żadnych prywatyzacji nie było do tego trzeba – mienie «państwowe» i tak w rzeczywistości należy do prezydenta Nazarbajewa i jego mafii.

        Więcej mówić o Kulibajewie nie ma co – ani w jego osobowości, ani w jego biografii brak czegokolwiek interesującego. Wszyscy i tak wiedzą, co zazwyczaj przedstawiają sobą synkowie byłych radzieckich dostojników… O «biznesie» Kulibajewa tym bardziej nie ma co opowiadać: bierzesz wielką łopatę i zagarniasz pieniądze na kupę!

        Timur Kulibajew przydał się nam tu z innego powodu: tylko przez tego oligarchę udało się nam «przewiercić» klan Nazarbajewa śladem bezpośrednich służbowych związków z jednym z czekistowskich klanów Rosji.

        Naftowy biznes Kulibajewa nic tu do sprawy nie wnosi – nie ma tu szczególnych punktów zaczepienia dla ujawnienia takich związków. Natomiast zainteresowały nas wydawane w Kazachstanie przez struktury podległe Kulibajewowi projekty medialne wspólne ze znanymi gazetami Rosji.

        Oto ów wykaz filii rosyjskich gazet w media-holdingu Timura Kulibajewa:

        1. «Izwiestija - Kazachstan». Gazeta jest zarejestrowana w kwietniu 2001 roku.
        2. «Komsomolska Prawda – Kazachstan». Zarejestrowana w styczniu 2002 roku.
        3. «Argumenty i fakty – Kazachstan». Wychodzi w Kazachstanie od maja 1993 roku.

        Filie «Wiadomości» i «Komsomolskiej Prawdy» ukazały się w Kazachstanie, kiedy ich właścicielem w Rosji był Potanin. O tym wybitnym działaczu pisaliśmy już w tej książce – dlatego po prostu po krótce przypomnimy: Potanin to Czubajs, a Czubajs – to petersburski klan KGB.



        Później Potanin sprzedał obie gazety «Gazpromowi» – ale wskutek tego ich przynależność do petersburskiego klanu czekistowskiej mafii przedostała się do powszechnej wiadomości: przemysł gazowy był wtedy od dawna już opanowany przez petersburskich czekistów…


        Nawiasem mówiąc, ostatnio (25 września 2007 roku) nadeszła interesująca wiadomość: prezydent Putin wziął udział w jesiennej reklamowej kompanii «Komsomolskiej Prawdy» – przy czym po raz pierwszy uczestniczył w podobnej komercyjnej reklamie. Zauważymy, że nasz Wielki Prezydent woli zaliczaną do żółtej prasy młodzieżową «Komsomołkę» («ukochana gazeta!»), niż bardziej poważne «Izwiestija».

        «Izwiestija» starają się przynajmniej w sposób widoczny jakichś zasad obiektywności w odniesieniu do naszej klasy panującej przestrzegać – inaczej nikt by tej gazety po prostu nie kupował - i wtedy nawet Kremlowi przestanie być ona potrzebna! Ale na Kremlu tego nie rozumieją – swoich wielkich naczelników dziennikarze mogą teraz tylko chórem wysławiać… Odwieczna tragedia każdego wydawnictwa starej daty (przypomina to perypetie Rzeczpospolitej? – bul).

        Gazeta «Argumenty i fakty w Kazachstanie» żadnego punktu zaczepienia nie daje: ukazała się jeszcze przed pierwszym rozłamem w czekistowskiej mafii. I Kulibajew sam tego wspólnego projektu nie zorganizował – jedynie wyciągnął po tę filię «Argumentów i Faktów» rękę.


        Także określić przynależność klanową tej gazety w Rosji nie sposób ot tak po prostu: «Argumenty i fakty» były kiedyś prywatyzowane przez wieloletniego głównego redaktora tej gazety Władysława Starkowa. Następnie, w roku 2002, Starkow sprzedał swoją gazetę oligarchom braciom Ananjewym, właścicielom Promswiazbanka. Ci bracia całkiem niedawno nagle błyskawicznie wzbogacili się (dziś mają już ponad dwa miliardy dolarów) – i do którego klanu mafii należą, trudno powiedzieć… Prawda, rzeczoznawcy uważąją, że Promswiazbank bardzo mocno zaprzyjaźnił się z «petersburskimi łącznościowcami» z ministrem (łączności – bul) Rejmanem na czele.



        Owi działacze to bardzo interesujący ludzie: Starszy z braci, Aleksiej Ananjew, skończył MIIJaz i dwa lata odpracował w Komitecie Organizacji Młodzieżowych (był jakby «tłumaczem»). Istniała w radzieckim okresie taka czekistowska struktura umacniania przyjaźni z postępową młodzieżą zza granicy… A potem w 23 roku życia Ananjew został zastępcą dyrektora generalnego wspólnego sowiecko-duńskiego przedsiębiorstwa i zaczął handlować komputerami! I wydaje się, że najważniejszy w tym «Technoserw» był wtedy właśnie Aleksiej Ananjew – a dyrektor generalny, niejaki generał major lotnictwa, był tam tylko dla dodania firmie splendoru i poważania («jako mebel», mówiąc brutalnie)… W mafii wywiadu zewnętrznego nie takie cuda się zdarzały. Ale nasz temat, to sprawy kazachstańskie, tak że lepiej nie odrywajmy się od niego i nie gubmy się w dygresjach (mamy nadzieję, że bracia Ananjewowie za to się na nas nie obrażą).


        Dla określenia klanowej przynależności Kulibajewa w zupełności starczy nam samych «Izwiestii» z «Komsomolską Prawdą».

        Gazeta to polityka w czystej formie. Dlatego obcemu klanowi nikt dobrowolnie znanej i popularnej gazety nigdy nie odda! Można stąd wyciągnąć wniosek: Timur Kulibajew i jego teść Nursułtan Nazarbajew są ściśle związani z petersburskim klanem KGB.



        Ale przynależność Kulibajewa do petersburskiego klanu czekistów szczególnie wyraźnie przejawiła się nawet nie na przykładzie tych wspólnych gazet, które z dużym sukcesem sprzedają się w Kazachstanie – a w pewnym telewizyjnym projekcie, który zakończył się całkowitą klapą. Mowa o próbie stworzenia w ramach media-holdingu Kulibajewa wspólnego kanału telewizyjnego «NTW-KAZACHSTAN». Co to oznacza, długo objaśniać nie trzeba: gazety dziś, mimo wszystko, mało kto czyta – a telewizję oglądają wszyscy co do jednego. Tak że czyja telewizja – tego i władza…

        Oto jak ta historyjka została przedstawiona w kazachstańskim Internecie (Aliszer Sagadijew, «Kto manipuluje naszą świadomością?»).

        O przypuszczalnym powołaniu do życia tej wspólnej telekompanii oświadczyła na konferencji prasowej 19 grudnia 2002 roku przedstawiciel NTV w Kazachstanie Eugenia Docuk. Dama ta zajmowała także stanowiska kierownicze w medialnym imperium Kulibajewa (była głównym redaktorem gazet itp.)… Nawiasem mówiąc, za należącą do Kazachstanu (80% akcji) w tym projekcie część winna była zapłacić państwowa spółka naftowa, którą kierował Timur Kulibajew – ten w ogóle przyzwyczaił się rozliczać się za wszystko z kieszeni państwowej, a nie z własnej.

        Przypomnimy czytelnikom, że do tego czasu NTW od dawna już była w rękach petersburskich czekistów i że na jej czele stali konfidenci z tej czekistowskiej mafii.

        Co się tyczy kazachstańskiej filii NTW, ją także mieli wzmocnić rosyjscy dziennikarze – aż do tego stopnia, że nawet wiadomości w Kazachstanie przygotowywaliby korespondenci NTW. Ale były i plany przygotowania dla tego projektu miejscowych kadr.



        Jewgienij Docuk na konferencji prasowej wyraziła się o tym tak, cokolwiek nazbyt prostolinijnie: «U nas w kraju mamy bardzo mało dobrych dziennikarzy… Własne kadry mamy zamiar rozwijać, wychowywać i tresować».

        Widocznie, zbierali się nauczyć miejscowych dziennikarzy ściśle wykonywać wszystkie rozkazy, tak jak w naszej rosyjskiej telewizji: «Do nogi!», «Daj głos!», «Waruj!» itd.…

        Dlaczego w ostatniej chwili, kiedy wszystko było już przygotowywane i szczegółowo rozpisane na role – ten godny uwagi projekt spalił nagle na panewce?
      • buldog2 Oleg Greczeniewski - Bitwa klanów, cz. VII, ostatn 23.11.08, 21:27
        Rzecz w tym, że konkurenci Timura Kulibajewa z innych klanów GB w jednej chwili rozdarli się w swoich mediach: «Jakże tak!! W takim niepodległym państwie, jak Kazachstan – nagle ma nadawać rosyjski kanał telewizyjny!» itd. itp… Klasa rządząca Kazachstanu jest mocno zakompleksiona i bardzo wrażliwa na punkcie «suwerenności kraju» – tak że w wyniku tych działań spółka medialna «NTV-KAZACHSTAN» przegrała przetarg. Zamiast niej częstotliwości w paśmie tv otrzymał inny, wyłącznie kazachstański kanał telewizyjny «Asłana» (projekt Tasmagambietowa, działacza z mafii prezydenta Nazarbajewa).

        Otrzymujemy informacje, że, mimo wszystko, Timur Kulibajew nie został całkiem już zlekceważony – po cichu miał otrzymać połowę akcji «Asłany». Otwarcie takich rzeczy w Kazachstanie się nie robi: wszyscy członkowie rodziny prezydenta Nazarbajewa (włączając jego samego) udają zwykle biednych – niczego nie mają, żyją od pierwszego do pierwszego z samej tylko pensji, której wciąż im nie starcza! Zwłaszcza przed każdymi kolejnymi wyborami uwielbiają tę komedię…


        Jeszcze jedno ciekawe «powiązanie» pomiędzy klanem prezydenta Nazarbajewa i petersburskim klanem KGB udało się nam znaleźć – prawda, związek tych mafijnych ugrupowań nie jest tu bezpośredni, a dokonuje się za pośrednictwem pewnego francuskiego banku.



        CREDIT AGRICOLE INDOSUEZ – UKOCHANY BANK PREZYDENTA NAZARBAJEWA

        Sądząc z materiałów sprawy Giffena, właśnie na rachunkach w banku Credit Agricole Indosuez (dokładniej, jego filii w Szwajcarii), mafia prezydenta Nazarbajewa zwykle lokowała ukradzione pieniądze – zyski państwa z eksportu ropy naftowej itd. W tym celu wykorzystywano również i inne zachodnie banki – ale CAI zawsze był podstawowym węzłem tej finansowej pajęczyny.

        «Credit Agricole Indosuez» to bardzo tajemniczy bank, nikt nie wie, skąd się wziął się i do kogo naprawdę należy (nam znaleźć takich wiadomości w Internecie się nie udało). A przecież to nie jakaś drobna podstawiona firma, a największy bank Francji! W 2003 roku ówże «Indosuec» zakupił nawet najbardziej znany francuski bank, szacowny «Lions Credit»…

        Wszystko, co udało się nam dowiedzieć o właścicielach CAI, to że 30% akcji należy do jakichś arabskich szejków (nie wiadomo nawet z jakiego kraju). Kierują nim francuscy menedżerowie (przy czym wystarczająco znani) – ale to, samo z siebie, nie mówi o niczym.

        Jeszcze jedna charakterystyczna rzecz: w kręgach finansowych Francji z jakiegoś powodu bardzo się tego banku nie lubi – uważa się go tam za jakieś ciało obce.

        Inne zachodnie banki bardzo boją się zajmować biznesem w byłych republikach radzieckich: nasza czekistowska mafia może po prostu obrabować każdą zagraniczną firmę – cała sprawa zakończy się przewlekłym procesem sądowym.

        Ale «Credit Agricole» niczego się nie boi – ten bank wyróżnia się wzmożoną aktywnością na całej przestrzeni posowieckiej, w naszym ekstremalnym regionie czuje się, jak ryba w wodzie!



        Także w Rosji nieźle się Credit Agricole Indosuez napracował: niektórzy rzeczoznawcy uważają, że niemal co czwarty skradziony w naszym kraju dolar został przeszwarcowany na Zachód właśnie przez ten bank (to, najprędzej, przesada).

        O wszystkich przygodach CAI w Rosji opowiadać nie będziemy – bardzo dużo o tym już napisano. Weźmy tylko najbardziej okrzyczaną aferę z udziałem tego banku: finansowanie budownictwa kolei WSM - tak zwanej «szybkiej magistrali» pomiędzy Moskwą i Petersburgiem. To ukochane dziecię burmistrza Sobczaka, ale do sprawy przyłożyli rękę i inni znani działacze petersburskiego klanu KGB. Na przykład, były pierwszy wicepremier A. Bolszakow, dotychczas prezes rady nadzorczej RAO WSM… Warto zauważyć, że to właśnie on przygarnął naszego przyszłego Prezydenta i dał mu dobrą posadę w Kremlu, kiedy w roku 1996 Putin został bez pracy (po porażce Sobczaka na wyborach)…

        W Internecie istnieje ogromna literatura dotycząca całej tej afery – nie będziemy jej dublować i powiemy tu bardzo krótko: nikt do budowania czegokolwiek w ogóle się wtedy nie zabierał! Gdyby naprawdę zamierzano coś zbudować – najpierw starano by się o wszystkie potrzebne licencje i pozwolenia na budowę tej kolejowej trasy, dopiero potem wykonawcy zaczęliby ryć ten ogromny wykop. A i komu potrzebne te «szybkie magistrale» – jeśli kto aż tak bardzo śpieszy się z Moskwy do Petersburga, ma do dyspozycji lotnictwo…

        Sens całej tej operacji był bardzo prosty: «Zakopać w ziemi» jak najwięcej pieniędzy zabezpieczonych państwowymi gwarancjami – a potem zrekompensować wszystkie «wydatki» pieniędzmi z budżetu państwa. Każdy budowniczy wie, że prace ziemne są niezastąpionym, idealnym wręcz sposobem takiego «przysposobienia» środków… Nie darmo wszystkie mafie świata tak bardzo lubią zajmować się pracami drogowymi i im podobnymi przedsięwzięciami.

        Rola banku Credit Agricole Indosuez w «budownictwie WSM» była kluczowa: 14 października 1997 roku konsorcjum banków z CAI na czele wydzieliło pierwsze 200 milionów dolarów kredytu na tę «wielką budowę». Bank CAI otrzymał wtedy 50% akcji RAO WSM.


        Zwróćcie uwagę na tę datę: jesienią 1997 roku w Rosji trwała zacięta walka pomiędzy petersburskim i «rodzinnym» klanami mafii. I petersburscy czekiści żadnych sojuszników wówczas nie mieli – klan moskiewski stał wtedy po stronie Bieriezowskogo.

        Stąd płynie bardzo już oczywisty wniosek: Credit Agricole Indosuez należy do klanu petersburskiego, czyli mafii DIA-KGB.


        Ostateczny efekt tego «budownictwa szybkiej magistrali kolejowej» był następujący: z państwowej kasy wyprowadzono około 500 milionów dolarów. A jedynym widocznym rezultatem tej burzliwej działalności pozostał głęboki wykop obok Dworca Moskiewskiego w Petersburgu.



        Ostatnio ten (jak się u nas o nim mówi) «najdroższy na świecie dół» kupił kazachstański Kazkommiercbank należący do klanu prezydenta Nazarbajewa – zamierza zbudować w nim kompleks handlowo-rozrywkowy. A czemuż by i nie – przecież, jak widzimy, w Sankt Petersburgu mafia Nazarbajewa czuje się jak u siebie w domu!

        Póki co w tym miejscu postawimy na opowieści krzyżyk – historię o głównym ugrupowaniu mafijnym Kazachstanu czas kończyć.



        Są w Kazachstanie jeszcze dwa inne czekistowskie klany – odpowiadające naszym «rodzinnemu» i moskiewskiemu klanom KGB. Ale rozmowę o pozostałych mafiach Kazachstanu i walce pomiędzy nimi musimy odłożyć na następny raz.


        Oleg Greczeniewski

        grechenevsky.narod.ru/htmL/sources/32.htm
        © Internet przeciwko Teleekranowi, 2002-2004

        E-mail: info@contrv.ru
      • buldog2 Re: Oleg Greczeniewski 23.11.08, 21:33
        Widać, jak specyficzny jest stosunek olbrzymiej większości Rosjan do Amerykanów (wyrażony w artykule Olega Greczeniewskiego jest reprezentatywny), natomiast ważne jest, w jaki sposób został przez Amerykanów potraktowany Prezydent RP. Gdyby chcieli, mogli we wszystkim pomóc, mógł pomóc miliarder Krauze - sam załatwił wszystko, wszystko wiedzial. Najwyraźniej nie uznał Prezydenta za partnera do rozmowy. Żal...

        Ale, niezależnie od sympatii, antypatii i ocen, artykuł Greczeniewskiego sensowny i wnosi wiele.
        ___

        Pozdrowienia

        buldog.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka