To opowiem Wam bajeczkę jak ze 20(?) lat temu budowałem drogę w terenie
górzystym. Roboty drogowe ziemne, w terenie skalistym, wykonywało sie poprzez
kruszenie skał, metodą odstrzału. Nasza firma wierciła otwory, gdy już było ze
100 otworów, zgłaszałem MO, Burmistrzowi i ekipie saperskiej. Przyjeżdżali,
zakładali ładunki, ja swoimi ludźmi zabezpieczałem teren, i bum! W porządku
było, do czasu drobnej pomyłki magazyniera saperów. Zamiast amonitu wydał im
znacznie silniejszy trotyl. No, ale cóż, przyjechali z tym trotylem. Decyzja
ich szefa: dajemy po pół laski na otwór! Dobra, co mnie to obchodzi. No i
zrobili to bum. Jak walnęło! My staliśmy jak zwykle, poza strefą zagrożenia,
ale ziemia się pod nami zatrzęsła! W budynkach, które stały w bliższej
odległości, z okien szyby poleciały, dachówki porozbijane odłamkami skał,
facet z jednego budynku ciągnie mnie: Panie, patrz pan, pękła ściana domu.
Jakiś człowiek, coś bladziutki taki i roztrzęsiony krzyczy: panie! O
milimetry... taaaaki kamień ... Przesadzał, przecież widzę, że żyje-

Jakieś
baby przychodzą i się kłócą, że się kury nieść przestały, że nawet koty w las
pouciekały ... No cyrk na kółkach. Jakoś toto pouzgadniałem, protokoły szkód
itd. No dobra. Po czterech dniach, patrzę, zajeżdża na bazę gazik milicyjny.
Wysiada komendant i do mnie: Panie! Ja pana do więzienia! Ja pana zgnoję! Już
nigdy żadnej zgody... żadnych wojen tu nie będzie... Drze się i pieni, a ja
nie wiem o co!? Pobiegł do tego gazika i wrócił z jakimś sporym kawałkiem
skały. Mówi: widzi pan, to jest dowód rzeczowy!? To spadło na moim podwórku
(ok. 1,5 km od miejsca wybuchu). Wreszcie jak się trochę uspokoił mówi: Suka
rodowodwa mi się oszczeniła i jak to wybuchło, nawiała do lasu i trzy dni jej
nie było. Wszystkie szczenięta padły. Aaaa, szczenięta... myślę, to o to mu
chodzi. Eeee tam szczenięta, dobrze, że nikt z ludzi nie zginął. Wyjaśniłem,
że na roboty strzałowe ekipa ma odzielną umowę z inwestorem i mnie nie podlega.
- ale to Pana budowa – on na to,
- z wyłaczeniem robót strzałowych. Idź pan do Gminy.
I miałem go z głowy. Pewnie coś tam załatwił, bo zbyt wielkich oporów nie
stawiał, przy następnych zgłoszeniach.
A'propos: W TV leciało o tamtych rejonach i tak mi się skojarzyło "ni z
gruszki ni z pietruszki"-