gyubal_wahazar
15.08.10, 13:34
Dawno, dawno temu, (teraz rytualne strugnięcie kowboja), kiedy faceci byli
facetami a Panie Paniami, zdarzyło mi się reanimować na odległość sieci
hotelowe w usiech. Sporo adrenaliny, trochę główkowania, do tego 2
monitory, ale najlepszy był tzw czynnik ludzki.
Tamtej nocy wyflaczył się srategiczny klejent w cierpiącym na bezsenność
LV (powiat Nevada). Dzeciakowi który na mnie przełączał, zdążyło się już
oberwać za niewinność, bo drżącym głosem referował mi kejsa.
Kłaniam się grzecznie i by zyskać na czasie, rostfierając rozpiskę sieci
hotelu, pytam o klucz do serwerowni, gdy od obdarzonej niskim timbrem Pani
kiero dowiaduję się, że nie ma zasranego pojęcia kto ma zasrany klucz do
zasranej serwerowni, po czym chce by ją przełączyć na naszego kiero w
Stanach, bo dla nas w Indiach to będzie za trudne.
Ooo – myślę sobie. Zaplusowałaś tym entre, dziewczyno, coś mi mówi, że też
zaliczysz ten wieczór do udanych.
Grzecznie mówię, że dzwonię łapać kiera, a ją wrzucę na holda. Eeetam,
mowy nie ma, bo ona nie ma czasu czekać tydzień na holdzie. Ok, mówię,
zostawię Cię więc, a wodza poszukam mailem i mesendżerem.
Eeeeetam, mowy nie ma, bo ona nie ma kolejnego tygodnia na czekanie na
nasze maile, bo tam milion baksów leży na stołach a drugie tyle się garnie
do jednorękich, których - w sensie baksów (i tym mnie dotknęła najmocniej,
deprecjonując haniebnie moją siłę nabywczą) ja jej - jakoby - nie oddam.
‘Ok, to w czym mogę pomóc’ - ciesząc się w duchu z zatoczenia pełnych 360-
ciu w raptem 3 okrągłych zdaniach. Pani robi sceniczną pauzę, po której
następuje oratorium z librettem opartym o teksańską masakrę piłą
mechaniczną, którego Krzysiek P by się nie powstydził.
‘Go baby, go. Gimme more, but leave your hat on’ ślę jej podprogowo.
Nie daje się prosić.
Nie mijają jednak 3 minuty urzekającego swym niewieścim wdziękiem rapu,
gdy Pani najwyraźniej kończą się środki wyrazu, a i zapał jakby nie ten co
wcześniej. Po ostatniej kwestii, wsłuchuję się więc dobre 10 sekund w
kłującą w uszy ciszę, czekając na jakiś sequel czy chociaż skromny remix,
ale spotykam się z rozczarowaniem.
- Jesteś tam jeszcze, czy cały ten czas darłam się na holdzie ?!
- Cały czas. W sensie, cały czas byłem i nie uroniłem ani wyrazu
- I zamierzasz coś z tym zrobić ?
- Nieee, nic. Chętnie za to zająłbym się siecią, bo ciut lepiej się na tym
znam
Tu o dziwo Pani się roześmiała i spytała jak mi na imię. Wymieniliśmy
czułości, przy czym oświeciłem Panią, że siedzę w słonecznej Bolandzie,
dobry kawał na lewo od Gangesu.
- Czekaj, Endżi z recepcji chyba też jest z Bolandy. Czekaj
Po chwili w słuchawce w rodzimym narzeczu zabrzmiała Endżi. Też zdrowo
zestresowana, ale za to bardzo miła, a dodatkowo wiedząca gdzie jest klucz
od serwerowni. Dalej akcja potoczyła się dość wartko i po chwili,
znaleźliśmy guzik od wciśnięcia którego Endżi miała zacząć operację ‘Wake
up, li'l zombie’.
Bała się bidula, bo nic takiego w życiu nie robiła i nie chciała niczego
popsuć, co zapewne równałoby się bliższemu kontaktowi ze szponami i
barytonem Ms Kiero.
Starałem się ją rozluźnić, uświadamiając, że popsute jest już i bardziej
Jej się nie uda, ale Endżi wykazywała nadal dość duże przywiązanie do
życia.
W końcu, po ponadminutowej sesji hipnotyzowania guzika wzrokiem w nadziei,
że sam się wciśnie (prawie widziałem jak z całej siły zaciska powieki i
bierze głęboki oddech), wyjechała ślicznym, drżącym i nieco zmysłowym
głosikiem z pytaniem które do dziś dźwięczy mi w uszach :
- Jest Pan gotów ?
Nie umiałem się powstrzymać przed odruchowym i atawistycznie chrapliwym, w
które włożyłem całą jurność moich męskich przodków
- A Paahhhniiiiiiiiiiiiiiiiiiii ?!?!
Oboje gruchnęliśmy śmiechem i rechotaliśmy jak szczeniaki. W końcu,
zbierając się do kupy, chociaż jeszcze poparskując, wrzuciłem przechodząc
na Ty, po takim akcie zbratania duchowego :
- Dobra Anka, gnieć kapsla, bo nas oboje z roboty wylejo
Anka nagniotła, chyba usłyszałem jakieś ‘achh’, potem relację z
dokładnością do pojedyńczego mrugnięcia każdego ze światełek,
aż w końcu ujrzałem wracające pingi. Kejs okazał się zaskakująco banalny.
Wstyd się przyznać, postraszyłem ją jeszcze chwilę, ale w końcu sam
rozlałem zupę parskając z Jej kolejnego ‘ojej’ i przyznałem, że od dobrych
paru minut wszystko już chodzi jak złoto.
Usłyszałem słodkie ‘Ty draniu !’ i rozstaliśmy się w pocałunkach.
Od chwili dialogu z Panią Kiero, kiedy jeden z kumpli nagniótł mi bez
zbędnych wstępów spikerfona, rozwój sytuacji śledzili siedzący w pobliżu
kumple, zagrzewając mnie do kolejnych smeczy.
Finał przyniósł mi komplet klepnięć w plery i sporo ciepłych, męskich
komplementów, ale najlepsze było to, że od tamtej pory Pani kiero dzwoniąc
do nas z awarią zawsze prosiła o mnie, mając od razu ze sobą Endżi, której
status korporacyjny wzrósł od tamtego wieczora skajhaj, o czym mnie z
radością zawiadomiła.
Kumple za to robili sobie jaja gdy dzwonił jakikolwiek hotel z LV,
stwierdzając, że wprawdzie najlepszy spec od LV jest właśnie zajęty, ale
może oni mogliby zaryzykować go zastępując :)