twilight_1
22.09.11, 16:37
To był dobry dzień, bo zrobiłam dobry uczynek.
Od jakiegoś czas po osiedlu błąkał się dziki kotek. W lato był jeszcze całkiem mały, teraz jest większy ale bardzo drobny. Ponoć to kocurek. Bidulek chorował, miał kłopoty z oddychaniem, mało tego jakiś czas temu chyba potrącił go samochód, bo miał przetrącony kręgosłup i prawie nie słyszał. Kocham takie bidne sierotki. Pomyślałam, ze cudownie byłoby go złapać i właśnie na taki pomysł wpadłam razem z sąsiadką, która ma wejścia do TOZ-u, czyli darmowej kastracji i leczenia. Któregoś dnia przyszła do mnie ze spuchniętym palcem wskazującym. Próbowała go złapać. Odpuściła sobie.
Dziś zobaczyłam go i przeraziłam się. Nie mógł oddychać i tylko miałknął do mnie bezsilnie. Nawet nie było mowy o tym by cokolwiek przełknął. Podejrzewam u niego zapalenie płuc.
Umówiłam się z siostrą, ze pojedziemy do sklepu, a gdy przyjechała do mnie postanowiłyśmy się zaczaić na kociaka. No cóż...łatwo nie było. Siostra wyszła z tego pogryzioną i podrapaną ręką, która teraz jej puchnie :/ Jedna z sąsiadek jakiś czas temu też zwróciła uwagę na tego kociaka i poprosiła bym spróbowała go złapać, użyczyła mi transporter. Kociak jest już u lekarza i ponoć zachowywał się grzecznie :) Będzie wyleczony i wykastrowany. Ponoć jest w opłakanym stanie :) Teraz będzie już tylko lepiej :)
Ps. Mam nadzieję, ze kociak mnie nie znienawidzi, bo upatrzył sobie właśnie mi i kocha przesiadywać pod moim balkonem :)