rodned
03.07.05, 08:50
godzina 6 rano wracam z imprezy z chlopakiem, padnieci chcemy podjechac taksa
do domu. wsiadamy do jedynej na postoju, podjechac musimy jakies 700m ale
zawsze to wygodniej.
podaje adres.
kierowca rusza.
wjezdza na moja ulice i okazuje sie ze jest nieprzejezdna bo roboty drogowe.
on pyta: wysadzic was tutaj czy naokolo jechac?
my: naokolo
on: z drugiej strony tez sie nie dojedzie, nie ma dojazdu do tego bloku
ja: czy nie powinien pan wiedziec gdzie sa remonty drog?
on: to pani tu mieszka
ja: nie jestem kierowca, chopdze pieszo i nie korzystam wtedy z tej ulicy, bo
wejscie jest od glownej
on: to nie moja wina i nie bede sobie nabijal
ja: w takim razie nie zaplace za ten kurs bo nie zostal ukonczony
on: jak nie zaplacicie? przywiozlem was blablabla
ja: do widzenia, przykro mi
on: WYPIEPRZAJCIE!!!!!!!
tutaj pada wiazanka od mojego chlopaka
wysiadamy a on w miedzyczasie wzywa policje. spokojnym krokiem odchodzimy i co
widzimy?
ULICA JEST CALKOWICIE PRZEJEZDNA OD DRUGIEJ STRONY!!!!!
odwracam sie, sprawdzam jego numer i dzwonimy do firmy zeby im opowiedziec co
sie stalo
Co o tym myślicie? Bo mi juz nerwow i slow brakuje na takie buractwo