Dodaj do ulubionych

Krakowski Jubileusz - wg Boya

IP: 213.216.82.* 23.11.02, 12:44
Nie wiem który to nasz przodek, w przydługi ponoć karnawał,
Gdy wyczerpał wszelki środek skąd wziąć jaki świeży kawał,

Wnet po formy dążąc nowe, chwycił kpiarstwa kadyceusz,
Skrobnął sie nim mocno w głowę i wymyślił - jubileusz.

Przyjęła sie ta zabawa, jako że w niej leży sposób,
Co każdemu daje prawa kpić z najszanowniejszych osób:

Lecz że wszystko mija w świecie (niech go jasny piorun trzaśnie)
I zdażyć się może przecie, że tradycja ta wygaśnie,

Podam tu więc przepis cały, by wszedł do krakowskich kronik,
Na ten jubel tak wspaniały jak "rękawka" lub "lajkonik".

Bierze się do tego celu tęgiego, starego pryka,
Sadza się go na fotelu i siarczyście się go "tyka".

Odmiany wszak prawa znacie, trudności nie będzie zatem;
Więc: jublilat, jubilacie, jubilata, z jubilatem ...

Publiczności zastęp liczny hurmem obsiada galerią,
A cały ten obchód śliczny sam pacjent bierze na serio.

Wstaje rzędem człek niektóry, kogo tam zaswędzi ozór,
I wygłasza srogie bzdury w uroczysty dmąc je pozór.

Brzmi powaga w kazdym słowie, choć od smiechu drgaja rzęsy;
O, bo myśmy tu w Krakowie wszystko straszne sans rire pęsy.

Reszta słucha, oczy mruży kpiąc po trosze sobie z pryka,
I z tego który bajdurzy, i z tego, który to łyka.

"Z uwielbienia pełnym łonem stawam tu, czcigodny panie,
Z sercem... te... tak pezrpełnionem, że mi ledwo tchu już stanie.

Twe zasługi są tak duże, żeby trzeba jakem szczery,
Ryć... te... spiżem... na marmurze... (po cichu: cztery litery).

Twoje słowa mądre, wieszcze, żyć w narodzie będą święcie
I prrrrawnuki nasze jeszcze mieć je będą... (cicho: w pięcie).

Więc, gdy zasług jubilata żaden czasu grom nie zetrze,
Niech nam jeszcze długie lata... (po cichu: psuje powietrze)..."

Coś tam jeszcze mówca bąka, orkiestra kropi fanfarę,
A jubilat głośno siąka, łez rozkoszy roniąc parę.

Magnifikus się podnosi (przypadkowo ginekolog)
I znów z innej beczki głosi lapidarny swój nekrolog.

Myśli wątku nie rozprasza, ale skupia w treść ogólną:
"Panie... ten... ojczyzna nasza... jest nam wszystkim... matką wspólną...

Ona poi nas swym mlekiem i karmi niby dziecinę,
Zanim stanie się człowiekiem przez swą... panie... pępowinę...

Znak to niskiej, podłej duszy, narodowym to występkiem,
Gdy kto związki... panie... kruszy z tym matczynym... panie... pępkiem...

I choć wrogie siły czasem sznur pępkowy... panie... przedrą..."
(Cóż u diabła, z tym kutasem! - jak powiada stary Fredro...)

Et ceatera, et ceatera, jeden gada, drugi gada,
"...Praca żmudna, ciężka, szczera..." (Sam jubilat odpowiada.)

I tak dalej, i tak dalej, coraz cieplej, coraz parniej,
W końcu obiad w dużej sali: barszczyk, łosoś, comber sarni.

Znów podają jubilata w róznych sosach na patelni,
Znów się każdy głąb z nim brata, kpiąc zeń coraz to bezczelniej.

Aż wreszcie dobrze już rano, gdy wyssą wszystkie likwory
I każdy pałę zawianą, a brzuch ma od śmiechu chory,

Pacjenta odwożą do dom, gdzie w pierzynie ciepłej legnie,
Nim ku nowym takim godom znowu latek dziesięć zbiegnie.

A ci szelmy, krakowianie, dalej sobie łamią głowy,
Komu by tu wyrżnąć - panie - kawał "jubileuszowy".

Boy napisał to w 1913 roku...a jakby Jasińskiego znał.


Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka