mary_an
08.07.08, 14:21
Dlaczego ciagle czytam na forum o syndromach poaborcyjnych z jednej strony, a
z drugiej o Angielkach, Amerykankach, Chinkach i Hinduskach, ktore masowo
usuwaja ciaze i traktuja to jako zastepczy srodek antykoncepcyjny i nic sobie
z tego nie robia? Bo na USG wychodzi corka - to ciach, usuwa - i znowu
probuje. Albo w panstwach komunistycznych, czy w PRL tez byl to standard i
nikt sie nie podniecal rzekomymi skutkami, ktorych wlasciwie nie bylo, albo
nikt o nich nie slyszal?
Moja znajoma usunela ciaze, zupelnie to po niej splynelo (moze dlatego, ze to
dresiara z IQ oscylujacym wokol 80), potem byla bardzo zachwycona i polecala
kolezankom lekarza, ktory tak fajnie i tanio wszystko zalatwil. I byla z
siebie super dumna, ze bedzie jedyna dziewczyna w rodzinie, ktora w wieku 18
lat nie urodzi dziecka (ich metoda to byl stosunek przerywany). Czy z tym
calym syndromem nie jest troche tak, ze sie tyle o tym mowi, ze kobiety po
usunieciu ciazy doszukuja sie u siebie jakiejs traumy, sugerujac sie tym,
czego sie wczesniej naczytaly???