kot_behemot8
04.08.09, 10:44
Ucieczka przed epitetem
"Żydzi i antysemici żyć bez siebie nie mogą. Bez antysemitów Żydzi
byliby zwyczajnym narodem, którym inni mało się interesują; bez
antysemitów nie byłoby państwa Izrael. Gdyby zaś nie było Żydów,
antysemici musieliby stworzyć inną legendę o światowym spisku mocy
Zła albo wyżywać swą wojowniczość w sportach walki. Nie byliby
jednak tym, czym najbardziej lubią być – tępicielami Żyda.
Przed wojną sojusz semicko-antysemicki był poniekąd honorowy.
Antysemici zwali się antysemitami i nigdy się nie obrażali, gdy ktoś
nazywał ich w ten sposób. Dla antysemity słowo „antysemita”
bynajmniej nie było obelgą. Zwalczali Żydów otwarcie – na ulicy, w
gazetach, w parlamencie. Organizowali demonstracje, bojkoty sklepów
żydowskich, segregację na uniwersytetach. Wszystko było jasne. Dziś
jednak nie wypada być przeciwko jakiemuś narodowi jako takiemu,
przez co tożsamość antysemity uległa zaburzeniu. Musi przekonywać
siebie i innych, że żadnym antysemitą nie jest, a to nie jest łatwe
zadanie. Nie jestem antysemitą, ale... dlaczego Żydzi to, a dlaczego
Izrael tamto... To zapewne wina Żydów, że nawet nie wolno się mienić
antysemitą – po prostu kolejny wynalazek „żydowskiego liberalizmu”,
za pomocą którego próbują zapanować nad światem.
Zwykle mówi się o antysemityzmie jako przesądzie i niegodziwości.
Nikt kulturalny nie chce antysemity słuchać, nikt nie traktuje
poważnie tego, co mówi. Ja zaś twierdzę, że antysemitów trzeba
słuchać, wyłuskując ziarna prawdy zanurzone w miąższu obsesji, mitów
i kłamstw. Prawdziwi antysemici naprawdę interesują się nami i wiele
o nas, Żydach, wiedzą. Jesteśmy dla nich ważni, a to jest pewna
wartość. Dlatego zasługują na to, by z nimi rozmawiać. I chociaż
prawdą jest, że antysemityzm przerodził się w XX w. w zbrodnię
Holokaustu, to przecież owo powinowactwo z nazistami, które plami
honor współczesnego antysemity, budzi nie tylko gniew, ale też
współczucie. Na ogół przecież nie chcą mieć nic wspólnego z
Hitlerem, a siłą rzeczy mają.
Milczący antylechityzm
Prawdę mówiąc, wolę zdrowego polskiego antysemitę niż żydowskiego –
no, jakbyśmy to nazwali – „antylechitę”? Chociaż antypolonizm jest
pośród Żydów w Izraelu czy w USA równie częsty (na oko przynajmniej,
bo nikt tego nie zbadał) jak antysemityzm w Polsce, to nie jest
zjawiskiem symetrycznym. W pewnym sensie antypolonizm jest gorszy.
Nie opiera się bowiem na niezdrowej fascynacji, kompleksach i chorej
wyobraźni, lecz na czymś obezwładniającym, poniekąd nieludzkim – na
czarnej obojętności. Gdzieś w najstarszym pokoleniu polskich Żydów,
którzy przeżyli wojnę, a potem wyjechali do Izraela lub gdzie
indziej, bije źródło strasznych wspomnień, w których Polak odgrywa
nierzadko rolę ohydną – szantażuje, obrzuca wyzwiskami, ograbia.
Zatrute, choć nieskłamane wspomnienia przekazywane są dzieciom i
wnukom, którzy wiedzą, że są subiektywne i jednostronne, ale mimo
wszystko nie pozwalają im myśleć o Polsce przyjaźnie. Nie chcą też
myśleć nieprzyjaźnie, tym bardziej że w słowach dziadków słyszą
również tony sentymentalne. W rezultacie – nie myślą wcale. Tym
bardziej nie myślą ci, którzy polskich korzeni nie mają. Zapanowała
więc pod tym względem wśród Żydów zgoda niemal powszechna – Polska
to kraj, który z jakichś powodów został przez Niemców wybrany do
wymordowania Żydów i w którym antysemityzm prawdopodobnie był i
nadal jest większym problemem niż gdzie indziej. To miejsce spalonej
ziemi, czarna dziura, gdzie Żyd przyjeżdża tylko po to, by pokłonić
się ofiarom Zagłady.
Bo któżby w takie miejsce jechał na wakacje? Któżby przyjaźnił się z
ludźmi zamieszkującymi kraj zasnuty dymami krematoriów? Obojętność
zdaje się wyborem najuczciwszym. Gdy spełniając swój naturalny
obowiązek polscy Żydzi próbują tę obojętność przełamać, spotykają
się z uprzejmymi pozorami zainteresowania izraelskich lub
amerykańskich ziomków. Gdy zrozpaczeni wyciągają ze swego arsenału
broń najcięższą – „Żegotę”, Irenę Sendlerową, Henryka Sławika i 6500
drzew w Yad Vashem, mogą słyszeć: „O, naprawdę, nie wiedziałem o
tym. Napijesz się jeszcze kawy?”.
Ręce opadają – z garstką starych antylechitów można przynajmniej
rozmawiać, choć nie można ich zmienić. Ale ich dzieci i wnuki po
prostu nie są zainteresowane. Na zarzut rozkrzewionego wśród Żydów
antypolonizmu Żydzi reagują zdziwieniem lub zniecierpliwieniem:
niczego takiego nie ma, pamięć dawnych krzywd nie odnosi się
przecież do współczesnych Polaków. Negowanie, a może nawet
nieświadomość istnienia antypolonizmu jest w świecie żydowskim
silniejsza niż negowanie istnienia antysemityzmu przez Polaków.
Antylechityzm w Izraelu jest milczący. Na murach nie uświadczysz
napisów „Polacy do gazu!”, nikt nie prowadzi wykazów Izraelczyków
mających domieszkę polskiej krwi i spiskujących przeciwko
izraelskiej ojczyźnie, a izraelskie fora internetowe nie kipią od
antypolskich wypowiedzi. Ludzie ciemni, których nigdzie nie brak,
nie opowiadają, że katolicy porywają żydowskie dzieci i utaczają z
nich krew na hostię. Nikomu też nie przychodzi do głowy modlić się o
nawrócenie kogoś na judaizm. Gdyby zaś kto powiedział o Menachemie
Beginie, że tak naprawdę nazywał się Biegun i był Polakiem, wobec
czego nie wolno mu ufać, to nawet najstarsi rabini nie pojęliby, co
ma piernik do wiatraka."
Całość bardzo ciekawego artykułu Jana Hartmana tutaj:
tygodnik.onet.pl/30,0,30789,4,artykul.html
Pozwoliłam sobie obszernie zacytowac, bo chyba pierwszy raz trafiłam
na tekst tak dokładnie oddający to co sama czuję w tych kwestiach i
co, znacznie mniej umiejętnie, próbuję czasami przekazać...
A napisał to polski Żyd.