Dodaj do ulubionych

Garton Ash gromi Europe

IP: *.ibch.poznan.pl 29.06.02, 15:08
Ponizej zamieszczam tekst artykulu pochodzacy z dzisiejszego wydania GW.
Obrazuje on frustracje brytyjskiego "idealisty" wynikajaca z przedluzajacych
sie negocjacji akcesyjnych. Teksy ten jest niewatpliwie mily sercu Adama
Michnika i dobrze sie wkomponowuje w glowna linie GW.
Jestem sceptykiem odnosnie Unii. Moje watpliwosci jednak nie wynikaja z przyczyn
"narodowych" czy "religijnych" jakie tradycyjnie podnoszone sa przez jej przeciwnikow.
Trzynascie lat jakie uplynely od upadku komuny pokazuje, ze przyczyny naszych
problemow sa przede wszystkim wewnetrzne. Oznacza to ze tylko sami mozemy sie
z nimi uporac i Unia nam w niczym nie pomoze. Tym bardziej, ze majac slabe panstwo
nasz sukces w tej organizacji jest watpliwy.
Nie widze tez powodow zeby kraje bogate dzielily sie z nami, w sytuacji gdy nasi bogaci
obywatele poczytuja sobie za punkt honoru zeby nie placic podatkow. Poza tym ja nie
wierze w skutecznosc takiej pomocy.Uwazam, ze w zyciu nie ma darmowych obiadow
i liczenie na nie tylko utrwala stan "dziadostwa". Polacy potrzebuja otwartych granic,
sami tez nie powinni ich zamykac przed innymi. Powolywanie sie na wspolna Europe
jest po prostu smieszne- to haslo znaczy bardzo niewiele dla zachodnich Europejczykow.

Wszystko na to wskazuje, ze Polska w koncu wejdzie do Unii na warunkach dla nas
niekorzystnych (godzac sie np. na 25% doplat dla rolnikow co zrujnuje tych ktorzy
jeszcze cos produkuja). Jest to prawdopodobne o ile Irlandia lub inne panstwo nas
nie zablokuje. Nie mam tez zludzen, ze Francja zgodzi sie na pomniejszenie dotacji
dla swoich rolnikow.


"Dla EU-ropy wstrząsanej paroksyzmami
antyimigranckiego populizmu nie jest najważniejsze, jak
powitać braci Europejczyków, ale jak wytropić
nielegalnych imigrantów

Wyobraźmy sobie ślub odłożony o 15 lat wskutek
matactw i wykrętów pana młodego. Kto się ucieszy,
kiedy wreszcie dojdzie do skutku? Lecz tak właśnie
wygląda zjednoczenie Europy, ślub Wschodu z
Zachodem oddzielonych przez dziesięciolecia murem
zimnej wojny i zasiekami z drutu kolczastego. Nudzi
nawet sama nazwa, nie mówimy już bowiem o
zjednoczeniu czy scaleniu Europy, tylko o "poszerzeniu
Unii". - A co to za nudziarstwo? Zmień proszę stację.

Na poniedziałkowym szczycie w Sewilli potwierdzono
wolę przyjęcia dziesięciu nowych członków z końcem
2004 r. - zaledwie 15 lat po upadku muru berlińskiego.
Przełożono też na jesień, po niemieckich wyborach, najtrudniejsze, końcowe negocjacje. W Sewilli
przywódcy Unii byli bardziej zainteresowani utrzymaniem dystansu niż integracją. Dla EU-ropy
wstrząsanej paroksyzmami antyimigranckiego populizmu nie jest bowiem najważniejsze, jak
powitać
braci Europejczyków, ale jak wytropić nielegalnych imigrantów.

Nieco starsi czytelnicy, którzy przekroczyli trzydziestkę, mogą pamiętać rok 1989 - to szalone lato,
kiedy
w Polsce i na Węgrzech nowo wynalezione refolucje (połączenie reformy z rewolucją) położyły w
pokojowy sposób kres komunizmowi, a świat był ciągle pełen nadziei. "Powrót do Europy" - tak
brzmiało w środkowo-wschodniej Europie hasło dnia.

Europejska solidarność

Kto zawinił? Zawiniliśmy my, zachodni Europejczycy. Wielu z nas nigdy nie myślało serio o "tych
odległych krajach, o których tak mało wiemy", jako o Europie. Inni, zwłaszcza Francuzi, nie życzą
sobie
w ogóle, by weszły one do naszego klubu bogatych. Poważny francuski biznesmen tak podsumował
w
prywatnej rozmowie swój stosunek do rozszerzenia Unii Europejskiej na Wschód: il faut toujours en
parler et jamais y penser - "trzeba ciągle o tym mówić i nigdy o tym nie myśleć". A potem Helmut
Kohl
i François Mitterand postanowili, że najpierw musi powstać unia monetarna. Piękna idea, o wiele
skuteczniejsza, niż zdawało się wielu niedowiarkom (mnie nie wykluczając), ale czy najważniejsza
wtedy, gdy kończył się trwający czterdzieści lat podział Europy? Chyba nie.

Wreszcie przywódcy Unii uznali, że rozszerzenie jest konieczne, ale żaden nie chce za to płacić. Ci,
którzy tworzą budżet UE, przede wszystkim Niemcy, będą przegrani, jeśli dadzą choć jedno euro
więcej, a ci, którzy z niego czerpią, na przykład Hiszpania, jeśli wezmą o jedno euro mniej. Suma,
którą Unia zamierza przekazać dziesięciu nowym krajom członkowskim w ciągu trzech lat, od 2004
do
2006 r., to około 25 mld euro. Dla porównania - w ramach planu Marshalla w latach 1948-1951
Stany
Zjednoczone przekazały Europie Zachodniej równowartość (w cenach bieżących) 97 mld euro, a
transfer z Niemiec Zachodnich do Wschodnich w latach 90. wyniósł około 600 mld euro (dane za
"International Herald Tribune", gdzie ukazały się ostatnio trzy ważne artykuły na ten temat). Tyle o
europejskiej solidarności.

Jak się obecnie planuje, nowe państwa członkowskie - w większości biedne podług europejskich
kryteriów - otrzymają na głowę zaledwie połowę tego, co Hiszpania, Portugalia, Grecja i Irlandia na
rozwój infrastruktury, np. budowę dróg i mostów. Co więcej, polscy rolnicy dostaną w ramach dopłat
bezpośrednich tylko jedną czwartą tego, co francuscy, choć będą konkurować na tym samym rynku.
To nonsens wołający o pomstę. Wszyscy unijni rolnicy powinni dostawać jedną czwartą tego, co
dziś,
gdyż Wspólna Polityka Rolna (CAP) to najdłużej trwający skandal w rozwiniętym świecie - podbija
ona
cenę żywności, którą jemy, i zmniejsza konkurencyjność rolnictwa krajów rozwijających się. Jednak
Francja i inni beneficjanci CAP nie zająkną się słowem w tej sprawie, oczywiście w imię Europy.

Pukają do nieba bram

Wychodziłem dotąd z założenia, że mimo różnych trudności w 2004 r. dojdzie ostatecznie do
rozszerzenia. Jednak i to nie jest pewne. W Irlandii, która już powiedziała "nie", odbędzie się kolejne
referendum nt. traktatu nicejskiego. Grecja zapowiedziała, że zablokuje rozszerzenie, jeśli nie
obejmie
ono Cypru, choć nie jest jasne, jak przyjąć ten podzielony kraj. Opozycję wewnątrz Unii wzmacniają
wrodzy imigrantom populiści od Haidera po Le Pena.

Jednak największe zmartwienie budzi rosnąca opozycja wobec integracji w krajach kandydujących.
W
sześciu państwach z czołowej dziesiątki w ostatnich sondażach mniej niż 50 proc. respondentów
uznało członkostwo w UE za korzystne, a w Polsce - największym i najważniejszym z kandydatów -
"za" było jedynie 51 proc. "Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela" - tak woła w Polsce rosnące grono
eurosceptyków. To oczywiście nieprawda, bo Polacy nigdy nie głosowali za wejściem do Bloku
Wschodniego, podczas gdy demokratyczne rządy od 1989 r. pukały nieustannie do brukselskich
drzwi. Jednak trudno się dziwić, skoro emisariusze Brukseli narzucają 80 tys. stron przepisów i
regulacji hamujących niejednokrotnie dynamiczny rozwój gospodarki rynkowej.

Najosobliwsza i przykra możliwość jest taka, że kiedy przyjdzie co do czego, Polska w referendum
odrzuci członkostwo w Unii Europejskiej. Nie brzmi to prawdopodobnie, jednak nie jest
niewyobrażalne. Według polskiej konstytucji referendum w tak ważnej sprawie wymaga zwykłej
większości przy frekwencji powyżej 50 proc. W ostatnich wyborach parlamentarnych frekwencja
wyniosła 46 proc. - wystarczy więc, by przeciwnicy powiedzieli: "zostańcie w domu, idźcie na piwo".

Nie sądzę, by do tego doszło. Moim zdaniem rozszerzenie nastąpi - w 2004 lub 2005 r. To skandal,
że
tak późno, ale lepiej późno niż wcale. Jednak sam fakt, że taka możliwość istnieje, świadczy o tym,
jak
nisko upadliśmy. Podróżując tam i z powrotem przez żelazną kurtynę w ponurych latach zimnej
wojny,
doszedłem do wniosku, że Europa dzieli się na tych na Zachodzie, którzy ją mają, i tych na
Wschodzie,
którzy w nią wierzą. Nigdy nie zapomnę, jak tuż po przecierających ścieżki polskich wyborach 1989
roku wędrowałem po korytarzach Sejmu w towarzystwie historyka i jednego z przywódców
"Solidar
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka