pct3
13.09.09, 09:41
zastanawiam się jak to nazwać.
Byłem świadkiem takiego zdarzenia:
pacjent zarejestrowany do lekarza w prywatnej przychodni na 12:40.
Lekarz przyjmuje do 13:00. Zasada jest taka (oficjalnie wyrażona) - lekarz czeka na spóźnionego pacjenta 10 minut (przyjęcie trwa 20 minut). O godzinie 12:57 lekarz wychodzi. O godzinie 12:58 przychodzi spóźniony pacjent (prawa Murphy'ego działają, tego jestem pewien). Dowiaduje się że lekarza nie ma. Potwierdza, że był zarejestrowany na 12:40. Potwierdza, że jest 12:58, przechodząca w 12:59.
I teraz najlepsze.
Pyta "i co ja mam w tej sytuacji zrobić"?
Dla jasności - mówimy o przychodni, nie o SORZe, przypadek nie nagły, zagrożenia życia brak, pacjent sam rezygnuje z przyjęcia (no bo nie przychodzi), później przychodzi w ciemno minutę przed zamknięciem przychodni i pyta co ma zrobić.
Ktoś może mi wytłumaczyć - o co chodzi?
Moje kilkudziesięcioletnie doświadczenie życiowe, rozwiązywanie setek problemów życiowych, spotykanie się z setkami czy - licząc pacjentów - tysiącami ludzi, tysiące przeczytanych książek, zobaczonych filmów, setki rozmów, przemyśleń o świecie itd - nie pozwalają mi znaleźć odpowiedzi na pytanie "o co chodzi?". Ktoś mi pomoże?