cykutas
09.10.08, 08:45
Wydarzenie miało miejsce w sobotę. W końcu postanowiłem zabrać głos
na forum. Opowiem je dzisiaj. A więc, proszę Koleżeństwa,siedziałem
sobie przy stoliku w knajpce. 2 rodziny lekarskie szarpnęły się na
party. I krew nas zalewała. Bo słyszeliśmy rozmowę przy sąsiednim
stoliku - totalne j...nie lekarzy!
Zaczynam jednak wierzyć, że Bóg istnieje. Bo najwyraźniej zadziałał.
Jeden z najeżdżających na lekarzy, zasłabł. I co? Jak myślicie?
Tak, tak, oczywiście: "Czy jest na sali lekarz?!"
Myślałem, że pęknę ze śmiechu.
Panie chciały mimo wszystko interweniować. Ale je powstrzymaliśmy.
Pomysleć, nagle "sąsiedzi" potrzebowali wcześniej opluwanych
lekarzy... Czemu? Przecież "bierzemy łapówki" i "nic nie umiemy".
Kontakt z nami to "śmiertelne ryzyko". I nagle bardzo chcieli
ryzykować.
Dlaczego nie wołali o ratownika medycznego, pielęgniarkę albo jaką
położną? Nie wiem. Może wie Koleżeństwo?
Podobno niezbędni nam do pracy są psycholodzy. Ale te dupki nie
wołały: "Czy jest na sali psycholog?!"
Te dupki nie wołały także: "Czy jest na sali konował?!" A tak
przecież określali nas wcześniej w swojej rozmowie. (O ile rozmową
można nazwać chrumkanie świń.)
Ubawiłem się bosko. Warto było z nędznej, lekarskiej pensji
wygospodarować dwie stówki na wieczorek w knajpce!
Pozdrowionka dla całego Koleżeństwa!