Gość: Anatolij Dorosz
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
24.05.05, 20:37
"20 maja przy pomocy boskiej mistrzem Polski został zespół z Konwiktorskiej" -
śpiewali w 2000 roku przy Łazienkowskiej po zwycięstwie 3:0 nad Legią
piłkarze Polonii Warszawa
Co dziś robią zawodnicy, którzy przed pięciu laty zdobyli drugi w
historii "Czarnych Koszul" tytuł mistrzowski? Naprawdę niewielu z nich
jeszcze coś w karierze istotnego osiągnęło, powtórzyło mistrzostwo w innym
zespole, zagrało w reprezentacji. Wielu gra w II i III lidze.
MACIEJ SZCZĘSNY. Był kapitanem tej drużyny. Wcale niemalowanym. Kiedy
pojawiły się pierwsze poślizgi z wypłatą pieniędzy za premie, on
mówił: „Gramy do końca, potem będziemy się kłócić”. Z Polonią zdobył swój
czwarty tytuł mistrzowski, potem dołożył do niego jeszcze jeden w Wiśle
Kraków. Pięć tytułów wywalczył w czterech różnych klubach: Legii, Widzewie,
Polonii i Wiśle, czego w polskiej lidze nikt przedtem ani potem nie dokonał.
Dziś pracuje w sztabie trenerskim Macieja Skorży w Amice Wronki, obserwuje
mecze rywali. W marcu ubiegłego roku przez trzy tygodnie pełnił funkcję
dyrektora sportowego w Polonii. Odszedł, protestując przeciw zatrudnieniu za
jego plecami trenera Mieczysława Broniszewskiego.
MARIUSZ LIBERDA. Zmiennik Szczęsnego, miał jednak znaczący udział w sukcesie
klubu. W mistrzowskim sezonie rozegrał najwięcej meczów - 15 - w historii
swych występów w Polonii. W 2002 roku odszedł do Groclinu Grodzisk Wlkp., z
którym sięgnął po wicemistrzostwo Polski i wyeliminował Manchester City w
Pucharze UEFA. Właśnie kończy mu się kontrakt z Groclinem, który nie zostanie
przedłużony. Pewnie wyjedzie za granicę. Polonia jest za biedna, by go
pozyskać.
TOMAS ŻVIRGŻDAUSKAS. Prawy obrońca. Najdłużej grający w Polonii
obcokrajowiec, spędził w niej sześć sezonów, a jeszcze w mistrzowskim sezonie
chętnie nim handlowano. Z transferu do ligi angielskiej nic nie wyszło. Potem
odszedł za darmo do Widzewa. Dziś już czwarty sezon występuje w szwedzkim
klubie Halmstad, nosi tam pseudonim „Zvirre”, w Polonii mawiano na
niego „Żwirek”.
MARIUSZ PAWLAK. O tym dziś się nie pamięta, ale to ten obrońca miał
największy udział w mistrzostwie, rozegrał najwięcej meczów ze wszystkich
zawodników w sezonie 1999/2000. Piłkarz z charakterem, idealnie pasował do
twardego stylu gry Polonii. W 2002 roku odszedł do Groclinu, który prowadził
jego pierwszy trener, jeszcze z juniorów - Bogusław Kaczmarek. Jest tam do
dziś.
PRZEMYSŁAW BOLDT. Kibice w Warszawie - nie tylko Polonii - pamiętają go ze
względu na mecz finału Pucharu Ligi. W finale przy Łazienkowskiej z Legią,
gdy wszyscy czekali już na dogrywkę, strzelił gola z ponad 20 metrów w 90.
minucie. Dzięki temu zwycięstwu Polonia zarobiła 1,4 mln zł. To kwota
znacząca nawet dziś w budżecie każdego klubu. Tak jak dla większości mistrzów
Polski z 2000 roku był to dla niego najlepszy sezon w karierze. Teraz gra w
trzecioligowym Polarze Wrocław.
PIOTR DZIEWICKI.W meczu z Wisłą przy Konwiktorskiej - tym, w którym sędzia
Ryszard Wójcik doliczył osiem minut do regulaminowego czasu gry - zablokował
strzał Radosława Kałużnego zmierzający do pustej bramki Polonii. Była to
chyba najważniejsza interwencja w karierze tego piłkarza, który potem
wywalczył jeszcze z drużyną „Czarnych Koszul” Puchar Polski, ale poza tym
niewiele osiągnął. W Amice, do której odszedł dwa i pół roku po tytule, jest
tylko rezerwowym, stale nękają go kontuzje. Wielokrotnie mówiło się o jego
powrocie na Konwiktorską. Amica blokowała jednak transfer lub po prostu
Polonia nie miała na niego pieniędzy.
JACEK PASZULEWICZ. Jeden z pięciu piłkarzy sprowadzonych w trakcie zimowej
przerwy, w jednym konkretnym celu - by pomóc w Polonii w zdobyciu
mistrzostwa. Nikomu w polskiej lidze nie grało się dobrze przeciw temu blisko
dwumetrowemu obrońcy. Potem zdobył jeszcze dwa tytuły z Wisłą, nieźle radził
sobie w niektórych meczach Pucharu UEFA. Teraz nadal w szerokiej kadrze
mistrzów Polski, ale leczy kontuzje.
TOMASZ CIESIELSKI. Przyszedł do Polonii latem 1999 roku i od razu mimo
młodego wieku (20 lat) wywalczył miejsce w podstawowym składzie. „Bohater”
meczu ze Stomilem Olsztyn, gdy po przypadkowej interwencji sfaulował Cezarego
Kucharskiego, rozcinając mu korkami kawałek łydki. Niezły miał sezon, w
którym Polonia wywalczyła Puchar Polski, a potem zniknął z pola widzenia.
Wrócił najpierw do rodzinnego Janikowa (III-ligowa Unia), a teraz walczy o
ekstraklasę w Kujawiaku Włocławek. Zmarnowany talent.
MARIUSZ MALINOWSKI. Rezerwowy obrońca w rundzie jesiennej, potem grał w
kratkę. Należał do tych piłkarzy, którzy raz w meczu muszą coś popsuć, i na
ogół tak było, dlatego trenerzy bali się go wystawiać do składu. Gdy odszedł
z szarpanej kryzysem finansowej Polonii do jeszcze biedniejszego KSZO
Ostrowiec, zasłynął powiedzeniem, że „trafił z rynny pod rynnę”. To jak
nazwać miejsce, gdzie trafił przed kilkoma miesiącami? Gra w Czarnych Pruszcz
Gdański, w V lidze.
MATEUSZ BARTCZAK Strzelił jednego gola dla mistrzów Polski, ale w jakim
meczu - z Wisłą. Miał najwięcej asyst w zespole, choć często przegrywał
rywalizację na prawej pomocy z Igorem Gołaszewskim. Zdobył jeszcze Puchar
Polski i odszedł, bo musiał - w 2003 roku do Amiki Wronki. Jest jej
podstawowym graczem. Nie zapomniał, jak się gra w piłkę.
ARKADIUSZ KALISZAN. Mówiono o nim brutal i choćby się starał, trudno było mu
tę łatkę odczepić. Ale on się nie przejmował w myśl hasła: „Psy szczekają,
karawana jedzie dalej”. W 2002 roku był u szczytu możliwości. Zimą 2002
odszedł do Lecha Poznań, potem Dariusz Wdowczyk ściągnął go do Kolportera
Kielce, którego nadal jest zawodnikiem.
ARKADIUSZ BĄK. Podstawowy pomocnik, bez którego trudno wyobrazić sobie, by
Polonia mogła pięć lat temu sięgnąć po tytuł. Strzelał decydujące gole,
świetnie rozumiał się z Maciejem Bykowskim i Emmanuelem Olisadebe. Potem,
zwłaszcza po nieudanym transferze do Birmingham City i mimo wyjazdu na MŚ w
2002 r., trudno było mu się odnaleźć przy Konwiktorskiej. Odszedł do Amiki
Wronki, z którą w tym miesiącu przedłużył kontrakt do 2007 r.
JACEK DĄBROWSKI. Grał w rundzie jesiennej, wiosną przegrał rywalizację na
lewej pomocy z Tomaszem Kiełbowiczem. Potem niechciany w Polonii. Długo
spierał się z nią o pieniądze. Trafił mu się niezły klub - grecka Kalithea.
EMMANUEL EKWUEME. Po mistrzostwie Polski z Polonią tego piłkarza chciało pół
polskiej ligi, póki w świat nie poszły informacje o jego słynnych powrotach z
Afryki. Spóźnienia tłumaczył pogrzebami kolejnych dziadków, których było
więcej niż piłkarzy w jedenastce. Niedawno FIFA zdyskwalifikowała go za
podpisanie podwójnego kontraktu z Lechem Poznań i Arisem Saloniki. A w
Polonii tak nie oszukiwał, tylko grał, i to całkiem nieźle.
IGOR GOŁASZEWSKI. W zespole koledzy nadali mu pseudonim „Koń” ze względu na
kondycję zwierzęcia. Posiada jednak nie lada odporność fizyczną, ale i
psychiczną, bo gra w Polonii do dziś. A trzeba było dużo wysiłku, by znieść
kolejnych niesłownych prezesów, dyrektorów, „honorowych” prezesów, sponsorów
mamiących milionami złotych, czasami kiepskich trenerów i walczyć od trzech
sezonów do ostatniej kolejki o utrzymanie się w lidze. Mimo że dziś w coraz
gorszej formie, to najbardziej wartościowy piłkarz Polonii od czasu jej
powrotu do I ligi w 1996 r. Zagrał mecz życia w najlepszym spotkaniu Polonii
ostatniego dziesięciolecia, wygranym 4:3 w eliminacjach Ligi Mistrzów z
Dinamem Bukareszt (piękny czwarty gol dla z ostrego kąta pod poprzeczkę).
TOMASZ WIESZCZYCKI. Iskra piłkarskiego geniuszu w drużynie, której siła
opierała się przede wszystkim na „team spirit”. Grał w mistrzowskim sezonie i
jako obrońca, i pomocnik, i napastnik. Po przyjściu Wernera Liczki w 2001 r.
odszedł z zespołu, bo nie odpowiad