nikodem123
05.02.14, 18:49
Na łamach Polityki ukazał się artykuł Pawła Walewskiego dotyczący miejsca w terapii zaburzeń psychicznych (ściślej mówiąc depresji) tych przerażających elektrowstrząsów.
Myślę, że warto o nim wspomnieć tu na tym forum, gdyż wokół tej terapii narosło wile mitów
Streszczanie go byłoby nonsensem. Red Walewski zbiera opinie specjalistów, a ponieważ sam jest z wykształcenia lekarzem, więc w przypadku jego tekstów nic dodać, nic ująć.
Pozwolę sobie jednak na swoje 3 grosze.
Dzisiaj już nie ma tych dramatycznych scen - pacjent w konwulsjach z pianą z ust, bo zabieg przeprowadza się w narkozie ze zwiotczeniem mięśni.
Swoją drogą wiele lat temu pamiętam dyskusję, czy podanie narkozy nie osłabia, albo wręcz nie znosi wpływu impulsu elektrycznego na zmianę funkcjonowania neuronów.
Nie ma dziś scen, że sanitariusze przemocą ciągną szarpiącego się pacjenta na "kopanie prądem". Pacjent musi sam wyrazić zgodę. W artykule pojawia się nawet problem pacjentów do pewnego stopnia hipochondryków, którzy domagają się tej terapii, chociaż inne formy mogłyby być równie skuteczne.
I trzecia moja refleksja.
Depresja endogenna naprawdę jest chorobą.
Stymulowanie domownika słowami: weź się w garść, mógłbyś w końcu ruszyć dupę, idź się ogarnij. Jest po prostu nieskuteczne.
Wadera martwi problem narastającej depresji, a mnie ten fakt cieszy. Cieszy, bo oznacza to, że ilość depresji niezdiagnozowanej się ZMNIEJSZA. Wizyta u psychiatry przestaje być stygmatem.
www.polityka.pl/nauka/zdrowie/1566853,2,czy-elektrowstrzasy-wracaja-do-lask.read