maksimum
30.10.05, 19:42
> Mój sąsiad, profesor uniwersytetu, pochodzi z zapadłej wsi. W młodości był
> wyzywany od próżniaków i gamoniów, bo nie interesował się kosą i orką ,
tylko książkami i medytacją. Uczył się tylko po nocach. Ojciec nigdy mu nie
wybaczył,
> że nie został gospodarzem i trzeba było ziemię oddac państwu za rentę.
>
> Profesorostwo mają jedyną córkę, która nie ma żadnych ciągot naukowych. Nie
było z nią innych kłopotów, poza tym,że nigdy nie lubiła się uczyć, że miała
tylko
> trójki. Jest średnio zdolna, ale, jak mówi jej ojciec, "głupsi konczą
studia i
> robią doktoraty". Trzeba tylko chcieć. Ale ona nie chce. Po maturze znalazła
> pracę ekspedientki i jest bardzo zadowolona. Tylko sklepy zmienia co parę
lat.
> Szybko wyszła za mąż i urodziła dziecko. Jest dobrą zoną i matką, miłą i
uczynną
> dziewczyną, ale rodzice widzą tylko to, że ona "nie chce się uczyć". I
>jest to dla nich dramat, ich życiowa klęska.
> Niedawno młodzi przeżywali jakiś kryzys małżeński (który udało im się
zażegnać).
> Sąsiadka zwierzyła mi się, jaką wielką rodzice mieli nadzieję,że mąż córkę
> rzuci, wtedy ona wróci do nich z dzieckiem i pójdzie choćby na zaoczne
> studia. Paranoja.
To jest typowy przyklad,jak czlowiek w pogoni za "sukcesem" zyciowym traci
instynkt samozachowawczy.
Jedna corka i to na dodatek tak udana jak sami rodzice,co by wnioskowac
dalo,ze rodzice za duzo sil i srodkow wlozyli w budowanie kariery a zupelnie
zapomnieli o zyciu.
No wiec najwazniejsze w zyciu jest samo zycie,a nie praca.
Pracuje sie po to,by latwiej bylo zyc,a nie po to,zeby pracowac.
Moim zdaniem profesor przepalowal i jego ojciec mial racje,ze go gromil za
nieumiejetnosc zycia.