darchangel
28.04.11, 11:54
Szukałam na forum literkofobii i mało o tym było, zresztą wątek zarchiwizowany, więc postanowiłam założyć nowy temat.
To z serii "pomóżcie" i "jak z tym walczyć?".
Mianowicie: moje koleżanki ostatnio w rozmowach wspominają przerażone, przy okazji opowieści o zakupach bieliźnianych, że "pani w sklepie powiedziała, że mam E! załamałam się!". No i jak takim przypadkom tłumaczyć jasno i zwięźle, że samo "E" to nic nie oznacza, że ważna jest też cyferka przed nim, i że to nie wyrok "End of the world". Bo próbuję, mówię dla porównania z "tym strasznym 65E", że sama mam teraz brytyjskie 65H/polskie 65M i żyję, nie narzekam, świat mi się od tego nie zawalił, bluzki się dopinają, a piersi przecież nie wystają na metr przede mnie, jak widać wyglądam normalnie. I że w dopasowanym staniku piersi nie opadają i się nie deformują, ale one sobie wbiły do głów "miseczka E = tragedia" i już nic poza tym nie widzą. I co z tym zrobić? Jak dotrzeć? Już pytałam, czy chodziłaby w za luźnych/za ciasnych majtkach, to nie. Ale inną część bielizny dopasowywać? Tam dalej są straszne literki, no smoki po prostu.
Kurczę, no, moja mama przyjęła bez protestów, że to logiczne, że jest tyle literek, bo są różne wielkości biustu z różnymi obwodami pod i musi być wygodne i jak najlepiej dopasowane. A młodzież niby taka otwarta na nowości, a wystarczy powiedzieć 65E i truchleje... :/