teresa104
18.08.09, 17:53
(Wątek inspirowany ogłoszeniem sklepu LADY'S PLACE
forum.gazeta.pl/forum/w,32203,97970120,97970120,Praca_w_sklepi
e_LADY_S_PLACE.html )
Obcojęzyczne nazwy sklepów z bielizną przypominają mi pewną
sytuację. Stałam w kolejce w drogerii starego typu - szufladki,
flasze z ciemnego szkła, senna obsługa. Przede mną niezwykle
elegancka, wonna pani, futerko, usztywniane loki, perfuma ciągnąca
się jak ogon komety. I mówi pani do subiekta, wskazując
wypielęgnowanym palcem na półkę z kosmetykami dla dzieci: Czy to
jest coś do prania wełen, to babycośtam?
W końcu skoro "baby" to wiadomo, że do prania, bo chłopy nie piorą;)
Hm... chcemy krzewić wiedzę stanikową wśród naszych mam i babć.
Chcemy? Chcemy. Czemu więc z mety fundujemy im językową zagadkę,
nazywając wszystkie niemal bieliźniaki nazwami obcojęzycznymi? Jak
ta kobiecina ma wnuczkę poprosić, żeby z nią poszła i pomogła dobrać
stanik do ladycośtam? Place, wnusiu, place. Place na ladzie? Place
to mi robi ten stary stanik, a obiecywałaś jabłuszka.
O babcie zresztą tak się nie martwię, jak o ducha polszczyzny.
Polski zbyt przaśny się okazuje, kiedy trzeba wybrać nazwę dla
sklepu czy firmy. Czy tylko mnie wydaje się to
trochę ...pretensjonalne?