W pierwszych słowach tego wątku

) od razu sprostuję, Varg Veum nigdy nie był
i nie będzie taki, jak Marlowe Chandlera.
W słowie drugim powiem, że z mieszanymi uczuciami czytałam "Wokół śmierci",
chwilami sądziłam ,że to jakieś podanie-legenda-przekaz z pokolenia na
pokolenie przekazany w formie książki, bo sprawa zaczyna się w XIX wieku by
swój bieg zakończyć 1995r. Nieprawdopodobna historia Jana Egila absolutnie nie
przemawia do mnie, to jest niemożliwe, by jeden człowiek mógł zostać kozłem
ofiarnym już od urodzenia i dalej, bez szansy na cokolwiek, cokolwiek niż to,
czego ciągle doświadcza.
A przecież mamy jeszcze naszego prywatnego detektywa Varga Veuma, który
kompletnie się nie sprawdził w tym zawodzie i w tej sprawie.
Najpierw obiecuje, a potem rozgrzesza się, że fakty mówiły same za siebie, i
on cały czas przecież w duchu nie wierzył. 11 lat tak w duchu myślał i nie
wierzył, aż w 1995 roku w ciągu dwóch dni rozwiązał zagadkę, ale pewnie tylko
dlatego, że kostucha do tyłka zaczęła mu się dobierać. No tak Marlowe by nie
postąpił, obietnica to rzecz święta.
I w takim to nastroju książkę przeczytałam, bez fajerwerków, bez zachwytu, bez
czekania na dalsze części przygód Veuma

.
A tu p.Szczerba mówi o tej książce
wyborcza.pl/1,75517,6283522,Wokol_smierci__Staalesen__Gunnar.html