Dodaj do ulubionych

66 Tote und kaum noch Hoffnung in Kattowitz

29.01.06, 19:47
Beim Einsturz des Daches einer Messehalle im oberschlesischen Kattowitz sind
mindestens 66 Menschen getötet worden, darunter ein Deutscher. Auch unter den
Verletzten der Tragödie, deren Zahl zuletzt mit 141 angegeben wurde, befänden
sich vier Deutsche, sagte eine Sprecherin des Auswärtigen AmtesAnfrage.Die
Rettungskräfte brachen knapp 24 Stunden nach dem Unglück am späten
Sonntagnachmittag die Suche nach Verschütteten ab. Am Montag soll eine
Spezialfirma mit schwerem Räumgerät mit dem Abbruch der Halle beginnen. Zuvor
werden noch einmal Leichenspürhunde eingesetzt, um sicher zu stellen, dass
keine Toten mehr ...
www.klamm.de/partner/velerion.php
Obserwuj wątek
    • szwager_z_laband Re: 66 Tote und kaum noch Hoffnung in Kattowitz 29.01.06, 19:54
      To niych ziymia leko bydzie tym gouymbiorzom ....
      • dede99 Re: 66 Tote und kaum noch Hoffnung in Kattowitz 29.01.06, 19:59
        Niymiecke Ekipy niy zostaly dopuszczone do akcji ratunkowy-najnowszo wiadomsc.
        szwager_z_laband napisał:

        > To niych ziymia leko bydzie tym gouymbiorzom ....


        Szwager,tys juz jest nazod? caly i zdrowy?
        • ballest Re: 66 Tote und kaum noch Hoffnung in Kattowitz 29.01.06, 20:04
          HALLENEINSTURZ IN KATTOWITZ

          Überlebende berichten von Chaos und Schlamperei

          Aus Kattowitz berichtet Olaf Sundermeyer

          Bestürzung in Kattowitz: Mehr als 60 Tote sind geborgen, und die Helfer haben
          die Hoffnung aufgegeben, noch Überlebende in den Trümmern der eingestürzten
          Halle zu finden. Einige Besucher, die gerade noch entkamen, berichten von
          schweren Sicherheitsmängeln und verschlossenen Notausgängen.

          Kattowitz - Deutsche Überlebende des Unglücks bei der Kattowitzer
          Brieftaubenschau erheben schwere Vorwürfe gegen den Messebetreiber. Am Tag nach
          der Katastrophe ist die Rede von verschlossenen Notausgängen in der
          Wellblechhalle. Vielen Menschen wurden so die Fluchtwege vor dem
          herabstürzenden Hallendach und den einfallenden Schneemassen abgeschnitten,
          wertvolle Zeit ging verloren. Von der Messegesellschaft gibt es keine
          Stellungnahme dazu.

          www.spiegel.de/panorama/0,1518,398019,00.html
          som zdjecia!
          • betelka Re: Straszne... 29.01.06, 20:07
            Namówiłem syna, żeby przyjechał ze mną. Co ja powiem żonie? - reportaż

            Do szpitala w Chorzowie przywieziono mężczyznę z komórką w kieszeni spodni.
            Telefon dzwonił i dzwonił, ale nikt nie miał odwagi odebrać. Mężczyzna nie
            żył


            - Pomóż mi, tatuś! Mam przygniecioną nogę. Leży na mnie dziewczyna. Chyba nie
            żyje, jest zimna. Dach się zawalił - zadzwonił Tomek Michalski.

            Ojciec, Jacek Michalski: - Była za dziesięć piąta, po południu. Co miałem
            robić? Tomek zostawił małe dziecko i żonę w ciąży. Jesteśmy z Wrocławia.
            Wsiedliśmy do auta, ja, żona Alicja, młodszy syn Piotr i przyjechaliśmy do
            Katowic.

            Rodziny nie wpuszczono na miejsce wypadku.

            Matka szlochała, uczepiona płotu. Ojciec wdrapał się na drzewo i
            wypatrywał, kogo wynoszą. - Mężczyzna z czarną brodą! Czy ktoś go widział? -
            nawoływał.

            Tomek znowu zadzwonił: - Jakiś ratownik przeszedł obok mnie.

            Ojciec do słuchawki: - Krzycz, synu, krzycz ratunku!

            Potrzebna morfina

            Godz. 19, Międzynarodowe Targi Katowickie. Do bramy wejściowej nie da się
            dotrzeć autem. Policja strzeże przejazdu dla wozów strażackich i karetek.
            Koguty nie milkną. Karetki, jedna za drugą rozjeżdżają się do okolicznych
            szpitali w Siemianowicach, Katowicach, Chorzowie, Bytomiu, Dąbrowie, Piekarach.
            Pada pierwsza liczba rannych: 30.

            Oto największa hala wystawowa: 10 tys. m kw. Najnowsza, otwarta sześć lat temu.
            Duma MTK.

            Ściana frontowa pochylona, pofałdowana. W środku leży dach, pogięty,
            połamany. Wejść da się na pięć kroków. Dalej rumowisko. Na szczycie siedzą
            przytulone gołębie, niektóre wzlatują w niebo i znikają. Od piątku w hali
            odbywały się targi gołębi pocztowych.

            Medycy, strażacy, policjanci gromadzą się przy głównym, środkowym wejściu. Z
            bocznego dobiega zawodzenie. Ni to śpiew, ni jęk. Przeciągle, coraz głośniej.
            Nie wiadomo, z góry, z dołu. Ciemno. Ktoś przybiega z latarką. W słupie
            światła na ziemi siwa, łysiejąca głowa, wyciągnięta dłoń ściska leżący obok
            metalowy filar. Widać jeszcze ramiona, plecy do pasa, reszta pod blachą.
            Ciałem rzucają drgawki.

            Pobieżne oględziny, szybki opatrunek i do akcji rusza ekipa ratowników
            górniczych. Muszą pracować ręcznie za pomocą pił i podnośników. Z rumowiska
            płyną krzyki, uwięzieni dzwonią z komórek do bliskich, żeby nikt nie wchodził
            na dach. Wtedy jeszcze bardziej uciska na nogi, na kręgosłup, na żebra.

            Z dziury obok wyłania się ratownik medyczny: - Potrzebna morfina, natychmiast.

            Godz. 19. 30. Policja przegania spod hali gapiów i dziennikarzy. Do naszej
            grupki chwiejnym krokiem podchodzi okrągły, białowłosy pan w czarnym
            garniturze i białej koszuli. Prosi o papierosa. Gdy częstuję, bierze całą
            paczkę i wciska mi 20 zł. - Bierz, ja już nie mam na kogo wydawać pieniędzy.

            Wyciąga komórkę. - Pomóż mi wybrać numer.

            Wybieram do Adama. - Odbierz, synu!

            Wybieram do Lidzi. - Córeczko moja!

            Wybieram do Zygi: - Zięciu, odezwij się!

            Za każdym razem słychać sygnał, ale nikt nie odbiera.

            Mężczyzna płacze: - Po co ja żyję?


            serwisy.gazeta.pl/kraj/1,71478,3136428.html
            • betelka Re: Straszne... czesc II 29.01.06, 20:09
              Coś na mnie spada

              - W piątek zamarzło mi auto. Całą noc ładowałem akumulator. Żona wściekła,
              bo w sobotę mieliśmy iść na urodziny kuzynki. Obiecałem, że w południe będę z
              powrotem - opowiada Edmund Koloska z Opola.

              - Miałem wziąć syna, ale w piątek przeleciał mi przez drogę czarny kot. Coś
              mnie tknęło. Pojechałem tylko z kolegami mówi Brunon Elendt z Gdańska.

              Jolanta Czerewajska z belgijskiej firmy Britcon na wystawę przyjechała z
              synem, córką i zięciem. Zaprosiła szefa Francisa Nolmansa. - Za stoisko w
              sercu hali zapłaciliśmy kilka tysięcy zł. Zależało nam, z handlowego punktu
              widzenia to idealne miejsce.

              Bogdan Wojtkowiak z Łazisk przywiózł sto ptaków. Koloska chciał kupić kilka
              na wiosenne zawody w lotach. Już przy bramie MTK wiedział, że nie zdąży na
              urodziny. 40 minut w korku. Jak zobaczył gołębie, zapomniał o żonie. - W
              hali dudniła muzyka, gorąco jak w szklarni.

              Tłok taki, że trzeba było się przeciskać. W południe - jak nic ze dwa
              tysiące ludzi. Gołębiarze z całej Polski, a także z Niemiec, Czech,
              Słowacji, Belgii. Wesoło pokrzykiwali na swoje ptaki. Na firmowych stoiskach
              dobijano targów, podpisywano umowy handlowe. W bufecie stukano kuflami.

              - Ptasia grypa, to sukces, że udało się zorganizować te targi - Mówią Maria i
              Piotr Patas z Siemianowic, wydawcy książek dla hodowców gołębi.

              - Ptaki szły średnio po 500 - 600 zł, niektóre po parę tysięcy. Była czwórka
              za 30 tys. zł. Takie z tytułami, medalowe, cała reprezentacja Polski -
              opowiada Jacek Wałowski z Jaworzna.

              Koloska zdjął kurtkę, potem marynarkę.

              - Koleżance ze stoiska obok przez całą sobotę z dachu na głowę kapała woda.
              Mówiła, że słyszy trzaski, ale nikt nie traktował tego poważnie - wspomina
              Robert, syn Czerewajskiej.

              - Aukcja skończyła się przed 17. Ludzie wychodzili, ja też - opowiada
              Wałowski.

              - Pociąg powrotny do Gdańska mieliśmy dopiero o 22. 30. Na dworcu zimno,
              woleliśmy poczekać w hali - tłumaczy Elendt.

              - Na scenie tańczyły panienki w krótkich spódniczkach, mężczyzna w sombrero
              śpiewał: "wszystko co dobre, szybko się kończy..." - wspominają Patasowie.

              Minęła minuta.

              Koloska: - Kupowałem odżywki. Usłyszałem przeraźliwy krzyk. Coś uderzyło w
              plecy.

              Czerewajska: - Usłyszałam szum i spojrzałam do góry. Zdążyłam tylko
              zauważyć, że coś na mnie spada, a potem zrobiło się ciemno i lodowato zimno.

              Wojtkowiak: - Zobaczyłem dziurę w dachu. Potem ściany zaczęły się składać
              jak klocki domina. Mam tylko rozcięty palec.

              Elendt: - Przytrzasnęło mi nogę. Byłem tam ze dwie godziny. Pogubiłem
              szczęki, okulary. Koledzy jakoś się wydostali. Ten, co siedział obok mnie,
              został. Nie ma go.

              Koloska: - Nie wiem, komu dziękować. Straciłem przytomność. Obudziłem się
              dopiero w karetce. W samej koszuli, bez dokumentów i komórki. Od pielęgniarzy
              zadzwoniłem do żony.

              - Co ja powiem żonie, co ja powiem żonie - powtarza Jerzy Kotryk z Neuburga. -
              Namówiłem syna, żeby przyjechał ze mną do Polski. Uciekaliśmy razem. Syn
              Krzysztof, 37 lat, zginął.
            • betelka Re: Straszne... czesc III 29.01.06, 20:11
              Szyjemy taśmowo

              Patasowie mieli stoisko w rogu, nad którym dach się nie zawalił. Wybiegli
              bocznym wyjściem, o którym wiedzieli tylko organizatorzy. Podmuch wiatru
              rzucił Marię na ziemię. Uciekający deptali leżących.

              Pracownika Krystyny Winiarskiej z Wrocławia nawet nie drasnęło. Stał w
              drzwiach wejściowych do hali. Wyniósł do karetki szefową, którą przywalił
              śnieg i stalowe drągi.

              Jerzy Kotryk przystanął przy filarze i to go uratowało.

              Piotr Skalski z Nakła miał szczęście. Falista blacha załamała się
              dokładnie nad nim i utworzyła mały daszek.

              Nad Markiem Wosiakiem z Krotoszyna w samym środku hali dach zatrzymał się. 40
              cm nad ciałem. Na ciałach innych ludzi.

              Grzegorz Jabłoński z Olsztyna zdążył położyć się na podłodze, osłonić
              głowę rękami. Poświecił komórką, znalazł deskę i zaczął walić w blachę nad
              sobą.

              Jolanta Czerewajska przez kilkanaście minut wyczołgiwała się spod stalowego
              dźwigara i stosu blachy. Sama dotarła do wyjścia hali. Wysoka, tleniona
              blondynka z pękniętą wargą i podpuchniętym okiem. Biała przezroczysta
              bluzeczka i gorset ortopedyczny. W dżinsach, bosa. Na palcach złote
              pierścionki, połamane paznokcie.

              Tuż obok Winiarskiej leżeli: siostra, szwagier, ich syn. Nie mogli się ruszyć,
              przygniótł ich potężny filar. Próbowała go podnieść, na próżno. Ruszyła
              szukać pomocy, na próżno. Z każdej strony dobiegały przeraźliwe krzyki.
              Ratownicy nie wiedzieli, kogo ratować w pierwszej kolejności.

              Czerwony sweter Winiarskiej był wcześniej biały. Na palcu miała obrączkę,
              trzeba ją było przepiłować. Ręka w gipsie, na plecach umazane krwią
              prześcieradło. W spuchniętych dłoniach trzyma dwie komórki. Siostra nie
              odbiera. Nikt w szpitalu nie potrafi jej powiedzieć, czy ratownikom udało się
              wydostać rodzinę.

              - Rozbite głowy, połamane ręce, nogi, trudności z oddychaniem prawdopodobnie
              z powodu uszkodzenia żeber - Mieczysław Piechota, lekarz dyżurny w szpitalu w
              Katowicach Bogucicach wylicza obrażenia.

              - To nie są ciężkie przypadki. Podejrzewam, że ci najbardziej poszkodowani
              ciągle są pod gruzami - mówi Krzysztof Tarnowski, lekarz dyżurny chorzowskiego
              szpitala.

              - Szycie twarzy, głowy, taśmowo. W życiu tylu szwów nie założyłem przez
              jedną noc. Wszystkim dajemy szczepionki na tężec - mówi Krzysztof Moćko, lekarz
              ze szpitala w Siemianowicach.

              - Nic mi nie ma, zajmijcie się tymi, co są połamani - Piotr Skalski długo nie
              pozwalał się opatrywać. Ranny w głowę i klatkę piersiową.

              Ernesta Kucałę z Sosnowca wydobyto z rumowiska po 2,5 godzinie. 21 lat, w hali
              sprzedawał trofea sportowe. Dopiero zaczął pracować. Targi to miała
              być "niezła jazda". Z kumplami żartowali z gołębiarzy. Ma złamany 11 krąg.

              Jak ty to mamie powiesz

              Sztab kryzysowy w portierni MTK. Przestrzenna, ciepła sala, wygodne fotele,
              gorąca herbata z cukrem. Na stole odręcznie zapisane listy. Nazwiska tych,
              którzy trafili do szpitali. Co kwadrans ktoś wchodzi i odczytuje kolejne.

              - Ilu nas tu siedzi, nikt nie usłyszał nazwiska swoich. Zanim zaczęli
              wyczytywać, my tu wiedzieli, że oni są już gdzie indziej. Możemy się tylko
              pomodlić - wyrokuje białowłosy pan, ten co pod halą prosił o papierosy.

              - Przecież jeszcze ich wywożą - pociesza mężczyzna obok, chyba syn.
            • betelka Re: Straszne.. czesc IV. 29.01.06, 20:14
              Białowłosy: - Będą wywozić trzy dni. Jak ty to mamie powiesz? Tylko nie przez
              telefon.

              Ok. godz. 20 pierwsza liczba ofiar śmiertelnych: cztery.

              Kobieta w fioletowej czapce zasłania twarz szalem i lamentuje w głos: - O
              boże, o boże, mój synek, to niemożliwe, to niemożliwe.

              Mężczyzna z brodą, blady, chyba mąż, staje za plecami kobiety. - Może napijesz
              się herbaty?

              Kobieta: - Ja już nic nie chcę!

              Ratownik medyczny podaje jej krople na uspokojenie.

              Do sali wchodzi starszy mężczyzna: czapka z daszkiem, wąs, marynarka, w klapie
              plakietka z targów. Kuleje, koszula na brzuchu poplamiona krwią, nad okiem
              opatrunek, zadrapana twarz. - To było tak: di, di, di i bach. Udało mi się
              wydostać. Chciałem zostać, pomóc. Wiem, gdzie były stanowiska, mógłbym
              wskazać: tu są ludzie. Wygonili mnie.

              Kolejny przybysz: szczupły, wysoki chłopak w eleganckim, metalicznym
              garniturze. Zdejmuje marynarkę, spodnie, odsłania rany. Rodzina opatruje go,
              przytula. Milcząco, ledwo hamując radość.

              Ocalona kobieta szeptem, na ucho opowiada innej o swoim szczęściu. - Weszłam
              pod biurko i...

              Pozostali siedzą wpatrzeni w komórki. Zniecierpliwieni dzwonią, aż tam po
              drugiej stronie, pod rumowiskiem wyładowują się baterie.

              Koło 21. druga liczba ofiar: 12.

              Nagle dzwoni komórka. - Żyjesz? Jak się czujesz?!

              W białowłosym panu budzi się nadzieja. Pyta sztabowców: - Co z tymi, którzy
              są nieprzytomni, nie mają przy sobie dokumentów? Są tacy w szpitalach?

              Do szpitala w Chorzowie przywieziono mężczyznę z komórką w kieszeni spodni.
              Telefon dzwonił i dzwonił, ale nikt nie miał odwagi odebrać. Mężczyzna nie
              żył.

              Liczba rannych rośnie: 80, ponad sto.

              O godz. 22 wydobyto ostatniego żywego. Po północy naliczono 26 martwych. O 2
              na rumowisko weszły psy tropiące.

              Tomka Michalskiego, którego z drzewa wypatrywał ojciec udało się wyciągnąć.
              Żyje.

              Zapłacili za swoją śmierć

              Pod halą, w sztabie, w szpitalach dyskusje.

              - Gadają w radiu, że na dachu nie było śniegu. Aż krew zalewa.
            • betelka Re: Straszne... czesc V 29.01.06, 20:15
              - Leżało z metr. Hala nagrzała się, śnieg stopniał, woda zgromadziła się na
              środku i dach nie wytrzymał.

              - Swoje zrobiły wibracje od głośników.

              - Tyle pieniędzy gołębiarze musieli dać za wystawienie stoiska. Zapłacili za
              swoją śmierć.

              - Jak się zbiorą w kupę, to się nawzajem ogrzeją.

              - Dmuchawami nie można nagrzewać, bo się potopią.

              Inny powód nieużycia dmuchaw: dach częściowo opiera się na śniegu.

              Ręczna akcja trwa wolno. W nocy temperatura spada do 15 stopni poniżej zera. Od
              ziemi sztywnieją mi stopy, palce szczypią w rękawiczkach. Nie pomaga skakanie,
              pocieranie dłoni.

              Józef Rajwa z sąsiadką przynoszą do sztabu pledy, ciepłe ubrania. Stosy koców
              i karimat rosną. - Wracałem z żoną z kina. Kiedy zobaczyłem, co się dzieje
              odwiozłem ją do domu, zabrałem naszego labradora Demona i przyjechałem
              pomóc. Udało nam się odnaleźć dwie osoby. Nie wiem, czy były żywe - mówi
              Zbigniew Murzyński, kioskarz z Siemianowic Śląskich.

              Matka Boska i odszkodowania

              - Więcej nie przyjadę na targi, nie pojawię się już w żadnej hali ani w
              supermarkecie - deklaruje Piotr Skalski.

              Zapowiedział lekarzom, że w niedzielę wraca do domu w Nakle. Po drodze
              zatrzyma się w bazylicie w Piekarach. - Matka Boska musiała nade mną czuwać,
              muszę jej podziękować. Przeżyłem wielką powódź w 1997 roku. Teraz myślałem,
              że to już naprawdę koniec.

              Francis Nolmans, szef Britcons, ranny w oko machnął ręką na zniszczony towar,
              laptopy i kasę z pieniędzmi. Wszystko zostało pod gruzami. - Grunt, że żyjemy -
              stwierdził.

              Liczba ofiar z niedzielnego popołudnia: 66. Co najmniej.

              Wystawcy zapowiadają, że będą domagali się odszkodowania za zniszczony towar.

              Piotr Patas uratował gołębia. Mistrz świata z Portugalii, złoty medalista,
              wart kilkadziesiąt tys. zł.
            • betelka Re: Akcja ratunkowa zakończona 29.01.06, 20:16

            • betelka Re: Świadkowie tragedii: Myśleliśmy że to koniec 29.01.06, 20:19
              - Rozmawiałem z ojcem, który został przewieziony do szpitala. - opowiada
              Henryk Kuczob, kapelan strażaków - Pytał o swoją trzynastoletnią córkę. Nie
              wiedział, że zginęła, a ja nie miałem odwagi mu o tym powiedzieć


              Henryk Musioł, uratowany hodowca gołębi

              - To był fajny festyn. Z 10 minut wcześniej przeszedłem się po wystawie 10
              minut. Może było z 500-800 osób. Ludzie siedzieli rozmawiali, podjadali.
              Skończyła grać kapela gdy nagle coś zatrzeszczało. Zobaczyłem jak tony
              żelastwa spadają na mnie. Nie było gdzie się schronić. Wokół mnie betonowa
              podłoga. Żadnej niszy, czegoś na czym ten beton by się zatrzymał. Zrobiłem
              krok i to był chyba najważniejszy krok w życiu.

              Jeden dźwigar grubszy niż ja spadł za mną, drugi taki sam przede mną. Tam
              gdzie stałem przedtem dach był leżał na płasko na podłodze. Gdybym się nie
              ruszył - byłbym zmiażdżony. Dostałem czymś w twarz, w łopatkę, w kolano,
              ale nie straciłem przytomności sprawdziłem, że nic nie mam złamane. Taka
              rura plastikowa, chyba odwadniająca docisnęła mnie i początkowo nie mogłem
              się ruszyć. Żeby sięgnąć po komórkę musiałem się rozebrać!

              Zadzwoniłem do żony. Wiedziała chyba jako pierwsza w Polsce, bo po 2
              minutach. Co jej powiedziałem? Myślałem, że to koniec. Pożegnałem się.
              Usłyszałem też kilka innych osób dzwoniących z komórek.

              Po chwili pojawili się ludzie, to byli hodowcy, potem przyjechała policja
              zaczęła na mnie świecić.

              - Piłki, piłki mi dajcie - krzyczałem do nich. Po 20 minutach mi ją
              przynieśli i wspólnie ze strażakiem przeciąłem tę rurę, podał mi rękę i
              wydostałem się na zewnątrz i wsadzili mnie do karetki. To było cudowne
              ocalenie

              Opowiada pan Józef z Rybnika, jeden z ocalonych

              Na targach miałem stoisko, na którym sprzedawałem pokarm dla ptaków. W hali
              było sporo osób, grała kapela. Nagle, w sekundę, wszystko runęło. Nawet nie
              było myśli, by uciekać, tak szybko się to stało. Dostałem czymś w głowę.
              Jak się ocknąłem, leżałem na lodzie. Zacząłem się czołgać w kierunku
              wyjścia. Udało mi się. Czekam teraz na wiadomość o moich dwóch zięciach,
              którzy byli ze mną w hali. Nie wiem co z nimi. Na szczęście moja córka Magda
              przeżyła.

              Jarosław Wojtasik, rzecznik prasowy śląskich strażaków

              Najgorsza jest niska temperatura. Strażacy, którzy byli w środku hali
              opowiadają o zwałach śniegu, więc to nieprawda, że śnieg z dachu był
              zrzucony. Hala wygląda jak krater. Ci, którzy tuż przed tragedią przebywali w
              jej środkowej części zostali wgnieceni w ziemię.

              Na początku akcji ratownicy kierowali się słuchem, bo w rumowisku dzwoniły
              telefony, które ofiary miały przy sobie. Potem zamilkły. Może z mrozu
              wyczerpały się baterie? O godz. 23.30 ratownicy słyszeli w rumowisku krzyki
              tylko jednego człowieka, poza tym nikt inny nie dawał znaku życia, ale
              poszkodowani mogą być nieprzytomni, albo w szoku.

              Lekarz pogotowia ratunkowego

              Na miejscu przyjechaliśmy przed godz. 18 i weszliśmy na rumowisko. Obraz jest
              surrealistyczny. Pełno padłych kaczek, gołębi, królików, a między tym ciała
              ludzi. Lód i pióra. Okropne! Hala była ogrzewana, ludzie zostawiali wierzchnie
              okrycia w szatni. Ci, którzy wyszli z rumowiska o własnych siłach mieli na
              sobie jedynie sweterki czy bluzy. Byli potwornie wyziębieni. Mróz poczynił
              ogromne spustoszenia. Tuż po godz. 19 wyciągnęliśmy chłopczyka ze zmiażdżonymi
              nogami. Był już bardzo wyziębiony. Wielu rannych, którzy czekają w hali na
              pomoc może tego mrozu nie wytrzymać.

              Opowiada ks. Henryk Kuczob, kapelan strażaków

              Jestem na miejscu niemal od początku, by służyć pomocą duchową. Niewyobrażalna
              tragedia. Pięciu osobom zdążyłem udzielić ostatniego namaszczenia, jedna z
              nich chwile potem zmarła. Naoglądałem się tutaj strasznych dramatów.
              Rozmawiałem z ojcem, który został przewieziony do szpitala. Pytał o swoją
              trzynastoletnią córkę. Nie wiedział, że zginęła, a ja nie miałem odwagi mu o
              tym powiedzieć.

              Rozmawiam też z młodymi strażakami, dla których to pierwsza taka akcja w
              życiu. Nie mogą sobie poradzić z tym nieszczęściem, którego dotknęli. Tłumaczę
              im, że to służba, którą wybrali na całe życie. Muszą się cieszyć z każdego
              uratowanego człowieka, a nie rozpamiętywać, że kogoś nie udało im się
              uratować. Jak trzeba będzie, zostanę tu przez całą noc.


              serwisy.gazeta.pl/kraj/1,71478,3135937.html
            • betelka Re: Właściciel hali:przyczyną nie musiał być śnieg 29.01.06, 20:22
              - W imieniu spólki pragnę wyrazić największe współczucie rodzinom ofiar -
              powiedział Bruce Robinson, prezes firmy "Targi Katowickie", właściciela hali,
              w której wydarzyła się wczorajsza tragedia.


              - Nasze serca są z tymi co zostali poszkodowani - kontynuował Robinson. -
              Istotne w tej chwili jest to, byśmy pomagali władzom i ekipom ratowniczym. Na
              dzień dzisiejszy, dokładne przyczyny tragedii nie są jeszcze znane.
              Współpracujemy z odpowiednimi władzami by w jak najkrótszym czasie wyjaśnić
              wszystki powody katastrofy - zakończył.

              Przedstawiciele firmy zapewnili, że odśnieżane były także wyjścia awaryjne.
              Zdaniem pełnomocnika zarządu Grzegorza Słyszyka przyczyną zawalenia się dachu
              nie musiał być zalegający na nim śnieg, ale np. błędy projektowe budynku,
              błędy konstrukcyjne, wady materiałowe, różnica temperatur (wewnątrz minus 20
              stopni, na zewnątrz minus 15 stopni Celsjusza) czy rezonans, wywołany głośną
              muzyką.

              Dokumentacja dotycząca odśnieżania dachu pawilonu hali targowej, który w sobotę
              załamał się została przekazana prokuraturze - poinformowali przedstawiciele
              zarządu firmy Międzynarodowe Targi Katowickie.

              Podali, że coroczny przegląd hali był dokonany wiosną minionego roku - w
              kwietniu lub w maju
      • builder Re: 66 Tote und kaum noch Hoffnung in Kattowitz 29.01.06, 20:26
        szwager_z_laband napisał:

        > To niych ziymia leko bydzie tym gouymbiorzom ....

        widza zy mogymy na cia liyczyc`,

        the builder,
    • betelka Re: 66 Tote und kaum noch Hoffnung in Kattowitz 29.01.06, 20:01
      Tera godali 2 Deutsche unter den Opfern. Ein Mann und eine Frau

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka