Dodaj do ulubionych

UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHODZIE

11.02.06, 15:03
Pamięci pomordowanych na Wschodzie będzie poświęcona uroczystość, która
odbędzie się w najbliższą niedzielę w kościele garnizonowym pw. św. Barbary w
Gliwicach. Wiosną 1940 roku władze sowieckie deportowały na Sybir około 200
tysięcy polskich obywateli. Był to największy kontyngent z czterech masowych
wywózek, przeprowadzonych w latach 1939-1941. W 66. rocznicę tych tragicznych
wydarzeń Oddział Związku Sybiraków w Gliwicach zamierza uczcić pamięć
współtowarzyszy niedoli. W kościele Garnizonowym p. w. św. Barbary odbędzie
się uroczysta msza w intencji wszystkich zesłańców. Nabożeństwo rozpocznie się
o godzinie 12.

– Podczas mszy chcemy pochować symbolicznie tych, których groby pozostały na
bezkresach sowieckiego imperium. Zamierzamy też pożegnać osoby, którym udało
się powrócić, lecz nie doczekały one dnia dzisiejszego – wyjaśnia Eugeniusz
Cymbor, prezes Związku Sybiraków w Gliwicach. — Wspólne modlitwy pod Krzyżem
Pamięci i Pojednania poświęcimy 25 osobom. W gronie tym znajduje się m.in.
ojciec Józef Buczma, wieloletni kapelan naszej organizacji.
Obserwuj wątek
    • sloneczko1 Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 11.02.06, 15:05
      myślę,że można dołączyć do nich także tych internowanych w 1945 roku--a było ich
      około 50 000
      • jaborygyn Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 11.02.06, 21:34
        I katrupjoonyh TU na mjejscu:

        www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20060211&id=po01.txt
        www.prosilesia.net/data/OS/Oberschlesien_2005_12_01.pdf
        • sloneczko1 Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 11.02.06, 21:41
          jaborygyn napisał:

          > I katrupjoonyh TU na mjejscu:
          >
          > www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20060211&id=po01.txt
          > www.prosilesia.net/data/OS/Oberschlesien_2005_12_01.pdf
          Jaborygynie--to naprawde bardzo dobra wiadomość:)
          • ballest Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 11.02.06, 22:00
            No nareszcie tego Mordella "ukarajom" !
            • szwager_z_laband Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 12.02.06, 11:03
              niy wierza ani za fynik ....
              • pasikoonik13 Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 12.02.06, 13:46
                Jurz jednymu niy do s'mjyhu.
                Na uostatniym wisi dyhu!
                A na rynta RP dybje,
                zaniym Ci uoon zawrze s'lypje.
                Zdac' sie mooguo, heksa nocoow
                niy do kwilki prziwrzic' uocoow?
                Kej spac' moge Morel Szloom,
                przed Poonbooczkjym stanie soom.
                Istnym robic' kozou "stos".
                Niy porzyko rzodyn z Nos!
                • szwager_z_laband Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 12.02.06, 14:05
                  Sprawiedliwy bydzie sond
                  Tam kaj go niy widanc stond
                  Pon Bog som sie z nim rozliczy
                  Dziobou go pod ziymiom chyci
                  Eli mu przebaczy ktos
                  Pyto sie niyjedyn guos
    • szwager_z_laband Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 12.02.06, 14:06
      wyglondo na to ze to je uroczystosc ino dlo Polokow ...
      • sloneczko1 Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 12.02.06, 15:32
        wiem ,że tako mszo za internowanych była w Łabyndach,i to po długich
        negocjacjach z naszym biskupem;)co za bardzo niy patrzoł przychylnie na to,i
        mało kto dowiedzioł sie o tym terminie:(
        • szwager_z_laband Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 12.02.06, 17:19
          wiym, szkryflouech o tym cos na Slonzokach, postarom sie to wysznupac:)
          • szwager_z_laband Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 12.02.06, 17:30
            "Labedy (Laband)

            W obozie gromadzono w nim do wywozu mezczyzn z Chorzowa. Ogolem przejsc mialo
            przez niego okolo 50 tys. ludzi.Nie jest jasne przejecie przez wladze polskie
            i dalsze funkcjonowanie."


            "Kaum daß die Front über die Städte und Dörfer hinweg gerollt war, wurde an
            den letzten beiden Januartagen im Westteil des Reviers Bekanntmachungen der
            Sowjetarmee ausgehangen. Alle Männer zwischen 18 und 50 Jahren wurden
            aufgefordert, sich bei ihren Arbeitsplätzen in den Gruben und
            Handwerksbetrieben einzufinden. Wer dem nicht nachkommen werde, war zu lesen,
            dem drohe die Todesstrafe. Viele Jugendliche und Männer wurden daraufhin
            festgenommen oder aus ihren Wohnungen herausgeholt und zu Sammelplätzen
            gebracht, wie es für Beuthen beispielsweise die Karsten-Centrum-Grube im
            Westen der Stadt war, von wo aus die Internierten nach Laband marschierten und
            dort in Viehwaggons steigen mußten. Was die Mütter, Ehefrauen und Kinder nicht
            wußten - alle dort Internierten waren Kandidaten für die Zwangsarbeit in den
            Gruben des Donbass’ oder Sibiriens. 25.000 bis 35.000 Oberschlesier, schätzen
            polnische Historiker, wurden von den Sowjets in den ersten Wochen nach der
            Eroberung des Reviers zusammengetrieben und zwangsverschleppt. Aus Miechowitz
            gingen mehr als 900 Männer den ungewissen Weg in den Osten, aus Gleiwitz waren
            es über 600, Rokittnitz 456, Stollarzowitz und Trockenberg 328 - die Liste
            ließe sich fortführen."


            "GLIWICE ŁABĘDY
            6 marca w parafii św. Jerzego w Gliwicach Łabędach bp ordynariusz Jan
            Wieczorek przewodniczył Mszy św. w intencji osób internowanych z obozu
            przejściowego w Łabędach w 1945 roku.

            Po 58 latach od wywózki Ślązaków na Wschód, o tamtych tragicznych wydarzeniach
            można już mówić otwarcie. Czas leczy rany, ale niestety zaciera także pamięć.
            Wiele faktów trudno już dzisiaj odtworzyć. Stąd różne inicjatywy, by
            kształtować świadomość przeszłości i nie zamazywać historii.

            - Naszą modlitwą chcemy objąć wszystkich zmarłych internowanych, zaginionych
            pod koniec II wojny, szczególnie w roku 1945 - mówił we wstępie do Mszy św.
            ks. proboszcz Antoni Pleśniak - Większość naszych starszych parafian pamięta,
            że na terenie Łabęd był obóz, do których przywożono ludzi z całego Śląska,
            później deportowano ich na Wschód. Wielu z nich już nie wróciło. Chcemy o nich
            pamiętać, chcemy ich polecać Bogu, by otworzył dla nich bramy życia wiecznego,
            by przyjął ofiarę ich życia.

            Modlitwą w Łabędach objęli zostali ci, których pochłonęła ziemia na Wschodzie,
            ale także ci, którym dane było powrócić. Różne podawane są liczby
            wywiezionych, liczone w dziesiątkach tysięcy, z których z powrotem - zupełnie
            wycieńczona i wygłodniała wróciła zaledwie garstka. - W tym kontekście
            przywołujemy na pamięć te straszne wydarzenia II wojny i wydarzenia pofrontowe
            związane są z ofiarami i cierpieniami, które dotknęły tyle rodzin na tej ziemi
            śląskiej - mówił bp ordynariusz Jan Wieczorek. Podczas homilii Ksiądz Biskup
            podzielił się własnymi wspomnieniami z tamtego okresu: "Gdy wrócił mój ojciec,
            a miał szczęście, że wrócił, matki nie było w domu. Baliśmy się go wpuścić,
            bośmy go nie poznali, choć żegnałem go jako jedenastoletni chłopak. Zawsze,
            gdy czytam Ewangelię i werset: "Przyszedł do swoich, a swoi go nie przyjęli",
            widzę tę scenę".

            Obóz w Łabędach był jednym z trzech, obok Mysłowic i Oświęcimia, skąd wywożono
            Ślązaków na Wschód. Oprócz tych miejsc stworzono jeszcze liczne podobozy. Stąd
            ludzie trafiali głównie do kopalń Zagłębia Donieckiego na Ukrainie, w
            mniejszej liczbie na Białoruś, Ural, do Kazachstanu i Zachodniej Syberii.
            W "Historia Śląska" wydanej w 2002 roku przez Uniwersytet Wrocławski pod
            redakcją Marka Czaplińskiego tak komentowane są te wydarzenia: "Miedzy
            styczniem a marcem 1945 roku władze radzieckie dokonywały masowych aresztowań
            miejscowych mężczyzn i osadzeń w specjalnych obozach. Formalną podstawą tych
            działań była zgoda konferencji jałtańskiej na wykorzystanie przez Związek
            Radziecki przymusowej pracy ludności jako formy reparacji, a także wydany już
            w trakcie trwania operacji rozkaz z 6 lutego 1945 roku o internowaniu
            wszystkich Niemców od 17 do 50 roku życia. Część tej ludności została
            deportowana do Związku Radzieckiego jako robotnicy przymusowi. W praktyce o
            aresztowaniach decydowało kryterium przydatności jako siły roboczej, z
            większym baczeniem organów radzieckich na wiek i kwalifikacje niż narodowość i
            obywatelstwo. Dlatego zatrzymania (...) dotknęły mieszkańców podbijanej
            Opolszyzny, lecz także przedwojennego polskiego Górnego Śląska i Zagłębia
            Dąbrowskiego".

            Do dziś nie ma wiarygodnych statystyk, nie wiemy ile osób - także młodocianych
            i kobiet, zostało wywiezionych. Przypuszcza się jednak, że z grona
            przymusowych robotników z Górnego Śląska powróciło około 20 proc. Część z nich
            jednak umierała wkrótce po powrocie, na skutek wycieńczenia i nieznajomości
            zasad żywienia po tak długim okresie głodu. Ci, co przeżyli, zwykle nie
            chcieli opowiadać o tym, co przeszli.

            O internowaniu swoich ojców mówią gliwiccy biskupi:
            Bp ordynariusz Jan Wieczorek
            Mój ojciec Piotr Wieczorek został zabrany z Bodzanowic k/Olesna i pieszo
            prowadzony do Pyskowic (około 70 km), a stamtąd do obozu przejściowego w
            Łabędach. Tutaj krótko pracował przy rozbiórce jednej z fabryk, potem przy
            budowie szerokotorowej linii kolejowej. Następnie został wywieziony do
            Szepietowki na Ukrainie, skąd skierowano go do Dniepropietrowska, gdzie jako
            cieśla pracował przy budowie elektrowni. Czasem pracował też na polach, na
            których można było po kryjomu dożywić się jarzynami. Oczywiście skwapliwie
            korzystał z takiej możliwości. Gdy wyruszał ze Śląska na te przymusowe roboty,
            zabrał ze sobą z domu maszynkę do strzyżenia włosów. To również pomogło mu
            przeżyć wygnanie. Opowiadając o swym pobycie na Sybirze podkreślał dobroć
            bardzo ubogich ludzi miejscowych, którzy niejednokrotnie obdarowywali
            żywnością tych z daleka przywiezionych przymusowych pracowników. Gdyby nie
            otrzymywali tej pomocy, to zginęliby z głodu i wycieńczenia. Do domu nie
            powróciłoby o wiele więcej wywiezionych niż to miało miejsce.

            Bp Gerard Kusz
            Mój ojciec, Wiktor, wraz z braćmi posiadał garbarnię "Spółka Bracia Kusz", w
            której m.in. wyrabiano skórzane pasy dla wojska. Po wybuchu II wojny światowej
            wszyscy bracia Kusz zostali powołani do Wehrmachtu oprócz ojca, pozostawionego
            w domu dla dalszego produkowania skórzanych wyrobów, niezbędnych wojsku. Tak
            więc garbarnia działała w Dziergowicach aż do wkroczenia wojsk radzieckich.
            Wszystkie zapasy skóry i gotowych wyrobów zostały zabrane przez Rosjan, a
            garbarnię zamknięto. Podobnie jak w Łabędach, Czechowicach i innych
            miejscowościach Śląska, w lutym 1945 roku wszystkich mężczyzn z Dziergowic
            powołano - rzekomo na 2 tygodnie - do wykonywania jakichś prac. Wśród nich
            znalazł się też mój ojciec. Został on umieszczony w obozie w Łabędach i stąd
            wywieziony na Sybir. Był w Dniepropietrowsku, gdzie jako robotnik pracował w
            fabryce amunicji im. Woroszyłowa. Pewnego dnia na żądanie kierownika dobrze
            wykonał jakieś prace stolarskie. Odtąd już był zatrudniony jako stolarz i
            częściej otrzymywał lepsze, a może i obfitsze jedzenie, nawet warzywa. Tam też
            sporządził sobie - a prawdopodobnie i kolegom - drewnianą łyżkę, by mieć
            własną na swój użytek. W 1948 roku został zwolniony i wraz z innymi Ślązakami
            przetransportowany na teren Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Dopiero
            stamtąd powrócił do domu w Dziergowicach. Wyrzeźbioną przez siebie łyżkę
            przywiózł do domu na pamiątkę, gdyż - jak mawiał - łyżka ta uratowała mu
            życie."


            "Historia:
            Kościół parafialny, konsekrowany przez kard. Adolfa Bertrama 24 czerwca 1939
            r., wybudowano w latach 1938-39 staraniem ks. prałata Józefa Kubisa z Opola i
            miejscowego proboszcza, ks. Emanuela Maleiki. Data konsekracji kościoła jest
            jednocześnie datą erygowania kuracji św. Jerzego. Teren parafii wydzielono w
            całości z terytorium pa
            • szwager_z_laband Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 12.02.06, 17:31
              "Historia:
              Kościół parafialny, konsekrowany przez kard. Adolfa Bertrama 24 czerwca 1939
              r., wybudowano w latach 1938-39 staraniem ks. prałata Józefa Kubisa z Opola i
              miejscowego proboszcza, ks. Emanuela Maleiki. Data konsekracji kościoła jest
              jednocześnie datą erygowania kuracji św. Jerzego. Teren parafii wydzielono w
              całości z terytorium parafii Wniebowzięcia NMP.
              Z historią parafii ściśle łączy się tragizm wielu mieszkańców Śląska. Pod
              koniec II wojny światowej, w lutym 1945 r., władze sowieckie utworzyły tu dla
              nich obóz zbiorczy. Z tego miejsca wywieziono w głąb ZSRR kilka tysięcy
              Ślązaków, a na skraju lasu, za kościołem, zlokalizowano cmentarz, na którym
              grzebano zmarłych w obozie jeńców."


              "Około 1700 ofiar
              Mimo, że od zakończenia II wojny światowej minęło już 54 lata, wciąż ujawniana
              jest prawda o nieludzkich obozach hitlerowskich i radzieckich i ciągle
              odkrywane są nowe ślady okrutnych zbrodni. Na Śląsku mniej lub bardziej znana
              jest prawda o istnieniu obozu NKWD w Toszku, a także obozu obok huty w
              Gliwicach - Łabędach, gdzie internowano Ślązaków, których już po zakończeniu
              działań wojennych w 1945 roku wywieziono do kopalni na terenie ZSRR.

              Raczej nieznana dotychczas była historia obozu NKWD, który znajdował się w
              1945 roku na terenie samej Huty Łabędy. Dzieje tego obozu opisał ostatnio ks.
              Gerold Schneider, jedna z ofiar tego obozu. Książka wydana w 1998 roku przez
              Katolicki Benno - Verlag nosi tytuł: "Vergangenheit, die nicht vergehen will"
              (Przeszłość, która nie chce ulec zapomnieniu).

              Autor wspomnień, mając 17 lat w styczniu 1945 roku przeżywał wkroczenie wojsk
              radzieckich na teren Dolnego Śląska, ściśle do Kożuchowa (ówczesnego
              Freystadt). Wychowany został w rodzinie głęboko religijnej i katolickiej,
              zawsze nastawionej antyhitlerowsko. Ojciec był organistą w tamtejszym
              kościele. Fakt wkroczenia żołnierzy radzieckich uważano za prawdziwe
              wyzwolenie od hitlerowskiego terroru Okazało się jednak, że brunatny terror
              został zastąpiony przez czerwony. Gerold Schneider wraz ze swoim kolegą -
              rówieśnikiem oraz innymi chłopcami i przeważnie starszymi mężczyznami zostali
              uwięzieni przez NKWD, pobici a następnie wraz z innymi - drogą okrężną poprzez
              Łódź (we Wrocławiu trwały jeszcze walki) przewiezieni do Łabęd. Tam
              umieszczono ich w zbudowanych przez hitlerowców barakach dla jeńców.

              Więźniów było około 3 tys., pochodzili z Dolnego Śląska i w większości byli
              albo starszymi rolnikami lub małoletnimi chłopcami. Na terenie huty istniał
              też odrębny obóz dla dziewcząt i kobiet. Zadaniem więźniów było demontowanie
              wszystkich maszyn i urządzeń huty, aby przed przekazaniem zakładu władzom
              polskim wszystko co tylko możliwe zdemontować, załadować na wagony i wywieźć w
              głąb Związku Radzieckiego. Autor wspomnień opisuje szczegółowo jak przy pomocy
              tylko prymitywnych narzędzi zmuszano więźniów, w tym także kobiety, do
              rozkręcania i rozbierania skomplikowanych maszyn i urządzeń przemysłowych do
              rozbierania całych hal, demontowania wielkich dźwigarów, nie zważając na
              powstałe szkody.

              Więźniowie umierali w największym poniżeniu z powodu licznych wypadków przy
              pracy, głodu, chorób (w obozie nie było lekarza), przepracowania. Ksiądz
              Schneider szacuje, że w obozie w ten sposób zginęło około 1,7 tys. osób, które
              były chowane w zbiorowej mogile na terenie huty.

              Jednym z wątków tych wspomnień jest los Polaka, który został przez
              funkcjonariusza NKWD uprowadzony z ulicy i osadzony w obozie tylko dlatego, by
              liczba więźniów się zgadzała. Nie pomogły żadne tłumaczenia ani noszona przez
              niego w klapie marynarki naszywka biało-czerwona, ani posługiwanie się
              językiem polskim i zupełna nieznajomość języka niemieckiego, ani prośba żony
              przychodzącej pod obóz i błagającej o uwolnienie męża. Mężczyzna nie został
              wypuszczony i podzielił los niemieckich cywili. Zmarł w obozie z wycieńczenia
              i choroby. Może jest komuś znana historia zaginięcia tego człowieka?

              Autor książki zaznacza, że zwiedzając w 1998 roku Łabędy, mógł tylko z
              zewnątrz, zza ogrodzenia spoglądać na miejsce gdzie kiedyś znajdował się obóz.
              Dodaje jednak, że miejsce gdzie znajduje się zbiorowa mogiła, mógł rozpoznać,
              gdyż roślinność, zwłaszcza trawa jest tam bardziej soczysta i zielona.

              Ks. Schneider wspomina też, że w październiku 1945 roku pędzono ich jako
              więźniów głównymi ulicami Gliwic, Zabrza, Katowic i Mysłowic w kierunku
              Oświęcimia. Wtedy to na głównych ulicach Gliwic i Zabrza kobiety widząc
              wynędzniałą rzeszę więźniów, litowały się nad nimi i mimo szykan i odtrącania
              ze strony silnie uzbrojonych żołnierzy radzieckich, przekazywały chleb.
              Wzorując się na św. Weronice widziały w więźniach przede wszystkim głodnego i
              cierpiącego człowieka. Jak się później okazało zapędzono ich aż do około 10
              kilometrów przed Oświęcimiem, by potem nakazać im przenocowanie na ściernisku,
              a następnie z niewyjaśnionych powodów - może przepełnienia oświęcimskiego
              obozu lub jakiejś wybuchłej tam choroby - popędzić ich znowu z powrotem do
              Łabęd. Potem wywieziono ich pociągiem towarowym w kierunku zachodnim i wtedy -
              dzięki życzliwości i pomocy jednego z młodych eskortujacych ich żołnierzy -
              udało się Schneiderowi i koledze uciec z transportu. Gdy po licznych
              przygodach dotarli do rodzinnych stron w Kożuchowie, po kilku dniach znaleźli
              się w więzieniu UB, gdzie przebywali aż do następnego 1946 roku.

              Ks. Schneider stwierdza, że wojna skończyła się dla niego w 1946 roku i wtedy
              mógł dopiero poczynić starania o zapisanie się do Seminarium Duchownego w
              byłym NRD, by w Kościele realizować ideę Chrystusowego przykazania miłości,
              pokoju i braterstwa między ludźmi.

              Na koniec autor książki wyraża sugestię, by nad masową mogiłą w Łabędach
              kryjąca około 1,7 tys. niemieckich cywilów, a także jednego nieznanego Polaka
              postawić krzyż i przynajmniej w ten sposób upamiętnić ofiary terroru."

              • szwager_z_laband Re: UROCZYSTOŚĆ KU PAMIĘCI POMORDOWANYCH NA WSCHO 12.02.06, 17:32
                „Bp Jan Wieczorek o deportacji
                Do tej pory deportacja Ślązaków była sprawą zamkniętą i nawet nie chciano o
                tym mówić, ponieważ groziło to ogromnymi konsekwencjami. Dobrze się dzieje, że
                zaczyna się wracać do źródeł i wydobywać dokumenty. Myślę, że jeszcze wiele
                można ich odkryć, bo pokolenie, które było deportowane jeszcze żyje. Sam mam w
                swoim sąsiedztwie człowieka, który przeżył gehennę wywózki. Dziś ma ponad 78
                lat, ale wszystko dobrze pamięta. Dawniej nie chciał ze mną rozmawiać na te
                tematy.

                Podobnie było z moim ojcem, który po powrocie ze zsyłki nie chciał nic
                powiedzieć. W tamtych czasach za to groziła nawet śmierć. O szczegółach
                opowiedział mi dopiero gdy byłem już księdzem, ale podkreślał, abym zachował
                to tylko dla siebie.

                Ojciec pracował najpierw przy rozbiórce Bumaru w Łabędach. Potem kładł
                szerokie szyny w kierunku od Pyskowic na Kijów. Był też w obozie w
                Szepietówce, a następnie budował elektrownię w Dnietrpietrowsku, gdzie
                pracował jako cieśla. Spośród wielu, którzy byli zabrani on jakoś szczęśliwie
                wrócił, choć był bardzo wycieńczony. Kiedy zapukał do domu nie poznałem go.
                Siedział na schodach przed domem, aż mama przyszła i powiedziała nam, że to
                jednak jest nasz ojciec. Najgorsze dla niego było oddzielenie od dzieci i od
                rodziny. Tym bardziej, że rodzeństwo było bardzo młode. Najmłodsza siostra
                miała wtedy 9 lat. Bardzo to przeżywaliśmy, kiedy ojciec musiał odejść. To
                były trudne czasy. Dobrze, że dzisiaj się to dokumentuje.

                O deportacji Ślązaków powiedzieli
                Agnieszka Kazior
                Gliwice
                2 marca 1945 roku zabrano nas na dwie godziny do pracy. Wychodząc z domu nic
                nie zabrałam ze sobą. Okazało się, że wywieziono mnie do Karagandy, a do domu
                wróciłam w grudniu 1945 roku. Pracowałam w piekarni. W łagrze było nas około
                100 kobiet, prawie dwadzieścia zmarło z powodu chorób i głodu. O ile pamiętam,
                to zmarło tam również ponad 100 mężczyzn. Z powodu choroby wróciłam do Polski.
                Wiem, że pozostałe kobiety z mojego transportu wróciły do domów po pięciu
                latach. O ile tam nie zmarły lub nie zostały zamęczone.

                Antoni Musioł
                Zabrze
                Mój ojciec Adam pracował w kopalni "Makoszowy". W 1945 roku został wywieziony
                do kopalni "JANKO" w Zagłębiu Donieckim. Pod ziemią uległ wypadkowi. Można
                powiedzieć, że dzięki temu dostał się do obozowego szpitala, a w 1947 roku
                powrócił do domu. Zmarł w 1979 roku. Na wystawie jest jego zdjęcie i obozowe
                zaświadczenie o wypadku. Po tylu latach możemy dopiero spokojnie mówić o tym,
                co nas spotkało.

                Jan Michalik
                Katowice
                2 lutego 1945 roku aresztowano moją mamę. Została wywieziona do Zagłębia
                Donieckiego, do miejscowości Auczewsk. Wiem, że dziś ta miejscowość nazywa się
                inaczej. W obozie mama była do czerwca 1945 roku. Ponieważ znała język
                rosyjski dlatego miała to szczęście, że została przydzielona do pracy w
                kuchni. Przynajmniej nie cierpiała głodu. Na wystawie jest pierścionek, na
                którym wygrawerowano moje inicjały. Dla mamy wykonał go ktoś w obozie, aby
                zawsze o mnie pamiętała. Zmarła w 1973 roku.

                Pani Berta
                Radzionków
                Z mojej ulicy wywieziono dużo osób. Rano poszli ojcowie do pracy w
                kopalni "Bytom" i już nie wrócili. Z wielu rodzin kogoś brakowało. Wtedy to
                byli moi sąsiedzi - Brol, Chynel i inni. Miałam wtedy 16 lat. Pamiętam, jak
                pewnego dnia ich nie było, a na ulicy mówiło się, że wywieźli ich Rosjanie.
                Wielu z wywiezionych już nie wróciło. Miałam tu przyjechać dziś z panią
                Bednorz Jej ojciec nie powrócił z tej wywózki. Niestety zachorowała i wystawę
                zobaczy później. „


                "Gerold Schneider bricht mit seinem Buch das Schweigen und wendet sich gegen
                staatlich verordnete Einseitigkeit. Seine Erinnerungen sind ein wichtiges
                mahnendes Zeitzeugnis und ein engagierter Appell zur Versöhnung der Völker.
                Das tragende Fundament für den Völkerfrieden in Europa ist und bleibt für den
                Autor das christliche Menschenbild: der freie Mensch, der alle seine
                Handlungen vor seinem Gewissen abwägt und verantwortet, nur der kann Unrecht
                und Terror verhindern."


                Coby tragika tego obozu boua jeszcze wiyncyj zrozumiauo, cza dodac ize we tym
                obozie niy ino Slonzoki(chopy i kobiyty) siedzieli we cztyrdziestym piontym,
                niy - tam siedziauy tysz ruske(ukrainske) kobiyty kere bouy na robotach we
                Niymcach a kere przez som fakt, ize bouy w niywoli, uwazane bouy za zdrajcow.
                One np musiauy z narazyniym zycie sciepywac ciynzke zelbetonowe puyty ze dachu
                hali na dou - a na dole robiyli Slonzoki. Jak widac maszyneria zaguady
                dziauaua wyrafinowanie. Te kobiyty, tak jak i nasze powywoziyli potym(te kere
                przezouy oczywiscie) na Syberia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka