szwager_z_laband
06.01.07, 05:49
Michał Smolorz2006-12-29, ostatnia aktualizacja 2006-12-29 16:27
W drugiej połowie lat 70., gdy powstała KOR-owska opozycja, działająca w
wyzywający sposób jawnie, komunistyczna władza szukała sposobów na
jej "cywilizowane" tępienie. Zamykanie do więzień nie wchodziło w grę, Edward
Gierek budował wtedy swój image najbardziej liberalnego przywódcy
komunistycznego świata. Dokuczliwym i powszechnie stosowanym sposobem nękania
dysydentów stało się nasyłanie "spadochroniarzy", a więc grup składających
się z oficerów i współpracowników bezpieki, gorliwych aparatczyków
organizacji młodzieżowych i przedstawicieli "aktywu robotniczego". Takie trzy-
, czteroosobowe zespoły robiły "desant" (stąd nazwa "spadochroniarze") na
spotkania opozycji, zwłaszcza wykłady Towarzystwa Kursów Naukowych i
Latającego Uniwersytetu. Tuż po rozpoczęciu spotkania "desantowcy" zabierali
głos i w demagogiczny, agresywny sposób przemawiali tak długo, aż zebranie
trzeba było rozwiązać.
Ta metoda blokowania swobodnej debaty nie wymarła, wręcz przeciwnie, przeżywa
swój renesans w wykonaniu gwardzistów aktualnej władzy. Kilka tygodni temu
odbyły się w Gliwicach - pod auspicjami miasta i Domu Współpracy Polsko-
Niemieckiej - Europejskie Dni Tolerancji. Zostałem zaproszony do prowadzenia
jednego ze spotkań, na które przewidziano kilka interesujących referatów i
dyskusję panelową. Kiedy tylko wszedłem na salę i spojrzałem na widownię, już
wiedziałem, co się święci. Z boku sali usadowił się przewodzący grupie
bojowych dam były wiceprezydent Katowic, aktualnie aktywista Ligi Polskich
Rodzin (nazwijmy go N. - nazwisko przez litość przemilczę, bo człowiek wymaga
raczej współczucia niż potępienia). Intuicja mnie nie zawiodła: przy
najbliższej sposobności N. zabrał głos i zaczął wygłaszać soczystą tyradę o
tym, że słowo "tolerancja" zostało bezprawnie zawłaszczone przez środowiska
libertyńskie, które nadały mu fałszywy sens i niecnie wykorzystują do
bałamucenia młodzieży. Pod szyldem "tak zwanej tolerancji" szerzone są
demoralizacja i zgorszenie, pod tym znakiem dokonuje się akceptacja
wszelkiego zła, które wpuszcza się do polskich domów. Współczesne
pojęcie "tolerancji" jest bowiem spuścizną epoki "tak zwanego Oświecenia" i
dlatego zamiast mówić o "mrokach Średniowiecza", należałoby raczej mówić
o "mrokach Oświecenia". Najbardziej ubawił mnie fragment przemowy, w którym
N. wyłuszczył, że prawdziwe znaczenie słowa "tolerancja" jest inne. Oto
bowiem XIX-wieczne paryskie domy publiczne nazywano les maisons de tolérance
(w dosłownym znaczeniu: domy tolerancji), co obnaża rzeczywisty sens tego
pojęcia. Kiedy N. chwilowo umilkł, natychmiast zabrała głos towarzysząca mu
dama i dowiodła, że nadawanie słowom fałszywego sensu jest dziś powszechne.
Na przykład nazywanie kobiety w stanie błogosławionym "kobietą ciężarną", co
ma oznaczać, że dziecko nie jest błogosławieństwem, lecz ciężarem, którego
należy się pozbyć. Zatem każdy, kto mówi o "kobiecie ciężarnej", jest tym
samym współodpowiedzialny za zbrodnię aborcji.
Po dłuższej chwili udało mi się opanować sytuację i
wyciszyć "spadochroniarzy", co zrobiłem bez wyrzutów sumienia, zwłaszcza że
sesja dotyczyła akceptacji mniejszości narodowych w Polsce, a nie aborcji i
paryskich burdeli. Partyjna bojówka ideologiczna wkrótce opuściła spotkanie,
ja zaś zostałem z refleksją, jak bardzo historia lubi się powtarzać. Minęło
ledwie 30 lat, a już dzisiejsza partia władzy ochoczo sięga po stare,
sprawdzone metody z lat realnego socjalizmu. Mam cichą nadzieję, że na tym
się skończy. Bo gdyby prognozować dalszy przebieg wydarzeń wedle doświadczeń
z tamtej epoki, to pamiętajmy, że dobrotliwy liberalizm komunistycznej władzy
nie trwał wiecznie, zaś organizatorzy owych wykładów i tak wkrótce wylądowali
w więzieniach. Niezłe mam perspektywy.